ODPOWIEDZ
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Wiatr poruszył liśćmi palmy, które z kolei przepuściły mordercze promienie słońca, pozwalając im paść na uchylone, drewniane żaluzje, ale nawet one nie zdołały ich zatrzymać. Dziewczyna, leżąca na łóżku, zaprotestowała jęknięciem, kiedy światło słoneczne padło na jej twarz, zmuszając powieki do zaciśnięcia ich bardziej. To z kolei wymusiło świadome przyjęcie bólu, który tętnił w głowie.
Yup... That's me... Pewnie się zastanawiacie, w jaki sposób się tutaj znalazłam.
Przez głowę Jamie przeleciała cała seria wspomnień, które sprawiły, że znalazła w sobie choć odrobinę energii i przewróciła się na drugi bok, nakrywając głowę poduszką. Budzące się kolejne zmysły przyniosły kolejne bodźce. Tym razem zapach perfum, męskich... które kojarzyła z poprzedniego wieczora.
Taniec, drink, kolejny taniec, kolejny drink. Kilku typków z klubu, z początku miło flirtujących, ale potem nieco zbyt natarczywych w swoich próbach podrywu. Kolejny drink, taniec z kimś innym. Rytmy latynoskie i karaibskie. Bioderka same kręcące się w rytm muzyki. Kolejny drink. Ten rum był naprawdę mocny! Przystojna twarz z niebieskimi oczami. Spocona twarz kogoś innego, kto próbował ją wyciągnąć z klubu.

- O nie! - zerwała się do siadu z przerażeniem na twarzy.
Prześcieradło zsunęło się z jej piersi, odsłaniając nagą sylwetkę dziewczyny.
- Nie, nie, nie! - jęknęła, szybko zaglądając pod pościel, ale tutaj odetchnęła z ulgą, przynajmniej chwilową.
Miała na sobie bieliznę.
Fala bólu i zawrót głowy posłały ją z powrotem na łóżko. Kolejne wspomnienie napłynęło przed jej oczy.
Ta przystojna twarz, zatrzymująca ich. Lekka szarpanina. Kilka groźnych słów. Ten drugi wracający ze złą miną do klubu.
Lepiej się stąd zbierajmy... Masz torebkę? Stanowcze, ale spokojne pytanie. Duża, miła w dotyku dłoń biorąca ją za rękę i stukot obcasów w rytm przyspieszonych kroków.
- Okej... Przynajmniej mam swojego rycerza. Tylko czemu nie mam na sobie sukienki?
I jak się tutaj znalazłam?

***

Kilka dni wcześniej. Lotnisko w Miami.

Niby zrobiła wszystko tak, jak powinna była zrobić. Zadbała o wygodne ubrania, wygłuszające słuchawki, naładowane czytniki i telefon, nawet specjalną poduszkę na kark. Ale i tak lot z Toronto do Miami był koszmarnie męczący. Jamie chyba jeszcze nigdy nie spędziła czterech godzin w bezruchu. W domu zawsze było coś do roboty. Do tego klasa ekonomiczna to jednak nie jest szczyt wygodny. A później dwie i pół godziny czekania na przesiadkę na Bahamy. A wszystko dlatego, że chciała zaoszczędzić na bezpośrednim locie. No, ale czego się spodziewać po kimś, kto pierwszy raz w życiu leciał samolotem i w ogóle jechał na wakacje. I to sam...
Poprawiła się na twardej ławce, próbując znaleźć wygodną pozycję, ale skończyło się na tym, że tylko pozwijała się bardziej w coś przypominającego ludzkiego precla. I westchnęła z niezadowoleniem, kończąc książkę, którą miała czytać przez cały wyjazd. Podniosła znudzone spojrzenie, nieco naburmuszonej buzi, na mężczyznę, który usiadł naprzeciwko niej, kilka metrów dalej.
Uśmiechał się, a to było zaskakujące. Podobał jej się jego zarost i ramiona. Niewymuszona elegancja w klimacie old money. Nawet nie zauważyła, że niegrzecznie się na niego gapi. Dopiero kiedy jej lustracja znalazła jego niebieskie oczy, cofnęła głowę w zaskoczeniu. Widział, że go obserwuje. Jej oczy zrobiły się wielkie, kiedy przygryzała obie wargi. Po czym uśmiechnęła się w najbardziej rozbrajający sposób, jaki można było sobie wyobrazić, i szybko wróciła do swojego czytnika. Szukanie kolejnej książki nagle stało się znacznie bardziej interesujące.

Hugo Tremblay
Ostatnio zmieniony czw kwie 30, 2026 5:49 pm przez Jamie Park, łącznie zmieniany 1 raz.
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

#2
Poranek przyszedł wcześniej, niż powinien. Nie dlatego, że słońce było szczególnie natarczywe — w tej części świata zawsze było. Ani dlatego, że powietrze było zbyt ciężkie, choć wilgoć Karaibów potrafiła przytłoczyć nawet ludzi przyzwyczajonych do luksusu gorącej pogody. To nie miejsce było problemem.
Hugo siedział przy szerokim oknie, oparty niedbale o oparcie fotela, z nogą założoną na nogę. W palcach obracał szklankę z wodą, którą popijał. Garnitur z poprzedniego wieczoru zniknął — zastąpiła go koszula rozpięta o jeden guzik za dużo jak na jego standardy i bermudy, które wyglądały równie dobrze, jak wszystko, co nosił. Nie spał długo, bo nigdy nie potrzebował. Jego spojrzenie co jakiś czas wracało w stronę łóżka.
Obserwował od jakiegoś czasu śpiącą tam młodą kobietę. Dziewczyna poruszyła się wcześniej, jeszcze zanim światło zdążyło w pełni wypełnić pomieszczenie. Zarejestrował to bez wysiłku, bez potrzeby odwracania głowy od razu. Analiza każdego ryzyka, szczególnie sytuacyjnego, była jego przyzwyczajeniem. Kontrola sytuacji nie polegała na reagowaniu — polegała na wiedzy, zanim coś się wydarzy. Obserwował jej powolne ruchy pod pościelą, krótki jęk świadomości z zaistniałej sytuacji. Czekał na reakcje.
Przyglądał jej się, ale nie z ciekawością typową dla mężczyzn, którzy budzą się obok kogoś obcego. Raczej z chłodną analizą, która przyszła do niego naturalnie. Ocena sytuacji, zmiennych, potencjalnych konsekwencji.
Dopiero kiedy gwałtownie poderwała się do siadu, jego spojrzenie przesunęło się na nią w pełni.
Nie zareagował od razu. Pozwolił jej oswoić się z sytuacją, nadal obserwując każdy jej ruch. Sposób, w jaki sprawdziła pościel. Jak napięcie na moment zeszło z jej ciała.
Odstawił szklankę na stolik obok z cichym stuknięciem. Dźwięk był na tyle wyraźny, żeby zaznaczyć jego obecność, ale nie na tyle agresywny, żeby można było go nazwać wejściem w scenę.
Oddychaj — powiedział spokojnie.
Jego głos był niski, wyważony, pozbawiony napięcia. Dokładnie taki, jakiego używał w salach konferencyjnych, kiedy ktoś po drugiej stronie stołu zaczynał tracić grunt pod nogami. Dopiero wtedy wstał i podszedł do niej po drodze zatrzymał się przy stoliku, sięgając po drugą szklankę, do której nalał wody z karafki.
Nie zrobiłem niczego, czego nie pamiętasz— dodał po chwili.
Dopiero wtedy spojrzał na nią bezpośrednio. Nie unikał kontaktu wzrokowego, nigdy tego nie robił. W jego spojrzeniu była tylko spokojna pewność bez skruchy czy rozbawienia.
Podszedł bliżej i odstawił szklankę na stoliku nocnym, w zasięgu jej ręki, ale jej nie podał. Zostawił jej przestrzeń w pełni świadomie.
Klub. Kilku idiotów, którzy nie rozumieją słowa „nie”. — jego ton nie zmienił się ani o pół tonu. — Wyciągnąłem cię stamtąd, zanim któryś z nich uznał, że ma prawo do więcej. — Zrobił krótką pauzę, żeby upewnić się, że wszystko co jej komunikuje w pełni do niej dociera.
Straciłaś równowagę na schodach. — dodał rzeczowo. — Nie byłaś w stanie sama wrócić do hotelu.
Nie tłumaczył się dalej, bo nie musiał. Przez ułamek sekundy jego spojrzenie przesunęło się po pomieszczeniu, jakby sprawdzał coś, co już wcześniej miał pod kontrolą. Jego prywatny domek przy plaży był cichy i spokojny.
Wrócił do niej wzrokiem.
Twoja sukienka jest w łazience — rzucił jeszcze. — W stanie nadającym się do użytku.
Oparł dłoń o oparcie fotela stojącego niedaleko łóżka, ale nie usiadł. Stał, zostawiając między nimi dystans, który nie był przypadkowy, wolał nie być natarczywy szczególnie, że jeszcze przed chwilą nie pamiętała co się dzieje.
Jak się czujesz? — zapytał w końcu. To pytanie było proste, zbyt proste jak na niego i właśnie dlatego miało znaczenie.

***


Lotnisko w Miami pachniało klimatyzacją i zmęczeniem. Hugo nie lubił takich miejsc. Nie dlatego, że były niewygodne — to zawsze dało się obejść. Nie lubił ich, bo były chaotyczne. Ludzie poruszali się bez struktury, bez celu widocznego na pierwszy rzut oka. Za dużo zmiennych, które nie wnosiły żadnej wartości. Usiadł, zanim jego samolot był gotowy do boardingu. Telefon miał odłożony obok, ekran wygaszony. Rzadko pozwalał sobie na momenty, w których nie robił nic. Ten nie był jednym z nich — po prostu kalkulował w głowie rzeczy, których nie musiał zapisywać.
Dopiero po chwili zarejestrował spojrzenie. Nie od razu je odwzajemnił. Najpierw pozwolił sobie na ułamek sekundy więcej, żeby upewnić się, że to nie przypadek. Ludzie patrzyli na niego często. Garnitur, sposób siedzenia, sposób bycia — to przyciągało uwagę, a on miał tego świadomość. To spojrzenie było inne.
Podniósł wzrok powoli, dokładnie w momencie, w którym ich oczy się spotkały. Nie uciekł od tego kontaktu. Dziewczyna cofnęła się minimalnie, zaskoczona tym, że została przyłapana. Ten drobny gest wystarczył, żeby coś w nim zareagowało, nie emocjonalnie lecz z pewną dozą zainteresowania.
Uśmiechnęła się zbyt szczerze i naturalnie jak na miejsce w którym się znajdowali. Kącik jego ust drgnął znacznie, ale nie był to w jego wykonaniu pełny uśmiech. Raczej cień reakcji, którą pozwolił sobie tylko dlatego, że nikt poza nią nie patrzył.
Obserwował ją jeszcze przez chwilę — sposób, w jaki wróciła do czytnika z przesadnym skupieniem. Jakby nagle znalazła tam coś znacznie bardziej interesującego niż kilka sekund wcześniej.
Odwrócił wzrok dopiero wtedy, kiedy uznał, że to wystarczy. Sięgnął po swój telefon, żeby przejrzeć maile. W tamtym momencie była tylko jedną z wielu twarzy na lotnisku, lecz zapamiętał ją bez wysiłku.
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Kiedy szkło stuknęło o blat drewnianego stołu, Jamie szarpnęła gwałtownie głową, szukając źródła dźwięku. Wielkie z zaskoczenia oczy dostrzegły mężczyznę. W odruchu przyciągnęła prześcieradło pod brodę, zasłaniając nagie piersi.
Posłusznie wzięła głębszy oddech, odsuwając się jak najdalej od zbliżającego się Hugo, ale rama łóżka zaprotestowała skrzypnięciem przed dalszym ruchem, kiedy jej plecy się o nią oparły. Pokiwała głową w odpowiedzi na jego zapewnienie, po czym jej głowa przechyliła się na bok, sprawiając, że potargane włosy odsłoniły jedno z ramion.
- Nie pamiętam, żebym pozbywała się sukienki... - zauważyła.
Pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu wparowywała do jego łazienki, by obmyć twarz chłodną wodą, twierdząc, że jest za gorąco. Na skraju paniki - najwyraźniej sukienka ją "dusiła," - zmusiła Hugo, by ten, mimo swoich protestów, rozpiął suwak. Obcisły materiał opadł na podłogę, układając się w malowniczy chaos.
- Taak... - przeciągnęła to słowo, nieco niezdarnie gramoląc się, by sięgnąć po pozostawioną szklankę wody. - Klub pamiętam...
Jej wargi przyssały się do chłodnego szkła, jakby woda w szklance była lekiem na całe zło, jakie mogłoby ją w życiu spotkać. Dopiero teraz odetchnęła i rozluźniła się na tyle, by nawet zapomnieć o kurczowym zasłanianiu się prześcieradłem.
- Dziękuję. - powiedziała w końcu cicho, podnosząc spojrzenie na niego.
Węgielki jej oczu omiotły jego ramiona, zatrzymały się na jego piersi, w miejscu, które było o ten jeden guzik za bardzo rozpięte, a potem powędrowały w górę na jego usta, które opowiadały dalszą część jej przygód. Nie ma to, jak zrobić dobre pierwsze wrażenie. I drugie. I trzecie... Ufne spojrzenie zatrzymało się na jego oczach, jak wracało do niej wspomnienie chwiania się na obcasach i mało nie skręconej kostki, a potem jego ramiona, podnoszące ją z ziemi.
- Niosłeś mnie jak worek? - zapytała, nie bardzo rozumiejąc, czemu po jej plecach przebiegł przyjemny dreszcz na to wspomnienie.
Powędrowała spojrzeniem do drzwi łazienki, oceniając na ile jest już w stanie tam pójść i jakiego wysiłku by to wymagało. Zawrót głowy jednak skutecznie usadził ją w miejscu. Musiałaby się otulić prześcieradłem. Zaplątałaby się. Za bardzo skomplikowane. Poprosić, żeby zamkną oczy?
- Muszę przestać pić alkohol... Albo przynajmniej się tego nauczyć. - jęknęła w odpowiedzi na ostatnie pytanie, a jej głowa opadła na ramę łóżka z głuchym stuknięciem.
- Au! - Boże, jak można być tak beznadziejną?!

***


Urodzinowy wyjazd zapowiadał się naprawdę wspaniale. Wybór miejsca - Bahamy - poprzedzony miesiącami poszukiwań i przygotowań, prowadził Jamie do małego raju. Może wydała na ten wyjazd trochę więcej niż powinna i koszmarnie bała się tego, że jedzie sama do zupełnie obcego kraju, ale mimo to czuła nutkę podekscytowania, które sięgnęło zenitu, kiedy zaczął się boarding.
Odprowadziła wzrokiem swojego nowego "towarzysza", na którego od czasu do czasu ciekawie zezowała. Ale kiedy wezwano pierwszą klasę, a on wstał, tylko sapnęła w pojedynczym spazmie rozbawienia. No tak, wyglądał na kogoś, kto lata tylko w luksusach.
Entuzjazm nieco opadł, kiedy musiała poczekać kolejne pół godziny, aż wezwano jej sektor do samolotu i w efekcie wchodziła na jego pokład ostatnia. Do tego jeszcze ten korek w przejściu, który spowodował, że jak głupia stała tuż nad głową tegoż faceta, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Już raz ją nakrył na gapieniu się, a teraz jej oczy same patrzyły na fryzurę i zadbany, choć długi zarost. Pewnie przyjemnie byłoby przytulić do niego twarz. Zaraz... Czym on pachnie?

Hugo Tremblay
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Hugo obserwował ją jeszcze przez chwilę w ciszy, kiedy próbowała poskładać poprzedni wieczór z pojedynczych obrazów i urywków pamięci. Widział moment, w którym zawstydzenie zaczynało mieszać się z próbą odzyskania kontroli nad sytuacją — nawet jeśli ta kontrola ograniczała się aktualnie do utrzymania prześcieradła we właściwym miejscu.
Na jej uwagę o sukience jego spojrzenie przesunęło się na moment w stronę łazienki.
Pamiętasz mniej więcej moment, w którym uznałaś klimat Bahamów za osobisty atak? — zapytał spokojnie. Uśmiechnął się nim zaczął kontynuować: — Sukienka została wtedy oficjalnie oskarżona o próbę uduszenia cię.
W jego głosie pojawiło się ledwie zauważalne rozbawienie.
Próbowałem negocjować. Bez większego sukcesu.
Nie rozwinął tego bardziej. Nie powiedział też, że siedząc na blacie łazienkowej szafki, patrzyła na niego śmiertelnie poważnie i próbowała przekonać go, że „ten suwak zdecydowanie coś planuje”. Sam fakt, że jeszcze o tym pamiętał, był wystarczająco wymowny.
Minimalne spięcie jego szczęki pojawiło się dopiero chwilę później, kiedy z rozmachem uderzyła głową o ramę łóżka.
Przesunął wzrokiem po suficie, jakby potrzebował krótkiej sekundy cierpliwości więcej niż zwykle.
Imponujące — skwitował spokojnie. — Większość ludzi potrzebuje przynajmniej godziny po przebudzeniu, żeby zacząć robić sobie krzywdę.
Nie zabrzmiało to złośliwie. Jeśli już, w jego tonie pojawiło się coś bardzo bliskiego suchemu rozbawieniu, które u niego było odpowiednikiem śmiechu.
Podszedł bliżej dopiero wtedy, kiedy zobaczył, że zawrót głowy ponownie ją zatrzymał. Sięgnął po stojącą obok łóżka aspiryne i bez słowa położył ją obok szklanki.
Dwie. Nie więcej. — rzucił automatycznie, zanim zdążył pomyśleć, że zabrzmiał dokładnie jak człowiek przyzwyczajony do wydawania poleceń.
Na pytanie o niesienie jej spojrzał na nią przez chwilę dłużej. W jego oczach przemknęło coś trudnego do uchwycenia, jakby wróciło do niego konkretne wspomnienie.
Nie — odpowiedział w końcu. — Próbowałem najpierw normalnie, ale uznałaś, że chodnik prowadzi z tobą osobistą wojnę. — Kącik jego ust drgnął minimalnie. — Więc ostatecznie tak. Przez część drogi byłaś workiem ziemniaków.
Nie powiedział, że trzymała go wtedy za koszulę tak mocno, jakby puszczenie materiału miało skończyć się katastrofą. Ani że przez większość drogi mówiła rzeczy kompletnie pozbawione sensu, przechodząc płynnie od oburzenia na klimat Bahamów do bardzo poważnej analizy tego, dlaczego flamingi wyglądają podejrzanie. Uśmiechnął się na wspomnienie jej wywodów.
Przez moment między nimi znów zapadła cisza, ale nie była już tak napięta jak wcześniej. Słońce zdążyło wejść wyżej i jasne światło przesuwało się po drewnianej podłodze domku.
Hugo odsunął się od łóżka i sięgnął po telefon leżący na stoliku, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Ekran rozświetlił się szeregiem maili, których nie miał najmniejszej ochoty teraz otwierać.
Alkohol nie jest problemem — odłożył telefon z powrotem. — Problemem jest mieszanie rumu z uporem udowadniania wszystkim wokół, że „wszystko masz pod kontrolą”.
Spojrzał na nią znacząco.
To ostatnie wyjątkowo ci nie wyszło.
W jego głosie nadal pobrzmiewał ten sam chłodny spokój, ale pod nim było już coś lżejszego. Coś, czego zwykle nie dawał ludziom po kilku godzinach znajomości.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, gdzieś z zewnątrz rozległ się kobiecy głos. Starszy, donośny, przyzwyczajony do tego, że dom działa według określonego rytmu.
Monsieur Tremblay! Déjeuner est prêt!
Hugo zamknął na moment oczy, jak człowiek, który dokładnie wiedział, co nastąpi dalej.
Po sekundzie drzwi domku uchyliły się lekko i starsza kobieta zajrzała do środka bez cienia skrępowania. Jej spojrzenie najpierw padło na Hugo, potem bardzo świadomie przesunęło się na Jamie siedzącą w łóżku owiniętą prześcieradłem.
Wtedy na twarzy kobiety pojawił się uśmiech, nie subtelny, nie dyskretny. Pełen absolutnej pewności, że właśnie zobaczyła dokładnie to, co myślała, że zobaczy.
Enfin — westchnęła z satysfakcją, zanim spojrzała na Jamie cieplej. — Tu dois manger, chérie. Sinon tu vas mourir aujourd’hui.
Hugo westchnął bardzo cicho.
Claudette pracuje dla mnie od lat — wyjaśnił sucho, wracając wzrokiem do Jamie. — I niestety uważa, że moje życie prywatne jest wspólnym projektem społecznym.
Claudette prychnęła coś pod nosem po francusku, najwyraźniej całkowicie ignorując jego komentarz, po czym zniknęła za drzwiami.
Przez chwilę w pomieszczeniu znów było cicho.
Hugo spojrzał na zamknięte drzwi, potem z powrotem na Jamie.
Jeśli jej nie posłuchasz, wróci tutaj i zacznie tobą zarządzać. — oznajmił rzeczowo. — A uwierz mi, żadne z nas tego nie chce. — Przez moment mierzył ją spojrzeniem, po czym dodał już spokojniej: — Dasz radę dojść do tarasu, czy mam przygotować się na kolejną walkę z grawitacją?

***


Hugo zarejestrował jej obecność jeszcze zanim kolejka całkowicie utknęła w przejściu samolotu. Nie odwrócił się od razu. Spokojnie przesuwał wzrokiem po ekranie telefonu, jakby chaos boardingu istniał gdzieś obok niego, ale go nie dotyczył. Zauważył, że zwróciła uwagę na zapach i od razu zaczął myśleć, których perfum dzisiaj użył. Chyba to były French Lover od Frédéric Malle. Zapach chłodny, jak zielony las po letnim deszczu, który łączył się z elegancją cedru i wetiwer z nutą angeliki.
Dopiero kiedy ruch między fotelami stanął na dobre, jego spojrzenie uniosło się minimalnie. Ciemny ekran telefonu odbijał zarys sylwetki stojącej nad jego fotelem.
Kącik jego ust poruszył się prawie niezauważalnie.
Nie musiał patrzeć bezpośrednio, żeby wyczuć jej uwagę. To lekkie zawahanie w ruchach, moment za długiego bezruchu, spojrzenie uciekające odrobinę za późno. Znał ten rodzaj ciekawości. Najczęściej był w nim wyrachowany interes albo próba zrobienia wrażenia. U niej wyglądało to bardziej naturalnie.
Dopiero po chwili odwrócił głowę lekko przez ramię.
Ich spojrzenia spotkały się na krótką sekundę.
Z bliska wyglądała młodziej niż na lotnisku, mniej pewnie, za to znacznie bardziej autentycznie. W jej twarzy było coś nieoszlifowanego, co dziwnie kontrastowało z ludźmi, którymi zwykle się otaczał.
W jego oczach pojawiło się spokojne rozbawienie, subtelne i trudne do uchwycenia, zanim wrócił wzrokiem do przejścia przed nimi.
Kolejka nadal ani drgnęła.
Przesunął telefon na kolana i oparł się wygodniej, zostawiając jej wystarczająco dużo przestrzeni, żeby nie poczuła się przyłapana, choć oboje wiedzieli już, że właśnie to się wydarzyło.
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Uniosła brwi, słuchając jego przypomnienia. Jej buzia w tym momencie wręcz krzyczała, jak bardzo żałośnie się czuje.

***


Dziewczyna zgubiła buty już w chwili, w której Hugo ściągnął ją ze swojego ramienia niczym worek ziemniaków i odstawił na podłogę. Zachwiała się mimo podtrzymywania i zaskakująco zwinnym ruchem, jak na kogoś pijaniuteńkiego, zrzuciła obcasy. Po czym westchnęła ciężko, omiatając spojrzeniem jego domek.
- To nie wygląda jak mój pokój... - uchylone drzwi do łazienki wydawały się wybawieniem, więc bosymi już stópkami ruszyła nieco chwiejnie w tamtą stronę.
Drzwi stuknęły głośno o ścianę, a chwilę potem z kranu poleciała woda, którą Jamie próbowała skropić swój dekolt, bo przecież na twarzy miała makijaż!
- Boże, jak mi duszno! - jęknęła w momencie, w którym on zajrzał do łazienki.
Zaczęła szarpać na sobie tę piękną, bordową kieckę, której obcisłość zdecydowanie była teraz za ciasna.
- Duszę się... Zdejmij ją! - jej ruchy zaczynały być coraz bardziej paniczne, kiedy odwróciła się do niego plecami. - Rozepnij ją! Proszę, proszę! Proszę... Szybko!

***


- To brzmi jak ja.... - jej głowa opadła, a z westchnieniem uleciały ostatnie resztki szacunku do samej siebie.
Próbowałem negocjować. Bez większego sukcesu.
- To też brzmi jak ja...
Uniosła na niego zmęczone i smutne spojrzenie skarconego kociaka, który naprawdę nie rozumie, dlaczego znalazł się w takiej sytuacji i dlaczego ktoś sprawia mu teraz przykrość.
- Nie śmiej się ze mnie... I tak czuję się już wystarczająco upokorzona jak na urodziny. - zauważyła i znów powiodła spojrzeniem za jego ruchem, nie wiedząc, do czego to prowadzi.
Delikatny ruch kącika ust zdradził nieśmiały uśmiech. Tak miło było być zaopiekowaną. Jej nieco zapuchnięte, ale wciąż duże i ufne oczy zatrzymały się na jego twarzy, kiedy kładł aspirynę koło wody. Z zaskoczeniem zauważyła, że ten wyraz szacunku w postaci nienaruszania jej strefy komfortu bardzo jej imponował. Znów pokiwała głową, przyjmując polecenie, i sięgnęła po leki, które bez wahania zażyła.
- Podobno najlepiej nosić pijane dziewczyny przewieszone przez ramię... - zauważyła, siląc się na dystans i żart.
Tabletki na moment utknęły w gardle, co dało jej wymówkę, żeby dopić szklankę i odstawić ją koło karafki. Tutaj się zawahała, bo przed jej oczami stanął obraz podejrzanie różowych ptaków, ale wydawał się tak absurdalny, że odrzuciła go, opierając się z powrotem o wezgłowie łóżka. Tym razem już bardziej leniwie poprawiła prześcieradło, by zasłonić swoje niewielkie wdzięki. Obserwowała go, jak spoglądał na telefon, zastanawiając się, czy jest tutaj w pracy. Czy to jeden z tych facetów, którzy nawet na urlopie pracują?
...wszystko masz pod kontrolą.
Wykrzywiła się do niego, w ten sposób mówiąc, jak bardzo ten komentarz nie jest dla niej zabawny.
- Na swoją obronę mam tylko to, że nie bardzo umiem w wakacje i imprezowanie... - po jej plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz, kiedy przypomniało jej się, jak trzech facetów na parkiecie zaczęło tańczyć przy niej zdecydowanie za blisko.
Wtedy otworzyły się drzwi, a ona podciągnęła prześcieradło pod samą brodę, z przerażeniem patrząc na wchodzącą... O nie! Jego żona zaraz mnie zabije! Jej oczy zrobiły się wielkie niczym spodki, kiedy żoną okazała się starsza pani mówiąca do niej w obcym języku, którego totalnie nie rozumiała. Z półotwartymi ustami słuchała słów po francusku, a potem wyjaśnień, które nic nie wyjaśniały. Życie prywatne projektem społecznym?
Czy my? Rety...
Kiedy pani znikała za drzwiami, Jamie odruchowo odpowiedziała:
- Gracias!
Może dobrze, że nie wiedziała, jak bardzo nie trafiła!
Powiodła powątpiewającym spojrzeniem do tarasu, po czym zebrała materiał prześcieradła i zsunęła się do krawędzi łóżka. Palce jednej ze stóp, ozdobione czerwonym kolorem, pasującym do dłoni, dotknęły chłodnego drewna podłogi, a później wraz z koleżanką dzielnie przyjęły chwiejny ciężar dziewczyny.
- A może powinnam już pojechać do siebie, co? - zapytała z powątpiewaniem w głosie, bardzo nie chcąc teraz usłyszeć przytaknięcia.

***


Przyłapana na kolejnym podglądaniu zarumieniła się i spróbowała schować głowę w swoich ramionach. Nerwowy krok do przodu, byleby uciec z zasięgu tego zapachu i jego spojrzenia, sprawił, że wylądowała na plecach dość pokaźnego mężczyzny w hawajskiej koszuli.
- Wolnego, paniusiu, zaraz sobie klapniesz...
Spojrzała na niego błagalnie, wymuszając, by ten w końcu nieco ustąpił, i po dłuższej chwili zmagań zniknęła za zasłonką klasy dla przeciętnych ludzi.
Za to zostawiła za sobą ogon zapachu przypominającego skórę rozgrzaną słońcem. Wanilia, brązowy cukier i karmel oraz coś drzewnego w tle.

Hugo Tremblay
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Jej ciężar nie był problemem. Problemem było to, że co kilka kroków próbowała odzyskać resztki godności i samodzielności jednocześnie, co kończyło się kolejnym zachwianiem na nierównym chodniku. Hugo zacisnął mocniej dłoń na jej udzie, podtrzymując ją odruchowo, kiedy znów zaczęła się zsuwać z jego ramienia. Jej włosy łaskotały go w kark, a cichy śmiech mieszał się z niezrozumiałym mamrotaniem o flamingach i podejrzanych ptakach.
Przez moment spojrzał na nią z góry, kiedy próbowała bardzo poważnie wskazać palcem coś przy hotelowym wejściu. Hydrant. Patrzyła na niego z absolutnym przekonaniem, jakby odkryła właśnie międzynarodowy spisek.
W tamtej chwili pierwszy raz od bardzo dawna złapał się na tym, że walczy z uśmiechem.

***


Stał tuż za nią w łazience, kiedy panicznie szarpała materiał sukienki przyklejonej do rozgrzanej skóry. Wilgoć karaibskiego powietrza mieszała się z ciężkim zapachem perfum, alkoholu i czegoś słodkiego, co zostało po klubie. Hugo przez krótką chwilę patrzył na jej odbicie w lustrze — zarumienione policzki, potargane włosy i spojrzenie człowieka przekonanego, że naprawdę walczy o życie z kawałkiem materiału.
Dopiero kiedy odwróciła się do niego plecami, sięgnął spokojnie do suwaka. Jej skóra była gorąca pod przypadkowym muśnięciem palców. Materiał zsunął się powoli z ramion, a Jamie westchnęła z tak szczerą ulgą, jakby właśnie uratował ją z tonącego statku.
Hugo odsunął się odruchowo o pół kroku zaraz po tym, jak sukienka opadła na podłogę. Bardziej z przyzwyczajenia niż ostrożności. Kontrola była odruchem. Dystans też.
Mimo to przez ułamek sekundy został tam i przyglądał jej się odrobinę za długo.

***


Siedział w półmroku salonu z niedopitą szklanką whisky opartą o kolano i co jakiś czas zerkał w stronę sypialni. Domek był cichy poza odgłosem fal rozbijających się gdzieś niedaleko plaży i jednostajnym szumem klimatyzacji.
Jamie spała niespokojnie. Raz na jakiś czas marszczyła lekko brwi albo przesuwała się po poduszce, jakby nawet sen nie potrafił zdecydować, czy powinien ją oszczędzać po takim wieczorze.
Hugo obserwował ją dłużej, niż planował.
Bez hałasu, bez przesadnych emocji i bez gry, którą ludzie zwykle prowadzili wokół niego, wyglądała inaczej. Młodziej. Delikatniej. Znacznie bardziej autentycznie niż kobiety, które na co dzień pojawiały się obok niego na galach, kolacjach i biznesowych bankietach.
Kiedy przez sen zsunęła się bardziej z pościeli, odruchowo wstał i poprawił materiał, przykrywając jej ramię.
Dopiero wracając do fotela zauważył, że zrobił to bez zastanowienia.

***


Hugo przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, kiedy próbowała utrzymać równowagę, stojąc na środku sypialni owinięta prześcieradłem z miną człowieka, który właśnie negocjuje z własnym organizmem warunki dalszego funkcjonowania. Nie ruszył się od razu. Instynkt podpowiadał mu, że gdyby teraz spróbował jej pomóc bez pytania, skończyłoby się to kolejnym urażonym spojrzeniem i próbą udowodnienia, że wcale nie potrzebuje pomocy. Przynajmniej tak zakładał.
Na pytanie o powrót do siebie uniósł lekko brwi.
To zależy — oparł się biodrem o oparcie fotela, spokojnie ją obserwując. — Chcesz wracać dlatego, że naprawdę tego chcesz, czy dlatego, że obudziłaś się półnaga w domku obcego faceta i twój mózg desperacko próbuje odzyskać godność?
W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale nie było w nim drwiny. Raczej chłodna trafność człowieka, który zbyt dobrze czytał ludzi. Przez moment patrzył, jak walczy sama ze sobą i zawrotem głowy jednocześnie. Potem westchnął cicho, jak ktoś pogodzony z nieuniknionym.
Dobra — wyprostował się w końcu. — Zanim podejmiesz jakiekolwiek życiowe decyzje, najpierw dostaniesz kawę i jedzenie. Claudette traktuje karmienie ludzi jak obowiązek moralny, więc opór jest stratą czasu.
Podszedł bliżej dopiero wtedy, kiedy zauważył drobne zachwianie jej równowagi. Tym razem nie pytał. Jego dłoń spokojnie objęła jej przedramię — pewnie, ale bez nachalności. Jakby robił dokładnie tyle, ile było konieczne.
I zanim zaczniesz protestować — odezwał się spokojnie. — Nie, to nie jest porwanie. Po prostu nie mam ochoty tłumaczyć ratownikom medycznym, dlaczego ktoś rozbił sobie głowę na moim tarasie przed śniadaniem. Weź w spokoju prysznic i jedną z moich koszul, jeżeli chcesz. Wiszą w szafie, częstuj się.
Kącik jego ust drgnął minimalnie.
Wskazał jej skinieniem głowy drzwi otwartego tarasu, żeby pokazać jej gdzie go może szukać.
Sam tam ruszył zostawiając ją we wnętrzu.
Drewniana podłoga była przyjemnie chłodna pod stopami, a z zewnątrz wpadał zapach oceanu i świeżo zaparzonej kawy. Jasne światło rozlewało się po wnętrzu domku miękko i leniwie.
Przez krótką chwilę wróciło do niego wspomnienie poprzedniej nocy — jej bose stopy zostawiające chaotyczny ślad na drewnianej podłodze, bordowa sukienka zsunięta niedbale na płytki łazienki i Jamie patrząca na niego śmiertelnie poważnym wzrokiem, kiedy próbował odsunąć jej dłonie od materiału.
Ten suwak chce mnie zabić. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ktoś wypowiedział to zdanie z autentycznym przekonaniem.
Na tarasie czekał już stół nakryty śniadaniem. Świeże owoce, tosty, kawa, sok i coś, co Claudette najwyraźniej uznała za ilość jedzenia odpowiednią dla grupy rozbitków po katastrofie statku.
Starsza kobieta pojawiła się niemal natychmiast, jakby tylko czekała na odpowiedni moment. — Ahhh... — przeciągnęła z satysfakcją, poprawiając serwetki. — Enfin tu commences à te comporter comme un homme normal.
Hugo zamknął oczy na krótką chwilę.
S’il te plaît, ne fais pas comme ma mère. Je croyais qu’au moins toi, tu étais mon allié. Elle avait simplement besoin d’aide, bordel… je ne la connais même pas — rzucił od razu w odpowiedzi sięgając po tosta, jajecznicę i sok.
Claudette prychnęła pod nosem, a kiedy Jamie pojawiła się na tarasie odsunęła dla niej stołek i postawiła przed nią kubek kawy oraz wysoką szklankę zimnej wody z limonką.
Najpierw wypij to. Kawa później. Zaufaj mi, chérie — poinstruowała Claudette.
Widzisz? Nawet ja nie próbuję się z nią kłócić. — Hugo wzruszył ramionami, jakby nawet on nie kontrolował własnej gosposi.
Rozpięta koszula odsłaniała kawałek opalonej skóry, a poranne światło podkreślało zmęczenie, którego normalnie nie pokazywał ludziom. Mimo spokojnej pozy nadal wyglądał jak ktoś przyzwyczajony do kontrolowania pomieszczenia samą obecnością.
Przez moment obserwował Jamie znad filiżanki kawy.
Urodziny zawsze obchodzisz próbą samobójczą na parkiecie, czy trafiłem na wyjątkową edycję? — zapytał spokojnie.
Po chwili odchylił się lekko na krześle.
I zanim odpowiesz: nie, mam wszystko pod kontrolą już słyszałem. Ta wersja wydarzeń została oficjalnie podważona około drugiej w nocy, kiedy próbowałaś negocjować z flamingiem przy hotelowym wejściu.
Spojrzał na nią znacząco.
Nie było tam flaminga, swoją drogą. Był hydrant.

Jamie Park
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Nawet nie zauważyła tego, że został i przyglądał się jej odrobinę za długo. Zresztą wydawało się, że jest zupełnie nieskrępowana swoim ciałem. Przeciągnęła dłońmi po nagiej skórze z westchnieniem ulgi, potem po twarzy, delikatnie rozmazując makijaż, i przeczesała dłonią włosy. Po czym z sapnięciem oparła się o umywalkę i spojrzała krytycznie na siebie w lustrze.
- Ugh... - wyrwało się jej niezadowolenie z ust, po czym ruszyła w kierunku łóżka. - Przepraszam...
Dodała, ale czy chciała przejść koło niego, czy przepraszała za swój stan? Grunt, że chwilę później już leżała na łóżku, otulając się prześcieradłem.
- Dziękuję... - mruknęła cicho, tracąc kontakt z rzeczywistością. - Ten hydrant wyglądał jak karzeł...

***


Tak, półnaga w domu obcego faceta. Spojrzała na siebie krytycznie. Niby mówił, że nie zrobili niczego, czego by nie pamiętała, ale... ten zapach... Po jej plecach przebiegł dreszcz, kiedy poczuła ten sam zapach, co wtedy w samolocie.
- O nie... Ten statek odpłynął już dawno temu. - odpowiedziała z niesmakiem w ustach. - To będzie najgłupszy walk of shame na świecie, zważywszy na to, że my nic...
Spojrzała na niego pytająco, z lekkim przestrachem. Emocje były na tyle silne, że znów zakręciło się jej w głowie, ale tutaj pospieszył z pomocą Hugo. Zmiękła, kiedy poczuła jego dotyk na swoim ramieniu, przez moment walcząc z ochotą, żeby się do niego przytulić i rozszlochać nad swoim własnym upokorzeniem.
- Claudette brzmi jak moja dusza... - zauważyła niemrawo i uśmiechnęła się w podzięce. - Chyba i tak już nie mogę wywołać gorszego wrażenia, ale podobno bardzo ładnie jem...
Odprowadziła go spojrzeniem, lekko chwiejąc się w miejscu. Po czym rozpoczęła pełen upokorzenia marsz do łazienki, zdmuchując niesforne włosy z czoła.
Zza zamkniętych drzwi łazienki po chwili dało się słyszeć dźwięk puszczonej pod prysznicem wody. Ale Jamie nie weszła do kabiny od razu. Najpierw spojrzała na sukienkę, ładnie złożoną na jednym z blatów. Potem na siebie w lustrze. Rozmazaną...
- Ugh... - jęknęła i zdecydowała się szybko schować pod płynącą wodą, żeby choć trochę zmyć z siebie hańbę.
Zaskoczona ilością kosmetyków przez moment się zawahała, zastanawiając się, czy to jego domek, czy może są w jakimś hotelu. Wreszcie jednak wybrała coś, co okazało się nieotwarte. Czyli nie było tutaj pani domu... Och, Jamie, jakiekolwiek szanse straciłaś dawno temu. Uznawszy to za pewnik, zmyła makijaż z twarzy. Pod prysznicem spędziła trochę więcej czasu, niż powinna, ale wyjście z łazienki było równoznaczne z dalszym ogarnianiem świata, a tutaj przynajmniej było bezpiecznie...
Wreszcie jednak z ręcznikiem na głowie zajrzała do szafy Hugo, dłonią przejeżdżając po powieszonych koszulach i marynarkach. Jednak jej spojrzenie zatrzymało się na jego wczorajszym ubiorze, teraz niedbale rzuconym na oparciu jednego z foteli. Złożyła usta w dzióbek, który uciekł na prawo, kiedy przygryzała wnętrze warg, ale wreszcie impuls wziął górę i przyciągnęła materiał do nosa. A potem, bez zastanowienia, założyła ją na siebie. Boże, Cooks... Takie rzeczy robi się raczej po... Westchnęła sama do siebie niezadowolona i ruszyła na taras, zapinając kilka guzików, nierówno i na tyle niedużo, by tylko stworzyć pozory zakrywania się.
- Bonżur... - powiedziała niepewnie, masakrycznie kalecząc francuski akcent, ale jej nieco dziecięca twarz bez makijażu sprawiła, że Claudette odpowiedziała tylko rozczulonym, matczynym uśmiechem.
Paradoksalnie podbudowało to pewność siebie panny Park, więc już pewniej usiadła naprzeciwko swojego opiekuna, podciągając jedno z kolan pod brodę. Pokiwała głową na znak, że przyjmuje każde polecenie, i sięgnęła po szklankę.
- Jak wypiję jeszcze jedną, to nie zmieszczę nic innego... - ale posłusznie wypiła wodę, ciesząc się jej kwasowością.
Patrzyła na niego znad krawędzi szklanki. Taki silny, opanowany, pod kontrolą i... samotny.
Zakrztusiła się tą myślą — i wodą — kiedy zadał kolejne pytanie.
- Och nie! Znaczy, na parkiecie tak, ale zazwyczaj nie szukam kłopotów... Zawsze ratujesz nierozsądne dziewczyny z rąk nachalnych facetów? - zapytała, próbując odzyskać rezon.
Odstawiła prawie pustą szklankę na stół i popatrzyła na niego, naprawdę ciężko walcząc z rozbawionym uśmiechem.
- Sprawia Ci radość dodatkowe upokarzanie mnie? Zabrudziłam Ci buty i się mścisz? - zapytała, po czym dodała nieco buntowniczo. - Najwyraźniej wyglądał podejrzanie. Znam się na ludziach...
To czemu przyjmowałaś drinki od tych facetów w barze?
Otworzyła usta, żeby coś odparować na ten hydrant, ale ostatecznie uznała się za pokonaną i na tym polu, więc sięgnęła po kawę, by ją powąchać, i skubnęła kilka winogron z talerza. W sumie to lepiej byłoby zjeść coś tłustego...

Hugo Tremblay
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Jego koszula wyglądała na niej absurdalnie dobrze. Za duża, miękka od drogiej bawełny i pachnąca nim w sposób, którego był aż za bardzo świadomy. Materiał odsłaniał fragment obojczyka i nogi, kiedy podciągnęła kolano pod brodę. W normalnych okolicznościach podobne obrazy nie robiły na nim większego wrażenia. Kobiety od lat pojawiały się obok niego piękne, perfekcyjne i przewidywalne.
Jamie nie była żadną z nich i chyba właśnie dlatego tak trudno było mu odwrócić wzrok.
Sięgnął po filiżankę kawy, bardziej po to, żeby zająć czymś ręce, niż dlatego, że naprawdę jej potrzebował. Słuchał jej uważnie, nawet jeśli z zewnątrz wyglądał jak człowiek spokojnie jedzący śniadanie przy oceanie.
Kiedy wspomniała o walk of shame, kącik jego ust drgnął minimalnie.
Technicznie rzecz biorąc, żeby to był walk of shame, musiałoby wydarzyć się coś, czego oboje powinniśmy żałować — zauważył spokojnie. — Na razie jedyną ofiarą tego wieczoru był hydrant i twoja godność.
Uniósł spojrzenie znad filiżanki dokładnie w momencie, kiedy próbowała ukryć zawstydzenie pod żartem. Coraz wyraźniej widział, że robiła to odruchowo. Rozbrajała własne zakłopotanie humorem, zanim ktokolwiek zdążył zrobić z niego broń przeciwko niej. To było takie ludzkie.
Przyzwyczajony był do ludzi pilnujących wizerunku. Do perfekcyjnie wyuczonych reakcji. Do rozmów przypominających partie szachów. Jamie mówiła rzeczy, które po prostu pojawiały jej się w głowie. Bez strategii czy kalkulacji.
Na pytanie o ratowanie nierozsądnych dziewczyn odsunął lekko filiżankę.
Nie — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Zwykle nierozsądni ludzie nie słuchają, kiedy mówi im się, że sytuacja robi się zła.
Jego spojrzenie na moment przesunęło się gdzieś dalej, poza taras, jakby wróciło do obrazu klubu. Trzech facetów zdecydowanie zbyt blisko niej. Jej wymuszony uśmiech. Ta sekunda, w której zauważył, że zaczyna rozumieć, że nie kontroluje już sytuacji tak dobrze, jak próbowała udawać.
Pamiętał też własną reakcję zbyt dobrze.
Ty przynajmniej próbowałaś zachować rozsądek — dodał po chwili spokojniej. — Tylko organizm przestał współpracować jakieś trzy drinki wcześniej.
Na wzmiankę o mszczeniu się za buty spojrzał na nią z wyraźniejszym rozbawieniem.
Jamie, zabrudziłaś mi buty, bermudy i prawdopodobnie reputację przed Claudette. — Odchylił się lekko na krześle. — Gdybym naprawdę chciał się mścić, zostawiłbym cię samą przy tamtym hydrancie.
W jego głosie nie było jednak chłodu. Raczej coś znacznie bardziej miękkiego niż zwykle sobie pozwalał.
Obserwował ją przez chwilę, kiedy sięgnęła po winogrona i kawę. Bez makijażu wyglądała jeszcze młodziej niż poprzedniego dnia na lotnisku. Delikatniej, a jednocześnie była w niej jakaś uparta iskra, która nie pozwalała jej całkowicie schować się pod zawstydzeniem.
Kiedy Claudette zniknęła z tarasu, zostawiając ich samych z szumem oceanu i ciepłym powietrzem poranka, Hugo odezwał się dopiero po chwili.
Urodziny? — uniósł lekko brwi. — To dlatego samotny lot na Bahamy i wojna z rumem?
Tym razem w jego głosie było mniej ironii, więcej autentycznej ciekawości.
Odstawił filiżankę i przyjrzał jej się spokojniej niż wcześniej.
W samolocie wyglądałaś jak ktoś, kto jednocześnie chce przeżyć przygodę życia i natychmiast wrócić do domu. — Kącik jego ust drgnął lekko. — To dość rzadka kombinacja.
Wypowiedział to tak naturalnie, jakby dopiero teraz przyznał, że ją pamiętał. Jakby fakt, że zwrócił uwagę na dziewczynę z lotniska, nie miał żadnego znaczenia.
Jednak miał, bo Hugo bardzo rzadko pamiętał przypadkowych ludzi, a jeszcze rzadziej interesowali go później.
Przez moment obracał między palcami filiżankę, obserwując odbijające się od niej światło. Potem wrócił spojrzeniem do Jamie.
Kiedy już dojdziesz do porozumienia z własnym organizmem — odezwał się spokojnie — odwiozę cię, gdzie będziesz chciała. Hotel, plaża, lotnisko, program ochrony świadków... cokolwiek uznasz za konieczne po starciu z podejrzanym hydrantem.
Tym razem uśmiechnął się wyraźniej. Nadal subtelnie, nadal oszczędnie, ale pierwszy raz wyglądało to bardziej naturalnie niż kontrolowanie.

Jamie Park
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

I była bardzo przyjemna w noszeniu. Mogłaby ją ukraść właśnie na takie okazje, albo po prostu na samotne wieczory i poranki w swoim małym mieszkanku nad kawiarnią. Na obojczyku już malował się bardzo delikatny, jaśniejszy ślad opalenizny, a na kolanie siniak, najpewniej nabity wczorajszego wieczoru. Uśmiechała się delikatnie, przyjmując pieszczotę wiatru niosącego zapach oceanu. I przez moment w ogóle nie było wczorajszej nocy.
- Odpuść mi już... - poprosiła, przeciągając pierwszą sylabę, i spojrzała na niego ciepło, odrobinę za długo jak na "przecież się nie znamy".
Przywołana do porządku przez własne myśli drgnęła i skupiła się na śniadaniu, sięgając po tosty, masło i miód. Przy okazji wywracając jeden z kieliszków przygotowanych najpewniej na wodę. Przez moment po jej twarzy przebiegł wyraz obawy, że coś potłukła, ale zaraz wszystko poprawiła i z błyskiem w oczach nałożyła sobie porcję jajecznicy. Może nie była głodna, ale też miała świadomość, jak bardzo dobry kac food pomaga w takim stanie.
Pokiwała głową, uśmiechając się smutniej pod nosem. Nabroiła wczoraj. Tak bardzo podobało jej się to, że stawiali jej drinki i ją adorowali, że popłynęła. Nie spodziewała się, że coś może jej zagrażać. Mimo tego, że była w obcym kraju, zupełnie sama.
Podniosła wolno spojrzenie na Hugo. Jej twarz lekko stężała, nabrała powagi, trochę niepasującej do jej buzi teraz.
- Dziękuję... - znów dłuższą chwilę wpatrywała się w jego oczy, szukając w nich ciepłego zapewnienia, chociaż sama nie wiedziała, czy bardziej chciała usłyszeć, że nic się nie stało, czy że może na niego liczyć.
Ale kiedy z jego ust padła kolejna opowieść, jęknęła, robiąc ruch głową dobitnie świadczący o jej zrezygnowaniu.
- Poważnie?
Zwiesiła głowę, tracąc całkowicie apetyt. Ale to mogło tłumaczyć, dlaczego czuła się bardziej osłabiona niż skacowana. Dobra, tak sobie możesz wmawiać... Nawet nie zauważyła, że znał jej imię — to było takie naturalne.
- Może trzeba było mnie tam zostawić. Nie zbankrutowałbyś na wodzie... - znów podniosła na niego spojrzenie. - Zwrócę Ci za pranie... Albo buty.
Dodała i teraz sama przeniosła spojrzenie na fale oceanu, który mimowolnie wywołał u niej uśmiech. Ramiona lekko się rozluźniły, przez co materiał koszuli zsunął się jeszcze bardziej, powoli odsłaniając tajemnice, które w sumie już tajemnicami nie były. Nawet tego nie zauważyła, wpatrując się w kolejne fale rozbijające się o brzeg z iskrzącymi oczami. Zupełnie, jakby widziała ocean po raz pierwszy w życiu.
Z zamyślenia wyrwały ją kolejne słowa o urodzinach. Uśmiechnęła się, bardzo siląc się na to, żeby ten uśmiech był naturalny i lekki, ale pewnie nie dla niego. Za dobrze ją czytał.
- Taak... - zawiesiła wypowiedź, słuchając kolejnych słów, po czym, uciekając spojrzeniem z powrotem do talerza, sięgnęła po sztućce i z lekkim rumieńcem na twarzy wyjaśniła: - Nie za bardzo umiem w wakacje i imprezy. To właściwie mój pierwszy raz...
Zawstydzona wyzwaniem skupiła się na przygotowywaniu tosta z jajecznicą i pierwszym, prawdziwym kęsie swojego śniadania...

***


Właśnie sprawdzała w lustrze, czy dobrze rozsmarowała krem z filtrem na swoim pośladku, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zaskoczona aż podskoczyła, ale sprawdziwszy raz jeszcze w lustrze, że dobrze wygląda w swoim bikini, podeszła do drzwi i je otworzyła.
- Happy Birthday! - mężczyzna, który wczoraj przywiózł ją do tego pokoju meleksem, teraz miał w rękach paterę z niedużym tortem, na którym widniał krzywy napis.
Rozczulona podziękowała za prezent i po chwili dała mu napiwek. Tort wylądował na jednej z szafek, a ona szybko ukroiła sobie kawałek.
- Wszystkiego najlepszego... - mruknęła cicho i wbiła widelec w kremowy deser. Sama.

***


- Musiałabym spędzić tutaj całe dwa tygodnie... - odpowiedziała, próbując wesołością zmyć gorzkie wspomnienie wczorajszego dnia. - Masz dużo ładniejszy widok, niż ja.
Znów zwróciła buzię w kierunku plaży. Wiatr poruszał liśćmi palm, tworząc malownicze świetliki na jej twarzy i ramionach. Rozmowa o tym, co będzie później, lekko ukłuła ją. Teraz przynajmniej mogła udawać, że jest tutaj z kimś. Przeniosła spojrzenie na Hugo i widząc jego uśmiech, sama odpowiedziała ciepłym i serdecznym.
- Hotel będzie w sam raz... Jesteś naprawdę wspaniały.
Słowa zawisły w powietrzu, ale w jej głowie zabrzmiały zdecydowanie za poważnie, co spowodowało, że rumieńce na jej twarzy już naprawdę nie mogły uchodzić za te od słońca.
- A nawet nie znam Twojego imienia...

Hugo Tremblay
Żejmi/Maxio
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”