ODPOWIEDZ
34 y/o
NARRATORSKI PIESEK
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007
Obrazek

Nie myśl. Po prostu o tym nie myśl.
Powtarzała sobie w duchu tak często, kiedy jeszcze panoszyła się po Mediolańskim lotnisku, że momentami nawet udawało jej się zapomnieć, a później znów wszystko nagle wracało i krążyło wokół nieodpowiedniej osoby wprowadzając ją w kłopoty. To było złe, nie w porządku wobec wielu osób i wobec niej samej również. Problem w tym, że z uczuciami ciężko wygrać, ale Wendy Gardner w wypieraniu była całkiem niezła! Owszem, podczas wyjazdu sytuacja mocno się skomplikowała, ale ona już dobrze znała swoje remedium, które czekało na nią w Toronto.
Matthew był jej słodkim resetem, szczególnie kiedy jego dłonie leniwie błądziły po jej plecach, a usta uciszały wszystkie pytania. Z nim wszystko wydawało się prostsze - nie było wyrzutów sumienia, lęków i tego przeświadczenia, że źle ulokowała uczucia. Było zwyczajnie i prosto, liczyło się tu i teraz, bez drugiego dna, zbędnych deklaracji, za to z dużą dawką uśmiechów, spora porcją domowych wypieków i chęcią do realizowania nawet najdziwniejszych randek spotkań. Nic dziwnego, że wieczorem, zaraz po tym jak wylądowała w Toronto, udała się do jego mieszkania. Nie chciała być sama, więc schowała się w jego ramionach i tak została do rana.
Słońce leniwie zaczęło wkradać się do sypialni, a ona leżała wplątana w pościel czując na karku jego oddech. Przez moment walczyła sama ze sobą, jakby obawiała się, że w chwili, kiedy otworzy oczy zaleje ją fala mediolańskich wspomnień, ale szybko zrozumiała, że tutaj, pod kołdrą w tym ich splątaniu nóg i sennym objęciu, czuła się odcięta od wszelkich bolączek. Przekręciła się delikatnie, częściowo wyplątując się z łyżeczkowego uścisku, by zerknąć na jego zaspaną twarz. — Matty… — wyszeptała, kładąc mu dłoń na policzek, ale on tylko wymruczał coś niezrozumiale i przyciągnął ją bliżej, tak że teraz ukryła twarz w jego szyi. Westchnęła lekko uśmiechając się pod nosem, i wymamrotała w jego skórę cicho — …umieram z głodu — po czym przesunęła palcem po jego obojczyku czekając, aż nieco się przebudzi, ale jednocześnie nie żałując mu kolejnych słów, bo taka właśnie była Winnie - wygadana. — I w tajemnicy powiem ci, że mam bardzo konkretną wizję ratunkową, więc nawet nie musisz zbytnio się głowić — taka była wspaniała! — Jeśli teraz wstaniesz i zaczniesz smażyć te takie grube naleśniki, co to smakują jak dzieciństwo, to obiecuję ci, że zdradzę ci mój super ekstra plan na dzisiejszy wypad na miasto… a wierz mi, nie pożałujesz — bo kto nie chciałby popatrzeć na młode wyderki, które dopiero co przyszły na świat, a przy okazji wpaść do wybiegu dla żyraf, gdzie panuje atmosfera prawie tak napięta jak pod pałacem Buckingham podczas narodzin królewskiego potomka. Szalenie jarała się baby boomem w zoo i bardzo chciała wyciągnąć ze sobą właśnie jego, swojego najlepszego partnera w przyjemnym uciekaniu od dorosłości.

My Favorite Safety Net 🥞
winniethepooh91
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kontuzjowanie obudzeniem zawsze było brutalne, nawet jeśli okraszone zostawało iście uroczym anturażem. Matthew lubił spać, a sen lubił Matthew. W tę prostą zależność wkradł się damski głos nawołujący do zderzenia się z poranną rzeczywistością. Próbował ją zagłuszyć, jeszcze mocniej rozgaszczając się w objęciach Morfeusza, jednak wystarczyło użyć prostej sztuczki, żeby sprowadzić jego mózg z sennych marzeń na ziemię.
Tajemnica...
Matthew otworzył leniwie jedno oko i uśmiechnął się łobuzersko. Ciekawość wzięła górę nad poduszkową grawitacją.
- Mówisz? - wybełkotał niewyraźnie, aczkolwiek z wyraźnym powątpiewaniem. Plan był świetny. W teorii. Matthew miał jednak pewną przewagę w ocenie sytuacji. W przeciwieństwie do Wendy wiedział, że lodówka jest pusta. Nie zdążył zrobić zakupów, a na samą myśl o temperaturach za oknem odechciało mu się wychodzenia z łóżka. Nie tylko dlatego, że było zimno. Mimo obudzenia, z ciepłem ciała Wendy (i jej uroczą gadaniną) było mu po prostu cholernie przyjemnie.
- To wygląda tak, jakbyś chciała sprzedać mi kota w worku. Musisz uchylić rąbka tajemnicy… - Palcami wskazującymi i środkowymi “przeszedł” po jej ramieniu, próbując wynegocjować jeszcze kilka minut pod kołdrą.
Z ratunkiem dla głodnego brzucha Wendy przyszedł Mięczak. Skubaniec wyczaił, że ulubiony człowiek (Wendy, oczywiście, że nie Matthew) już nie śpi i postanowił dokonać łóżkowego abordażu. Oprócz desantu z powietrza, dokonał bezpośredniego ataku na kołdrze, ściągając ją w kierunku nóg łóżka. Cwaniak już wiedział, że jak człowiekowi było zimno, Mięczak szybciej wychodził na spacer.
Matthew jęknął i próbował naciągnąć na siebie z powrotem kołdrę, ale w końcu poddał się ze śmiechem i postawił stopy na zimnej podłodze.
- Zrobisz kawę? - poprosił błagalnie i wywinął usta w podkówkę, żeby urokiem godnym Kota ze Shreka przekonać ją do swojej prośby. - Wracam za pięć minut - dodał, naciągając przez głowę bluzę.
Szybka sikupa - powiedział samym ruchem warg i wskazał na Mięczaka, gapiącego się wyczekująco na użytkowego człowieka. Matty wolał nie mówić na głos tego drugiego słowa, bo Mięczak wiedział, co się z nim wiąże, a Goodman próbował wychować go na porządnego pieska, który umie zachowywać się przy damach i nie odwalać maniany przez sugestię wyjścia na spacer.
Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby wracając z tego spaceru (połączonego z szybkimi zakupami) nie wszedł w gadkę z sąsiadem i tak oto z pięciu obiecanych minut na powrót, czas nieobecności wydłużył się do jedenastu. Z jakiegoś jednak powodu Goodman wrócił do mieszkania zadowolony z siebie! Postawił na blacie kuchennym torbę z zakupami i zaczął wypakowywać z niej produkty potrzebne do zrobienia pancake’ów.
- Dobra, Wens, dawaj, co tam masz - kiwnął głową w kierunku Wendy, jedną ręką kładąc patelnię na palniku, a drugą wyciągając jajka z lodówki. - Jak będzie wystarczająco slay - nie mógł, no NIE MÓGŁ się powstrzymać. Dopiero niedawno poznał to słowo i jak na rasowego boomerskiego millenialsa przystało, spodobało mu się tak bardzo, że wciskał je wszędzie, gdzie mógł (a mógł głównie przy Wendy, żeby nie być wziętym za ostatniego odklejeńca, który powinien siedzieć w białym kaftanie w psychiatryku, w którym jeszcze nie tak dawno spędzał czas z równie osobliwymi osobistościami) - to MOŻE pokażę ci prawdziwe smaki dzieciństwa - Dumny z siebie i swoich łupów poklepał papierową, nieprzezroczystą torbę z zakupami, jakby miał tam schowane prawdziwe skarby i zafalował brwiami w szalenie uwodzicielski sposób!

favourite human 💃🏻
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
34 y/o
NARRATORSKI PIESEK
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widząc jak jego palce zaczęły wędrówkę po jej ramieniu roześmiała się cicho. Domyślała się, że próbuje kupić sobie tym więcej czasu pod tą ciepłą kołderką, ale pomimo burczenia w brzuchu wcale nie miała mu tego za złe.
Ja sprzedaję najelpsze koty w worku! Takich kotów w worku jak u mnie to nigdzie nie dostaniesz, przecież wiesz — zapewniła niewinnie się uśmiechając kreśląc palcem przeróżne kształty na jego skórze. Wtulając się w niego rozkoszowała się tym leniwym porankiem i nawet była skłonna poczekać jeszcze parę chwil na swoje śniadanie, ale to ich błogie lenistwo i tak zostało przerwane przez wyższą siłę - sojusznika Wendy. Lekki wstrząs materaca, charakterystyczne tąpnięcie i powiew chłodu zwiastował tylko jedno: Mięczaka w akcji. — Obawiam się, że jest po mojej stronie — jęknęła, choć tak naprawdę jej głos zdradzał jej rozbawienie. Przeszedł ją lekki dreszcz, więc na sekundę wtuliła się jeszcze w Matta próbując zagarnąć sobie nieco jego ciepła dla siebie, ale widząc determinację czworonoga zwolniła go z uścisku. — Widzisz?! On wie, że mój kot w worku jest wart wystawienia stopy na zimną podłogę — zaśmiała się przesuwając dłonią po rozczochranych włosach Matthewa. W tej beztroskiej chwili i chaosie poranka odnajdywała błogi spokój, którego bardzo potrzebowała.
Pewnie by tak leżała jeszcze dobre pięć albo dziesięć minut, gdyby nie ta jego podkówka, która powinna być nielegalna! Działała na nią jak darmowy kupon na prawie wszystko o co poprosił, a w zestawieniu ze spojrzeniem godnym kota ze shreka była w stanie opuścić nawet nagrzaną pościel. — No dobra, dobra zrobię — westchnęła niby niezadowolona, ale tak naprawdę uśmiechała się pod nosem, bo z tą miną wyglądał niedorzecznie uroczo. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły wypełzła z łóżka do toalety, a wracając z niej po drodze zgarnęła gdzieś luźno wiszącą bluzę Matthewa zarzucając ją na siebie. Wyglądała absurdalnie w dwóch różnych skarpetkach, które sięgały jej prawie do kolan, w majtkach i jego za dużej bluzie, ale zupełnie się tym nie przejmowała. Zajęła się swoją kawową misją i choć prawie wywinęła przy tym orła, gdy poślizgnęła się na rozlanej przez siebie wodzie, misja ostatecznie zakończyła się sukcesem. Minęło pięć minut, później osiem, a nawet dziesięć, a ona stała już przy blacie z dwoma parującymi kubkami kawy szykując jakiś komentarz o jego poczuciu czasu, ale widok Matthew - radosnego, triumfującego i taszczącego papierową torbę jak największe trofeum - totalnie ją rozroił.
Oho, widzę, że ktoś tu od rana trenował bycie cool! — roześmiała się podchodząc do niego tanecznym krokiem niemal potykając się o własne stopy - jak to na Wendy przystało - ale szybko uratowała sytuację łapiąc się go za ramię.
No to słuchaj uważnie — oznajmiła zapierając się o blat i wsuwając się na niego machając nogami radośnie. — Caaaaałe Toronto żyje teraz narodzinami wydr rzecznych, a przysięgam już chyba pięć osób powiedziało mi, że to moje spirit animal, muszę to sprawdzić! Więc będziesz mieć wycieczkę do zoo, ALE to nie wszystko!!! To tylko przystawka… — oznajmiła pochylając się lekko w jego stronę, prawie spadając przy tym z tego blatu, ale na szczęście jej energiczna gestykulacja pomogła jej złapać równowagę. — Główne danie to totalny tend ostatnich dni. Wszyscy czekają na poród małej żyrafy jak na królewskie dziecko, serio. Patrz! — oznajmiła sięgając po telefon który wcześniej położyła na blat jak robiła kawę i znalazła zdjęcie ciężarnej żyrafy. — Patrz na te hasztagi — parsknęła #HerMajestyTheGiraffe #BuckinghamZooVibes by po chwili dodać całkowicie poważnie. — Ludzie śledzą live stream i koczują z lornetkami, ale ja mam przeczucie, że to stanie się dzisiaj. Chcę tam być. Chce gapić się na małą żyrafę, która rozjeżdża się na własnych nogach — i teraz to ona zrobiła maślane oczy, a usta wygięły się w podkówkę z nadzieją, że on poczuje to coś, gdy tylko usłyszy o jej pomyśle. — Czy to nie plan na totalnie slay-day? — oczywiście, że chodziło o wycieczkę do zoo, bo chyba najważniejszego nie powiedziała, keidy tak na niego się gapiła. No powiedz coś, powiedz! Tak się na niego patrzyła wyczekując reakcji.

Matthew Goodman
winniethepooh91
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chaotyczne krzątanie się po kuchni było tym typem krzątania, które Matthew uwielbiał. Tuż po postawieniu na blacie, trochę mąki rozsypało się dookoła. Jajka (postawione swobodnie gdzieś między płytą a mąką) rozjechały się w dwie strony i tylko postawiona miska i pojemnik na cukier powstrzymały je przed lądową katastrofą. Jedna z widełek od miksera nie miała tyle szczęścia i zjechała po blacie, ale w ostatnim, heroicznym wręcz, odruchu zaczepiła się o kabel od tegoż miksera właśnie, przez co bujała się swobodnie od boku do boku, jak Tarzan na linie w afrykańskiej dżungli. Mimo tego chaosu, wszystko jakimś cudem zdawało się znajdować na swoim miejscu. Do tego zapach świeżo zaparzonej kawy, cukru wanilinowego i kupionych świeżych owoców. Tak mogły mijać wszystkie poranki!
Wszystkie składniki do “pancake’ów smakujących jak dzieciństwo” znalazły się już na blacie, kiedy Wendy zaczęła opowiadać plan na dzisiejszy dzień. Matty skupiał się na dodawaniu poszczególnych elementów do miski, w idealnej proporcji wymierzanej oczywiście “na oko”, ale od czasu do czasu obracał głowę w stronę Wendy, żeby wyrazić aktywne słuchanie. Choć w jego przypadku było to bardziej słuchanie “twarzą”, bo to na niej odmalowywały się zaskoczenie (nie, nie słyszał wcześniej o wydrach, ale chyba żył pod kamieniem albo nie miał czasu scrollować bieżących informacji ze świata), ekscytacja z zobaczenia takiej atrakcji i wreszcie zamyślenie, bo sam nigdy nie zastanawiał się, jakie jest jego spirit animal.
- A patronusem Hermiony nie była wydra? - Zestawił obok siebie dwa słowa: wydra i Wendy. Oba wyrazy nie dość, że miały tyle samo liter, to jeszcze dzieliły trzy takie same! Rozwaliło to mózg Matthew. Rzeczywiście to musiała być spirit animal Wendy! Jakim duchowym zwierzęciem mógł pochwalić się Matthew? - Ej, jak to sprawdzić? Co jest moim duchowym zwierzęciem? - zapytał mieszając wstępnie składniki w misce. Chciałby być lisem, jak Nick Bajer ze Zwierzogrodu, ale intuicja mu podpowiadała kreta albo innego jeżozwierza. Albo tchórzofretkę.
- Wydry to mega mądre zwierzęta! Widziałem raz filmik w internecie, że jedna wydra raz poszła po pomoc do człowieka, bo jej przyjaciel - Matthew dałby głowę uciąć, że była to foka, ale dobrze, że tego nie zrobił, bo historia dotyczyła drugiej wydry i takim oto sposobem, musiałby żyć bez głowy - zaplątał się w sieć rybacką. A później przyniosła człowiekowi kamyk w prezencie za pomoc! - pochwalił się ciekawostką tuż przed tym, jak na kilkadziesiąt sekund włączył mikser, który zagłuszał nieco Wendy, ale absolutnie nie przeszkadzał jej w mówieniu.
O ile samymi wydrami już się zajarał, tak na hasztagi, slay-day i całą urodzeniową otoczkę już totalnie się odpalił i nie mógł doczekać! No i nie mógł pozostać obojętny na wewnętrzny i zewnętrzny urok Wendy!
- Slay-day, podoba mi się to! - Określenie. Albo poród małej żyrafy. Albo oba. Nie sprecyzował w każdym razie.
Wsadził palec w zmiksowane surowe ciasto, żeby ocenić jego słodkość. Nie miał co prawda pojęcia, czym dla Wendy był smak dzieciństwa, ale starał się odwzorować to, co sam pamiętał z wakacji spędzonych u babci pod Toronto.
Procesy mózgowe po kontuzji obudzenia i przed pierwszą kawą działały u Matthew w spowolnieniu, bo dopiero jak pierwsza porcja pancake'ów smażyła się pod przykrywką, powiązał pewne fakty. Mianowicie rozkraczanie się małej żyrafy i sam fakt porodu. Matthew nie był nigdy specem od porodów. Jeden przeżył (swój własny), ale nie pamiętał szczegółów. Musiał zatem podzielić się wątpliwościami z Wendy.
- Ej, ale jak to jest? - zapytał celując łyżką z masą w Gardner i marszcząc brwi, bo próbował sobie wyobrazić ten poród. - Bo żyrafy są duże, nie? I jak one rodzą? Na stojąco? I ten maluch on tak spada z takiej wysokości? I nic mu się nie dzieje? - zasypał Wendy pytaniami, bo oto w jego oczach okazała się być ekspertką od żyraf, a Matty był zaniepokojony potencjalnym niebezpieczeństwem czyhającym na małą żyrafkę zaraz po urodzeniu, bo z jakiegoś niezrozumiałego sobie powodu założył, że żyrafy rodzą właśnie na stojąco, bo nie mogły, tak jak kobiety, rodzić na leżąco. Wydawało mu się to przecież logiczne!

Wendy Gardner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
34 y/o
NARRATORSKI PIESEK
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wendy z kolei uwielbiała przyglądać się jak Matthew odnajduje się w kuchennym chaosie. Obserwowała jak mąka osiada na blacie, jak widełki miksera tańczą z kablem, a pomiędzy tym wszystkim uroczy on uprawiający mityczne krzątanie się, które ona znała tylko z przesłodzonych sitcomów i wszystkich tych amerykańskich seriali o idealnych rodzinach. Wspomnienia rodzinnego domu nie były tymi najlepszymi - kuchnia pachniała tytoniem, stęchlizną oraz aromatem lasek cynamonu, które miały wyłapać wilgoć i przeplatała się z alkoholowym aromatem ojca, który przesiadywał tam i podpijał, kiedy lodówka świeciła pustkami. Jej smaki dzieciństwa bazowały raczej na wszystkich wspomnieniach z obcych miejsc, z nocowanek u koleżanek, gdzie rano pachniało wanilią lub z tych nielicznych wyjść z bratem do taniego lokalu na rogu, gdzie zajadała sobie pancake'a i czuła się przez moment całkiem normalnie, tak domowo.
Patrząc jak Matty zabiera się do przyrządzania śniadania czuła błogi spokój, on tworzył domową atmosferę o której zawsze marzyła i dawał jej spokój, którego sama nie potrafiła sobie zapewnić, a którego niekiedy bardzo potrzebowała.
Nie wiem w sumie jak to sprawdzić — roześmiała się, gdy tak zafiksował się nad duchowymi zwierzątkami. — Wydra nie kojarzyła się mi z mądrością tylko z tym, że ma w sobie spore pokłady wewnętrznego dziecka, uwielbia zabawę i poza wodą bywa niezdarna. To totalnie pasowało do mnie, chociaż teraz z tą mądrością nie jestem taka pewna i znając mnie to bym się w tej sieci zaplątała razem z tą drugą wydrą i obie musiałybyśmy czekać, aż ktoś nas uratuje, a potem pewnie przez przypadek upuściłabym ten kamyk-prezent komuś na stopę — wyznała marszcząc przy tym zabawnie nos. Z drugiej strony wyderki trzymają się za łapki podczas snu, co totalnie przemawiało za opiekuńczą i troskliwą stronę Wendy wobec swoich bliskich. Była wydrą, nawet jeśli nie czuła się wcale taka mądra.
Wiesz co Matty… dla mnie to ty jesteś trochę kapibarą — oznajmiła uśmiechając się uroczo i zsuwając z blatu kuchennego. — Taką oazą spokoju… Kapibary takie są, można na nich usiąść, dookoła może rozpętać się armagedon, a one po prostu są, takie spokojne i sprawiają, że wszystko jest… okej? — dodała podchodząc do niego od tyłu, obejmując go w pasie i wtulając swój policzek w jego plecy. — Ty też tak masz, nawet w moim towarzystwie i z tą mąką na nosie — wyznała czując, że potrzebowała takiej chwili bezradności i wtulenia, ale nie chcąc mu utrudniać kuchennej krzątaniny przystanęła obok opierając się o blat. — Moje smaki dzieciństwa są mocno naciągane, bo u nas nie tańczyło się z mikserem, ale myślę, że nawet jak przypalisz mi tego pancake'a to i tak będzie smakował domowo — wyznała cicho, nieśmiało uśmiechając się do niego.
Ale wyderką też byłbyś całkiem niezłą, wiesz? Oooo wiiiiiem LABRADOR albo Golden Retriever! — wtrąciła jeszcze po chwili namysłu i zaklaskała radośnie jakby to był strzał w dziesiątkę. Czy goldeny są znane jako najlepsze psy terapeutyczne na świecie? Cierpliwe, czułe, pozbawione agresji… Matty, jej ludzki Golden.
Slay-day! — powtórzyła radośnie i sięgnęła po talerz jakby nie mogła się już doczekać, aż to pierwsze cudo dojdzie do pożądanej formy na tej patelni i radośnie machając nim wpadła w wir wyjaśnień w sprawie porodu żyrafy. — No właśnie rodzą się na stojąco! — podekscytowała się ponownie, może trochę za bardzo, bo prawie talerz wymsknął się jej z rąk i ledwo w locie go złapała, ale kontynuowała swoją opowieść jakby nigdy nic. — To się nazywa twarde powitanie na świecie, co nie? Maluch zalicza dwumetrowy — tego nie była pewna, ale tak na oko dwa metry mogło być — lot prosto na ziemię! — a i tak robi to zapewne z większą gracją niż Wendy porusza się na co dzień. — Przyroda jest niesamowita one po godzinie już mogą skakać na swoich nogach — człowiek totalnie na tym poziomie przegrywa w rankingach.

You’re my Golden, Matty. 🐾🥞🦒✨🦦🤍
winniethepooh91
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchając wytłumaczenia Wendy, Matty przewracał pancake’a na drugą stronę. To wystarczyło, aby po kuchni rozniósł się ciepły aromat wanilii i masła z przygotowanego posiłku. Nawet jego brzuch zaczął domagać się jedzenia, choć umysł i tak musiał skupiać się na multitaskingowaniu, czyli pilnowaniu naleśnika i opowieści Wendy. Która wydała mu się szalenie zabawna i nawet zaśmiał się cicho, bo trochę tak ją sobie wyobrażał - jak zaplątaną w sieć wydrę, która wpadła w nią nawet nie przez przypadek, co przez jakąś głupotę.
- No i jest słodka! - zawtórował, trochę nieświadomie komplementując w ten sposób pośrednio też Wendy, która opisywała charakterystykę wydry, z którą się utożsamiała. W domyśle właśnie o wydrze mówił, ale czy metafora nie sięgała głębiej? - Te wszystkie filmiki na YouTube z wydrami są cholernie słodkie! Ich pyszczki wyglądają tak, jakby zawsze coś kombinowały i się uśmiechały jednocześnie - podsumował z rozbawieniem i spróbował uśmiechnąć się tak szeroko jak wyderki z filmików, o których mówił.
Matty nie był tak słodki. Ale w duchu liczył, że przynajmniej jest w tym choć trochę zabawny.
Kapibary jako swojego spirit animal absolutnie się nie spodziewał. Jedyne co wiedział o tym zwierzęciu to to, że było z jakiegoś powodu viralem i że robiły sześcienne kupy (pomyliło mu się z wombatami, oczywiście), ale nie była to ciekawostka, którą warto było podzielić się do śniadania, dlatego przemilczał tę uwagę. Choć zrobiło mu się bardzo miło, kiedy wyjaśniła swoje stanowisko i się do niego przytuliła.
Nie zdążył się oburzyć na sugestię przypalenia naleśnika (choć mu się zdarzało, ale ciiI!), bo został zakrzyczany przez pomysł z innym spirit animal.
- Podoba mi się! Mogę być labradorem albo goldenem! - Uśmiechnął się jeszcze szerzej i pokiwał głową z aprobatą. Co prawda nie wiedział, jaka jest między nimi różnica, ale już z tym się utożsamiał! - To chyba rasy, które są wykorzystywane jako psy przewodniki, nie? - Ale Matty sypał dziś ciekawostkami jak z rękawa! Wendy obudziła w nim zoologiczną fascynację i zaczął coraz bardziej rozkminiać te tematy!
- Ej, a ciekawe, czy jest jakiś przelicznik wieku żyraf na wiek ludzki i odwrotnie. Wiesz, jak z psami. - To mówiąc zerknął na Mięczaka, który leżał w swoim kojcu w strefie łącznikowej pomiędzy aneksem kuchennym a salonem i patrzył na krzątających się po kuchni człowieków z głową wspartą na wyciągniętych przed siebie łapach. Gdyby był człowiekiem, Matthew spojrzenie pupila odczytałby jako pełne politowania dla podnoszonych przez duże istoty tematów. Co nie mijałoby się bardzo z prawdą. Przeliczając z psich na ludzkie, czworonożny przyjaciel był już dobrze po pięćdziesiątce, więc mógł uważać ledwo trzydziestopięcio letniego człowieka za gówniarza, który nic nie wie o życiu!
Matthew zawiesił się na dłuższą chwilę z tymi rozważaniami nad wiekiem i rozmyślaniami o mentalności Mięczaka, ale zaraz wrócił do wyobrażenia sobie porodu żyrafy. I nagle zrobiło mu się przykro, że żyrafy mają dosłownie chrzest bojowy od samego początku.
- Dziecko, żeby zacząć zbornie skakać, potrzebuje ile? Z pięć lat? Siedem? To jak mała żyrafa ma takie umiejętności przy urodzeniu, to z wiekiem to muszą być mega inteligentne zwierzęta! - W jego głowie miało to swój ciąg przyczynowo-skutkowy, okej? - Ciekawe, czy ktoś prowadzi badania nad inteligencją żyraf… - rzucił takim tonem, jakby poważnie zastanawiał się, czy nie powinien zająć się tym zagadnieniem, “jak już dorośnie”.
- Pierwsza porcja, voila! - przełożył Wendy na talerz pierwszego pancake’a i skłonił się niczym francuski garson z jedną ręką założoną za plecami. Zwykle pierwszy naleśnik był na stracenie, ale nie w przypadku Matthew. Wystarczyło mieć opracowany dobry patent! - Co dajesz do pancake’ów? Mam nutellę, dżem truskawkowy od mojej mamy - otworzył wyjęty z lodówki słoik, aby powąchać i sprawdzić, czy nigdzie nie ma pleśni, ale nie zalatywało winem, a po włożeniu palca (bo po co łyżeczką) smakowało dobrze, więc nie zamierzał niczego marnować - krem marshmallow, oczywiście syrop klonowy - wymieniał po kolei to,co miał w szafkach i wystawiał na blat, żeby Wendy mogła się częstować - wiórki kokosowe do posypania, ooo, nawet skittlesy - podjarał się, wyciągając nienapoczęte jeszcze opakowanie. A skoro o kolorach zaczęła być mowa przypomniał sobie o zakupach. - Kupiłem też świeże borówki, kiwi i banany, więc… czym chata bogata! - rozłożył wszystko na stole i wrócił do smażenia kolejnej porcji. - A jak ładnie zjesz śniadanie, to dostaniesz jeszcze deser - zafalował ponownie brwiami niczym rasowy flirciarz (choć plama z ciasta na koszulce psuła ten efekt), a patelnia aż zaskwierczała, kiedy wylał na nią kolejną porcję ciasta.
Dopiero po fakcie do niego dotarło, że mogło to zabrzmieć dwuznacznie. A on naprawdę miał na myśli prawdziwy deser! Po słodkim śniadaniu. Ale byli dorośli i nie musieli już słuchać dorosłych w kwestii wyborów żywieniowych (nawet jeśli powinni)!

Wendy Gardner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
34 y/o
NARRATORSKI PIESEK
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obserwując jak Matty próbuje naśladować wyderkowe uśmiechy nie mogła się powstrzymać i dołączyła do tej zabawy. — Oooo cholibka, ten twój wyderkowy uśmiech to takie mocne 8 na 10 w skali slay — przytaknęła z aprobatą sama przy tym uśmiechając się szeroko, po czym szybko dodała. — Ale patrz na to! — nadęła teraz policzki jak szalona mrużąc przy tym oczy by wyglądać jak najbardziej pocieszenie choć widać było, że walczyła z chęcią roześmiania się. I w końcu tak się stało, parsknęła śmiechem tłumacząc, że — to jest właśnie ta profesjonalna wydra, która właśnie znalazła najlepszy kamyk świata, o! — Komplement z przypadku też nie umknął jej uwadze. — I fakt, jesteśmy cholernie słodkie… a skoro już ustaliliśmy, że to moje spirit animal to oficjalnie składam wniosek o trzymanie za rękę w zoo, żebym przypadkiem nie odpłynęła od ciebie na fali tłumu. Coś czuję, że będzie sporo ludzi przez to baby boom — oznajmiła radośnie trochę sobie żartując, a trochę nawiązując do wyderkowego trzymania się za łapki.
Choć wyderkę udawał zacnie to Wendy i tak obstawała przy tym, że bliżej mu do takiej kapibary - króla spokoju. Serio, Wendy niekiedy czuła się tak jakby świat wokół niej płonął, a ona dowalała sobie rozlewając kawę wokół i potykając się o własne nogi, a on po prostu stał z tym swoim czarującym uśmiechem i spojrzeniem mówiącym wszystko będzie okej i to była jego supermoc.
Kapibaromoc, SLAY!
Chociaż ten Goldenek no naprawdę, wypisz wymaluj! — Dokładnie tak! — przytaknęła słysząc o psie przewodniku. — Ty też jesteś jak taki pies przewodnik jak wychodzimy, dzielnie pilnujesz bym nie wpadła w żadną ścianę. No wszystko się zgadza — czy to nie o c z y w i s t e? — W dodatku jesteś cierpliwy, mógłbyś słuchać o moich żyrafowychżyrafich Wendy! — teoriach przez kilka godzin i na koniec jeszcze polizałbyś mnie po twarzy w geście aprobaty. W sensie jako pies. Gdybyś był psem. A nie żebyś mnie lizał. Teraz. Po twarzy czy… coś — typowa Wendy. — MNIEJSZA O TO — rzuciła czując jak w panice zalewa ją fala gorąca.
Czy ktoś chciał przepis na pancakes totalne spalanie własnej godności w pięć minut? To proszę bardzo! Składniki: garść nieprzemyślanych słów, brak filtracji myśli między mózgiem, a językiem oraz szczypta desperacji podczas próby ratowania sytuacji. Wystarczy wymieszać wszystko energicznie na oczach przystojnego faceta, dodać wzmiankę o lizaniu bóg wie czego i wysmażyć w ogniu własnego wstydu.
SMACZNEGO.
Wiesz co? Najlepiej zapomnij, że mam aparat mowy — mruknęła czując palące policzki — po prostu smaż mi te placki Goldenku zanim dodam coś o tym, że merdasz ogonem na widok… jezu, musze się zamknąć — naprawde nieważne, schowała twarz w dłoniach zostawiając tylko małą szparkę między palcami, by zobaczyć jak bardzo Matthew będzie się z niej śmiał.
Dopiero po chwili odważyła się wychylić za swoich dłoni, bo wizja Matthewa w roli światowej sławy eksperta od żyrafiej inteligencji była interesująca. Nie wiedząc czemu nagle przed jej oczami pojawił się obraz Archimedesa Portera piszącego coś w notatniku na temat żyraf…
Spoiler
Obrazek
… i nagle stopniowo uczucie jej własnego żenua ustępowało robiąc miejsce uwielbieniu dla procesów myślowych Matta. Spojrzała na niego nie kryjąc radości, że tak się jej udało zajawić go zwierzęcymi tematami. Uwielbiała to, gdy tak łapał jej vibe.
Sama jestem ciekawa tej inteligencji, serio. Ludzkie dziecko w wieku pięciu lat ledwo ogarnia, że nie powinno jeść piasku z piaskownicy, a żyrafa pewnie ma już wtedy bardzo poważne i dorosłe życie, co nie? — stwierdziła zerkając na mięczaka, który obserwował ich krzątających się po kuchni, ale szybko spojrzała na swój talerz na którym wylądował gorący pancakes, a w brzuchu z wrażenia jej zaburczało.
W samą porę! — oznajmiła mając chwilowy oczopląs, kiedy zobaczyła te wszystkie dodatki jakie były na wyciągnięcie jej ręki, ale na dobry początek sięgnęła po tradycyjny syrop klonowy i wyrysowała nim wesołą minkę, sięgnęła po telefon, cyknęła zdjęcie, by potem wrzucić na to jeszcze trochę borówek i banana, by na koniec maznąć to wszystko odrobiną czekolady. — P rEpy choTAAA — wydukała z pełną buzią zaraz po tym jak wpakowała sobie do buzi zdecydowanie zbyt wiele niż powinna, ale ta radość na jej twarzy była tego warta.
Deser po słodkim śniadaniu, ale z nas nieodpowiedzialni dorośli — zaśmiała się marszcząc nosek i pakując kolejnego gryza do buzi, a pancake na jej talerzu znikał w tempie ekspresowym. — Przygotuj się na dwie opcje, okej? Po takim śniadaniu albo będziesz mnie turlał do tego zoo… aaaalbo będziesz mnie musiał po nim gonić, jak cukier uderzy mi do głowy — trochę jak z jajkiem niespodzianką, nigdy nie wiesz na co trafisz. — WYBORNE TO BYŁO! — oznajmiła odstawiając pusty talerz na blat.
Ale że już?
No już.
Głodna była.
A przy tym cała w syropie i czekoladzie.

Obrazek Archimedes Q. Porter
winniethepooh91
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Już nie tylko gęba Matty’ego się śmiała, ale cała jego sylwetka emanowała dziecięcą radością, kiedy tak wygłupiali się z Wendy przy przygotowywaniu śniadania. To było tak głupie, że powinno być chyba nielegalne, ale dopóki nikt nie widział, to nie było przecież problemu, prawda? Na co dzień miał wystarczająco dużo powagi dookoła siebie, żeby pozbawić się tego jednego poranka raz na jakiś czas, kiedy policzki, wypchane jak u chomika, zaczynały już boleć od ciągłego uśmiechania się!
- Wniosek został oficjalnie zatwierdzony! - pokiwał głową z aprobatą na pomysł z trzymaniem się za ręce (widział wystarczająco dużo filmików z wydrami, żeby znać ciekawostkę o trzymaniu się za łapki) i urwał kawałek pieczonego naleśnika, żeby sprawdzić, czy nie trzeba dosłodzić jeszcze ciasta. - Trzeba to odpowiednio uczcić! Możemy kupić balony z helem, jak w gender reveal influencerów! Różowe i niebieskie, żeby żadna z wyder nie poczuła się pokrzywdzona. Albo konfetti… - już mówiąc o konfetti doszedł do wniosku, że to zły pomysł, bo: - Albo lepiej nie. Jeszcze mogłyby próbować zjeść te kawałki. Ale możemy poszukać jakichś smaczków dla wyder i im przynieść! Co w ogóle jedzą wydry? - zapytał, a w głowie zaczął przeszukiwać informacji na temat tego, czym żywiły się te zwierzęta, ale w swojej przenośnej encyklopedii zwanej mózgiem nie znalazł odpowiedzi nawet na wątpliwość, czy to zwierzęta roślino- czy mięsożerne. - Oprócz naleśników - dodał ze śmiechem, wskazując głową na Wendy, która identyfikowała się jako wydra. Przynajmniej jako jej spirit animal.
Jego spirit animal (golden, jak już zostało ustalone!) za to co innego! Chciał oczywiście zaprzeczyć, że aż tak źle nie jest, żeby musiał powstrzymywać ją przed wpadaniem w ścianę, ale prawda była brutalna, bo Matty sam był świadkiem różnych sytuacji w życiu panny Gardner. Starał się w wolnym czasie nie diagnozować jej żadnych zaburzeń (choć czasem cisnęło się to samo do głowy!) i nie wprowadzać…
Zaraz, co?
Kiedy tylko doszło do mózgu Matthew to, co Wendy powiedziała, parsknął śmiechem, bo takiego obrotu rozmowy absolutnie się nie spodziewał! Śmiech ten był na tyle głośny i niespodziewany, że aż Mięczak podniósł głowę ze swojego posłania i spojrzał na człowieka z dezaprobatą, zanim z powrotem oddał się rytuałowi odpoczywania.
Ledwo pozbierał się po jednym napadzie śmiechu, a zaraz Wendy zaskoczyła go z zupełnie innej strony, choć pozostając
- Nie będę lizał ani merdał ogonem, ale znam inne sposoby na okazanie radości, w ludzki sposób - powiedział wesoło i podszedł do Wendy, kiedy już wyłoniła się zza swoich palców. Ręką uciapaną trochę cieście, przytrzymał kobietę za jeden policzek, aby na drugim, pokrytym czerwonym pąsem, złożyć soczystego buziaka, takiego z cmoknięciem! Jego policzki również były zarumienione, choć bardziej od śmiechu, niż zawstydzenia czy zażenowania.
- Mów, mów, Wens! To strefa wolna od tabu - dodał zachęcająco i roztoczył dookoła ręką, aby podkreślić zasięg tego miejsca. - Tu możesz mówić o wszystkim, nawet o - kupie powiedział samym ruchem warg, żeby nie striggerować Mięczaka, bo cwaniak wiązał to słowo ze spacerami. Być może Matty nie powinien mówić o kupie przy jedzeniu, ale skoro strefa wolna od tabu, to strefa wolna od tabu!
Goodman nie zdążył usmażyć drugiego naleśnika, kiedy ten pierwszy zniknął w tempie ekspresowym, pozostawiając po sobie jedynie słodki ślad na twarzy Wendy. Zrobił minę wyrażającą uznanie dla tempa jej jedzenia, ale totalnie rozumiał. Drugi pancake wylądował na talerzu przed Wendy, ale zanim kobieta zdążyła się do niego dobrać, Matthew oderwał od niego połowę nieelegancko rękami i wsadził go sobie na raz do buzi. Na sucho. Nutellę wpakował sobie do ust prosto z łyżeczki.
- Oj tam, oj tam, raz na jakiś czas można! - powiedział z pełną buzią. A przynajmniej to chciał powiedzieć, ale z jego ust (oprócz okruszków) wydobył się jedynie bełkot, który przypominał mniej więcej wspomniane zdanie. Tłuszcz zaskwierczał od kolejnej porcji wylanej na patelnię, kiedy Matthew przełknął do końca to, co miał w buzi, żeby móc dodać: - Pojedziemy do zoo rowerami, to tylko kilka kilometrów! - Kilkanaście. Dwadzieścia właściwie. Dla ścisłości: trochę ponad dwadzieścia pięć. Ale kto by się tym przejmował? - Dobra, to chcesz kolejną porcję, czy przechodzimy do deseru? - zapytał, wycierając ręce o spodnie na biodrach i wskazał na nie do końca opróżnioną torbę, która tylko czekała na to, aby wydobyć z niej prawdziwe skarby!

Wendy Gardner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”