Niekończąca się i wszechobecna duchota, której nie sposób było się pozbyć.
Zajęła każdy centymetr domu, wnikając aż do samego serca ścian. Pięła się ku górze. A może zaczęła się właśnie na dachu – ustalenie dokładnego miejsca, w którym cała ta zaraza miała swój początek, w bieżącym stadium rozsiania było praktycznie niemożliwe. Wiedza ta – choć jej brak drażnił bardziej niż ziarnko piachu pod powieką – na nic by się zdała. Każda wypukłość paneli była nią spowodowana. Każdy odprysk farby i pęknięcie na łazienkowych płytkach. Każdy skrzypiący zawias i wystająca śruba. Kawałek po kawałku, wpierw niezauważalnie, zagarniała wszystko, niwelując szanse na powrót do normalności.
O ile jeszcze istniała inna normalność.
Normalność, w której swobodne oddychanie możliwe jest przede wszystkim w domu, a nie wszędzie poza nim.
Nikt poza Maurą tego nie czuł. Ludzie, różni, czasami zupełnie nieznani i uważni, przewijali się przez pomieszczenia, dostrzegając wszystko oprócz monumentalnego ciężaru. Widzieli drewniane meble, podziwiali zdobycze z targów staroci i ręcznie malowane talerze i koncentrowali się na nich tak intensywnie, że bladość kobiecej cery zupełnie umykała.
Gdy płuca domagały się świeżego powietrza – okno ciągle pozostawało otwarte. Niezależnie od warunków pogodowych, niekiedy wpuszczając do środka śnieg lub deszcz. Żaden mróz ani ostry powiew nie mógł jednak przekonać jej do zmiany przyzwyczajeń. Pustych i bezcelowych, gdyż każda czysta dawka tlenu wtem mieszała się z gęstą atmosferą domu. Bez realnych perspektyw na wprowadzenie zmian. Na rozluźnienie ucisku w klatce piersiowej i umożliwienie łapania oddechów długich i głębokich.
Właściwych i obligatoryjnych do tchnięcia w ciało energii na cokolwiek innego niż
ucieczka.
Złudne wrażenie utrzymywania stałego dostępu do nienaruszonego eteru pomagało w
Chłodne powiewy smagały rozgrzaną skórę i wdzierały się pomiędzy drapiące cekiny. Zdawało się, iż pozbyła się wszystkiego, łącznie z ubraniami, co mogłoby potęgować zaduch. Psy musiały zadowolić się samotnością za drzwiami – tu nie było dla nich przestrzeni.
Nie w obecności gościa.
Z pozoru zadomowionego, chociaż zwykle przemycała go na piętro z prędkością światła tak, by nie dosięgły ich słowa państwa Clancy. By nawet nie zarejestrowali, kto znów ich odwiedził.
Tym razem nie musieli się spieszyć, pozwalając, żeby spotkanie samo wyznaczyło kierunek i tempo. Dobry nastrój, najpewniej ściśle związany z nieobecnością rodziców, doprowadził dwójkę do sypialni, w której czuła się zobowiązana do prezentacji stroju. Nowy łup, którego gorączkowe poszukiwania trwały stanowczo za długo, by wierzyć w ich powodzenie.
— Świetna, co? — wprawiła aplikacje w ruch, obserwując, jak odbijają światło. Nie była pewna, o co tak właściwie pytała – wygląd sukienki czy jej okazyjną cenę.
Dochodzące z korytarza kroki usłyszała za późno, by w porę zareagować. Drzwi otworzyły się do połowy, ukazując twarz intruza, przez którą w mgnieniu oka przemknął pełen wachlarz skrajnie różniących się od siebie emocji. Wzrok matki pospiesznie skanował zastaną scenę, a lekko rozwarte wargi sugerowały zaskoczenie, jeśli nie zawód.
— Wyglądasz jak Lacey.
W tym domu funkcjonowało wiele określeń, których niewtajemniczeni nie byliby w stanie zrozumieć. Lacey, o której wspomniała pani Clancy, chodziła do klasy z Maurą, przez pewien okres siedziały nawet obok siebie. Dziewczynka z dobrej rodziny zboczyła z właściwej ścieżki po rozwodzie rodziców i od lat sprzedaje swoje zgrabne ciało.
Obrzydzenie w tonie rodzicielki spotkało się ze śmiechem córki, która drzwi zatrzasnęła nogą. Dla pewności, że te ponownie nie zostaną uchylone, przywarła do nich plecami, łudząc się, że matka odpuści.
— Nie przejmuj się nią — rzuciła wystarczająco głośno, by rada dotarła również do kobiecych uszu.
Sama jednak nie potrafiła się do niej zastosować. Oparła głowę o drewnianą powłokę, walcząc z pokusą uderzania w nią z całą siłą. Powietrze znów zanieczyściła trucizna, zabijając beztroskę. Śmiech prędko przerodził się z coś ciemniejszego, bardziej gorzkiego i trudniejszego do zatrzymania. Jak gdyby koniec śmiechu był symultanicznym początkiem płaczu. Rozpaczy wywołanej niemożnością przetrwania jednego dnia bez wzburzonych nerwów.
Przełknęła ślinę, a wraz z nią gulę, która wykwitła w jej gardle i drażniła kolcami przełyk. Stała pomiędzy – kuszącą wolnością i za dobrze znaną niewolą. Takie zetknięcia były mącące, zwłaszcza gdy występowały nagle i niespodziewanie.
Jayce Byrne