Rozmowa z Sergio otworzyła Alvaro oczy na prawdopodobne myśli samobójcze jego partnera. Wyrzucał sobie, że zbagatelizował problem, że wziął te słowa po prostu za coś, co padło, ale co nie było wypowiedziane z przesadną szczerością, raczej jako wielkie słowa, które padły, ale które nie wymagały reakcji. Był na siebie o to wściekły, ale mimo wszystko nie poruszał tego tematu z Santiago, bo nie chciał tego robić podczas rozmowy telefonicznej czy na messengerze.
Okazja miała się nadarzyć w piątek wieczorem, bo wybierał się do ukochanego na weekend; wcześniej obiecał mu, że będzie przyjeżdżał co tydzień i zamierzał dotrzymać słowa. Santiago pewnie spodziewał się go w sobotę po południu, ale w piątek około godziny 19:00 pielęgniarki zapukały do pokoju de la Serny, a gdy ten je wpuścił (albo po prostu pozwolił im wejść) jakby nigdy nic wstawiły niewielkie łóżeczko dla dzieci, takie ze szczebelkami, poduszeczkami i pościelą w jednorożce - na prośbę Alvaro oczywiście. Mężczyzna nie zapowiedział wcześniej ukochanemu, że zamierza przyjechać z małym, ale widok tego łóżeczka zapewne był dla Santiago dość jasną wskazówką. Jeżeli naciskał na pielęgniarki wystarczająco mocno, to dowiedział się zapewne, że około 21:00 powinien przyjechać "Pan Salvatierra".
Miał nadzieję, że partner nie będzie na niego zły za tę niespodziankę, a właściwie to podwójną, bo co do terminu i co do towarzystwa, w którym Alvaro się pojawi. Inżynier dziękował niebiosom za to, że Tiago był cierpliwym i spokojnym dzieckiem i że w samolocie głównie spał. Lot nie był krótki, bo trwał około 10 godzin, ale młody w sumie większość tego czasu albo spał, albo drzemał, albo jeszcze ewentualnie jadł trochę papki i słuchał czytanej przez ojca książki.
Tak, Alvaro wziął wolny piątek, żeby wcześniej dotrzeć do kliniki w Neapolu, ale ze względu na to, że czasem brał nadgodziny, a czasem pracował też z domu, to nie stanowiło to wielkiego problemu. Poza tym, był zbyt dobrym inżynierem, żeby szef odmawiał mu wolnego dnia. Około 21:15 faktycznie pod klinikę podjechała taksówka, z której wysiadł Alvaro, a potem wyciągnął z auta także koszyczek (z braku lepszego słowa) z małym Tiago w środku i uśmiechem oraz skinieniem głowy podziękował taksówkarzowi za wyjęcie torby z bagażnika. Tym razem torba była większa niż wtedy, gdy przyjechał tu z Santiago, bo musiał pomieścić parę swoich ciuchów, no i rzeczy potrzebne w podróży dla małego dziecka, a tych było całkiem sporo...
Santiago de la Serna