ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

03
Wrong girl, wrong moment


Miesiąc.

Wystarczył miesiąc, żeby narobiła sobie wstydu i pomyliła ze sobą dwóch ważnych klientów. Ojciec nałogowo powtarzał, żeby czytała nieco uważniej, bo powtarzalność nazwisk była w tej pracy codziennością. Przytakiwała mu, niemal zasypiając nad układaniem grafików i sprawdzaniu harmonogramu przyjęć. Wiedziała, że w najbliższym czasie miały odbyć się dwa spotkania biznesowe i jedna impreza firmowa. Zerknęła powierzchownie na nazwiska i numer rezerwacji, starając się spamiętać nazwiska dwóch klientów. Cholernie ważnych, tak słyszała. Podobno jeden z nich od kilku lat wynajmował salę na mniejsze lub większe imprezy. Ojciec nalegał, by został obsłużony w pierwszej kolejności i dostał jak najszybszy termin, bo często dopłacał za dobrą organizację. Wspólnie z ojcem uznali, że to będzie i d e a l n a okazja dla Shereen. Miała szansę zabłysnąć wśród ważnych klientów, oczarować ich swoją odpowiedzialnością, profesjonalizmem i poważnym podejściem do pracy. Udawanie poważnej osoby nie wychodziło jej dobrze. Zawsze była tą śmiejącą się najgłośniej z towarzystwa (nawet jeśli żart był średnio zabawny) i cechowała się nieco beztroskim podejściem do życia.
W pracy natomiast dawała z siebie wszystko — naprawdę wszystko. Mierzyła się z własną, wygórowaną ambicją (choć nie była przygotowana do nowej roli), od której nie potrafiła uciec, bo ta zawsze ją dopadała. Przykładała się do swoich obowiązków, nawet jeśli była zmęczona ich nadmiarem. Całe to wydarzenie, jakiś zjazd pracowniczy, szkolenie, spotkanie biznesowe — jak zwał tak zwał, interesowało ją tylko to, żeby wszystko się udało — wzbudzało w niej niemały stres. Zdenerwowanie odczuwała całą sobą. Serce bezmyślnie drżało. Miała wrażenie, że czuje każdą komórkę w ciele i każdy spięty mięsień. Odkąd wstała, nie potrafiła wyzbyć się uczucia, że coś pójdzie nie tak. Szykowała się do pracy niechętnie. Ubrania dobierała z przesadną, niemal fałszywą dokładnością. Czarna sukienka przed kolana, z niezbyt głębokim dekoltem i spięte włosy wydawały jej się odpowiednim ubiorem na spotkanie tego kalibru. Do południa powtarzała formułki, których uczył ją ojciec; kulturalnych zwrotów, nazwisk, wszystkiego, co mogłoby okazać się pomocne. Stresowała się jak licealistka przed egzaminem dojrzałości. Zamierzała go zdać i zdobyć uznanie ojca.
Wieczór zapowiadał się nieźle. Zapowiadał, dopóki jeden z gości nie zaczął do niej zagadywać i dopytywać o interesy. Podobno miał układy z jej ojcem. Charles coś wspominał, bo pamiętała. Przestrzegał ją przed dwoma mężczyznami o podobnym nazwisku i imionach (Steven Clarke i Stephen Clark). Świadomość, że obydwaj bardzo się nie lubili i w pracy byli rywalami w żaden sposób jej nie pomagała. Czuła na sobie presje; własną, ojca, społeczności. Rozmowa kleiła się nawet nieźle; mężczyzna wypytywał ją o zainteresowania, o to, jak przejęła biznes, jak się czuje na nowym stanowisku. Był trochę podpity. Nie jakoś bardzo. Tylko trochę plątał mu się język i wodził za nią zamglonym spojrzeniem. Miała wrażenie, że trochę nie kontaktował, co w teorii powinno być przydatne, ale... Podpici ludzie mieli predyspozycje do mówienia wszystkiego, co ślina im na język przyniesie. Na pożegnanie powiedziała do niego miłej zabawy, Stevenie. To miało być zwykłe, uprzejme zakończenie rozmowy. Nic, co mogłoby wywołać reakcję większą niż skinienie głową. A jednak wywołało.
Mężczyzna znieruchomiał. Przez ułamek sekundy stał i patrzył na nią bez słowa. Jego spojrzenie się zmieniło. Nie było już zamglone, nagle stało się trzeźwiejsze. Zrozumiała, że palnęła głupotę. Zamrugała, czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła, a policzki pokrywają się pełnym zażenowania rumieńcem. Powtórzyła imię, chcąc wytłumaczyć pomyłkę, lecz mężczyzna nie dał jej nawet zacząć. Spochmurniał. A więc nadszarpnęła jego dumę. Stephen. Wycedził przez zęby, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. I wtedy wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Nazwiska. Ostrzeżenie ojca. Dwóch mężczyzn. Rywale. Świetnie. Cudownie. Nie potrafiła wybrnąć z sytuacji. Przeprosiła nieporadnie za pomyłkę, szukając wzrokiem ojca po sali. Wiedziała, że musiała w tym momencie po prostu wyjść i opuścić szanownych panów biznesmenów. Ojciec stał nieopodal, rozmawiając z rozbawioną kobietą. Podłapując błagalne spojrzenie córki, przeprosił swoją towarzyszkę i od niej odszedł. Po podejściu do Shereen poprosił ją o opuszczenie sali. Widział, że była zestresowana.
Wychodząc z głównej sali bankietowej, zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi na tyły budynku. Przepuściła wchodzącą przez nie kobietę i wyszła chwilę za nią. Na tyłach znajdywał się tam niewielki ogródek robiący za palarnię. Ci, którzy chcieli się przewietrzyć, zapalić papierosa lub porozmawiać bez dodatkowego towarzystwa potrafili spędzać tam długie minuty. Czasem godziny, w zależności od tego, jak byli nietrzeźwi. Na zewnątrz panowało zimno. Oświetlenie prawie nie istniało. Tylko lampki naziemne ograniczające widoczność. Stojąc oparta pod ścianą, próbowała złapać kilka wdechów, by załagodzić poczucie porażki. Inaczej wyobrażała sobie ten wieczór. Planowała zabłysnąć, nie planowała upadku. Upadek nie był bolesny. Ucierpiało tylko jej ego. Ojciec dbał o salę i o klientów; a ona nie chciała tego niszczyć. Pogrążyła się w swoim myślach, zapominając na krótką chwilę o otaczającym ją świecie. Dopiero ruch gdzieś nieopodal; obok, czy też w pobliżu, wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się na jego dźwięk i spojrzała w tamtejszym kierunku. Zatrzymała wzrok na mężczyźnie nieopodal. Nie była pewna czy akurat przechodził, czy się zatrzymał; domyślała się, że był jednym z gości. I chyba nie miała okazji porozmawiać z nim osobiście.
— Zbyt tłoczno? — zapytała, choć nie była pewna czy ją usłyszał. Wiedziała, że straciła poczucie rzeczywistości, więc jej głos również mógł brzmieć nieco ciszej, niż jej się wydawało.

Galen L. Wyatt
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

069.
They weren’t supposed to meet that night,
but somehow the universe had other plans.
Galen Wyatt bywał na takich imprezach wyjątkowo często. On na nich brylował, bo przecież był... tym Wyattem. Odnajdywał się wśród sztucznych uśmiechów i rozmów o niczym, jak ryba w wodzie. Jego środowisko można by rzec.
Jego niebieskie spojrzenie też w pewnym momencie odszukało zielone oczy pewnej blondynki, którą obserwował od jakiegoś czasu, z którą nawet udało mu się wypić drinka. Dwa właściwie.
Jednego dyskutując na temat tego, że nudzi się jej. Zabawne, jemu też się tutaj nudziło. W tej swojej idealnie wyprasowanej prezesowskiej koszuli, pod krawatem, w garniaku od Armaniego i butach z kilka tysięcy, Galen wyglądał na kogoś, kto lubi takie spendy. Jej mówił, że nienawidzi, że go nu-dzą. Przy drugim Galen wyciągał ją już na zewnątrz, pochylając się nad jej odkrytym ramieniem, zaciągając zniewalającym zapachem perfum, i pozwalając jej poczuć tą jego mocną wodę kolońską. Szeptał jej coś na ucho, intensywnie niebieskie oczy zawieszając na tych jej, soczyście zielonych.
Wyszli na taras, tylko Galen tam strzelił jakąś gafę, coś powiedział, może pospieszył się z komplementem na temat jej długiej szyi, po której mógłby sunąć językiem? A może zaprosił ją do siebie? Za wcześnie.
Nieważne, bo dziewczyna, z którą stał Galen Wyatt weszła do środka i właścicielka sali bankietowej minęła ją w drzwiach.
Wyatt za to postał jeszcze na schodkach z rękami w kieszeniach swoich eleganckich spodni, obserwując ogród. Nic ciekawego, jak dla niego było... za ciemno. Chociaż może gdyby wyciągnął tam na dół blondynkę, z którą tu przyszedł, to wcale by nie narzekał?
Na pewno nie.
Już miał wrócić do środka, może wypić jeszcze lampkę szampana z Stephenem, pożegnać się i ulotnić. Dzisiaj w pojedynkę, ale przy wejściu wpadł na tę kobietę. Opierała się o ścianę. Zatrzymał się w miejscu, a jego intensywnie niebieskie tęczówki przesunęły się po jej sylwetce ukrytej w półmroku. Zatrzymał je na jej twarzy. Na oczach. Jakby... znajomych?
- Meena? - jego usta wyrzuciły to imię szybciej niż mózg to zakodował. Ale to przecież niemożliwe. Co ona miałaby tutaj robić?
Mogła tu być. Mogła zostać czyjąś sekretarką. Albo partnerką, albo... opcji było dużo. Tylko czy los naprawdę był na tyle przewortny, żeby stawiać ją na jego drodze?
Meenę Evans we własnej osobie?
Serce jakoś automatycznie zabiło mu szybciej, kiedy zrobił krok w jej kierunku, przyglądając się jej intensywnie. Była do niej niesamowicie podobne, oczy, usta, włosy upięte nad karkiem, tak jak czasem nosiła. Budziła w nim jakieś dziwne demony przeszłości, z którymi chyba nawet nie chciał się mierzyć?
A może chciał?
Biorąc pod uwagę to, że stał już niebezpiecznie blisko niej. A błękitne oczy znowu przesunęły się po jej twarzy.
To nie ona. Mózg tylko cię okłamuje Galen.
- Chyba cię z kimś pomyliłem - stwierdził robiąc to pół kroku w tył. Pół kroku jedynie, bo jeszcze się wahał. Jeszcze zastanawiał. Czekał na jej zaprzeczenie.

Shereen Winfield
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spotkanie biznesowe odbyło się w sali, w której już od progu dało się dostrzec, że kimkolwiek były osoby odpowiedzialne za przygotowanie jej, naprawdę się postarały. Wnętrze sali konferencyjnej zalewało sztuczne światło posrebrzanego żyrandola, a stojący na środku stół konferencyjny z imiennie podpisanymi plakietkami, przyciągał uwagę wysoko postawionych ludzi, którzy mogli podyskutować o swoich najnowszych projektach. Miała nadzieję, że właśnie tam udał się niejaki Steven, a może Stephen? Którego zdążyła pomylić z nielubianym kolegą. W planach na wieczorne bingo zdecydowanie nie miała użerania się z dupkiem w obcisłym garniaku, w dodatku mocno podpitym. Wybujałe ego tego mężczyzny zdawało się sięgać samego czubka CN Tower. Naprawdę nie wiedziała, czym zawiniła, że los rozrzucał na jej drodze ludzi tego typu. Czy to był test jej cierpliwości? Czy może tego, jak radziła sobie w społeczeństwie, albo jak działała pod presją? Być może wszystko naraz? Grunt, że ludzie dobrze się bawią — pocieszała się w myślach, ilekroć nie zajrzała przez przeszklone drzwi do wnętrza sali. Poważne miny gości i ich ekspresyjna gestykulacja świadczyły o zaangażowaniu w rozmowę. Omawiali swoje plany na przyszłość, ugadywali kontrahentów i próbowali podtrzymać rozmowę w taki sposób, by rozmówca nie był zbyt znużony. Shereen byłaby znudzona już po chwili słuchania tych bredni. Wiedziała, że znalazła się na tym stanowisku, bo chciała spełnić prośbę ojca. Skoro starsza córka odmówiła, zbyt pochłonięta swoim życiem rodzinnym, to młodszej Winfield byłoby głupio. Nie miała rodziny, nie planowała z nikim przyszłości, ukończyła studia — poza pracą nie miała właściwie niczego, co mogłoby być ważniejsze od woli ojca. Trudno było mówić w jej przypadku o przygotowaniu do tak ważnej funkcji; z drugiej strony, gdy patrzyła na chorującego tatę, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby go w jakiś sposób zawieść.
Blondynka, którą mijała w drzwiach, nie zapadła na długo w jej pamięci. Była tylko jednym z gości. Jedną z wielu kręcących się po sali kobiet na wysokim stanowisku bądź tych dotrzymujących towarzystwa swoim wysoko ustawionym mężom. Czy wydawała się spłoszona lub niepewna? Winfield nie zwróciła na to uwagi. Miała natomiast wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć o całkowitej wymianie oświetlenia ogrodowego. Wewnątrz wszystko było pięknie, lecz ogrodowi tego uroku brakowało. Za dnia wyglądało to dużo lepiej. Zwłaszcza wiosenną porą, gdy zieleniły się drzewa, a ziemię zaczynała porastać świeża trawa. Wieczory były przykre. Ponure. I nie chciała, by w ten sposób kojarzył się ogród. Rozumiała, że miała przed sobą dużo pracy, ale zamierzała zająć się wszystkim powoli i na spokojnie. W korowodzie pędzących myśli znalazło się również miejsce dla wizualizacji. Najpierw pomyślała o oczku wodnym, które mogłoby idealnie wpasować się w tutejszy klimat — mogłaby przeznaczyć pod tę inwestycję wolny teren, który znajdywał się na samym środku ogrodu. Mogłaby też... Poczuć na sobie przenikliwe spojrzenie? Zagadała, owszem. Tyle, że w odpowiedzi nie spodziewała się i m i e n i a. W pierwszym odruchu się rozejrzała, szukając wzrokiem kobiety, której imię wypowiedział. Poza nimi nie było tu n i k o g o. Blondynka zniknęła za drzwiami, czy to jej mógł szukać stojący w pobliżu mężczyzna?
— Meena? Jeśli szuka Pan tej blondynki, to... — wskazała ruchem podbródka drzwi. Nim zorientowała się, że mówił o niej, minęła krótka chwila.
Zaśmiała się lekko, choć nieco nerwowo — nie przywykła do pomyłek i nie bardzo wiedziała, jak powinna zareagować. Poczuła się lekko skrępowana pod naporem błękitnych tęczówek. Czuła na sobie to spojrzenie, jakkolwiek by to nie zabrzmiało.
— Że niby ja? Nie, pomyłka. Mam na imię Shereen. I rzadko mnie ktoś z kimś myli, więc... — poruszyła palcami, ocierając je o siebie opuszkami. Czuła się rozbawiona, choć Galenowi zapewne nie było aż tak do śmiechu — gdy przeniosła spojrzenie na mężczyznę, wydał się jej nieco zmieszany.
— Ale może jakoś mogę pomóc ją znaleźć? — zaproponowała. Nie bardzo wiedziała, kim była ta kobieta, ale chyba kimś znaczącym, skoro od razu o niej pomyślał, gdy zobaczył Winfield.

Galen L. Wyatt
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „Guild Inn Estate”