ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
182 cm
asystent mechanika w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
the night gets so loud; a one-person crowd, all the ghosts I entertain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły / teraźniejszy, jestem flexible
postać
autor

because I yearn for a way out
for the hurt, for a way down; for the worst, for the rain clouds
for all I've left for good

Niebo chyliło się nad ziemią groźbą ciężkiej ulewy; kłębiące się nad Toronto od rana chmury nabierały coraz ciemniejszego, coraz bardziej wpadającego w burzową szarość odcienia granatu i tylko kwestią czasu pozostawało, kiedy złamią się pod własnym ciężarem.
Trudno było tylko przewidzieć, czy nadchodzący niewątpliwie deszcz miał okazać się oczyszczeniem, czy karą.

Być może nie zasługiwał na oczyszczenie.
Być może dobre chęci to nie wszystko; być może to za mało.

Park pustoszał; wisząca nad głowami pewność wyroku, niezależnie od jego brzmienia

(oczyszczenie czy kara?)
skłaniała co rozsądniejszych do poszukiwania schronienia: w przytulnych kafejkach nieopodal lub w autobusach i samochodach, mających wieźć do azylu domostw.
Tymczasem kroki mężczyzny

— mężczyzny, którego czoło,
zmarszczone raczej w wyrazie zaabsorbowania niż czego innego
(choć wyglądał, jakby mogło chodzić jednak o coś innego),
chyliło się co chwil kilka nad ekranem telefonu —

prowadziły do parku: w gąszcz alejek o wiele mniej splątanych, niż plączące się po głowie Jake’a myśli: jak zwykle zbyt liczne, zbyt głośne i nieuchwytne zarazem, a jednak w jakiś chaotyczny sposób pchające świadomość ku gorzkiej konkluzji gorzkiemu przeczuciu

(Pierdolony bohater.)
Minęły już chyba dla niego na dobre czasy, kiedy obcość nowego miejsca nie przytłaczała; kiedy poruszanie się po mapie niepewności tak ekscytowało. Minęła chyba ciekawość. Minął .g ł ó d (…) odkrywania i bycia odkrywanym; jego „jeszcze”, jego „nigdy już, nigdy dość” zamieniły się w .n o w ą. pustkę.
G o r s z ą.

Być może chodziło o to, że zdążył poczuć, że chce gdzieś (do kogoś….?) przynależeć.

Być może odbył już swoją karę.
Być może kolejny raz to już było za dużo.

Być może-…

Popiół z papierosa obsypał mu się na czarny materiał koszulki, zanim zdążył cisnąć niedopałek do najbliższego mijanego kosza na śmieci. Ścieżka zmierzała powoli ku przerzedzeniu zieleniących się drzewek i krzewów; zmierzała ku jezioru, a wraz z nią Jake, krokiem stopniowo coraz mniej pospiesznym, jakby może wątpił,
(być może)
aż w końcu przestrzeń za którymś zakrętem nieco się rozszerzyła.
Jego kurtka, przewieszona przez ławkę; obok niej kobieta, siedząca spokojnie jak posąg. Nie widział jej twarzy — pozostawała zwrócona tyłem do niego, zgodnie z kierunkiem ustawienia ławki patrzącej na taflę wody.

Wsunął telefon do kieszeni spodni. Parę kroków później ułożył dłonie na drewnianym oparciu, po obu stronach kurtki. Na Jolene zerknął z ukosa.
Długo czekasz…?
(Powinien był przeprosić za spóźnienie, ale nie potrafił, choć była to tak błaha rzecz. Brak kontroli nad czasem, a może raczej brak kontroli nad sobą w czasie uwierał go jednak za bardzo. Przepraszanie zresztą niemal zawsze przychodziło mu z trudem — o ile przyjść naprawdę musiało.)

Nie wiedział, czy jest sens siadać; właściwie nie wiedział w ogóle, czego się spodziewać, dlatego, mrużąc lekko oczy, odbił spojrzeniem przelotnie w górę, na niebo.
Deszcz jeszcze się nie zaczął,

(wyrok .j e s z c z e. nie zapadł)

ale…

Będzie padać — ostrzegł, mimo że nie musiał — widok chmur robił to sam za siebie.

Być może nie potrafił ostrzec przed czymś innym, być może równie nieuniknionym jak czekająca miasto ulewa.

Jolene Collet
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
smark
nie lubię narracji w pierwszej osobie, niedbałych postów, dokładania wstecz większych ilości dialogów i narzucania mojej postaci określonych reakcji bez mojej zgody; nie chcę pisać z AI
32 y/o
For good luck!
162 cm
modelka i czasem aktorka
Awatar użytkownika
Insane inside the danger gets me high. Can’t help myself got secrets I can’t tell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Świat Jolene od niedawna stawał się coraz bardziej zniuansowany – poszerzony nagle o wachlarz błędów i uchybień, których przez lata udawało jej się sprawnie unikać, a który ściągał na nią fatum nowych, nieprzyjemnych życiowych wątków z drażniącą wręcz częstotliwością. Zupełnie tak, jakby przez ledwie parę miesięcy od rozstania z mężem, życie chciało nadrobić całą dekadę dotąd łagodnego traktowania jej, zamieniając tym samym szczęśliwy, kobiecy los w kapryśną zbieżność przypadków, z których przestała wychodzić obronną ręką.

Niespodziewanie (nawet dla niej), okazywało się, że nieskazitelność jej wizerunku ma swoją jedną, znaczącą wadę: upadek z wysokiej pozycji społecznej, którą zajmowała przed skandalem, bolał znacznie mocniej. Najgorsze w tym wszystkim pozostawały jednak nie same konsekwencje podjętych decyzji

— na rozstanie z mężem zapowiadało się już znacznie wcześniej,
a plotki o zdradzie tylko przyspieszyły ten proces —

a niejednoznaczność sytuacji i nagła utrata kontroli nad tym, co mówili o niej inni.

Kontury pozorów, które kiedyś zdawały się tak stałe i tak oczywiste jednocześnie — pełne soczystych historii, które sama wokół siebie nabudowała — dziś ścierały się do zupełnej niemal nagości, odsłaniając nie tylko tę bardziej newralgiczną warstwę jej życiorysu...

...przede wszystkim tworzyły nowy kontekst plotek i prawd.

A plotki i prawda — niestety dla niej — tym razem nie dawały się ułożyć po jej myśli. Nieugięte i trwałe w swej formie, pozostawały wciąż w tym samym kształcie, bez względu na to, z jaką determinacją Jolene starała się je zagiąć i ulepić w dłoniach pod swoją modłę.
Szczególnie dotkliwie poczuła to tuż po tym, gdy Jake Davenport udzielił prasie wywiadu.

(Niech Cię, Jake. Naprawdę musiałeś...?)

Swoje słowa wyjaśnień mogła pięknie udekorować uśmiechem, wsunąć sprytnie w kieszonkę charyzmy, by zamydlić oczy mediom, żądnym taniej sensacji. Nad jego słowami nie panowała; j e g o . s ł o w a — niechlujne, pełne chaosu — z łatwością dawały się wetknąć w arkusz dziennikarskich kłamstw i bezwstydnie pomagały prasie tworzyć bzdurne historyjki. Przypominały przy tym korzeń przeszkody, podstawiany pod buty Jolene z niemal bestialską precyzją. Wydawało się jej nawet, że pierwszy raz od dawna każdy jeden jej krok, każdy wyćwiczony przy tym uśmiech, kończy się potknięciem.

Rzeczywistość nieistniejącą martwą gałęzią kompromisów wżynała swe długie macki w każdą jedną szczelinę jej życia, tj. w te drobne pęknięcia prawd, których nie zdążyła załatać na czas, nim ostrza dziennikarskich szuj, widząc strzępy wydartych od Jake'a faktów, stworzyły z nich sprzedajną fikcję. Tym samym, ta sama rzeczywistość sprawiała, że coraz trudniej grało jej się rolę nieskazitelnej modelki, a chcąc tego czy nie, musiała potwierdzić przed wszystkimi najważniejsze:

własną n i e d o s k o n a ł o ś ć.

Tę samą, którą dziś kryła pod głębokim, burgundowym daszkiem czapki.
Jolene Collet doskonale bowiem zdawała sobie sprawę z tego, że nawet idealnie wymalowany makijaż nie pokrywał w pełni jej zmęczenia. Bo nawiększe emocje kryły się nie w jej twarzy, a w błyszczących zwykle oczach. Tych skrzących się gwiazdach energii, które dziś, nieco przygasłe, przypominały znikającą z wolna po wybuchu supernowę.
Nie miała siły kłócić się ze sobą z dziś. Nie chciała nadawać ciału i twarzy powściąganego spokoju, jak zwykła robić to w każdy inny dzień. Szczęka, zaciśnięta twardo w emocjach, wyostrzała rysy nawet w samotności, a może szczególnie w tej właśnie aurze, gdy pod płaszczem gęstniejących chmur, siedziała na ławce w pojedynkę.
Prosto, wciąż dumnie, a jednak z wyraźnie szybującymi w głowie zarzutami i pytaniami, z których to nie potrafiła wybrać jednego dla niej najważniejszego.

Naprawdę nie potrafisz milczeć?
Mogłeś przewidzieć, że wykorzystają słowa przeciw Nam.
Davenport, zanim coś powiesz, policz do trzech.


Myśli, jak ptasie skrzydła podrzucone w lot, wibrowały i wracały do niej w kluczu drażniących ją wniosków, gdy...
...z zamyślenia wyrwał ją jego niski głos, na moment, w zaskoczeniu, podnosząc jej ramiona w górę. Westchnęła cicho, w powolnym manewrze odwracając głowę w kierunku nachodzącego na nią dżwięku. Przy różnicy poziomów (on wyżej, ona na ławce niżej), daszek czapki nawet przy wzniesieniu głowy do góry skutecznie uniemożliwiał jej widzenie dalej, niż do linii męskich barków. Musiała nieco podnieść czapkę, by spojrzeć mu w oczy.

Raz... (Długo. Za długo.)
Dwa... (To pierwsze, o co chcesz zapytać?!)
Trzy... (Będzie padać... i co z tego?)

Zanim słowa znalazły drogę do jej pełnych warg, zagryzła je wdzięcznie, na krótko, nie pozwalając emocjom wyjść poza obwarowanie pociągniętych szminką ust. Wstała przy tym bez słowa z ławki, obchodząc ją niespiesznie. Oczy Jolene, w przeciwieństwie do jego skierowanych ku niebu, łapały przy tym w lot spojrzenia własne gesty, gdy rozpoczęła wolną wędrówkę po ławce.
Palce dłoni przesunęły się po niewygodnej fakturze drewna, pozostawiając w niej wrażenie chłodu i szorstkości (podobnie czuła się dziś wewnętrznie). Wrażenie to było tym bardziej uwyraźnione, że zaraz potem opuszki dotknęły czegoś kontrastowego: jego dłoni.

Męski wierzch skóry był ciepły i gładki.

Zupełnie nie korespondował z ostrzeżeniem przed pogodą. Ona również nie dbała o spójność, gdy przy wibrującej w ciele złości, nachyliła się do niego (a raczej do jego ramienia i szyi, do której sięgała), szepcząc miękko:
Chodż, przejdźmy się — objęła przy tym jego dłoń, pociągając ją nieznacznie i ruszając (wraz z nim?) w kierunku plażowej ścieżki. Kurtkę pozostawiła na oparciu, licząc na to, że Jake na czas chwyci ją w palce wolnej ręki.

Jake Davenport
nihilista
wszystko przejdzie, jeśli trzyma się w lore postaci
34 y/o
For good luck!
182 cm
asystent mechanika w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
the night gets so loud; a one-person crowd, all the ghosts I entertain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły / teraźniejszy, jestem flexible
postać
autor


Na niebie nie było zapisanych żadnych instrukcji.
Żadnych odpowiedzi na niewypowiedziane na głos pytania,
żadnych .z n a k ó w;
tylko chmurząca się groźba, wciąż ta sama, choć z minuty na minutę postępująca, wyraźniejsza, głośniejsza w swojej wymownej ciszy.


(Cisza przed burzą.)



Żadnego objawienia.
Odchrząknął niezręcznie, przekręcając głowę i opuszczając czujne oczy na kobiecą sylwetkę; spotkał jej spojrzenie na chwilę przed tym, jak jej dłoń naruszyła spotkała jego dłoń. Wąskie wargi zacisnęły się ze sobą mimowolnie razem ze szczękami, zdradzając spięcie mężczyzny wobec niewinnego gestu. Nieokreślony — nieprzeproszony — czas oczekiwania krążył gdzieś obok, odciskając piętno na mijających teraz sekundach;

(raz…)
uwaga o deszczu nie wołała o reakcję, ale niezaadresowana w żaden sposób dokładała przeciągającemu się milczeniu i zmniejszonej odległości,
i temu niewinnemu gestowi,

(dwa…)
dodatkowego ciężaru — albo tylko Jake, już wcześniej obarczony złymi przeczuciami, odnosił takie wrażenie. Będzie padać — echo własnego głosu odbiło mu się po świadomości w tonie odległego, przetaczającego się leniwie grzmotu, gdy powoli marszczył brwi. Osłonięty cieniem daszka wzrok Jolene przypominał aktualną pogodę…

(trzy…)
a może jedynie odbijał obawy Jake’a
a może jedynie ją odbijał.
Być może-…

...

Pociągnięty za rękę postąpił raz dwa trzy kroki,

(Chodź, Jake.)

tylko po to, by zaraz potem się ocknąć.
Jolene- — zabrzmiał upominająco, choć nie potrafił już dalej wyartykułować, że nie miał ochoty na spacery. Nie przyszło mu to na myśl w tak prostej formie.
Zatrzymał się twardo — i teraz to on pociągnął za rękę ją, zwracając jej ciało z powrotem ku sobie.


Raz…

Piwne tęczówki opadły znów na kobiecą twarz; na twarzy Jake’a odmalowywało się szukające, surowe w typowym dlań wyrazie niezrozumienie, podczas gdy u niej widział ponownie wyłącznie deszczowe chmury.

(„Idź już, Jake.”)
(…)

Dwa…

Wbrew dziwnej atmosferze otarł opuszką kciuka o wierzch jej dłoni. Jego dłoń mogła wydawać się przyjemniejsza w dotyku w kontraście do chropowatej faktury zmęczonego wiekiem i kanadyjskim klimatem drewna, ale to tyle. To skóra Jolene była prawdziwie miękka, choć wydawała się zimna. Ręce Jake’a były za to rzeczywiście ciepłe.
I żywe. I otwarte.
(…?)


Trzy…

Usta wykrzywił mu specyficzny grymas — jakby pochwycił wreszcie myśl, wokół której dłuższy moment krążył. Jakby .n a r e s z c i e. do niego dotarło;

jakby wreszcie nabrało sensu-…

(„Powinieneś już iść, Jake.”)
(???)



Mogłaś mnie uprzedzić — podjął z nieskrywanym wyrzutem, puszczając jej dłoń. Swoje obie cofnął do kieszeni; jedna od razu pochwyciła spoczywającą na dnie, kanciastą obudowę zapalniczki. Zippo zaczęła obracać się w palcach niemal samoistnie, poza wolą i poza kontrolą.

Czuł się w jakiś sposób przez nią oszukany; pozostawiony w mroku, pod płaszczem przeoczenia
czy wyrachowanego pominięcia?
Nie sądził, żeby .t a k a. była — a jednak obraz sytuacji uderzył go i zapiekł
(być może nawet nie w połowie tak bardzo, jak wymierzony na odlew policzek w ufnie nadstawioną do pocałunku twarz, ale ukłuło mimo wszystko; mimo że nie sądził, że coś lub ktoś jeszcze może mu faktycznie sprawić przykrość, choćby i tylko tak symboliczną),
i nie pozwolił odgonić wrażenia, że może po prostu w oczach Jolene nie zasługiwał na tłumaczenia jej zawiłych kontekstów i obcych mu realiów; że jest kimś, kto nie jest wart tego zachodu — bo pewnie i tak byś nie zrozumiał, bo raczej i tak nie staniesz się tego częścią
(A jednak się stał.)

Zmielił ślinę w buzi, a spojrzenie na moment mu się rozmyło.
Niby skąd mógł .w i e d z i e ć.? Nie śledził przecież w mediach jej życia;

(nawet teraz nie zdawał sobie sprawy, co wyrządziły jego nieprzemyślane słowa,

(jego słowa rzadko kiedy nie były nieprzemyślane)
wydarte z niego siłą zaskoczenia i korzystnością nieprzygotowania;
nie zdawał sobie sprawy, jak takie rzeczy mogą wywrócić czyjeś realia
do góry nogami — i że ktoś taki znajdował się właśnie na wyciągnięcie ręki)

miał własne, i, jak się chyba okazywało, osadzone w zupełnie innym świecie.

Mogłaś mi powiedzieć cokolwiek.
Cokolwiek to miało znaczyć.

Jolene Collet
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
smark
nie lubię narracji w pierwszej osobie, niedbałych postów, dokładania wstecz większych ilości dialogów i narzucania mojej postaci określonych reakcji bez mojej zgody; nie chcę pisać z AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „Colonel Samuel Smith Park”