Victoria przez chwilę patrzyła na wyciągniętą w swoją stronę dłoń, jakby sam ten prosty gest miał w sobie coś, do czego musiała się na nowo przyzwyczaić. Kiedyś nie myślała o takich rzeczach wcale. Brała obecność Ophelii za coś pewnego i wpisanego w rytm własnego życia.
Teraz nawet ta zwyczajna bliskość wydawała jej się jednocześnie kojąca i odrobinę onieśmielająca. Ostatecznie wsunęła swoją dłoń w jej rękę i zacisnęła palce trochę mocniej, niż planowała.
–
To miłe, że to proponujesz – odezwała się ciszej, wodząc wzrokiem po ich dłoniach, zanim znowu spojrzała na Ophelię. –
Naprawdę. Po prostu… chyba nie mam już w sobie siły na kolejną walkę z nim. Na razie nie. Rozwód i tak był jak taplanie się w czymś, z czego nadal nie mogę się domyć.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło jej to krzywo i bardziej bezradnie niż lekko. Przez moment bawiła się jej palcami. Pół roku wolności, a nadal bywały dni, kiedy czuła się tak, jakby tylko wyszła z domu na moment i zaraz miała do niego wrócić. To było najgorsze. To, jak długo strach potrafił mieszkać w ciele.
–
Mieszkam w sumie sama – odpowiedziała po chwili, już spokojniej. –
I dobrze mi z tym. Chyba potrzebowałam najpierw nauczyć się, że cisza w mieszkaniu nie oznacza, że zaraz wydarzy się coś złego.
Na moment odruchowo potarła kark, po czym opuściła rękę, zanim gest zdążył się rozwinąć w jakieś bardziej nerwowe drapanie, które jej się zdarzało.
–
Ale… – zawahała się, a potem wypuściła powietrze nosem, trochę rozbawiona własną ostrożnością. –
Randkuję. To jeszcze brzmi dziwnie, kiedy mówię to na głos. Z trenerem boksu, do którego poszłam na zajęcia. I chyba jest mi z tym… dobrze. Tak zdrowo dobrze, nie chaotycznie. Nadal nie wiem, co z tym zrobić, więc na razie po prostu próbuję tego nie zepsuć samym faktem, że się boję.
To małe wyznanie zostawiło po sobie znajome napięcie pod skórą. Jakby odsłoniła kawałek czegoś, co przez ostatnie lata skrzętnie chowała, choć przecież to nie był wielki sekret. Mimo to powiedzenie tego Ophelii miało znaczenie. Bo kiedyś powiedziałaby jej od razu, po pierwszym spotkaniu, może nawet wcześniej. Ekscytowałaby się przy tym jak dziecko.
Teraz dopiero będzie uczyć się na nowo wpuszczać ją do swojego życia.
Na wzmiankę o Hamlecie parsknęła cicho, pierwszy raz naprawdę, bez wysiłku.
–
Nie jest oklepane. Jest absolutnie pretensjonalne i właśnie dlatego idealne – stwierdziła, kręcąc głową z czymś na kształt dawnej czułości w spojrzeniu. –
I oczywiście, że ty masz kota o imieniu Hamlet.
Ta odrobina lekkości pomogła jej odetchnąć. Czuła, jak mięśnie ramion odpuszczają może o centymetr, może dwa. Niewiele, ale przy dzisiejszym spotkaniu nawet tyle wydawało się czymś ważnym.
Upiła łyk herbaty, która smakowała dokładnie tak, jak zapamiętała, i aż zrobiło jej się od tego dziwnie ciasno w klatce piersiowej. Jakby te wszystkie lata nagle nie zniknęły, ale przestały na moment stać między nimi jak mur.
–
Wiesz, najgorsze jest chyba to, że długo nawet nie umiałam nazwać wielu rzeczy po imieniu – powiedziała w końcu ciszej.
Nie patrzyła na Ophelię bez przerwy; wzrok co jakiś czas uciekał jej na stół, na parę unoszącą się znad filiżanki, na własne dłonie.
–
Na początku wszystko wydawało się małe. Do przełknięcia. Jedna uwaga, jedno obrażenie się, jedno „martwię się o ciebie”, które brzmiało prawie jak troska. A potem nagle orientujesz się, że mierzysz każde słowo, każdy ruch, każde wyjście z domu. I już nie wiesz, kiedy to się właściwie zaczęło.
Przełknęła ślinę.
–
Nie chcę dzisiaj wylewać na ciebie całego tego bagna. Po prostu… chcę, żebyś wiedziała, że gdybym wtedy była bardziej sobą, tobym cię nie puściła.
To było chyba najbardziej nagie zdanie, na jakie była w tej chwili gotowa. Powiedziawszy je, podniosła w końcu oczy na Ophelię. Nie chciała jej przytłoczyć, ale nie chciała też udawać, że wszystko da się zasypać herbatą, śmiechem i wspomnieniem dawnego stolika. Nie po tylu latach.
Jej kciuk przesunął się lekko po uchu filiżanki.
– I
trochę nie wierzę, że mówisz o swoim życiu jak o nudnym, kiedy zarządzasz klubem, lepisz garnki i mieszkasz z dramatycznym kotem – mruknęła z cichym rozbawieniem. –
Chyba ominęło mnie więcej, niż jestem gotowa przyznać.
Zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała już miękcej:
–
Byłaś szczęśliwa, Oph? Tak naprawdę? Przez te wszystkie lata?
Ophelia Attwood