-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Parsknął cicho pod nosem, kiedy tak szła tyłem, już nakręcona na te wszystkie maszyny, maskotki i bileciki, jakby właśnie odkryła jakąś zupełnie nową kategorię świata, która do tej pory była jej skutecznie odcinana. Raczej nie sądził, że w istocie tak było. Tym bardziej, że sama się zarzekała, że wie czym jest Dance Dance Revolution.
— Wow, wow. Ty już jesteś napalona, a jeszcze tam nie doszliśmy — rzucił w końcu, drepcząc za nią spokojnym krokiem, skracając dystans nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że przy jej tempie i pomyśle chodzenia tyłem prędzej czy później coś by ją zatrzymało. I raczej nie byłoby to nic przyjemnego.
— I jak coś to jak rozwalisz sobie głowę o jakiś znak albo latarnię, to ja będę udawał, że tego nie widziałem i pójdę dalej — dorzucił jeszcze, z tym spokojnym tonem, który w jego wydaniu zawsze balansował gdzieś między żartem a szczerością. I dlatego tak niebezpieczny w tym swoim wyrachowaniem.
Zerknął jeszcze na drogę przed nimi, orientując się mniej więcej, gdzie powinni iść i, co ważniejsze, czy nie ma na ich trasie faktycznie jakiegoś słupa czy przechodnia, o którego mogłaby wyrżnąć orła. Może i jej wygrażał, ale realnie przecież dbałby o to, żeby nie stała jej się żadna krzywda.
I to wcale nie dlatego, że obiecał to jej ojcu.
— Jak tam wydasz pół fortuny na jednego pluszaka, to nie licz, że będę ci dokładał — dodał po chwili, jakby zupełnie mimochodem, choć w rzeczywistości wiedział, że to nie za jego portfel by pociągnęła. Pewnie padłoby sakralne ‘tata płaci’. — Będę spboe stał obok i patrzył, jak wchodzisz w spiralę finansowej autodestrukcji. I nawet nie będe próbował ukrywać, że się przy tym świetnie bawię.
Sam arcade room, do którego koniec końców dotarli, nie był jakiś ogromny, ale za to bardzo głośny i kolorowy od wszystkich neonów. No słodki zapach dzieciństwa. Tyle tylko, że wtedy był zbyt biedny, by móc to wszystko oblatywać więcej niż raz lub wcale. Chyba, że pojawiał się obok niego Hunter z monetą na sznurku, wtedy mogli się bawić do momentu, w którym jakaś sześćdziesiona nie wydała ich właścicielowi gralni.
Sam podszedł jeszcze do automatu z żetonami, korzystając z tego, że tutaj bardziej ogarniał i wykorzystując element zaskoczenia, by samodzielnie (a nie przez tatę) zfinanspować rozrywkę. Zeskanował jedną kartę i otrzymał drugą, na której nabite były żetony do gry. Pełna automatyzacja – moneta na sznurku już niestety tu nie zadziała.
Dorobił też taką drugą.
— Trzymaj, to twój startowy — oznajmił, podając jej plastikowy prostokąt. — I nie, nie ma doładowań. Jak przegrasz wszystko w pięć minut, to potem siedzisz cicho i oglądasz, jak ja wygrywam. — Oczywiście, że by jej dorzucił i pozwolił grać na swoje konto, ale nie musiał o tym mówić głośno. Niech poczuje ducha rywalizacji. Jak ją znał – to bardzo akurat lubiła to hasło. I lubiła udowadniać, że jest lepsza. W tym wypadku miała udowodnić, że lepsza jest od niego, a nie od swojej własnej matki. — Wybieraj grę, czempionie od siedmiu boleści — Wcale, a wcale jej teraz nie podkręcał.
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Musiał więc jej wybaczyć, ale zamierzała korzystać, dopóki mogła.
— Bo chcę zagrać. Harpii nie ma, mogę szaleć. Gdyby tu była, nie wychodziłabym z pokoju — powiedziała, wciąż idąc tyłem, kątem oka jednak zerkając czy przypadkiem się nie zabije o jakiś słup czy inny krawężnik. Byłaby szkoda, jakby nagle, przez swoją nieuwagę, skręciła kostkę czy nie daj boże, złamała rękę. To byłaby kaplica - dla niej, zawodowo i dla niego, bo matka na pewno by go zwolniła za niedopilnowanie zawodniczki. — A-ha, wystawię ci ocenę dwa na dziesięć, na jakiejś stronie gdzie ocenia się trenerów — prychnęła wielce oburzona. Odwróciła się na pięcie, aby teraz iść obok niego.
Bo to nie tak, że się wystraszyła, ale poszła może po rozum do głowy. Na minutę.
Kąciki ust jej się uniosły w szerszym uśmiechu, gdy się odezwał niczym stary, który zawsze jojczy i narzeka, ale ostatecznie i tak pomaga lub się dokłada. Spoglądała na niego kątem oka, gdy mówił i pokręciła głową w niedowierzaniu. Akurat o finanse się nie martwiła, bo przecież nie należały do niej. Ojciec bez problemu oddawał jej czarną kartę kredytową na wyjazdach, aby się upewnić, że niczego jej nie brakuje. A nigdy nie zawiodła jego zaufania, więc nie miał powodów, aby ją w jakikolwiek sposób ograniczać.
— Oh cmon, na pewno też będziesz chciał tego pluszaka. Będzie naszą maskotką zawodów — powiedziała, już stwierdzając, że nagroda z konkursów będzie ich symbolem. W końcu to ich pierwsze, wspólne zawody, a ona postanowiła je wygrać. Czuła się przygotowana, a jednocześnie czuła tą swoją charakterystyczną chęć zmiecenia konkurencji. — Pozwolę ci ją nazwać — dodała, zerkając na niego z boku. Złapała się dłonią za serce w geście swojej dobroduszności.
Maskotka będzie świetnym symbolem. O ile ją wygrają.
Oczy jej się zaświeciły mocniej, gdy tylko dotarli do Arcade Roomu. Jego fioletowo-różowo-niebieskie światła przyciągały uwagę wszystkich, co przechodzili obok. Ją ciągnęło tu jak ćmę. Miejsce wyglądało dokładnie tak, jak na tych wszystkich rolkach i filmach, które wielokrotnie oglądała. Bileciki, maszyny z różnymi odgłosami i muzyką, roześmiani ludzie i ogrom nagród, które można było wygrać.
No trochę szczęka jej opadła, a kąciki ust uniosły w szerokim uśmiechu. Z jakiegoś powodu czuła się bardziej podekscytowana niż jutrzejszymi zawodami.
Nawet nie zauważyła kiedy Soren zniknął, aby nabić karty, które miały być jej walutą. Dopiero jak się pojawił przy jej boku, to przeniosła na niego swoje świecące od świateł spojrzenie. Przejęła podaną przez niego kartę, przez chwilę próbując zrozumieć działanie tych maszyn oraz zapłatę za korzystanie z nich.
— Wygrywasz? — powtórzyła, a brew jej drgnęła pobłażliwie. — Jak ty zardzewiały jesteś. Pamiętasz jak się wygrywa? — spytała, a jej usta uniosły się w złośliwym, prowokacyjnym uśmiechu.
Obejrzała się dookoła, wzrokiem szukając rozrywki, która byłaby idealna na początek. Wszystko wydawało się być świetne, ale duży stół pośrodku zwrócił szczególnie jej uwagę. Podeszła do wolnego stanowiska i oparła się o krótszą krawędź.
— Dawaj to. — Air Hockey, gdzie w określonym czasie należało wbić drugiej osobie jak najwięcej goli plastikowym krążkiem. — Skopię ci dupę, trenerze. — Jak miło z jej strony.
Gdy ustawili się na swoich miejscach, po obu stronach stołu, rozgrywka się rozpoczęła, a Raven jak tylko poczuła ducha rywalizacji, to się wkręciła. Chciała wygrać, jak zawsze. Nawet w monopolu musiała być lepsza od innych. Była okropnym człowiekiem jeśli chciało się z nią grać w planszówki czy inne gry, bo zawsze brała „zabawę” na poważnie, a na pewno poważniej niż inni.
Zwłaszcza jeśli można było coś wygrać.
Tylko teraz to jej szczęście nie dopisywało. I chociaż szło jej początkowo naprawdę nieźle, to z biegiem czasu Soren się rozkręcał, a ona nawet nie zauważała kiedy krążek wpadał do jej bramki.
Niedługo później czas dobiegł końca, a tablica wyników wskazywała jej przegraną.
— Bez jaj! Bo jesteś jakiś wielki i masz długie ręce, to nie fair. — Ale sama wybrałaś rozgrywkę, Raven.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie, że był dla niej miękki. Chodziło oczywiście o sam przywilej, który akurat mu odpowiadał, nie?
Nie zamierzał jej też nawet specjalnie ganić za ten cały entuzjazm. Wolałby chyba oglądać ją właśnie taką, z oczami świecącymi zajawki i głową zajętą automatami, niż tę wersję, która stała spęta przed tarczą i mentalnie rozgrywała zawody trzy dni przed pierwszym strzałem. Tamta była skuteczna, owszem, ale ta była po prostu młoda. I bardziej nią, niż pewnie jej samej mogłoby się wydawać.
Pychnął pod nosem, gdy nazwała go zardzewiałym.
— Pamiętam aż za dobrze. To ty możesz być w szoku, że świat istniał jeszcze zanim się urodziłaś — odpowiedział, patrząc na nią dość wymownie. Wiadomo, nie wszyscy żyli w erze dinozaurów i takie tam. Mogłaby mu to wytknąć.
Nie był szybszy, nie był też szczególnie lepszy technicznie, bo trudno mówić o technice przy waleniu plastikowym krążkiem po stole. Był za to starszy, a wiek, choć okrutny dla kolan i metabolizmu, czasem oddawał dług w postaci doświadczenia. Nie raz i nie dwa zdarzało mu się grać, więc mniej-więcej wiedział, jak należy reagować i jak ogrywać nadpobudliwych przeciwników pokroju Huntera czy właśnie Raven. Czymś, czego w takich przypadkach ani jedno, ani drugie nie miało – cierpliwością.
A potem, gdy po raz pierwszy wbił gola, każdy kolejny stawiał się łatwiejszy, rosnąc niemal wprost proporcjonalnie to frustraci Raven. No bo przecież ogrywał ją zardzewiały facet. W dodatku dinozaura.
Gdy zegar zakończył rozgrywkę i usłyszał jej protest, parsknął śmiechem. I to nie takim sympatycznym, tylko tak, jakby właśnie ją oficjalnie wyśmiał. Bo dokładnie tak zrobił.
— No błagam cię, powiedz mi jeszcze, że grawitacja też była po mojej stronie — rzucił, odkładając odbijak na blat. — I że stół był krzywy, że ten neon cię rozpraszał. O i że jesteś ofiarą patriarchalnego systemu — wyliczył dalej, świadomie podsuwając jej kolejne wymówki, którymi mogłaby usprawiedliwić swoją porażkę. — Ale doceniam próbę budowania narracji pod rewanż. To bardzo profesjonalne z twojej strony — przychął, kręcąc przy tym głową w niedowierzaniu. — Przegrywać i od razu pisać usprawiedliwienia, masz zadatki na wielką karierę medialną.
Szturchnął ją lekko barkiem, gdy ją mijał, na gębie mając zaczepny półuśmiech. Musiał przyznać, że była z niej artystka i wyobraźnię miała całkiem szeroką, żeby wydrukować w niej tego typu wymówkę. No i nie żeby coś, ale też takiej reakcji się po niej spodziewał.
— Chodź, teraz coś, gdzie nie da się zwalić winy na moje za długie ręce. Może koszykówka? A, nie. Tam przecież będziesz mogła powiedzieć, że jestem za wysoki. No i też mam długie ręce. No to może ten taniec? A, nie, czekaj, tam z kolei będzie, że cię onieśmielam swoim wielkim talentem.
Zatrzymał spojrzenie na automacie z wyrzutnią piłek do kosza, ale zaraz przeniósł je kawałek dalej, na rząd maszyn ze szponem i pluszakami. Tam dopiero zaczynał się hazard w czystej postaci, wiedział o tym doskonale. Całe kasyna mogły się uczyć od ludzi, którzy projektowali te urządzenia.
— Mówiłaś coś o maskotce zawodów. — Wskazał brodą na jedną z maszyn, w której leżał wielki, absurdalnie brzydki pluszowy rekin z wyłupiastymi oczami. — Proszę bardzo, myślę że będzie idealny na patrona naszego sukcesu. — Wrócił do niej spojrzeniem, już wiedząc, że jeśli połknie haczyk, spędzą tu dobre kilkanaście minut. Jeśli nie połknie, to i tak ją sprowokuje. Jedno z dwóch było pewne.
Przeszedł nieco bliżej automatu.
— Masz trzy próby, mistrzu. Jak go wyciągniesz, uznam twój protest po air hockeyu i to nawet bez opłaty. — Co na oficjalnych zawodach nie działało, bo jeśli chciało się kwestionować cokolwiek, to trzeba było mieć hajs. — Jak nie… oficjalnie wpisujemy w dokumentację, że cię dojechałem. — I to bez seksualnego podtekstu.
coraline valentine
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zwłaszcza w Monopoly.
— O, o, o, dokładnie! Widzisz? Sam doskonale wiesz, że to tylko zbieżność wielu rzeczy pozwoliła ci wygrać — powiedziała, krzyżując ręce na piersi. Ewidentnie Soren rozumiał co tu się podziało i nawet nie musiała mocniej tego tłumaczyć, bo wyszedł z inicjatywą, aby rzucić kolejnymi powodami dla którego jego wygrana nie powinna zostać uznana.
Mądrego miała tego trenera, nawet jeśli bardzo sarkastycznego.
Prychnęła pod nosem na jego podsumowanie, ale kąciki ust jej drgnęły w szyderczym, bezczelnym uśmiechu, podczas gdy wzruszała niewinnie ramionami.
— No raczej. — Może w łucznictwie to nie działało, bo kiedy trzeba było być profesjonalnym, to taka była, zwłaszcza w swoim ukochanym sporcie, ale teraz, jakby ktoś chciał z nią wywiad przeprowadzić, to by powiedziała do kamery, że to złe ułożenie gwiazd oraz planet spowodowało, że przegrała. Na pewno w horoskopie było napisane, że nie powinna była grać dzisiaj w air hockeya.
Odszturchnęła go, nie będąc mu dłużna, gdy ją mijał, ale zaraz wyrównała z nim krok. Lustrowała go z boku rozbawionym spojrzeniem, jak sugerował kolejne gry w które mogliby zagrać.
— Ale ty jesteś upierdliwy — skwitowała. Bez żadnej urazy, a z ewidentnym uśmiechem na twarzy. Zapewne jeszcze długo nie da jej spokoju z tą wymówką i swoją wygraną, ale nie zamierzała pozostać mu dłużna. — Miałeś tam jedynie szczęście i dobrą energię wszechświata, nic więcej. W innych grach ci nie pójdzie już tak dobrze — stwierdziła, jak zawsze nad wymiar. Pewnie jak jej ponownie wjebie, to tym razem zwali to na coś innego. Chociaż to wciąż ta sama noc i układ gwiazd, więc po prostu to nie będzie jej wieczór.
Bo to nie tak, że on był lepszy, prawda?
Przeniosła spojrzenie dalej, na maskotkę, która przykuła jej uwagę, a która została przez niego wspomniana. Prychnęła rozbawiona pod nosem.
— Rekin sukcesu? — spytała, przenosząc na niego spojrzenie. Wow, Raven, ale ty jesteś zabawna.
Podeszła z nim do automatu, oglądając się na resztę, pomniejszych nagród, jednak to właśnie maskotka miała być ich głównym celem. Celem, gdzie mogli przewalić pewnie w pizdu pieniędzy, a i tak wyjść bez niczego.
W końcu tak to miało działać, nie?
— Trzy? Przecież wszyscy wiemy, że to oszustwo i te haczyki to można o kant dupy rozbić — powiedziała oburzona. Nie żeby nie wierzyła w swoje umiejętności i szczęście, ale w razie potrzeby, to oczywiście będzie wina tego, że gra jest oszukana. W końcu to było oczywiste.
Przyłożyła kartę do mechanizmu, a automat się włączył.
— Dobra, uwaga. Szykuj już imię dla niego — powiedziała, sięgając do dźwigni, którą miała kontrolować metalową łapkę do nagród. Początkowo to źle wycelowała i haczyki nawet nie zaczepiły się na pluszaku, łapiąc za to coś innego, mało wartościowego. Jakiś breloczek w plastikowej kulce. Nawet tego nie wyciągała, bo od razu podeszła do drugiej próby, wcześniej kwitując, że musiała ogarnąć jak to działa. Kolejny raz jednak też nie był przełomowy, chociaż naprawdę się starała dobrze wycelować. Łapki zamknęły się na oku, ale dość prędko zsunęły, przez co Raven przeklęła pod nosem i pokazała środkowy palec maszynie. Na pewno ją to ruszyło.
— Dobra, teraz wyjdzie, cicho. — Ale nikt nic nie mówi.
Przysunęła się i nawet przybrała pozycję bojową, jakby to miało cokolwiek zmienić. Wycelowała, przymrużyła spojrzenie i kiedy uznała, że to będzie dobry moment, opuściła łapkę, a ta schwyciła maskotkę… i częściowo z niej zjechała, zatrzymując się na drobnych, odstających częściach. Aż wstrzymała oddech, gdy rekin się zachwiał i podniósł. I dopiero gdy opadł do tunelu z nagrodami, wydarła się z radości i nawet podskoczyła kilka razy w miejscu, zwracając na siebie uwagę reszty ludzi w lokalu.
Ale wygrała rekina, kto by się przejmował innymi.
Sięgnęła po maskotkę i wyciągnęła ją, na ustach mając szeroki, zadowolony uśmiech.
— Patrz go, macie to samo spojrzenie. — Wyłupiaste.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na tę jej teorię o szczęściu i dobrej energii wszechświata parsknął tylko pod nosem. Tak, tak. Winne były planety, konstelacje i może jeszcze lekki wiatr boczny wewnątrz budynku. Ciekaw był jakie jeszcze teorie stworzy. Niemniej musiał jej przyznać, że wyobraźnię to miała bujną. A niechęć do przyjęcia porażki bardzo, bardzo mocną.
— Jasne. Kosmos mnie prowadził, Merkury w domu zwycięstwa, Wenus w sektorze air hockeya, a ty po prostu padłaś ofiarą astrologii pogłębionej; było zostać zodiakarą jak ja, to byś wiedziała, że dzisiaj był kiepski dzień dla ciebie
Przeniósł się z nią pod automat ze szponem.
— Ty już nie szukaj wymówek na początku tylko graj — skwitował jej słowa
Stał obok z ramionami skrzyżowanymi na torsie, przyglądając się jej z boku, początkowo bez większych emocji, choć to też nie do końca była prawda. Bo tak naprawdę to jej kibicował. Po cichu, rzecz jasna, bo gdyby się do tego przyznał, musiałby potem wysłuchiwać własnej słabości. Ale kibicował. Jak trener, który zawsze chciał jej sukcesu i szczęścia. I jak dobry przyjaciel. Kolega? No, kimkolwiek tam był, poza trenerem
Nie komentował jakoś jej podejść, ale unosił brew wymownie, kiedy rekin umykał jej szponom. Obserwował ją w tym całym procesie, z pewną satysfakcją odnotowując jej wkrętkę. Zajawkę na coś, co nie było nbawet związane z łucznictwem; co mimo to sprawiało, że była zaangażowana i po prostu – dobrze się bawiła.
Czyli dało się żyć czymś innym niż łucznictwo.
Kiedy jednak rekin w końcu spadł do tunelu, a ona wydarła się z radości, parsknął śmiechem. Ale nie takim prześmiewczym; jeśli już, to zadowolonym, szczerym i ciepłym. Lubił takie momenty bardziej, niż sam przed sobą przyznawał.
Kiedy treningi czy zwycięstwo czy nawet temat łucznictwa były odległe, a zostawała po prostu dziewczyna, która cieszy się z wygranej paskudnego pluszaka.
Przejął od niej maskotkę, gdy rzuciła tekstem o spojrzeniu. Najpierw spojrzał na rekina, potem na nią, a potem jeszcze raz na rekina.
— Nie, nie. On wygląda, jakby widział za dużo. Ja wyglądam, jakbym właśnie popełnił błąd wychowawczy, to zasadnicza różnica. — odpowiedział spokojnie, obracając pluszaka w dłoniach. — Ale spoko, nieostrożni obserwatorzy mogą się pomylić, to normalne.
Ten rekin był paskudny i to nawet nie w tej uroczy sposób. Jedno oko miał większe od drugiego, pysk jakoś dziwnie odstający, jakby co najmniej zaczynał mu się jakiś nowotwór, płetwa grzbietowa mu smętnie opadała i za nic nie chciała dumnie stać. Generalnie tragedia. Czyli jak dla niego – idealna maskotka i metafora dla ich nadchodzącego sukcesu.
— Ja tam uważam, że jest perfekcyjny. — Skinął głową z miną godną eksperta. — I zgodnie z naszą umową mam prawo nadać mu imię. — Przecież o to się rozchodziło; sama go tym zachęciła na samym początku; a jego jakoś szczególnie nie trzeba było namawiać. — Karol Zębski. — Tutaj dramatyczna pauza. — Trzeci tego imienia. — Uniósł nieco wyżej pluszaka. — O pierwszego i drugiego nie pytaj. Rodzinna trauma.
Przekazał jej ceremonialnie Karola, z odpowiednią powagą na twarzy. Karol Zębski III miał być oficjalnym patronem ich sukcesu. I jak dla niego to imię oraz wygląd pluszaka idealnie pasowały do tej roli. Maskotka wyglądała jak ktoś, po kim raczej niewiele można się spodziewać; ale miała dumne imię i nazwisko, które symbolizowało ród. Wszystko idealnie się składało.
— Masz, przytul Karola. Powiedz, że bardzo się cieszysz z tego, że go odnaleźliśmy i mamy z nim reunion. A, no i przeproś, że pozwoliłaś mu gnić w jakimś automacie z plebsem. — Ha-ha, bardzo śmieszne Soren. — Musimy jeszcze omówić harmonogram weekendów. — Jak z dzieckiem rozwiedzionych rodziców. — Boże narodzenie ma spędzać u mnie. Mogę ci oddać Wielkanoc.
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ale przynajmniej się dowiedziała, że jej trener to zodiakara. Kto by się spodziewał?
— I mnie nie ostrzegłeś? Widzisz, taki z ciebie kolega — powiedziała wielce oburzona, bo gdyby faktycznie mu na niej zależało, to by ją ostrzegł, a on tu ją jeszcze specjalnie zaciągnął, wiedząc, że to nie jest jej wieczór na chodzenie po tego typu miejscach. Oby jutro gwiazdy jej lepiej sprzyjały. — Rano musisz mi przeczytać mój nowy horoskop, bo jak będzie chujowy, to nie idę na zawody. — Tylko jakby matka w telewizji nie widziała jej nazwiska, to waliłaby każdą operację i była tu zaledwie kilka godzin później, bo pokonałaby nawet czas, aby dotrzeć do Amsterdamu, by odnaleźć córkę. I ją ojebać, że się nie stawiła.
Nawet jeśli jutro miałoby jej nie pójść na zawodach, to na pewno nie wróci z pustymi rękami. Pluszak, który był brzydki, był aktualnie największą i najlepszą nagrodą. Wygrała go tymi rękami, wyrwała szponami maszyny z kilkudziesięciu różnych przedmiotów w oszukańczej zabawie, więc będzie się tym szczycić do końca życia. Historia, że kiedyś coś na tej maszynie wygrała będzie jej towarzyszyć przy każdej imprezie.
Prychnęła na jego stwierdzenie, wyraźnie rozbawiona.
— Ta? To nie widziałeś za dużo, jak patrzyłeś na falusa nieznajomego w parku? — spytała z szerokim, bezczelnym uśmiechem. To on przecież mówił, że nie chciał tego widzieć i już tego nie odzobaczy. Jak dla niej, to właśnie tamtego dnia „zobaczył za dużo”.
Dlatego z tym rekinem byli tacy podobni.
Brew jej jednak wyraźnie pognała do góry, gdy usłyszała nowe imię maskotki. I szczerze, aż jej mowę na chwilę odjęło. Ale tylko na kilka sekund.
— Karol… co? — powtórzyła, chyba woląc się upewnić, że dobrze słyszała. Ale z tego co mówił, to jednak słuch miała dobry, a to po prostu imię było… jakie było, czyli mocno nietypowe. — Chcę wiedzieć. — Jak miałaby nie chcieć poznać historii dwóch poprzedników. Nawet jeśli mogli nie istnieć, to ona i tak chciała usłyszeć historię, bo coś musiało być na rzeczy.
Może historie z lat szkolnych, jak jeszcze uczył się w jaskiniach przy ognisku.
Przytuliła rekina do piersi, słuchając jego kolejnych słów. Jej twarz coraz bardziej przybierała wyraz niedowierzania przemieszanego z „ciebie pojebało”. Trochę wyglądało na to, jakby właśnie go osądzała, ale ona po prostu miała taką twarz.
— Ty nienormalny jesteś — stwierdziła oskarżycielsko, jakby właśnie uznała, że on to jest poniżej jej godności, a jego żarty w ogóle nie są zabawne. — Ja biorę Boże Narodzenie — dodała oburzona, dołączając do dyskusji, niczym prawdziwa matka walcząca o prawa do dziecka. Czyli jednak podjęła rękawicę i też jest nienormalna. A wiedziała co robić i jak walczyć, bo akurat wzór walczącej rodzicielki miała dobry. — Ty możesz na wywiadówki co najwyżej chodzić. Ja go wyratowałam, kiedy ty stałeś z boku. Faceci — prychnęła i wywróciła oczami, kręcąc przy tym głową, jakby właśnie się zawiodła na swoim eks mężu.
Może lepiej będzie, Raven, abyś ty przez najbliższe kilka…naście lat nie miała dzieci.
Jej humor szybko z „obrażonej żony”, przeszedł na „róbmy coś jeszcze”.
— Dobra, co teraz? Dawaj idziemy tańczyć — powiedziała luźno, szturchając go ramieniem, zaraz palcem wskazując jedną z maszyn. — Teraz z Karolem to na pewno złoję ci dupę — stwierdziła, biorąc wyłupiastego rekina pod pachę. — Pozwolę ci zacząć. — Aby wiedziała potem jaki wynik ma pobić.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mógł to jednak zrzucić na karb jej młodego wieku i hormonów; ale wracać do tegp zdarzenia już więcej nie chciał. A przynajmniej nie teraz, kiedy całkiem dobrze się bawił.
Pozwolił jednemu i drugiemu tematowi umrzeć naturalnie; jeszcze zanim doszło do wiekopomnego triumfu z udziałem Raven oraz maszyny ze szczypcami, która służyć miała przede wszystkim naciąganiu innych poprzez iluzję sprawczości. Iluzję, która dla nich okazała się być rzeczywistością i która pozwoliła na narodziny ich nieślubnego, jak się okazało, dziecka.
Karola.
— Nie dowiesz się. Niektóre historie muszą pozostać sekretami. Dla dobra innych — odpowiedział z poważną miną. Pochylił zaraz potem głowę, przymykając oczy, jak gdyby w hołdzie dla historii i jej potencjalnych ofiar – w tym także pierwszego i drugiego Karola, którzy mieli istnieć już tylko na kartach historii.
Aczkolwiek określenie go nienormalnym było trochę na wyrost. Choć – jakby się nieco dłużej nad tym zastanowić – to w rzeczywistości miała trochę racji. Problem w tym, że nie, jeśli chodziło o kwestię potencjalnego rodzicielstwa i podziału wizytacji pluszaka.
— Nic nie bierzesz, jak ty nawet nie wiedziałaś jak ma na imię. Myślisz, że tobie należy się prawo do opieki nad nim bardziej niż mi, a prawda jest taka, że ty nawet nie pamiętałaś jak on ma na imię. — Pal sześć, że to on dopiero pluszaka ochrzcił i to jakieś niecałe parę minut temu. Ale ważne, że on wiedział.
Plus teraz to już był punkt honoru, by przemycić swoją rację ponad rację dziewczyny. To już zaczynało smakować sportem narodowym. I szczerze powiedziawszy całkiem mu się to podobało – nawet nie w kwestii głupich, przedszkolnych zaczepek, a faktu, że dziewczyna żyła. Żyła jak nastolatka, bez zmartwień i z głupimi pomysłami. Takimi samymi, jakie pokazywała mu podczas swojej imprezy z okazji osiemnastych urodzin. I całkiem podobnymi do tych, które miał on w jej wieku.
Czyli absolutnie normalnymi dla jej wieku.
A jednocześnie była odległa od stresu i myśli o nadchodzących zawodach, co w jej przypadku było całkiem zdrowe. Ktoś mógłby się z tym nie zgodzić i powiedzieć, że na tym etapie zawodnik powinien już szykować odpowiedni mindset, ale on podejście miał mocno odmienne.
Choć zdziwiony był, że jej matka jeszcze nie wykonała telefonu czy dwóch, aby skontrolować jej stan przygotowania. I zrujnować przy okazji wszystko, nad czym on sam pracował, a co z boku nie wyglądało jak opieka trenerska i odpowiednie przygotowanie zawodnika do startu w ważnym konkursie.
— Jasne — odpowiedział, przewracając przy tym teatralnie oczami, kiedy do Raven zarzekała się, że złoi mu dupę w trakcie tańca. Nauczony już poprzednią rozgrywką, którą sama wybrała, a podczas której on ‘złoił jej dupę’ wiedział, że podejmuje się czegoś, co było niemożliwe do wygrania.
A mimo to przemieścił się z nią i swoim nieślubnym synem w kierunku ikonicznej maszynerii, którą kojarzył aż za dobrze ze swoich nastoletnich lat. Kojarzył też, że niekoniecznie przy niej trzeba było być dobrym tancerzem, aby wygrywać. To była kwestia techniki, dobrych mięśni – bo mocne mięśnie to szybkie mięśnie, no i punktu podporu. Po coś, w końcu, były te uchwyty z tyłu.
— Przypomnę ci tylko, że to znowu konkurencja, którą sama wybrałaś, więc postaraj się nie zwalać mojego zwycięstwa na za długie ręce, za długie nogi czy czego tam jeszcze nie wymyślisz. — I tak wiedział, że to zrobi. Choć najpierw musiałby wygrać. Gdy wszedł na panel ze strzałkami, wskazał brodą na ekran, na którym zaczął przewijać tytuły. — Znaj dobroć pana, pozwolę ci wybrać piosenkę. — A zaraz za nią pewnie i poziom trudności, gdzie automatycznie odrzucał level podstawowy, bo był po prostu nudny i marnym wyzwaniem.
Przynajmniej dla niego, jako kogoś, kto z maszyną już miał styczność. Nic się raczej przez te lata nie zmieniło.
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spojrzała na niego rozbawiona, gdy Soren dalej kłócił się z nią o prawa rodzicielskie do tego brzydkiego, wyłupiastego rekina, którego osobiście wyciągnęła z maszyny. Jakby to było Toy Story, to na pewno zabawka byłaby wdzięczna jej, a nie osobie, która nadała jej jakieś dziwne imię. Imię nie zabiera cię z więzienia.
— Słucham? Zarzucasz mi, że co? Że jestem nieodpowiedzialna? Równie dobrze mogę powiedzieć, że to Esteban i to ty nie wiesz jak ma na imię — powiedziała, bo oczywiście nie zamierzała się poddać. Kto jak kto, ale ona była bardzo zawziętym człowiekiem gdy chodziło o rywalizację, nawet na tak mało ważnym polu. — Nie kłóć się, bo nie będziesz mieć dostępu do rekina — zagroziła, niczym waleczna matka, która ma duży konflikt ze swoim mężem.
A, że obydwoje byli uparci, to mogło to potrwać i jak prawdziwa walka rodziców, trwać miesiącami jak nie latami. Zależy kto pierwszy się podda. Chociaż jak wiadomo, rekina to ona miała zabrać do domu, aby wytłumaczyć się matce, że to nowa maskotka jej drużyny. Dla kobiety na pewno bezużyteczna, niepotrzebna i bezwartościowa.
Harpia nie wiedziała czym jest dobra zabawa.
Jej córka wiedziała, ale nigdy nie miała zbyt dużego pola do popisu, spędzając z matką prawie każdą wolną chwilę. Nic więc dziwnego, że odżywała jak była od niej rozdzielona. A im większy dystans je dzielił, tym swobodniej się czuła. W tym wypadku odległość kilkunastu krajów i inny kontynent był doskonałą szansą na spokój.
Chociaż musiała się zameldować, że doleciała i skłamać, że idzie się wykąpać, a potem spać, aby odpocząć po podróży i być jak najlepiej wypoczętą następnego dnia. Tylko po to, aby nie być nękaną telefonami i wiadomościami przez kobietę, która chciałaby się podzielić swoimi przemyśleniami trenera o które nikt nie prosił.
Raven była zawzięta i nawet po porażkach podnosiła się z ziemi, aby odzyskać swój rezon. Po przegranej w air hockeya wciąż chciała mu złoić tyłek w kolejnej grze. Teraz jeszcze mocniej niż poprzednio, bo skoro był lepszy, to urósł w jej oczach jako rywal. I stanowił swego rodzaju wyzwanie. A wyzwania zawsze motywują. Szkoda tylko, że nie bardzo miała jak się przygotować do tego rodzaju rywalizacji. To także miał być jej debiut w korzystaniu z maszyny.
Ale czy to miało kogokolwiek powstrzymać?
Zerknęła na niego kątem oka, uśmiechając się pod nosem.
— Dobra, dobra, nie gadaj już tyle. — Zapewne jak przegra, to i tak zwali to na… coś. W końcu dzisiaj Merkury miał to złe ustawienie i horoskop powiedział, że to nie jej dzień na tego typu gry, więc jeśli ponownie przegra, to to wszystko wina wszechświata, a ona po prostu chce iść na przekór przeznaczeniu zapisanemu w gwiazdach.
— Dobroć pana — parsknęła głośno, bo ten absurdalny tekst ją ewidentnie rozbawił.
Pokręciła głową w niedowierzaniu i podeszła do ekranu, aby zacząć kręcić pokrętłem, przeskakując pomiędzy kolejnymi tytułami. Mniej lub bardziej znanymi. W końcu jednak zatrzymała się na doskonale wszystkim znanej propozycji Jasona Derulo.
— Dawaj to — powiedziała i wcisnęła guzik, aby zatwierdzić wybór.
Wróciła na wydzielone miejsce na drugiej macie i złapała się poręczy, aby mieć lepszą równowagę, gdy będzie uderzać stopami o podświetlone strzałki. — Trzy… dwa… jedziesz!
Soren Morningstar