ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
191 cm
pisarz po przejściach
Awatar użytkownika
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Srebrzysty lakier jego zadbanego sedana lśnił w popołudniowym słońcu, gdy niespiesznie toczył się przez miasto. Denver poprawił okulary, czując pod dłońmi gładką fakturę kierownicy. Miał na sobie swój „roboczy” mundur: grafitowy pulower z wełny merynosa, spod którego wystawał sztywny kołnierzyk błękitnej polówki, oraz nienagannie wyprasowane czarne dżinsy. Wyglądał dokładnie tak, jak przystało na autora poczytnej beletrystyki – schludnie, bezpiecznie i nieco staroświecko. Myślami był już w przytulnej księgarni, czując niemal zapach parzonej kawy i szelest kartek podpisywanych tomików.
Nagle sielankę przerwał brutalny, metaliczny trzask. Gwałtowne szarpnięcie rzuciło nim o pasy, a dźwięk pękającego plastiku odbił się echem w sterylnej ciszy kabiny. Serce mężczyzny zabiło wściekłym rytmem. On, człowiek, który w całym swoim życiu nie otrzymał nawet najmniejszego mandatu, wzór drogowej roztropności, stał teraz na środku skrzyżowania z pogruchotanym reflektorem.
Wysiadł z auta, a zimne powietrze uderzyło w jego twarz, rozpaloną nagłym przypływem adrenaliny i czystej, klarownej irytacji. Sprawczyni – kobieta o rozbieganym spojrzeniu, wciąż trzymająca telefon w dłoni – zaczęła coś nieskładnie tłumaczyć. On jednak uniósł dłoń, a jego głos, zazwyczaj spokojny i stonowany, drżał teraz od tłumionej furii:
Czy pani w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co pani właśnie uczyniła? Proszę spojrzeć na ten asfalt, na te linie, których ja trzymam się z wręcz matematyczną precyzją od dwudziestu lat! Jadę na spotkanie z ludźmi, którzy cenią porządek, logikę i sens, a pani wkracza w mój świat z tym chaosem, z tym kompletnym brakiem wyobraźni! To nie jest zwykłe wgniecenie, to brutalny gwałt na mojej dyscyplinie. Nigdy, słyszy pani, nigdy nie złamałem przepisów, a pani, jednym lekkomyślnym ruchem kierownicy, zniszczyła moją nieskazitelną historię kierowcy. Jak mam teraz spojrzeć w oczy moim czytelnikom, wiedząc, że przez pani bezmyślność spóźnię się na celebrację literatury? To jest po prostu… niebywałe!
Wypowiadając te pełne wyrzutu słowa, poczuł nagle ukłucie znajomego wstydu. Głos drżał mu w sposób, który przypomniał mu ostatnią kłótnię w kuchni. ,,Denver, ty masz mentalność osiemdziesięciolatka uwięzionego w ciele mężczyzny w sile wieku” – dźwięczały mu w uszach słowa żony. „Jesteś nudny, nijaki, jak ten twój beżowy świat, w którym największym szaleństwem jest zmiana czcionki w edytorze tekstu!"
Teraz, stojąc na asfalcie w swoim starannie dobranym pulowerze, czuł się dokładnie tak, jak go opisała: jak relikt minionej epoki. Wiedział, że jego tyrada o „matematycznej precyzji” i „gwałcie na dyscyplinie” brzmi kuriozalnie, niemal komicznie w starciu z nowoczesnym, szybkim światem, który reprezentowała ta kobieta. Był jak postać z własnych książek – skostniały, przewidywalny i boleśnie poprawny. Ta świadomość piekła go bardziej niż porysowany zderzak; stał tam, będąc żywym dowodem na to, że stał się człowiekiem-instrukcją obsługi, którego największą życiową tragedią był brak pieczątki w dowodzie rejestracyjnym.
Layla Blanchet
27 y/o
For good luck!
165 cm
Pielęgniarka w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiDamskie
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Mieszkając i pracując w Ottawie nie przepadała za nadgodzinami. Oczywiście czasami była większa niż zwykle potrzeba zostania po godzinach i nie miała z tym problemu. W końcu wiedziała na co się pisze wybierając zawód w służbie zdrowia. Jednak zawsze wraz z końcem dyżuru nie mogła się doczekać aż wróci do domu. Do ukochanego. Do Tima.
W Toronto nie było Tima. Nie było też żadnego innego ukochanego. Był stary dom wymagający remontu, gdzie ciepła woda leciała tylko wtedy, kiedy miała na to ochotę, a nie gdy Layla tego potrzebowała. Dlatego wolała dłużej zostawać w szpitalu, gdzie przynajmniej mogła spokojnie wziąć prysznic i nawet zjeść ciepły posiłek. Mount Sinai Hospital pomału stawał się jej domem, w którym spędzała więcej czasu aniżeli w odziedziczonym budynku przy Guildwood.
Drogę do domu zdążyła już zapamiętać z taką precyzją, że byłaby w stanie jechać z zamkniętymi oczami. Oczywiście tego nie robiła! Nie była (aż tak) nieodpowiedzialna. Ale dzisiaj po trzydziesto dwu godzinnym dyżurze, była zdecydowanie zmęczona bardziej niż zwykle. Droga się jej dłużyła i dłużyła, a jedyne o czym teraz myślała, to jej ulubione, mięciutkie łóżko. Ciepła kołdra i błogi sen, który pozwoli jej się zregenerować po zbyt długim dyżurze. Z racji tego, że drogę znała już doskonale, to nie musiała włączać nawigacji, więc gdy jej telefon zaczął dzwonić, musiała go wygrzebać z torebki. Przez chwilę rozważała czy to zrobić, czy zaczekać parę minut aż dojedzie. Jednak zmęczenie dawało jej się coraz bardziej we znaki, więc uznała , że możliwość porozmawiania z kimś dorosłym , podziała na nią pobudzająco. Lewa dłoń wciąż trzymała kierownicę, gdy prawa buszowała w torebce w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu. Byłoby łatwiej, gdyby mogła zerknąć w prawo . Chociaż na chwilę… Rozejrzała się wokół i drogi były puste. Zbliżała się do skrzyżowania, ale nic przecież nie jechało. To zajmie tylko chwilę, zdąży…
TRACH!
Nagle jej auto uderzyło w przedni reflektor innego auta i to na środku skrzyżowania. Jak on się tam znalazł?! Nie powinno go tutaj być! Chwyciła telefon, który ją wzywał i zobaczyła na wyświetlaczu Adę. Odebrała wyskakując z auta i powiedziała tylko na szybko, że zadzwoni później, bo nie może rozmawiać. Już miała zacząć dyskusję z mężczyzną z drugiego auta, gdy nagle się odezwał i brzmiał jak…. Osiemdziesięciolatek, który jest typowym niedzielnym kierowcą.
- Gwałt na dyscyplinie??- wtrąciła unosząc wysoko brwi do góry I stanęła z rękami na bokach, nie przerywając mu już do końca wypowiedzi. Miała ochotę jednocześnie śmiać się i krzyczeć, bo większych głupot już dawno nie słyszała. Do tego jeszcze typ wyglądał i brzmiał jakby urwał się z innej epoki. Aż pokręciła głową z niedowierzaniem, na kogo niestety trafiła i to po tyle godzinach na nogach!
- Posłuchaj nieskazitelny kierowco trzymających się linii na asfalcie z matematyczną precyzją od dwudziestu lat- zaczęła swój wywód wykorzystując słowa, których sam użył w swojej wypowiedzi. Miała świetną pamięć i lubiła ją wykorzystywać czasami właśnie do takich sytuacji - gdy trzeba było wbić komuś szpileczkę. - Mamy skrzyżowanie równorzędne, gdzie obowiązuje zasada prawej strony. Ja byłam po Twojej prawej, a po mojej nikogo nie było, więc to Twoja matematyczna precyzja wpierdoliła się na moją drogę- powiedziała pewnym głosem wierząc całkowicie w swoją wersję. Zanim odwróciła głowę, to przecież rozejrzała się i nikogo nie było! Czy oprócz tego srebrnego sedana, na ulicy mógłby się pojawić jeszcze jakiś inny trzeci pojazd? Niewykluczone, ale niezwykle wątpliwe. - Zanotować Ci to staruszku?- uniosła zadziornie brew i założyła ręce na siebie, czekając na jego odpowiedź.



Denver Foster
32 y/o
For good luck!
191 cm
pisarz po przejściach
Awatar użytkownika
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wypowiadając te pełne patosu i niemal biblijnego wyrzutu słowa, Denver poczuł, jak dreszcz lodowatej irytacji pełznie wzdłuż jego nienagannie wyprostowanego kręgosłupa, zamieniając się w dziwne, duszne wycieńczenie. Jego wewnętrzny świat, dotąd skonstruowany z geometryczną precyzją i poukładany niczym szpalty tekstu w świeżo wydrukowanej powieści, w ułamku sekundy przeistoczył się w makabryczny brudnopis, pełen kleksów, chaotycznych skreśleń i marginesów zbrukanych cudzą niekompetencją.
Kobieta zamrugała, a jej długie rzęsy zatrzepotały z częstotliwością skrzydeł kolibra w stanie przedzawałowym. Stała tam, wyraźnie oszołomiona tą barokową tyradą, która wylano na nią z furią godną antycznego proroka, podczas gdy jej telefon – ten bezduszny, szklany katalizator nieszczęścia – wciąż uporczywie migał powiadomieniami, wygrywając radosną melodię w samym centrum tego egzystencjalnego dramatu.
Denver, niczym kapłan celebrujący żałobne nabożeństwo, nie raczył czekać na jej reakcję. Z namaszczeniem godnym konserwatora zabytków wydobył z czeluści grafitowego pulowera śnieżnobiałą, batystową chusteczkę, wyprasowaną w kant tak ostry, że można by nim kroić chleb. Z nabożną czcią, niemal wstrzymując oddech, dotknął postrzępionej krawędzi pogruchotanego reflektora. Wyglądało to tak, jakby próbował opatrzyć ranę kłutą poległemu na polu chwały przyjacielowi, a nie oceniać stan kawałka poliwęglanu. Srebrzysty lakier jego sedana, dotąd lśniący niczym tafla lodu na arktycznym jeziorze, był teraz naznaczony głęboką, wulgarnie czarną rysą – obcym, barbarzyńskim elementem, który bezpardonowo zgwałcił sterylną harmonię jego uniwersum.
Proszę przygotować dokumenty – rzucił sucho, a jego głos przypominał szczęk zamykanej kasy pancernej. Nie raczył nawet zaszczycić jej spojrzeniem, skupiony na kontemplacji zniszczeń. – I proszę, na litość boską, oszczędzić mi dalszych semantycznych wygibasów i nieskładnych wyjaśnień. Chaosu, szanowna pani, nie da się logicznie wytłumaczyć; chaos można jedynie poddać chłodnej deskrypcji, a ja nie mam najmniejszego zamiaru poświęcać pani ani jednego, marnego akapitu w moim starannie redagowanym życiu.
Stojąc na samym środku skrzyżowania, w bezlitosnym blasku popołudniowego słońca, które nagle wydało mu się jarmarczne, zbyt jaskrawe i skrajnie nieuprzejme, Denver doznał bolesnego olśnienia. Jego nieskazitelna biografia, dotąd wolna od jakichkolwiek korekt, właśnie zyskała pierwszy, krwawiący i wyjątkowo nieestetyczny przypis dolny. Poczuł się tak, jakby ktoś w luksusowym wydaniu jego dzieł zebranych dorysował długopisem wąsy na portrecie autora.
Mężczyzna wykrzywił usta w czymś, co w jego mniemaniu było ironicznym uśmiechem, choć w rzeczywistości przypominało raczej grymas bólu kogoś, kto właśnie odkrył literówkę na pierwszej stronie własnej biografii. Był to uśmiech wypreparowany z jakiejkolwiek życzliwości, lśniący chłodem godnym chirurga, który z sadystyczną satysfakcją stawia pacjentowi bezlitosną diagnozę terminalnego braku wyobraźni.
Skoro już raczyła pani użyć tego... rynsztokowego kolokwializmu o „wpierdalaniu się” – zaczął, celebrując każdą sylabę z tak nienaganną, wręcz operową dykcją, że to wulgarne słowo w jego ustach brzmiało jak egzotyczny owad zamknięty w słoiku z drogimi perfumami – to muszę panią uświadomić, że jedyną rzeczą, która z taką brutalną bezwzględnością wdarła się w tę przestrzeń, jest pani radosna ignorancja, taranująca mój misternie utkany porządek dnia.
Zrobił krótką pauzę dramatyczną, poprawiając mankiet pulowera z furią godną kogoś, kto właśnie odkrył na nim pyłek kurzu.
I proszę mi wierzyć, to, że pani protekcjonalnie określa ten technologiczny majstersztyk mianem „taniego kawałka plastiku”, świadczy jedynie o tym, że zna się pani na mechanice równie słabo, co na elementarnych zasadach współżycia społecznego. Ten samochód, tak samo jak moje książki, to owoc mozolnych lat pracy nad każdym, najdrobniejszym detalem. Pani natomiast... – zawiesił głos, a jego spojrzenie stało się ostre jak brzytwa – ...jest w tej chwili zaledwie bardzo głośnym, tragicznie zmęczonym i skrajnie kosztownym błędem ortograficznym w moim dzisiejszym, dotąd nieskazitelnym scenariuszu. Czy ten pani nieszczęsny telefon, ten sprawca całego zamieszania, jest w stanie wezwać służby, które urzędowo potwierdzą pani „matematyczną” kompromitację, czy mam to zrobić sam, by oszczędzić pani resztki tej wątpliwej godności?
Jego wzrok, niczym precyzyjny skaner, przesunął się powoli z jej twarzy na wgniecioną, niegdyś dumną maskę srebrnego sedana, a potem wrócił do niej, niosąc ze sobą cały ładunek pogardy dla niechlujstwa. Poprawił okulary ruchem tak aptekarskim, jakby kalibrował mikroskop elektronowy przed operacją na otwartym tekście.
Skrzyżowanie równorzędne? – powtórzył szeptem tak jadowitym, że okoliczne gołębie powinny spaść z gzymsów. W jego głosie dźwięczała ta niebezpieczna, pedantyczna nuta profesora, który właśnie przyłapał studenta na jedzeniu kanapki nad manuskryptem z XIV wieku. – Widzę, że pani percepcja, drastycznie ograniczona przez te malowniczo podkrążone oczy, odebrała pani nie tylko elementarną zdolność trzymania dłoni na kierownicy, ale i kognitywną umiejętność odróżniania wiążących znaków drogowych od miejskiej biżuterii.
Wskazał palcem, który drżał od tłumionej, matematycznej furii, na metalowy słupek stojący kilka metrów dalej, lśniący w słońcu z niemal ironiczną czystością.
Ten żółty romb, szanowna pani, ten geometryczny symbol porządku, który raczyła pani zignorować z gracją rozpędzonego walca, oznacza drogę z pierwszeństwem. Mojądrogę. Pani ukochana zasada prawej strony, na którą powołuje się pani z taką brawurową ignorancją, wyparowała w nicość w ułamku sekundy, gdy pani koła przekroczyły linię drogi podporządkowanej. Co do „staruszka”...
Poczuł, jak krew gwałtownie odpływa mu z policzków, pozostawiając po sobie jedynie kredową bladość i lodowate, pulsujące w skroniach poczucie śmiertelnej zniewagi. Słowo „staruszek” uderzyło w jego godność z siłą większą niż jakakolwiek poduszka powietrzna, której na całe szczęście niedane mu było dotąd oglądać w tym sterylnym życiu. Spojrzał na tę kobietę – uosobienie entropii, z włosami w artystycznym nieładzie sugerującym niedawne starcie z huraganem i tą specyficzną, męczącą aurą kogoś, kto uważa, że zmęczenie jest uniwersalną licencją na taranowanie bliźnich. Wyprostował się tak gwałtownie, że wełna merynosa na jego pulowerze niemal zajęczała, dodając mu aury majestatu skrzywdzonego monarchy.
Wolę być staroświeckim koneserem zasad i kunsztownie wyprasowanych kantów, niż nowoczesną personifikacją kosmicznego chaosu, która w przypływie intelektualnej zaćmy nie potrafi odróżnić wnętrza własnej torebki od pedału hamulca.
Zrobił jeden, doskonale wymierzony krok w jej stronę, dbając jednak, by nie naruszyć jej sfery prywatnej o choćby milimetr – dystans fizyczny był dla niego równie święty, co interpunkcja.
Pani pewność siebie jest w tej chwili równie krucha i żałosna, jak ten biedny, pogruchotany reflektor. Najwyraźniej nikt nie wspomniał pani, że patrzenie przed siebie jest tańsze niż wizyta u blacharza i przymusowa lekcja pokory. Więc tak, niech pani notuje. Niech pani wyryje to sobie w pamięci: właśnie zrujnowała pani popołudnie człowiekowi, który ceni logikę i symetrię znacznie bardziej, niż pani ceni swój deficytowy czas wolny. To nie kolizja, to zamach na strukturę wszechświata!
Layla Blanchet
27 y/o
For good luck!
165 cm
Pielęgniarka w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiDamskie
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Layla stała oniemiała coraz bardziej z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez mężczyznę. To nie była odpowiedź na jej słowa, a monolog. Poczuła się jak na wykładzie z fizyki kwantowej, chociaż nie - fizyka była logiczna, nawet jeśli nie do końca przez nią zrozumiała. Natomiast jego wywód? Był całkowicie bez sensu. Poruszał kwestie kompletnie nie mające związku z całą sytuacją, a ilość metafor, którymi ją zarzucił była przytłaczająca i kompletnie niezrozumiała. Na jej trzy zdania dostała przerysowany wykład o chaosie.
- Wow…- aż odchyliła głowę do tyłu jakby jego monolog był niczym rzucenie granatu jej przed twarzą. Była w szoku po tym, co usłyszała. Typ ewidentnie urwał się z innej epoki. Pokręciła głową z niedowierzaniem i nie ruszyła się ani o krok. Wystarczyło, że on już mniejszym dzielącą ich przestrzeń.- Zacznijmy od tego, że ani razu nie użyłam takich słów jak „kawałek taniego plastiku”. W ogóle nie odniosłam się do któregokolwiek samochodu, a jedynie do zasad panujących na drodze. Proszę więc nie wciskać słów w moje usta. Czyżby łapała pana już demencja starcza?- spytała zadziornie unosząc znacząco brew do góry. Chociaż wkurzyły ją jego słowa i to nie tylko odnośnie tego plastyku.- Po drugie, proszę nie insynuować, że telefon jest sprawcą zamieszania, bo za niego chwyciłam dopiero po stłuczce- to było akurat pół prawdy, bo faktycznie znalazła go dopiero po wszystkim, ale to nie oznaczało, że nie był sprawcą zamieszania. Był. - Po trzecie, skąd pan ma wiedzę na temat mojego wolnego czasu? Skąd insynuacje, że jest on deficytowy? Może powinnam podać policji, że brzmi pan jak mój stalker. Jeszcze ten szowinistyczny tekst o podkrążonych oczach… Brawo za piękny komentarz w trakcie stłuczki- aż na koniec przewróciła oczami zażenowana tym tekstem. Jak można po stłuczce komentować czyjś wygląd? Akurat Layla niezależnie od ilości godzin na nogach, cieni pod oczami nie miała - geny, pielęgnacja i kosmetyki robiły swoje.
- Skoro jest pan taki skoro do rozmowy proszę mi wyjaśnić co ma pan na myśli mówiąc o miejskiej biżuterii? Jaka to jest? A i jeszcze sformułowanie matematycznej kompromitacji! Jakie rodzaje kompromitacji istnieją w państwa pejzażu wewnętrznym? - przekręciła twarz w bok wpatrując się a niego żywym zainteresowaniem. Jak to wszystko jej przedstawi? Może to on żył w swoim świecie i wyjechał jej na drogę?



Denver Foster
32 y/o
For good luck!
191 cm
pisarz po przejściach
Awatar użytkownika
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Denver poprawił rękaw z przesadną starannością, jakby sam gest był częścią jego argumentu. Rozgadał się jak zawsze miał w zwyczaju robić, w nowych, skomplikowanych dla niego sytuacjach. To była jego najlepsza linia obrony, gadanie od rzeczy, używanie parafraz miało wybić z rytmu, by on w tym czasie mógł obmyślić plan działania, po swojemu, po kolei, według ściśle określonychb zasad, by wszystko miało ręce i nogi oraz było dopięte na ostatni guzik. Możliwe, że za bardzo ,,popłynął", jakby to ująć w nowoczesnym języku, wprowadzając kobietę w osłupienie. A jeszcze całkiem niedawno planował zerwać z przywieszoną mu przez byłą już żonę, łatką nudnego, nijakiego gościa. No cóż, musiał przyznać, że oblał na starcie.
Wysłuchał jej bez przerywania, co już samo w sobie było dla niego ogromnym wysiłkiem. Stał nieruchomo, w bezpiecznej odległości, pozostając ostatkiem sił w swoim uporządkowanym świecie, a kiedy wreszcie skończyła, powoli odetchnął.
- Pani sposób argumentacji — zaczął już ciszej, mniej teatralnie — przypomina raczej salę przesłuchań niż rozmowę między dwojgiem ludzi, którzy… mieli niefortunne spotkanie. - Uniósł na nią nieco speszone spojrzenie. - Jednak przyznaję, że pozwoliłem sobie za dużo, a to nie było koniecznie. Nie potrzebnie wpadłem w ten bezsensowny słowotok. - Słowo przepraszam nie padło wprost z jego ust, ale wisiało gdzieś pomiędzy nimi. Denver kontynuował, tym razem bardziej rzeczowo i logicznie. - Po prostu nie cierpię nieprzewidywalnych sytuacji, a to zdarzenie — wskazał na samochody — wytrąciło mnie z równowagi o wiele bardziej niż powinno. Poza tym jestem pisarzem... stąd ten nadmiar słów. Cała reszta nie powinna była paść z moich ust ani insynuacje na temat telefonu, ani na temat wyglądu, to było nie na miejscu. - Czuł się jak idiota, na którego w istocie wyszedł. Wyskoczył z samochodu i zaczął gadać bzdury niczym przybysz z innego wymiaru albo innego epoki. Na jej miejscu też nieźle by się wkurzył. To zaskakujące jak nagle brakowało mu odpowiednich słów, by wybrnąć z tego zdarzenia z twarzą.
- Proponuję— odezwał się ponownie, wracając do swojego bardziej uporządkowanego tonu — byśmy ograniczyli dalsze wywody do minimum, a zamiast tego skupili się na rozwiązaniu tego problemu w sposób cywilizowany? Czy taka forma będzie dla pani wystarczająca? - Mimowolnie kącik ust Denvera drgnął.
- Miejska biżuteria droga pani, to nic innego jak architektura, drzewa, światła sygnalizacyjne. Otoczenie - machnął ręką wokół nich. - O wiele bardziej podoba mi się określenie miejska biżuteria niż miejska dżungla. - Spojrzał na nią znacząco, ale tym razem bez złośliwości — raczej z ciekawością, czy zrozumie. — Natomiast „matematyczna kompromitacja”… — tu na moment się zawahał, jakby szukał właściwego uproszczenia — to rażący błąd w obliczeniach, logice lub interpretacji danych. Dwa pojazdy. Jedna przestrzeń. Zderzenie, którego można było uniknąć przy minimalnej uwadze. To równanie nie jest skomplikowane. - Zmrużył oczy, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś więcej niż tylko przemądrzałość — mianowicie był to cień rozbawienia. — Jeśli pyta pani o inne rodzaje kompromitacji to w moim, jak to pani pięknie ujęła, pejzażu wewnętrznym… — lekko uniósł kącik ust — to istnieją również: moralna, gdy ktoś świadomie ignoruje konsekwencje swoich działań oraz językowa, której właśnie staram się uniknąć, choć nie zawsze mi to wychodzi.
Zamilkł na moment, zastanawiając się, czy warto zadać kobiecie pytanie, po którym na pewno uzna go za totalnego wariata. Przyjrzał jej się uważnie.
- A pani jak nazywa chaos? - zapytał nagle. Był bardzo ciekawy jej teorii.

Layla Blanchet
27 y/o
For good luck!
165 cm
Pielęgniarka w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiDamskie
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Layla zdecydowanie nie nazwałaby go nudnym i nijakim. Dla niej mężczyzna był teraz po prostu dziwny i wręcz odklejony od rzeczywistości. Jego monolog był bez sensu i aż sama z siebie była dumna, że udało jej się aż tyle z niego wyłapać.
- A pana sposób bardziej przypomina cholernie nudny wykład szalonego profesora, który uważa się lepszy za innych- przewróciła oczami i dodała komentarz na jego wypowiedź. Dalej mu już nie przerywała i czekała na to magiczne przepraszam, którego się nie doczekała. Niestety. Zanotowała to sobie w pamięci. - Niczego bardziej teraz nie pragnę niż rozwiązać ten konflikt jak najszybciej- bo przecież to była zwykła stłuczka, tutaj nagle weszły rozmowy o miejskiej biżuterii czy chaosie. To on swoim słowotokiem opóźniał rozwiązanie sprawy, ale Layla była cierpliwa. Wracała po długim dyżurze, ale była cierpliwa. Jeszcze.
- Nie zapominajmy, że na to zdarzenie wpływ mogło mieć o wiele więcej czynników niż nasze skupienie. Jako kierowcy możemy stracić panowanie nad kierownicą z przyczyn niezależnych od nas, a dodatkowo udział w zdarzeniu biorą również wspomniane pojazdy. Trzeba uwzględnić też ich stan techniczny. Dorzućmy do tego jeszcze warunki na drodze i wychodzi nam niezwykle skomplikowane równanie, czyż nie?- uniosła znacząco brew wysuwając prawą nogę bardziej do przodu. Sama była człowiekiem nauki tak jak on, ale ona nie starała się trzymać określonych sztywno ram. Była otwarta na improwizację . - Chaosem jest dla mnie znalezienie się na środku drogi po stłuczce, którą spowodował człowiek, który ma problem z komunikacją. Najwidoczniej bycie pisarzem nie idzie w parze z umiejętnością rozmowy z drugim człowiekiem- przyznała wyraźnie znudzona i poirytowana, że zamiast rozwiązać sprawę, to chce on prowadzić jakieś rozmowy filozoficzne. - Skoro już pan mi na to zwracał uwagę, zadzwonię lepiej na policję i zabezpieczę miejsce zdarzenia, aby nikomu nie stała się krzywda- i nie czekając na żadne jego przyzwolenie odeszła kawałek, aby zadzwonić po policję, która mogłaby im pomóc


Denver Foster
32 y/o
For good luck!
191 cm
pisarz po przejściach
Awatar użytkownika
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Denver uniósł lekko brwi, a w kąciku jego ust błąkał się cień rozbawienia. Nie wyglądał na kogoś, kogo dotknęła obelga o szalonym profesorze. Wręcz przeciwnie – traktował jej słowa jakby właśnie dostał komplement, którego nikt inny nie potrafiłby sformułować.
Szalony profesor... – powtórzył pod nosem, niemal mrucząc jak zadowolony kot. – Skoro tak bardzo pragnie pani powrotu do prozy życia, to proszę – wykonał zamaszysty gest dłonią w stronę zbitego reflektora. – Możemy spisać oświadczenie, wymienić się numerami, które pewnie i tak zostaną zablokowane po pierwszej próbie kontaktu.
Zaśmiał się cicho, ale tym razem był to dźwięk pełen autentycznego uznania nad jej wypowiedzią. Wyprostował się i przez chwilę patrzył na nią tak, jakby dopiero teraz po tym matematycznym wykładzie, naprawdę ją zobaczył.
Bardzo skomplikowane to równanie – mruknął, mrużąc oczy. Zrobił pół kroku w jej stronę, a jego postawa stała się mniej teatralna, a bardziej skupiona na niej. – Skoro już ustaliśmy, że wszystko zmówiło się przeciwko nam, dorzucając do tego stan opon i jakość asfaltu, to może uznamy, że to równanie ma tylko jeden logiczny wynik? – Przechylił głowę, a w jego spojrzeniu błysnęło coś na kształt wyzwania. – Możemy spędzić tu resztę dnia na debatach albo możemy przyjąć, że wynik brzmi: remis. Ja nie będę szukał winy w pani, a pani daruje mi ten wykład szalonego profesora.
Wyciągnął z kieszeni spodni telefon, ale zamiast go odblokować, po prostu obracał w dłoniach, nie bardzo wiedząc, co ma w danej chwili z nim zrobić. Nie chciał wzywać policji, stłuczki się zdarzają, nie miał nigdy żadnej, ale kto powiedział, że dziś nie nadszedł ten moment? Niepotrzebnie też naskoczył na kobietę, bo faktycznie równie dobrze to mogła być i jego wina, postanowił się więc nieco zrehabilitować w jej oczach.
- A czy w tym równaniu jest miejsce na zwykłą kawę? Czy mam już zacząć pisać to oświadczenie, zanim doliczy pani do zmiennych ciśnienie atmosferyczne? - próbował teraz nieco naprawić atmosferę, lecz najwidoczniej bezskutecznie.
Słowa o „braku umiejętności rozmowy” wyraźnie go ukłuły, bo teatralna pewność siebie na moment wyparowała z jego twarzy. Zastąpił ją wyraz chłodnego dystansu. Nie próbował jej zatrzymać, gdy wyciągała telefon; patrzył tylko, jak odchodzi na kilka kroków, by zadzwonić.
Policja... – rzucił za nią, a w jego głosie nie było już rozbawienia, lecz sucha rezygnacja. – Klasyczne rozwiązanie. Skoro zwykła rozmowa zawodzi, wezwijmy ludzi w mundurach, by nadali temu numer sprawy.
Schował telefon do kieszeni i skrzyżował ręce na piersi, obserwując ją z boku. Nie odjechał, nie protestował, po prostu stał tam, stając się częścią krajobrazu tej nieszczęsnej stłuczki. Wyglądał teraz na kogoś, kto właśnie przegrał partię szachów, którą sam próbował skomplikować do granic możliwości. Gdy tylko zaczęła wybierać numer, Denver gwałtownie drgnął jakby wyrwał się z letargu. Zrobił dwa szybkie kroki w jej stronę, tym razem bez cienia wcześniejszej arogancji. Uniósł dłoń w uspokajającym geście, a jego głos obniżył się o oktawę, tracąc ton profesora.
Czekaj, proszę. Odłóż to – powiedział, a w jego oczach po raz pierwszy pojawiło się coś na kształt niepokoju, a nie tylko literackiej gry. Nawet nie zorientował się, kiedy przeszedł na per ty. – Policja to... to godziny spisywania protokołów, których żadne z nas teraz nie potrzebuje. Mam termin, który goni mnie bardziej niż ten radiowóz.- Podszedł na tyle blisko, by mogła poczuć zapach jego kawy i tanich perfum, ale zachował bezpieczny dystans. – Masz rację, zachowywałem się jak idiota. To nie był chaos, to była moja próba ucieczki przed poczuciem winy, że wpakowałem się prosto w twój samochód. Zróbmy to po ludzku, bez angażowania systemu, który przemieli nas przez biurokratyczną maszynkę.- Zaczął przeszukiwać portfel, wcześniej wyjmując go z kieszeni, niemal z determinacją, aż w końcu wyłowił wizytówkę i długopis. – Napiszę ci oświadczenie. Tutaj, na masce, nawet jeśli miałbym to zrobić drżącą ręką. Przyznam się do wszystkiego: do nieuwagi, do zignorowania warunków, do bycia „odklejonym”. Moje ubezpieczenie pokryje każdą rysę, a ja dorzucę ci coś, czego policja ci nie da – kasę.
Spojrzał na nią błagalnie, trzymając wizytówkę w wyciągniętej dłoni. Nie bał się policji, nie miał nic do ukrycia, ale wiedział czym to się skończy - mandatem, który zniszczy jego nieskazitelną historię kierowcy.
Layla Blanchet
27 y/o
For good luck!
165 cm
Pielęgniarka w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiDamskie
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Z zaskoczeniem, ale i zaciekawieniem obserwowała jak zmieniało się jego podejście. Jak jej słowa go śmieszyły, a on sam ewidentnie próbował rozluźnić atmosferę, przyjmując jej uwagi do siebie. Dlatego jej postawa przestała już być taka pasywno-agresywna. Złożone wcześniej ręce teraz podpieramy się pod boki, gdy przyglądała się jego mimice i ruchom, które wciąż tak jak wypowiedzi, były wręcz teatralne. Bez dwóch zdań urwał się z innej epoki. - Zablokowane? A z jakiego powodu?- spytała z kamienną twarzą, chociaż podejrzewała, co miał na myśli, więc trochę to podpuszczała. Chciała jednak to usłyszeć.
Tak samo jak nie mogła darować sobie kolejnego pytania. - A skąd pewność, że remis mnie usatysfakcjonuje?- gdyby sytuacja dotyczyła kogoś innego, nie miałaby z tym problemu. Layla unikała konfrontacji i konfliktów. Samo to, że zamiast się zmierzyć z byłym narzeczonym, to ona uciekła z Ottawy jak ostatni tchórz. Jakby to ona miała się czego wstydzić… Chociaż tak właśnie było - wstydziła się tego, że została porzucona przed ołtarzem, więc uciekła do Kanady. Dzisiaj najchętniej też zamiotłaby wszystko pod dywan, skoro nikomu się nic nie stało, ale właśnie w tym rzecz, że… - Kawy? Wystarczająco już mi pan podniósł dzisiaj ciśnienie-… że trafiła właśnie na niego. Aż przewróciła oczami na jego propozycję, chociaż nieco ją tym zaintrygował. Skąd nagle taka zmiana? Może jednak mężczyzna uderzył się w głowę i powinna wezwać pogotowie? Przed chwilą robił jej wykład o chaosie i jej roztargnieniu, a teraz nagle… chce zaprosić na kawę? Naprawdę nie potrafiła tego w żaden logiczny sposób wytłumaczyć, a podobno to on uwielbiał logikę.
Uznała jednak, że nie chce się w to zagłębiać i tak jak powinna zrobić już dawno temu, odeszła na bok i zaczęła wykręcać numer na policję. W międzyczasie rozstawiła trójkąt za samochodem, aby nie spowodować więcej szkód. Kiedy akurat podnosiła głowę, nagle mężczyzna znowu się znalazł tuż obok niej. Słysząc tą desperację w głowie, zmarszczyła brwi myśląc intensywnie nad powodem jego zachowania. - Dlaczego? Dlaczego tak bardzo Ci zależy, żebym nie wzywała policji?- spytała wpatrując się w niego intensywnie, kiedy jej szare komórki pracowały właśnie na intensywnych obrotach dochodząc do bardzo niebezpiecznych wniosków… - Ja pierdolę… Jesteś poszukiwany, prawda?- jej wzrok był teraz przerażony. Mocno trzymała telefon w ręce i było już z niego słychać głos operatorki, ale Layla bała się go przyłożyć ponownie do ucha. - Jesteś… seryjnym mordercą?!- krzyknęła piskliwym głosem zaczynając się cofać, aby w razie czego móc przed nim uciec! Z jakiego innego powodu nie chciałby przyjazdu policji?!



Denver Foster
32 y/o
For good luck!
191 cm
pisarz po przejściach
Awatar użytkownika
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Denver wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, wyraźnie czując, że lody zostały przełamane. Oparł się luźno o maskę swojego samochodu, skracając dystans samym spojrzeniem.
Proszę nie udawać, dobrze wie pani o co chodzi — rzucił, tym razem już bez zbędnego owijania w bawełnę, choć wciąż z tą swoją specyficzną energią. — Klasyk: wymieniamy się numerami, ja odjeżdżam, a pani w sekundę wpisuje mnie na czarną listę, zanim zdążę w ogóle pomyśleć o zgłoszeniu szkody do ubezpieczalni. - Zaśmiał się pod nosem, widząc jej minę, i przez chwilę wyglądał na kogoś zupełnie normalnego, kto po prostu miał gorszy moment przy parkowaniu. — Widzę to oczami wyobraźni. Klika pani„zablokuj” i nagle sprawa stłuczki przestaje istnieć, a ja zostaję z tym zbitym reflektorem i opowieściami, których nikt nie chce słuchać.
Uniósł brwi, a w jego oczach błysnęło coś na kształt uznania. Zrobił krok w tył, jakby faktycznie musiał przemyśleć to pytanie o „satysfakcję”, po czym wyszczerzył się łobuzersko.
Remis to tylko punkt wyjścia dla kogoś, kto nie boi się negocjacji — odparł, starając się ignorować fakt, że kobieta właśnie przewróciła oczami, co zawsze go irytowało, bowiem traktował to trochę jak zniewagę — A co do kawy... Umówmy się, że to nie randka, tylko misja ratunkowa dla pani układu nerwowego. Skoro i tak podniosłem pani ciśnienie, to teraz czuję się w obowiązku zadbać o to, żeby przynajmniej miała pani z tego jakąś kofeinową korzyść.
Wskazał kciukiem na kawiarnię po drugiej stronie ulicy, a jego ton stał się nagle zaskakująco przyziemny, niemal opiekuńczy, co kompletnie nie pasowało do jego wcześniejszej roli „szalonego profesora”.
Oboje wiemy, że ta stłuczka to najciekawsza rzecz, jaka nam się dzisiaj przytrafiła. Może pani teraz wsiąść do auta, zablokować mój numer i do końca dnia myśleć o tym, jaki ze mnie dziwak, albo możemy pójść na tę kawę i ustalić, czy faktycznie chcesz mnie pani „skasować”, czy może ten chaos ma jednak jakiś sens. - Musiał przyznać, że ta kobieta go zaintrygowała, i nie miałby nic przeciwko głębszego poznaniu jej. Obawiał się jednak, że przez swój wariacki fal start, stracił szansę, o ile jakakolwiek istniała.
Naprawdę nie chciał policji, nie były mu potrzebne żadne problemy, mandaty i negatywne wpisy, tak zwane rysy w życiorysie, ale nazywanie go seryjnym mordercą?! Człowieka, który ma moralny problem, czy muchę zabić czy złapać i wypuścić poza dom? Zamarł w pół kroku, a jego twarz przeszła błyskawiczną metamorfozę – od szoku, przez niedowierzanie, aż po nagły, niekontrolowany wybuch śmiechu, który niemal zgiął go wpół. Nie potrafił nie zaśmiać się z jej przerażonego spojrzenia i paniki, jaką wywołał swoim zachowaniem.
Seryjnym mordercą?! Naprawdę? — wykrztusił między napadami śmiechu, unosząc dłonie wysoko w górę, by pokazać, że są puste i zupełnie niegroźne. — Czy ja wyglądam na kogoś, kto ma w bagażniku piłę mechaniczną i kolekcję siekier? Prędzej zabiłbym cię nudnym wykładem o psychologii niż czymkolwiek innym!
Zrobił ostrożny krok w tył, widząc jej autentyczne przerażenie, i natychmiast spoważniał, choć w kącikach jego ust wciąż drgał cień rozbawienia.
Spokojnie, odłóż ten telefon. Albo chociaż powiedz pani operatorce, że to pomyłka, zanim wyślą tu oddział antyterrorystyczny — powiedział już spokojniejszym, niemal łagodnym tonem. — Nie jestem poszukiwany i nikogo nie zabiłem. Po prostu... mam obsesję na punkcie swoich akt. Nie mam na koncie ani jednego mandatu, ani jednej rysy w systemie, nic! Moje konto jest nieskazitelnie czyste i chcę, żeby takie zostało. Jak policja tu wpadnie, moja idealna statystyka pójdzie się walić przez jedno głupie wymuszenie!
Przechylił głowę, obserwując, czy jego słowa do niej docierają. Wziął głęboki oddech, a na jego twarz wrócił ten specyficzny, błyskotliwy wyraz, gdy poczuł potrzebę dodania merytorycznego przypisu do jej oskarżeń.
Ale muszę ci przyznać punkty za czujność. To imponujące. Statystycznie seryjni mordercy najczęściej wpadają właśnie przez takie bzdury. Gubi ich pycha i ignorowanie szczegółów. Taki Ted Bundy na przykład — wiesz, jak go zgarnęli? Nie przez żadne śledztwo, tylko dlatego, że nie zatrzymał się do zwykłej kontroli drogowej swoim Garbusem. Klasyczny błąd nowicjusza w świecie psychopatów. - Zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się do niej blado, starając się opanować drżenie głosu.
Więc tak, twoja paranoja ma solidne podstawy, ale ja naprawdę walczę o status wzorowego obywatela w bazie danych. Odwołasz to? Zanim ta pani w słuchawce uzna, że naprawdę dzieje się tu komuś krzywda?
Layla Blanchet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”