ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
173 cm
hodowca border collie w domowej hodowli
Awatar użytkownika
how can you be cold when I open my home?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Duchota.

Niekończąca się i wszechobecna duchota, której nie sposób było się pozbyć.
Zajęła każdy centymetr domu, wnikając aż do samego serca ścian. Pięła się ku górze. A może zaczęła się właśnie na dachu – ustalenie dokładnego miejsca, w którym cała ta zaraza miała swój początek, w bieżącym stadium rozsiania było praktycznie niemożliwe. Wiedza ta – choć jej brak drażnił bardziej niż ziarnko piachu pod powieką – na nic by się zdała. Każda wypukłość paneli była nią spowodowana. Każdy odprysk farby i pęknięcie na łazienkowych płytkach. Każdy skrzypiący zawias i wystająca śruba. Kawałek po kawałku, wpierw niezauważalnie, zagarniała wszystko, niwelując szanse na powrót do normalności.

O ile jeszcze istniała inna normalność.
Normalność, w której swobodne oddychanie możliwe jest przede wszystkim w domu, a nie wszędzie poza nim.

Nikt poza Maurą tego nie czuł. Ludzie, różni, czasami zupełnie nieznani i uważni, przewijali się przez pomieszczenia, dostrzegając wszystko oprócz monumentalnego ciężaru. Widzieli drewniane meble, podziwiali zdobycze z targów staroci i ręcznie malowane talerze i koncentrowali się na nich tak intensywnie, że bladość kobiecej cery zupełnie umykała.

Gdy płuca domagały się świeżego powietrza – okno ciągle pozostawało otwarte. Niezależnie od warunków pogodowych, niekiedy wpuszczając do środka śnieg lub deszcz. Żaden mróz ani ostry powiew nie mógł jednak przekonać jej do zmiany przyzwyczajeń. Pustych i bezcelowych, gdyż każda czysta dawka tlenu wtem mieszała się z gęstą atmosferą domu. Bez realnych perspektyw na wprowadzenie zmian. Na rozluźnienie ucisku w klatce piersiowej i umożliwienie łapania oddechów długich i głębokich.

Właściwych i obligatoryjnych do tchnięcia w ciało energii na cokolwiek innego niż

ucieczka.
Złudne wrażenie utrzymywania stałego dostępu do nienaruszonego eteru pomagało w życiu funkcjonowaniu – a przynajmniej bytowaniu. Prawdziwe i utęsknione życie znajdowało się tuż za furtką i rozpościerało się wszędzie tam, gdzie mogła być zwyczajnie sobą.

Chłodne powiewy smagały rozgrzaną skórę i wdzierały się pomiędzy drapiące cekiny. Zdawało się, iż pozbyła się wszystkiego, łącznie z ubraniami, co mogłoby potęgować zaduch. Psy musiały zadowolić się samotnością za drzwiami – tu nie było dla nich przestrzeni.

Nie w obecności gościa.

Z pozoru zadomowionego, chociaż zwykle przemycała go na piętro z prędkością światła tak, by nie dosięgły ich słowa państwa Clancy. By nawet nie zarejestrowali, kto znów ich odwiedził.

Tym razem nie musieli się spieszyć, pozwalając, żeby spotkanie samo wyznaczyło kierunek i tempo. Dobry nastrój, najpewniej ściśle związany z nieobecnością rodziców, doprowadził dwójkę do sypialni, w której czuła się zobowiązana do prezentacji stroju. Nowy łup, którego gorączkowe poszukiwania trwały stanowczo za długo, by wierzyć w ich powodzenie.

Świetna, co? — wprawiła aplikacje w ruch, obserwując, jak odbijają światło. Nie była pewna, o co tak właściwie pytała – wygląd sukienki czy jej okazyjną cenę. O jej właścicielkę. To nie miało większego znaczenia, gdy w końcu przed sobą miała kogoś, kto nie skrytykuje jej wyboru i jednocześnie nie był jej odbiciem w lustrze.

Dochodzące z korytarza kroki usłyszała za późno, by w porę zareagować. Drzwi otworzyły się do połowy, ukazując twarz intruza, przez którą w mgnieniu oka przemknął pełen wachlarz skrajnie różniących się od siebie emocji. Wzrok matki pospiesznie skanował zastaną scenę, a lekko rozwarte wargi sugerowały zaskoczenie, jeśli nie zawód.

Wyglądasz jak Lacey.

W tym domu funkcjonowało wiele określeń, których niewtajemniczeni nie byliby w stanie zrozumieć. Lacey, o której wspomniała pani Clancy, chodziła do klasy z Maurą, przez pewien okres siedziały nawet obok siebie. Dziewczynka z dobrej rodziny zboczyła z właściwej ścieżki po rozwodzie rodziców i od lat sprzedaje swoje zgrabne ciało.

Obrzydzenie w tonie rodzicielki spotkało się ze śmiechem córki, która drzwi zatrzasnęła nogą. Dla pewności, że te ponownie nie zostaną uchylone, przywarła do nich plecami, łudząc się, że matka odpuści.

Nie przejmuj się nią — rzuciła wystarczająco głośno, by rada dotarła również do kobiecych uszu.

Sama jednak nie potrafiła się do niej zastosować. Oparła głowę o drewnianą powłokę, walcząc z pokusą uderzania w nią z całą siłą. Powietrze znów zanieczyściła trucizna, zabijając beztroskę. Śmiech prędko przerodził się z coś ciemniejszego, bardziej gorzkiego i trudniejszego do zatrzymania. Jak gdyby koniec śmiechu był symultanicznym początkiem płaczu. Rozpaczy wywołanej niemożnością przetrwania jednego dnia bez wzburzonych nerwów.

Przełknęła ślinę, a wraz z nią gulę, która wykwitła w jej gardle i drażniła kolcami przełyk. Stała pomiędzy – kuszącą wolnością i za dobrze znaną niewolą. Takie zetknięcia były mącące, zwłaszcza gdy występowały nagle i niespodziewanie.


Jayce Byrne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
nie przejmuj się
29 y/o
For good luck!
188 cm
student kinezjologii, trener personalny North York YMCA
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Sąd, który odbywał się nad nim dzień za dniem – zwykle trochę pospieszny i trochę leniwy, rzucony przez znudzonych życiem sąsiadów – nie miał w sobie nic z głębokiej analizy, ani nawet nic z przyzwoicie przedstawionej prawdy.
Przeciwnie,
wzniesiony na skrzydłach ulotnych plotek i jałowych domysłów, nosił na sobie ślad nieudolnej próby pochwycenia jego osoby, albo zawierał coś z destrukcyjnej siły ludzkiej zazdrości. Sąd ten szybował daleko na cudzych językach, ale nieuchronnie – przypominając przy tym Ikara, napiętnowanego własną bezmyślnością – rozbijał się w cieple współczesnego słońca, tj. w promieniach nowej, gorącej sensacji, przy której jego przewinienia odchodziły w cień, a w efekcie, nigdy nie były przedstawiane na tyle dokładnie, by w ogóle ująć go w całości.
W ten sposób wizerunek Jayce’a Byrne’a, pośród nieustannie powracających sprzeczności, pozostawał druzgocąco płytki: dla jednych był bawidamkiem, przy którym słowo „stabilność” lądowało pod butami codzienności szybciej, niż kobiece ubrania, ponoć ściągane przez niego niejednokrotnie z wieloma przedstawicielkami płci w celach grzesznego negliżu; dla innych... bywało różnie. Pozostawał podrzędnym dupkiem, szemranym kryminalistą, nieznośnym obibokiem, źródłem chaosu, koszmarem towarzyskim, spędzającym sen z powiek i przede wszystkim:
głównym zmartwieniem cudzych matek.
Nie kłócił się z żadnym z tych określeń, na pewnym poziomie i w wąskiej perspektywie pojmowania jego istoty – można było go widzieć właśnie w ten sposób. Jako wolny duch, wielbiciel kobiet i człowiek żyjący z pasją – robił wiele rzeczy, które mogły wydać się innym nieprzyzwoite, chaotyczne, czy niebezpieczne... rzecz w tym, że niemal nigdy nie działał z premedytacją na cudzą szkodę.
Czasem, co okazywało się po czasie, dla innych potrafił być nawet kilkoma wcieleniami naraz i za nic w świecie nie potrafił zrozumieć, kiedy i w jaki sposób ludzie zaczęli bawić się w te gęste od nieścisłości igraszki słów na jego temat, mimo tego, że w Toronto mieszkał ledwie trzy lata.
Kiedy nastąpiło odwrócenie sensów i faktów w imię rozdmuchanej przez innych wolności słowa (czy też, jak mu się bardziej wydawało, wolności kłamstwa)?
I nade wszystko... kiedy stał się na tyle ważny dla kogoś, by w ogóle wejść na cudze języki?
Nie znał odpowiedzi na żadne z pytań, w świetle ostatnich miesięcy w sądzie sąsiadów i matek dostrzegał jednak pewien błyskotliwy paradoks. Im bowiem Jayce więcej czasu poświęcał Maurze, tym z większym przekonaniem dochodził do wniosku, że każda jedna wcześniejsza zasłyszana na swój temat plotka, i każde jedno wyuzdane z ust innych osób słowo przekleństwa, czy obelgi, które słyszał o sobie przed poznaniem matki Maury, skutecznie przygotowały go na wątpliwej jakości i uprzejmości spotkania z panią Clancy. Dzięki temu, gdy tylko słowa obrzydzenia, jak woda z brudnej szmaty wylały się na nich zaraz po wejściu starszej pani do pokoju – jeszcze zanim zdążył odpowiedzieć na pytanie Maury – był na tyle na znieczulony na podobne uwagi, by w istocie
nie przejąć się nią wcale.
Zaśmiał się nawet krótko, zupełnie swobodnie i kiwnął jedynie porozumiewawczo głową. Nie trzeba było go przekonywać do tego, by zachował swój arogancki, pełen luzu stan. Wstając z pościeli jej łóżka, podszedł do niej niespiesznie, by ostatecznie oprzeć dłoń o skrzydło drzwi, tuż przy jej głowie, jakby grubość jego własnego ramienia miała stanowić niepisany, dodatkowy bufor między rodzicielką Maury, a nią samą. Nachylił się przy tym w kierunku jej ucha, zatrzymując się w starannie wyreżyserowanej pozie, jakby każde kolejne jego słowo miało zdradzić coś sekretnego i śmiertelnie poważnego:
Jak dasz mi zielone światło, odwdzięczę się jej za tę uprzejmość z soczystą nawiązką.
Słowa, mimo że cicho wypowiedziane, spłynęły między nimi wyjątkowo gładko. Zawężony między nimi dystans nie zakrywał żadnej głoski. Brzmiały wyraźnie, stabilnie. Wiarygodnie. Zaraz jednak Jayce odepchnął się dłonią od drzwi i wyprostował się, na nowo zachowując między nimi przyzwoitą odległość.
Wyglądasz nieprzyzwoicie dobrze. Pewnie dlatego skojarzyło jej się z... Lacey?
Nie miał pojęcia, kim jest Lacey. Z tonu wypowiedzi pani Clancy wnioskował jednak, że przekraczała widocznie jej wąskie granice tego, co ta iście irytująca kobieta uznawała za społecznie akceptowalne.
Świetna — skwitował z aprobatą w krótkim podsumowaniu, podobnie jak Maura wcześniej, nie dookreślając, o czym lub o kim mówił.

maura clancy
nihilista
godzę się na prawie wszystko, sprawdź mnie, jeśli potrafisz
ODPOWIEDZ

Wróć do „#32”