—
Przecież ty jesteś genialny! Mówiłam ci to już? — na dźwięk słowa
balony w jej głowie eksplodowały fajerwerki. On totalnie czytał w jej myślach! Wendy kochała tego typu akcje, ochoczo więc przytaknęła. —
Balony z helem to nasz must have tego dnia, ogarniemy jakieś po drodze — bo właśnie tego pragnęły malutkie wyderki! Z całą pewnością tego potrzebowała Wendy, ale wyderki na pewno też. —
A jeśli chodzi o konfetti to chyba mam plan — zaczęła cicho i obiecująco, ale szybko powróciła do swojej tonacji bo z tej ekscytacji nie potrafiła inaczej. —
Może kupimy taką kolorową sprasowaną paszę dla zwierząt i pociachamy, to będzie taki jadalny deszcz szczęścia — z którego wyderki raczej nie będą zadowolone, bo jak to tak jakaś tam
pasza od człowieków, pf .
— Chociaż nie jestem pewna czy im posmakuje — dodała marszcząc lekko nosek i zastanawiając się co tak naprawdę mogą jeść takie wyderki, aż ją olśniło. —
No przecież R Y B Y — i już miała nawet zaproponować, by zabrali ze sobą jakieś mrożone szprotki ale szybko zrozumiała, że znając jej szczęście rozmroziłyby się w kieszeni i przez całą randkę pachniałaby jak jakiś rybak. —
Musimy wstąpić do jakiegoś zoologicznego i kupić jakieś rybne smaczki, a potem przemycimy dla wyderek nim ktokolwiek się zorientuje — brzmiało jak plan, prawda?
Wendy była zbyt beztroska by dopuścić do siebie myśli, że zwierząt w zoo się nie dokarmia ale prawda była taka, że te
dorosłe zasady często wpadały jej jednym uchem, a wypadały drugim. Prawie tak sprawnie jak nieprzefiltrowane myśli, a potem kończyło się rozmowami o lizaniu. Na szczęście Matthew wydawał się idealnie przystosowany do jej chaosu, poważnie. Jej serce po tych chwilowych stresowych palpitacjach pod wpływem zażenowania wykonało teraz miękkie lądowanie, gdy zamiast oceniającego spojrzenia za jej
lizane przemyślenia otrzymała głośny śmiech i soczystego buziaka w policzek. —
Dzięki Matty — mruknęła uśmiechając się delikatnie, bo wierzyła mu. To naprawdę była jej strefa wolna od tabu, mogła być tu najbardziej chaotyczną wersją siebie, a on to akceptował. —
Strefa wolna od tabu, mówisz? — odparła wyzywająco poruszając przy tym figlarnie brwiami. —
Uważaj, bo jak zacznę mówić o wszystkim to nigdy z tej kuchni nie wyjdziemy — niby zażartowała choć tak naprawdę w jej głowie jednocześnie zachodziło wiele procesów myślowych przeplatających się i tworzących jeden wielki chaos. —
A tak serio to dzięki, że przy tobie nie muszę filtrować tego śmietnika, który mam w głowie… bo obawiam się, że to i tak niemożliwe — i co jej więcej pozostało? No nic, wzruszyła bezradnie ramionami godząc się z tym, że jest chodzącym chaosem, niespodzianką i niekiedy wręcz katastrofą.
Prawdę mówiąc była przekonana o tym, że Matthew wiedział z kim ma do czynienia, ale gdy padła propozycja by udać się do zoo na rowerach to ta jej pewność drastycznie zmalała. —
Och Matty — westchnęła patrząc na niego pobłażliwie, jakby nie wiedział na co się pisze. —
Czy ty właśnie zaproponowałeś mi rowery? — zapytała upewniając się i zerkając na ta połowę swojego naleśnika, to na niego z pełną buzią skrywającą dowody zbrodni, czyt. drugą połówkę pankejka. —
Boj się boga — odparła polewając talerz syropem klonowym i ładując na niego sporą ilość owoców. Zamiast zgarnąć talerz z blatu wygrzebała swój telefon i przez chwilę gorączkowo coś scrollowała w nim, aż w końcu znalazła to czego szukała.
—
Patrz! To mój rower, nazywa się Błyskawica — choć pewnie lepiej pasowałaby nazwa typu
rydwan zagłady, czy coś takiego. I podsunęła mu pod nos telefon ze zdjęciem przedstawiającym miętowy miejski rower, który sam w sobie był już ładny ale Wendy przyozdobiła szprychy kolorowymi koralikami, a na kierownicy zamontowała wiklinowy koszyk, w którym siedział pluszowy miś w goglach lotniczych. Z kolei za jej dzwonek robiła kaczuszka w kasku. —
Wiem, że wygląda jak rower pięciolatki ale wierz mi na słowo, że te koraliki robią za system wczesnego ostrzegania. Piesi jak to słyszą spodziewają się kilkuletniego chaosu, więc wszystko się zgadza — zapewniła po czym przesunęła palcem po ekranie trzy razy i odpaliła wideo. —
O, a to moje ostatnie nagranie na Błyskawicy — oznajmiła zastanawiając się czy nie dodać, że ogląda na własną odpowiedzialność ale doszła do wniosku, że nie są to aż tak drastyczne sceny. Po prostu zwykłe nagranie codzienności Wendy, które może kiedyś przydać się jako dowód do ubezpieczalni. W sumie powinna być objęta całodobowym monitoringiem, ale wracając do nagrania… na filmiku było widać jak jest niewątpliwie zdeterminowana by ruszyć z miejsca na swojej
Błyskawicy i przez pierwsze kilka sekund wyglądało to bardzo obiecująco dopóki nie spróbowała pomachać do kamery. Wtedy spektakularnie wylądowała w krzakach lawendy sąsiadki, a na nagraniu dało się wyłapać głos Wendy:
Lawenda amortyzuje, nic mi nie jest!
—
Jesteś pewien, że ten rower to dobry plan? — zapytała po wszystkim zagryzając wargę i próbując zachować powagę. —
Bo moja ciągłość przejazdu bywa bardzo różna, zazwyczaj krótka lub jeszcze krótsza — zaśmiała się lekko. Nikt jej nigdy nie nauczył porządnie jeździć na rowerze, a w zestawieniu z jej kiepską koordynacją ruchową to naprawdę nie była łatwa sztuka, ale wcale nie była na nie. —
Jeśli jesteś gotowy na to i okoliczne zwiedzanie żywopłotów lub przydrożnych rowów ze mną to lecę po mój różowy kask i możemy lecieć — rozporządziła entuzjastycznie szybko się jednak orientując, że o czymś zapomniałam.
—
Ale najpierw deser, no tak! Dawaj mi go tu — oznajmiła dojadając połowę pancakea, który był już tak sporym zastrzykiem cukru, że ten deser był w zupełności niepotrzebny ale ona nie potrafiła odmówić sobie takiej słodkiej przyjemności.
