ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Sometimes, I wonder if I should be medicated
If I would feel better just lightly sedated
The feeling comes so fast and I cannot control it
I'm on fire, but I'm trying not to show it


Oleander, ten sam Oleander, który w drodze na zajęcia z domu zwykle wybiegał z ceramicznym kubkiem w dłoni i desperackim łykiem kawy na wargach, ten, który na egzaminy wpadał na minutę przed ostatecznym zamknięciem drzwi przez komisję, ten, wreszcie, który potrzebował trzech alarmów nastawionych jeden po drugim, aby mieć pewność, że nie spóźni się na pociąg, autobus czy, rzadziej, samolot, gdy zależał od tego sukces danej podróży, przyszedł za wcześnie. Jak zawsze wtedy, gdy coś było odrobinę ważniejsze, niż chciał przyznać przed samym sobą.
Szpitalna poczekalnia przywitała go znajomą, niezmienną fuzją sensorycznych doznań: chłodem nadgorliwej klimatyzacji rozkręconej o jeden stopień za wysoko w nadziei, że regularne podmuchy syntetycznego wiatru rozgonią, być może, kłębiące się na korytarzu zarazki; zapachem lizolu i taniego mydła w płynie; miarową symfonią telefonów, drukarek i innych elektronicznych urządzeń pracujących w równym unisono. Na zewnątrz dzień był ostry i jasny — z błękitem nieba i niemal agresywnym blaskiem wiosennych promieni słońca, ale tutaj wszystko wydawało się mniej wyraźne i przytłumione, jak zwykle bywa to w miejscach, w których czas płynie na zupełnie innych zasadach niż te, które obowiązują całą resztę świata.

Zgłosiwszy swoje imię w recepcji, znalazł wolne miejsce na jednym z chwiejnych, plastikowych krzesełek, które sprawiały, że zawsze czuł się za duży i jakby nieforemny. Zanim usiadł, rozpiął guzik ciemnego płaszcza; pod spodem miał prosty, grafitowy w barwie sweter i koszulę, której kołnierz wystawał niedbale spod dzianiny — jeszcze ślad po zajęciach na uczelni, do pary z wypchanymi książkami i notatnikami torbą zawieszoną przez ramię. Jeszcze do teraz łudził się, że być może – czekając na wizytę – uda mu się nadrobić jakieś zaległości; wiecznie miał wrażenie, jakby lektur tylko przybywało, a czas na ich ukończenie permanentnie się kurczył. Teraz jednak nie było co się oszukiwać: jakkolwiek mocno Ollie by się nie starał, nie byłby w stanie skupić się na przetrawianiu równych rzędów akademickiej czcionki.
Najpierw subtelnie (no, przynajmniej taką miał nadzieję…) powiódł wzrokiem po kilku innych osobach towarzyszących mu w poczekalni, potem przez chwilę obserwował odbicie światła na wypolerowanej podłodze, a wreszcie — zupełnie bezwiednie — jego uwaga powędrowała niżej. Tam, gdzie zamiast obecności zawsze odnajdował bolesny brak. Choć minęły już prawie cztery lata, jego mózg nadal niekiedy potrzebował sekundy żeby nadążyć za faktem, że zamiast żywej skóry, ostrej linii goleni i mięsistej tkanek łydki, część oleandrowego ciała zastępował teraz skryty pod nogawką metal protezy.
Choć, o ironio, ta pustka nadal potrafiła boleć z siłą typową dla faktycznego ciała.
Czasem nagle, bez zapowiedzi — jakby organizm Everharta przypominał sobie o pożarze potężnym, paraliżującym skurczem. Niekiedy o wiele bardziej subtelnie – rozmytym cieniem cierpienia, które potrafiło utrzymywać się przez wiele godzin, niewystarczająco znaczącym, by odwoływać plany albo zgłaszać chorobowe, ale na tyle wyraźnym, by rozpraszać, dekoncentrować i wybudzać ze snu, jakkolwiek ambitnie brunet nie starał się go zignorować.

Z wizytą, oczywiście, zwlekał. Tygodniami. Tłumacząc sobie, że było to ważne, jasne, ale nie pilne; poza tym terminy zawsze były odległe, rzadko zgrywały się z jego planem na uniwersytecie, a w dodatku nie chciał zabierać miejsca komuś, kto konsultacji z lekarzem potrzebowałby znacznie bardziej niż on. Mógł, oczywiście, spróbować także zgłosić się gdzie indziej, u kogoś innego, nowego, w znacznie bezpieczniejszy, bardziej anonimowy sposób.
A jednak siedział tutaj, w poczuciu specyficznego deja vu, z mieszanką ekscytacji i niepokoju zwijającego się gdzieś pod jego splotem słonecznym w ciasny węzeł.
W oczekiwaniu, aż ktoś – recepcjonistka, lub sam Miles Doktor Howard – wywoła go na wizytę, w zamyśleniu przesuwał wolno dłońmi po jeansie okrywającym jego uda, miarowo, starannie, jakby próbował w ten sposób wygładzić coś więcej niż tylko materiał spodni. Własne myśli, może. Albo uczucia.

Uniósł wzrok dopiero wtedy, gdy drzwi jednego z gabinetów uchyliły się z cichym kliknięciem, i gdy w peryferiach pola widzenia zamajaczyła mu znajoma, choć dawno niewidziana, męska sylwetka.

Na moment, Ollie Everhart w zasadzie zapomniał, po co właściwie tu przyszedł.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Ponaglone do ruchu w trakcie zmiany, ciało Milesa, obecne wśród innych, tłumnie przebywających w szpitalu osób, stanowiło ledwie drżącą kreskę – linię sylwetki, postawioną na korytarzu urazówki szybko, niedbale, jakby tylko tak, w charakterystycznym dla oddziału pośpiechu, był w stanie umknąć przed nieszczęściem dnia. W efekcie nie zasadzał się na żadnej przestrzeni na tyle długo, by można było uznać jego zarys za coś stałego w otoczeniu, czy stabilnego, za to pozostawał skuteczny, gdy po dowiezieniu pacjentów z wypadku samochodowego, wpierw zajął się kobietą z głębokim rozcięciem na udzie, nadającym się do szycia, a następnie mężczyzną z lekkim urazem głowy. I choć nie było to tak brawurowe zajęcie, jak pokazywane w serialach medycznych drastyczne, krwawe przypadki, wymagające natychmiastowej interwencji na sali operacyjnej, kosztowało go to kilkadziesiąt minut skupionej, pełnej zaangażowania pracy.
Na końcu, w pędzie obowiązków, zmianę na urazówce zakończył koniecznym, acz standardowym zabiegiem chirurgicznym, dotyczącym nastawienia skręconego kolana i usunięcia zainfekowanych tkanek po starciu ciała pacjenta z asfaltem. Zabieg ten przeciągnął się o prawie pół godziny, tym samym pozbywając go możliwości zjedzenia lunchu.
Żarliwość dnia, pełna nadprogramowych zajęć, nie chciała być dla niego łaskawa na tyle, by wyciągnąć go z dymu płonących obowiązków, krok po kroku zacierała się więc granica między jego zwyczajowym spokojem, a koniecznością szybkiego działania. Wciąż te same hałasy – jak głosy pielęgniarek wzywających kogoś do sal, szuranie krzeseł i pokasływanie pacjentów – nachodziły krzyżem dźwięków na płaszczyznę jego ucha, gdy przechodził przez korytarz w stronę izby przyjęć. Każda z tych części tworzyła dla niego szpitalne t ł o, nigdy główną oś skupienia, gdy skoncentrowany na realizacji konkretnych zadań, mijał cudzych pacjentów bez większej uwagi. Miękkość i sprężystość kroku Milesa, zwykle zasadzająca się w pasach mięśni z regularną mu stoickością, dziś ustępowała miejsca napięciu i nagłemu przyspieszeniu.
Był już spóźniony.
Nie było miejsca na elegancję, na uśmiech w stronę pielęgniarek, czy zagadywanie do zagubionych w przestrzeni szpitalnej pacjentów. Zdążył jedynie kupić kawę w szpitalnym automacie, traktując ją jako zastępstwo posiłku i mając w planie wypić ją gdzieś pomiędzy przyjmowanymi pacjentami. Nie dostrzegł nawet znajomej sylwetki, siedzącej na jednym z krzesełek, gdy przekroczył próg poczekalni.
Uważność zeszła na dalszy plan.
Zamiast tego pozostawał mu gruby płaszcz niecierpliwości, gdy niemal truchtając, przeciął linię holu, wpadając do gabinetu z niegasnącą potrzebą nadrobienia straconego czasu. Szybko przywdział na siebie sterylnie biały kilt, czystością materiału pokrywając tym samym pachnącą krwią i potem koszulkę z urazówki i sięgnął po pierwszą, leżącą z wierzchu i przygotowaną przez pielęgniarki kartę pacjenta. Upił jeszcze łyk gorącej kawy, odstawiając ją na biurko w gabinecie, nim opuścił go, z powrotem pojawiając się w poczekalni.
Działał pospiesznie, ale nie emocjonalnie. Do czasu.
To, co naprawdę zdarło z niego aksamit powściągliwości i miękkość wypowiedzi, zwykle nie wyrażającej żadnych emocji, nadciągnęło na niego falą napięcia parę sekund później. Nie chodziło już o spóźnienie, o pośpiech, czy o feralność dnia, w którym wszystkie drobne zajęcia przesypywały mu się mnogo przez zbyt zajęte ręce.
Przestało chodzić o coś, a zaczęło chodzić o kogoś.
Oleander Ever...hart?
Początkowy, neutralny i pewny ton głosu Milesa, który miał za zadanie jedynie wywołać pacjenta z kolejki, bardzo szybko wzniósł się w nieznacznej niepewności, gdy zakończył odczytywanie głosek jego nazwiska nie tylko z subtelną, pytającą nutą, świadczącą o zaskoczeniu, ale również z szybszym i mocniejszym uderzeniem serca, wchodzącym w rytm bicia poza jego kontrolą.
Wmawiana od dawna obojętność, mimo że wciąż utrzymywała się na powierzchni jego zachowania, w gestach i w niewiele odkrywającej twarzy – dla niego dawno przestała być czymś, w co wierzył. Miał też wątpliwość, co do tego, czy gruba fasada powściągliwości, jaką utrzymywał w mimice, wciąż wystarczała, by zakryć wszystkie jego pęknięcia emocji.
Oleander Everhart był jego słabością, a jego obecność w pomieszczeniu sprawiała, ze wspomnienia ożywały. Co za tym idzie, pamięć o operacji sprzed lat siłą winnego ściągana była do wewnątrz świadomości Milesa, by tam okryć jego grzbiet mrowiącą (i mrożącą) ciało niepewnością. Musiał odetchnąć głęboko, by odepchnąć z siebie pierwszy gwałt emocji, ten najsilniejszy. Drugie uderzenie wątpliwości rozłożył po tkankach ciała, pozwalając, by mięśnie złapały w siebie tę charakterystyczną sztywność, stawiającą go w trybie ciągłego czuwania.
Dawno się nie widzieliśmy — odezwał się jeszcze, przepuszczając znanego sobie pacjenta w drzwiach. Wzrok mimochodem przebiegł po całości jego sylwetki, w tym po młodej twarzy Oleandra, której za nic nie potrafił odczytać, i brakującej części ciała, której n i e o b e c n o ś ć wciąż tłumaczył sobie zbyt trudnym przypadkiem.
Tylko trudne przypadki kończyły się bowiem amputacją, prawda?
A co jeśli nie?
(Co jeśli to nie wypadek był trudny, a sam dzień Milesa?)
W ostatku błąkającego się w nim spokoju poprawił zsuwający się nieco z szyi stetoskop, gdy zamykał za nimi drzwi.
Jak się czujesz? — miękkość głosu straciła swoje obłe i przyjemne brzmienie, jakby coś lepkiego i ciężkiego osadziło się na brzegach dźwięku, choć Miles starał się to skrzętnie ukryć nasuniętym na usta uśmiechem.
Pytanie zawierało znacznie więcej głębi, niż samą tylko ludzką uprzejmość.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Milesa, przemykającego poczekalnią w pośpiechu, prędkością z jaką się poruszał upodobnionego najbardziej chyba do pioruna kulistego, ale kawą trzymaną w dłoni balansującego za to jak zdolny woltyżer, Oleander początkowo zwyczajnie nie zarejestrował. Taką samą niewinną ignorancją brunet wykazywał się czasem na wykładach, z wyżyn głębokich rozmyślań sprowadzany na ziemię niskim tembrem profesorskiej tyrady o tym, jak to ta dzisiejsza młodzież jest niewdzięczna i niezdolna, by atencję na jednym, konkretnym temacie utrzymać przez dłużej niż trzydzieści sekund (a wszystko to, jak najbardziej, przez media społecznościowe, i te telefony, nieszczęsne!), a także w domu, gdzie matczyne upomnienia o tym, żeby przestał wreszcie bujać w obłokach i zajął się nastawianiem pralki, albo długo obiecywaną pomocą ojcu w zagraconym garażu, niosły się ku niemu sporadycznie, gdy Pani Everhart zapomniała na moment, że od niedawna - to jest od czasu jego wypadku - mimowolnie objęła środkowego syna taryfą ulgową (jednym słowem: że, czy tego chciał, czy też nie, zaczęła wymagać od niego mniej niż od reszty jego rodzeństwa).
Finalnie to jego własne nazwisko, w połowie przecięte subtelną, lecz niezaprzeczalną dla wprawnego słuchacza pauzą zawahania, ugruntowało go w rzeczywistości niby kotwica. Najpierw uniósł wzrok, a potem dopiero ciało, od plastiku marnego krzesełka odpychając się otwartymi dłońmi.
- Tak - potwierdził, zupełnie przy tym niepotrzebnie, tym samym wyuczonym jak bezwarunkowy odruch tonem, którym zwracał się do ojca i do starszych rangą przełożonych w zastępie strażackim. Może sprawiała to obecność uniformu - bo choć Howard nie nosił, oczywiście, munduru, jego ubiór odróżniał się od tego cywilnego, w oczywisty sposób sugerując przynależność do określonego, hierarchicznego systemu; może respekt, którym Ollie od zawsze niemal obdarzał osoby powszechnie uważane za mądre, godne szacunku, i w taki lub inny sposób przysługujące się społeczeństwu; a może jakaś specyficzna hybryda jednego z drugim. Trudno było powiedzieć, czy Everhart miał nadzieję, że lekarz będzie go pamiętał, czy też raczej, trochę zuchwale, się tego spodziewał. Gdyby Miles go nie rozpoznał, Oleander pewnie poczułby cień rozczarowania, nawet, gdyby uczuciu temu nie pozwolił przedostać się do jego jaźni przez barierę podświadomości. W postawie niższego bruneta coś się jednak zmieniło, stężało, napięło jak struna, na niewerbalnym poziomie sugerując jawnie, że na obecność Everharta trudno jest mu pozostać profesjonalnie obojętnym. - Dzień dobry, doktorze.
Kiedy Ollie ruszył za mężczyzną, jego ruch był gładki, choć może odrobinę zbyt ostrożny by dało się ukryć, że za tą jego płynnością stoi nie wyłącznie naturalna pamięć ciała, a też świadoma, sumienna praktyka. Ukryta pod nogawką spodni proteza - czwarta z kolei, jakiej w ramach metody prób i błędów Oleander miał okazję doświadczyć - swoim ciężarem wpisywała się w oś ciała prawie naturalnie — już nie zupełnie obca, choć jeszcze i nie całkiem własna.

W sterylnej ciasnocie gabinetu, przyjmującej Oleandra dokładnie tak, jak większość zamkniętych przestrzeni: trochę nieporadnie, jakby nie wiedziała co zrobić z jego wzrostem i rozpiętością pamiętających jeszcze regularne, fizyczne wysiłki, ramion, Ollie wyzwolił się z objęć płaszcza, bez szczególnej gracji przewieszając go sobie przez przegub. Wokoło pachniało kawą i zmęczeniem - materiału, pewnie (bo wystarczyło jedno dokładniejsze spojrzenie by stwierdzić, że przydałoby się tu wymienić parę obiektów, z kółkami medycznej leżanki i klawiaturą komputera na czele), ale i tym bardziej ludzkim. Ollie zignorował to dokładnie tak samo jak wszystko inne, o co chciał zapytać wiedząc, że absolutnie nie powinien tego czynić.
Najpierw to Howard przepuścił go w drzwiach, ale potem to dwudziestoośmiolatek odsunął się lekko w lewo, by lekarz mógł przejść bliżej biurka, w adekwatnym do okoliczności, choć nieco niezręcznym tańcu. Uderzyło go, że od drugiego mężczyzny wyższy musiał być co najmniej jakieś siedem cali - fakt, który z jakiegoś względu nigdy wcześniej nie dotarł doń w równie namacalny sposób, i teraz, zamiast dodawać sylwetce Olliego pewnej dominującej swobody, sprawiał, że student czuł się raczej niedopasowany, aniżeli dodawać miał mu pewności siebie.
Choć może w gruncie rzeczy odpowiadała za to bynajmniej nie fizyczna różnica, co ostra nierównowaga zajmowanych przez nich ról, jak to zawsze bywało w relacjach pacjentów i ich lekarzy.
— Dawno — powtórzył za lekarzem, z mieszanym skutkiem próbując nadać tym słowom jakiejś pogodnej lekkości - To chyba zazwyczaj dobra wiadomość?
Okazało się jednak, że jego wymuszony optymizm wylądował głucho i płasko, przytłumiony natychmiast wagą pytania zadanego mu przez Milesa niemal symultanicznie. W innych warunkach można było je łatwo wytłumaczyć zwyczajną kurtuazją, i zbyć jakimś krótkim, bezpiecznym "w porządku", w leksykonie Everharta zarezerwowanym dla pogawędek na uniwersyteckich korytarzach i przy rodzinnym stole, gdzie to zawsze bardzo się starał, by nikogo niczym nie martwić i nie niepokoić. W gabinecie zawisło ono jednak między nimi z zupełną inną wagą, w połączeniu ze sposobem, w jaki spoglądał na niego chirurg, jasno dającym Oleandrowi do zrozumienia, że nie tylko nie musi tu udawać, co być może zwyczajnie nie powinien tego robić.
Jak to mówili? Przez wzgląd na stare, dobre czasy.
- Nie przyszedłem z niczym poważnym - Zaczął z manierą człowieka przywykłego, by do bólu innych ludzi podchodzić z uwagą i troską, ale własne minimalizować regularnie i skutecznie tak długo, aż dało się je bez większego trudu zamieść pod przysłowiowy dywan. Westchnął tak cicho, że Miles mógł tego równie dobrze wcale nie usłyszeć, i przesunął spojrzenie gdzieś na bok, unikając przez chwilę bezpośredniego kontaktu. - Po prostu… zdarzają mi się ostatnio epizody bólu. Nic nadzwyczajnego - Wzruszył ramionami - Ale jakby z nową częstotliwością. Myślałem, że to może kwestia pogody... - Pociągnął dyplomatycznie, racjonalnie, tak rytmicznie, że prawie nie dało się posłyszeć podszywającego jego słowa niepokoju. Dopiero, kiedy wreszcie wrócił spojrzeniem ku twarzy Howarda, drobna zmarszczka powstała u nasady oleandrowego nosa zdradzić mogła, że chłopak martwił się szczerze, i bardziej niż zwykle. W innym wypadku przecież wcale by tu nie przychodził - ...ale ostatnio się poprawiła, a ból jakoś nie ustąpił. W sumie... wręcz przeciwnie. Więc mimo wszystko może warto to sprawdzić... - dodał na zakończeniu. Bez oskarżenia, bez pretensji. Raczej ze świadomością, że przecież obaj stoją - i zawsze stali - po przeciwnych stronach tej samej historii.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tuż po wejściu do gabinetu siatkówka oka znalazła w przestrzeni te same, znajome ułomności: porysowaną klamkę drzwi, wytartą w klawiszach klawiaturę komputera i obecną wszędzie intensywność zapachów; tę charakterystyczną, dławiącą płuca ostrość środków dezynfekujących, wymieszaną z gorącem powietrza, osiadłego w kwadratach gabinetu o zbyt dużym, przeszklonym oknie. Miles, nim przeszedł do badania, otworzył je skromnie, tworząc nad górną linią ramy zbawienną szczelinę wejścia, przez którą wślizgiwał się do środka wiosenny podmuch wiatru. Dopiero wtedy, uspokojony własnym rytuałem, usiadł przy biurku, logując się do systemu pacjentów, a następnie upił łyk kawy, przysuwając kubek bliżej siebie.
Dawno.. czy to była dobra wiadomość?, powtarzały myśli w natręctwie. Zanim jednak doszedł do meritum cudzego pytania, wpierw na ramionach osiadły jego własne:

Czy Oleander Everhart w jego gabinecie był dobrą wiadomością?
Czy od ostatniej jego wizyty żyło mu się lepiej?
(Czy już się przyzwyczaił do braku?)
Czy jego obecność mogłaukoić sumienie Milesa?
(Czy bardziej wzbudzić w nim niepokój?)

Zazwyczaj... czasem oznacza też, że ktoś po prostu przeciągnął termin wizyty w czasie ze strachu, z braku czasu, albo z braku ubezpieczenia lub pieniędzy.
Pomieszczenie, obrośnięte przez ciężkość zniesionych na nich ról, pomimo ich długoterminowej znajomości, wydawało się zatrzymywać w kątach pokoju każdą jedną, bardziej swobodną, czy nieoficjalną myśl. Jakby w tych samych miejscach, co zawsze – między lekarskim biurkiem, a krzesłem pacjenta – nie było czasu na żarty, a znajdowało się wyłącznie miejsce na zawodowe naleciałości. W tej kanwie – w tym wyuczonym przez lata procesie podejścia do badanego – zaczynał od przejrzenia danych i zapoznania się z ostatnią historią pacjenta, w poszukiwaniu być może jakichś znaczących nowości, o których nie miał wcześniej pojęcia. Pominięcie tego etapu nie wchodziło w grę. Zawsze upewniał się co do tego, że jest na bieżąco.
Dziś „na bieżąco” nabierało jednak znacznie szerszej skali, gdy okazywało się, że wraz z suchymi faktami, chłonął z wizyty również napięcie, a ciało poddawało się mu z urągającą wręcz łatwością. Łuk żeber, choć nie zmieniał się pod względem położenia szkieletu, nagle stawał się przy tym zbyt ciasny, a przez ciało od krtani w dół do płuc biegnęło palące go uczucie odpowiedzialności za pacjenta, nasilające się z każdym kolejnym słowem Oleandra.
Nie przyszedłem z niczym poważnym w pewnej banalności zwątpienia, rozbiło w Milesie zastygły pod skorupą głowy spokój, nim jeszcze nadeszła kolejna część cudzej „spowiedzi”, bo aż nazbyt często tak właśnie zaczynały się poważne przypadki. Nie musiał przy tym słyszeć westchnięcia pacjenta (i nie słyszał), by wiedzieć, że podobne słowa przychodzą Everhartowi z niejaką trudnością. Spojrzenie, w ucieczce pacjenta otarte o przestrzeń wokół nich, świadczyło o niewygodzie ów wypowiedzi i choć Miles nie był skłonny mówić o tym głośno, a tym bardziej nie chciał tego po sobie pokazać, w nim również głoski cudzego wyznania (im było ono dłuższe i bardziej obfite w szczegóły) podnosiły większą czujność i krępację.
Taktownie przykrywając uczucia wyjściem zza biurka, przeciągnął palcami wzdłuż pasm własnych, ciężkich włosów, odgarniając je z czoła na tył głowy, byle tylko czymś się zająć i nie ulec ciążącym mu emocjom. W międzyczasie wskazał wolną dłonią na lekarską kozetkę.
Usiądziesz? Zbadam Cię i sprawdzimy, co dalej... jeśli możesz, podnieś nogawkę. Jeśli nie dasz rady, ściągnij spodnie — poinstruował krótko, samemu również podchodząc bliżej leżanki. Podwinął przy tym rękawy lekarskiego fartucha, zerkając w kierunku pacjenta w cierpliwym oczekiwaniu na spełnienie prośby.
Jest możliwość, ze zbiegło się to ze zmianą protezy? I jaki to rodzaj bólu? Ostry, punktowy? Piekący, pulsujący...? — wymienił niektóre z możliwości, dookreślając tym samym, o co tak naprawdę pytał. Po latach od amputacji najbardziej prawdopodobną opcją był ból fantomowy, problem z ukrwieniem lub przerost nerwu, odzywający się z pewnym opóźnieniem. Nie chciał jednak zakładać żadnej z opcji przed sumiennym zbadaniem pacjenta.
Cisza przez chwilę przecięła linię spotkania, dając im obu czas na akceptację nowej sytuacji. Miles w tym czasie zsunął na bok potrzebę dystansu, mimo że tylko ona trzymała cugi jego emocji w kontroli. Ważniejsze jednak wydawało mu się wyciszenie cudzego zmartwienia, wyrysowanego wyraźnie w zmarszce nad nosem Oleandra i w jednostajności komunikatu, nieco zbyt sztywno przedstawionego, by Howard uwierzył w neutralność przekazu.
Oleander... wiem, że nie lubisz, jak uwaga koncentruje się wokół Twoich potrzeb i Twoich słabości... ale potrzebuję, żebyś dzisiaj nie bagatelizował tego, co czujesz.
Głos Milesa był stabilny, ale cichy, obdarty z chęci pouczania go, miał w sobie jednak nutę prośby wymieszanej z mrowiącą stanowczością.
...odnośnie nogi. Nawet najmniejszy szczegół może mieć znaczenie — dodał wyjaśniająco.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”