Jej ciężar nie był problemem. Problemem było to, że co kilka kroków próbowała odzyskać resztki godności i samodzielności jednocześnie, co kończyło się kolejnym zachwianiem na nierównym chodniku. Hugo zacisnął mocniej dłoń na jej udzie, podtrzymując ją odruchowo, kiedy znów zaczęła się zsuwać z jego ramienia. Jej włosy łaskotały go w kark, a cichy śmiech mieszał się z niezrozumiałym mamrotaniem o flamingach i
podejrzanych ptakach.
Przez moment spojrzał na nią z góry, kiedy próbowała bardzo poważnie wskazać palcem coś przy hotelowym wejściu. Hydrant. Patrzyła na niego z absolutnym przekonaniem, jakby odkryła właśnie międzynarodowy spisek.
W tamtej chwili pierwszy raz od bardzo dawna złapał się na tym, że walczy z uśmiechem.
***
Stał tuż za nią w łazience, kiedy panicznie szarpała materiał sukienki przyklejonej do rozgrzanej skóry. Wilgoć karaibskiego powietrza mieszała się z ciężkim zapachem perfum, alkoholu i czegoś słodkiego, co zostało po klubie. Hugo przez krótką chwilę patrzył na jej odbicie w lustrze — zarumienione policzki, potargane włosy i spojrzenie człowieka przekonanego, że naprawdę walczy o życie z kawałkiem materiału.
Dopiero kiedy odwróciła się do niego plecami, sięgnął spokojnie do suwaka. Jej skóra była gorąca pod przypadkowym muśnięciem palców. Materiał zsunął się powoli z ramion, a Jamie westchnęła z tak szczerą ulgą, jakby właśnie uratował ją z tonącego statku.
Hugo odsunął się odruchowo o pół kroku zaraz po tym, jak sukienka opadła na podłogę. Bardziej z przyzwyczajenia niż ostrożności. Kontrola była odruchem. Dystans też.
Mimo to przez ułamek sekundy został tam i przyglądał jej się odrobinę za długo.
***
Siedział w półmroku salonu z niedopitą szklanką whisky opartą o kolano i co jakiś czas zerkał w stronę sypialni. Domek był cichy poza odgłosem fal rozbijających się gdzieś niedaleko plaży i jednostajnym szumem klimatyzacji.
Jamie spała niespokojnie. Raz na jakiś czas marszczyła lekko brwi albo przesuwała się po poduszce, jakby nawet sen nie potrafił zdecydować, czy powinien ją oszczędzać po takim wieczorze.
Hugo obserwował ją dłużej, niż planował.
Bez hałasu, bez przesadnych emocji i bez gry, którą ludzie zwykle prowadzili wokół niego, wyglądała inaczej. Młodziej. Delikatniej. Znacznie bardziej autentycznie niż kobiety, które na co dzień pojawiały się obok niego na galach, kolacjach i biznesowych bankietach.
Kiedy przez sen zsunęła się bardziej z pościeli, odruchowo wstał i poprawił materiał, przykrywając jej ramię.
Dopiero wracając do fotela zauważył, że zrobił to bez zastanowienia.
***
Hugo przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, kiedy próbowała utrzymać równowagę, stojąc na środku sypialni owinięta prześcieradłem z miną człowieka, który właśnie negocjuje z własnym organizmem warunki dalszego funkcjonowania. Nie ruszył się od razu. Instynkt podpowiadał mu, że gdyby teraz spróbował jej pomóc bez pytania, skończyłoby się to kolejnym urażonym spojrzeniem i próbą udowodnienia, że
wcale nie potrzebuje pomocy. Przynajmniej tak zakładał.
Na pytanie o powrót do siebie uniósł lekko brwi.
—
To zależy — oparł się biodrem o oparcie fotela, spokojnie ją obserwując. —
Chcesz wracać dlatego, że naprawdę tego chcesz, czy dlatego, że obudziłaś się półnaga w domku obcego faceta i twój mózg desperacko próbuje odzyskać godność?
W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale nie było w nim drwiny. Raczej chłodna trafność człowieka, który zbyt dobrze czytał ludzi. Przez moment patrzył, jak walczy sama ze sobą i zawrotem głowy jednocześnie. Potem westchnął cicho, jak ktoś pogodzony z nieuniknionym.
—
Dobra — wyprostował się w końcu. —
Zanim podejmiesz jakiekolwiek życiowe decyzje, najpierw dostaniesz kawę i jedzenie. Claudette traktuje karmienie ludzi jak obowiązek moralny, więc opór jest stratą czasu.
Podszedł bliżej dopiero wtedy, kiedy zauważył drobne zachwianie jej równowagi. Tym razem nie pytał. Jego dłoń spokojnie objęła jej przedramię — pewnie, ale bez nachalności. Jakby robił dokładnie tyle, ile było konieczne.
—
I zanim zaczniesz protestować — odezwał się spokojnie. —
Nie, to nie jest porwanie. Po prostu nie mam ochoty tłumaczyć ratownikom medycznym, dlaczego ktoś rozbił sobie głowę na moim tarasie przed śniadaniem. Weź w spokoju prysznic i jedną z moich koszul, jeżeli chcesz. Wiszą w szafie, częstuj się.
Kącik jego ust drgnął minimalnie.
Wskazał jej skinieniem głowy drzwi otwartego tarasu, żeby pokazać jej gdzie go może szukać.
Sam tam ruszył zostawiając ją we wnętrzu.
Drewniana podłoga była przyjemnie chłodna pod stopami, a z zewnątrz wpadał zapach oceanu i świeżo zaparzonej kawy. Jasne światło rozlewało się po wnętrzu domku miękko i leniwie.
Przez krótką chwilę wróciło do niego wspomnienie poprzedniej nocy — jej bose stopy zostawiające chaotyczny ślad na drewnianej podłodze, bordowa sukienka zsunięta niedbale na płytki łazienki i Jamie patrząca na niego śmiertelnie poważnym wzrokiem, kiedy próbował odsunąć jej dłonie od materiału.
Ten suwak chce mnie zabić. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ktoś wypowiedział to zdanie z autentycznym przekonaniem.
Na tarasie czekał już stół nakryty śniadaniem. Świeże owoce, tosty, kawa, sok i coś, co Claudette najwyraźniej uznała za ilość jedzenia odpowiednią dla grupy rozbitków po katastrofie statku.
Starsza kobieta pojawiła się niemal natychmiast, jakby tylko czekała na odpowiedni moment. —
Ahhh... — przeciągnęła z satysfakcją, poprawiając serwetki. —
Enfin tu commences à te comporter comme un homme normal.
Hugo zamknął oczy na krótką chwilę.
—
S’il te plaît, ne fais pas comme ma mère. Je croyais qu’au moins toi, tu étais mon allié. Elle avait simplement besoin d’aide, bordel… je ne la connais même pas — rzucił od razu w odpowiedzi sięgając po tosta, jajecznicę i sok.
Claudette prychnęła pod nosem, a kiedy Jamie pojawiła się na tarasie odsunęła dla niej stołek i postawiła przed nią kubek kawy oraz wysoką szklankę zimnej wody z limonką.
—
Najpierw wypij to. Kawa później. Zaufaj mi, chérie — poinstruowała Claudette.
—
Widzisz? Nawet ja nie próbuję się z nią kłócić. — Hugo wzruszył ramionami, jakby nawet on nie kontrolował własnej gosposi.
Rozpięta koszula odsłaniała kawałek opalonej skóry, a poranne światło podkreślało zmęczenie, którego normalnie nie pokazywał ludziom. Mimo spokojnej pozy nadal wyglądał jak ktoś przyzwyczajony do kontrolowania pomieszczenia samą obecnością.
Przez moment obserwował Jamie znad filiżanki kawy.
—
Urodziny zawsze obchodzisz próbą samobójczą na parkiecie, czy trafiłem na wyjątkową edycję? — zapytał spokojnie.
Po chwili odchylił się lekko na krześle.
—
I zanim odpowiesz: nie, mam wszystko pod kontrolą już słyszałem. Ta wersja wydarzeń została oficjalnie podważona około drugiej w nocy, kiedy próbowałaś negocjować z flamingiem przy hotelowym wejściu.
Spojrzał na nią znacząco.
—
Nie było tam flaminga, swoją drogą. Był hydrant.
Jamie Park