Wypowiadając te pełne patosu i niemal biblijnego wyrzutu słowa, Denver poczuł, jak dreszcz lodowatej irytacji pełznie wzdłuż jego nienagannie wyprostowanego kręgosłupa, zamieniając się w dziwne, duszne wycieńczenie. Jego wewnętrzny świat, dotąd skonstruowany z geometryczną precyzją i poukładany niczym szpalty tekstu w świeżo wydrukowanej powieści, w ułamku sekundy przeistoczył się w makabryczny brudnopis, pełen kleksów, chaotycznych skreśleń i marginesów zbrukanych cudzą niekompetencją.
Kobieta zamrugała, a jej długie rzęsy zatrzepotały z częstotliwością skrzydeł kolibra w stanie przedzawałowym. Stała tam, wyraźnie oszołomiona tą barokową tyradą, która wylano na nią z furią godną antycznego proroka, podczas gdy jej telefon – ten bezduszny, szklany katalizator nieszczęścia – wciąż uporczywie migał powiadomieniami, wygrywając radosną melodię w samym centrum tego egzystencjalnego dramatu.
Denver, niczym kapłan celebrujący żałobne nabożeństwo, nie raczył czekać na jej reakcję. Z namaszczeniem godnym konserwatora zabytków wydobył z czeluści grafitowego pulowera śnieżnobiałą, batystową chusteczkę, wyprasowaną w kant tak ostry, że można by nim kroić chleb. Z nabożną czcią, niemal wstrzymując oddech, dotknął postrzępionej krawędzi pogruchotanego reflektora. Wyglądało to tak, jakby próbował opatrzyć ranę kłutą poległemu na polu chwały przyjacielowi, a nie oceniać stan kawałka poliwęglanu. Srebrzysty lakier jego sedana, dotąd lśniący niczym tafla lodu na arktycznym jeziorze, był teraz naznaczony głęboką, wulgarnie czarną rysą – obcym, barbarzyńskim elementem, który bezpardonowo zgwałcił sterylną harmonię jego uniwersum.
–
Proszę przygotować dokumenty – rzucił sucho, a jego głos przypominał szczęk zamykanej kasy pancernej. Nie raczył nawet zaszczycić jej spojrzeniem, skupiony na kontemplacji zniszczeń. –
I proszę, na litość boską, oszczędzić mi dalszych semantycznych wygibasów i nieskładnych wyjaśnień. Chaosu, szanowna pani, nie da się logicznie wytłumaczyć; chaos można jedynie poddać chłodnej deskrypcji, a ja nie mam najmniejszego zamiaru poświęcać pani ani jednego, marnego akapitu w moim starannie redagowanym życiu.
Stojąc na samym środku skrzyżowania, w bezlitosnym blasku popołudniowego słońca, które nagle wydało mu się jarmarczne, zbyt jaskrawe i skrajnie nieuprzejme, Denver doznał bolesnego olśnienia. Jego nieskazitelna biografia, dotąd wolna od jakichkolwiek korekt, właśnie zyskała pierwszy, krwawiący i wyjątkowo nieestetyczny przypis dolny. Poczuł się tak, jakby ktoś w luksusowym wydaniu jego dzieł zebranych dorysował długopisem wąsy na portrecie autora.
Mężczyzna wykrzywił usta w czymś, co w jego mniemaniu było ironicznym uśmiechem, choć w rzeczywistości przypominało raczej grymas bólu kogoś, kto właśnie odkrył literówkę na pierwszej stronie własnej biografii. Był to uśmiech wypreparowany z jakiejkolwiek życzliwości, lśniący chłodem godnym chirurga, który z sadystyczną satysfakcją stawia pacjentowi bezlitosną diagnozę terminalnego braku wyobraźni.
–
Skoro już raczyła pani użyć tego... rynsztokowego kolokwializmu o „wpierdalaniu się” – zaczął, celebrując każdą sylabę z tak nienaganną, wręcz operową dykcją, że to wulgarne słowo w jego ustach brzmiało jak egzotyczny owad zamknięty w słoiku z drogimi perfumami –
to muszę panią uświadomić, że jedyną rzeczą, która z taką brutalną bezwzględnością wdarła się w tę przestrzeń, jest pani radosna ignorancja, taranująca mój misternie utkany porządek dnia.
Zrobił krótką pauzę dramatyczną, poprawiając mankiet pulowera z furią godną kogoś, kto właśnie odkrył na nim pyłek kurzu.
–
I proszę mi wierzyć, to, że pani protekcjonalnie określa ten technologiczny majstersztyk mianem „taniego kawałka plastiku”, świadczy jedynie o tym, że zna się pani na mechanice równie słabo, co na elementarnych zasadach współżycia społecznego. Ten samochód, tak samo jak moje książki, to owoc mozolnych lat pracy nad każdym, najdrobniejszym detalem. Pani natomiast... – zawiesił głos, a jego spojrzenie stało się ostre jak brzytwa –
...jest w tej chwili zaledwie bardzo głośnym, tragicznie zmęczonym i skrajnie kosztownym błędem ortograficznym w moim dzisiejszym, dotąd nieskazitelnym scenariuszu. Czy ten pani nieszczęsny telefon, ten sprawca całego zamieszania, jest w stanie wezwać służby, które urzędowo potwierdzą pani „matematyczną” kompromitację, czy mam to zrobić sam, by oszczędzić pani resztki tej wątpliwej godności?
Jego wzrok, niczym precyzyjny skaner, przesunął się powoli z jej twarzy na wgniecioną, niegdyś dumną maskę srebrnego sedana, a potem wrócił do niej, niosąc ze sobą cały ładunek pogardy dla niechlujstwa. Poprawił okulary ruchem tak aptekarskim, jakby kalibrował mikroskop elektronowy przed operacją na otwartym tekście.
–
Skrzyżowanie równorzędne? – powtórzył szeptem tak jadowitym, że okoliczne gołębie powinny spaść z gzymsów. W jego głosie dźwięczała ta niebezpieczna, pedantyczna nuta profesora, który właśnie przyłapał studenta na jedzeniu kanapki nad manuskryptem z XIV wieku. –
Widzę, że pani percepcja, drastycznie ograniczona przez te malowniczo podkrążone oczy, odebrała pani nie tylko elementarną zdolność trzymania dłoni na kierownicy, ale i kognitywną umiejętność odróżniania wiążących znaków drogowych od miejskiej biżuterii.
Wskazał palcem, który drżał od tłumionej, matematycznej furii, na metalowy słupek stojący kilka metrów dalej, lśniący w słońcu z niemal ironiczną czystością.
–
Ten żółty romb, szanowna pani, ten geometryczny symbol porządku, który raczyła pani zignorować z gracją rozpędzonego walca, oznacza drogę z pierwszeństwem. Mojądrogę. Pani ukochana zasada prawej strony, na którą powołuje się pani z taką brawurową ignorancją, wyparowała w nicość w ułamku sekundy, gdy pani koła przekroczyły linię drogi podporządkowanej. Co do „staruszka”...
Poczuł, jak krew gwałtownie odpływa mu z policzków, pozostawiając po sobie jedynie kredową bladość i lodowate, pulsujące w skroniach poczucie śmiertelnej zniewagi. Słowo „staruszek” uderzyło w jego godność z siłą większą niż jakakolwiek poduszka powietrzna, której na całe szczęście niedane mu było dotąd oglądać w tym sterylnym życiu. Spojrzał na tę kobietę – uosobienie entropii, z włosami w artystycznym nieładzie sugerującym niedawne starcie z huraganem i tą specyficzną, męczącą aurą kogoś, kto uważa, że zmęczenie jest uniwersalną licencją na taranowanie bliźnich. Wyprostował się tak gwałtownie, że wełna merynosa na jego pulowerze niemal zajęczała, dodając mu aury majestatu skrzywdzonego monarchy.
–
Wolę być staroświeckim koneserem zasad i kunsztownie wyprasowanych kantów, niż nowoczesną personifikacją kosmicznego chaosu, która w przypływie intelektualnej zaćmy nie potrafi odróżnić wnętrza własnej torebki od pedału hamulca.
Zrobił jeden, doskonale wymierzony krok w jej stronę, dbając jednak, by nie naruszyć jej sfery prywatnej o choćby milimetr – dystans fizyczny był dla niego równie święty, co interpunkcja.
–
Pani pewność siebie jest w tej chwili równie krucha i żałosna, jak ten biedny, pogruchotany reflektor. Najwyraźniej nikt nie wspomniał pani, że patrzenie przed siebie jest tańsze niż wizyta u blacharza i przymusowa lekcja pokory. Więc tak, niech pani notuje. Niech pani wyryje to sobie w pamięci: właśnie zrujnowała pani popołudnie człowiekowi, który ceni logikę i symetrię znacznie bardziej, niż pani ceni swój deficytowy czas wolny. To nie kolizja, to zamach na strukturę wszechświata!
Layla Blanchet