-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Potrzeba Ci jednak odrobiny kobiecej dłoni — parsknęła Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. Może by się w tym odnalazła? Kupowałaby mu śmieszne skarpetki, różnokolorowe z humorystycznymi tekstami, tak samo bokserki. O ile jego zdanie nigdy nie wydawało się dla niej bardzo istotne, tak teraz chciała podjąć kolejny krok, by o o niego zadbać. Pytanie brzmiało, czy chciała to zrobić dla innych kobiet, czy dla samej siebie?
Jadąc na wyjazd, pragnęła odciąć się od wszelakich spraw zostawionych w Toronto. Wtedy pojawił się on, rycerz na białym koniu. Chociaż nawet jej zdaniem daleko było do tego określenia Patelowi. Tak teraz naprawdę stał się dla niej kimś wyjątkowym. Trudno było to wytłumaczyć. Może powiedzieć, że zniszczył jej rodzinę, ale czy to miało dla niej znaczenie? Stała, jak zahipnotyzowana w jego ramionach, oddając mu gorące, głębokie pocałunki. To uniesienie było inne. Z większością mężczyzn, z którymi sypiała, nie wiązała się w ten sposób. Nie doprowadzili jej do złości, ani do płaczu. Za to on z wroga został jej najlepszym kochankiem. Nawet nie potrafiłaby stwierdzić, co było najlepsze. Wschodzące słońce oświetlające ich nagie ciała, jęki wydobywające się spod jej rozchylonych warg, kiedy ich ciała się połączyły, czy sam moment spełnienia. Euforia wydawała się być dobrym określeniem. Chciała więcej, ale w trakcie trasy do pokoju wymiotowała. W nim zresztą też. Dobrą godzinę zwracała, klęcząc przed toaletą całą zawartość żołądka. Po wszystkim umyła zęby, wtuliła się w jego ramiona i zasnęła.
— William... — mruknęła, mocniej zaciskając na jego ramionach dłonie. Dalej spała, choć jej sny były całkiem grzeczne. Oni razem we dwoje, ich ciała rozświetlone przez promienie wschodzącego słońca, po czym otworzyła oczy — co... — mówiła śpiącym, lekko trzeźwym głosem — czy my się... — tak, Lotte, ruchaliście się, odpowiedziała sama sobie w głowie — nieważne... — wymruczała, chowając mu się w zagłębieniu ramienia. Kilka sekund jeździła palcem po jeszcze rozgrzanym od poparzeń torsie — muszę Cię jeszcze posmarować, dobrze? — sama siebie popychała w jego stronę. Raz jeszcze spojrzała na jego twarz. Nie, nie mogła go pocałować, chociaż wstała. Potrzebowała dystansu, by jeszcze przez moment ochłonąć.
— Masz wodę — mruknęła, podając mu butelkę z lodówki hotelowej. Sama upiła jeszcze kilka solidnych łyków, a cisza wypełniła całe pomieszczenie. Bez dwóch zdań coś się zmieniło. Nie chciała w tym momencie zachowywać się inaczej. Groźba kolejnego chłodu wobec Patela wydawała się irracjonalna. O ile wcześniej przypominał jej chodzące piekło, to teraz nie chciała niczego innego jak powrotu do jego ramion. Nabrała raz jeszcze solidnego oddechu, wypełniającego całe jej płuca. Tyle że tu nie było łatwych odpowiedzi. Cisza trwała tak długo, aż nie postanowiła jej przerwać.
— Mogę się jeszcze przytulić? — spytała w końcu, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Potrzebowała pozwolenia, bo o ile czułości w stanie nietrzeźwości przychodziły jej łatwo, to teraz nie mogła zignorować własnej trzeźwości. W środku cały czas krzyczała, bo... naprawdę się z nim przespała i, o zgrozo, mimo kaca dalej pragnęła czułości. Jednak przepadła dla niego.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— William — zesztywniała z wrażenia. Kocham Cię? Musiał wypowiedzieć to przypadkowo, a jednak poczuła, jak serce zabiło mocniej. Wciągnęła mocno powietrze do płuc, analizując wszystko po kolei. To przypadek. Niezręczność zawisła w powietrzu, a Lotte nie mogła już jej ukrywać — no nie dziwię Ci się, w końcu dałam Ci wodę — próba rozładowania atmosfery była na bardzo niesforna. Wręcz czuła, jak na nowo zaczynała analizować każde jego słowo. Kurna, nie dość, że głowa ją bolała, to Patel nie potrafił odpowiednio układać słów i powodował w jej głowie niepotrzebny chaos — he, he — zaśmiała się sucho, kręcąc przy tym delikatnie głową. Czego się spodziewała? Takie słowa ją zakuły, bo... zależało jej na nim. Przelatywały proste myśli. Pozwoli jej, czy jednak nie? Dlaczego chciała ukryć się w jego ramionach? Ta opcja wydawała się banalna, wręcz naturalna, a nawet teraz nie mogła pozwolić sobie w żaden sposób na słabość.
— Idę — stwierdziła z uśmiechem, gdy ją zaprosił. O ironio, pytała się własnego nemesis, czy mogła się do niego przytulić. Seks był wytłumaczalny, ale gdy wchodziły w grę czułości, wszystko stawało się cięższe. Mimo wszelkich wątpliwości schowała się szczelnie w jego ramionach, próbując przymknąć oczy i zapomnieć o wszystkim, co ją otaczało — nie możesz umrzeć — uniosła głowę, by spojrzeć na niego z poważną miną — oglądamy dziś walenie, przez które chciałeś kogoś pobić — zajebisty powód, by przeżyć jeszcze jeden dzień — miałam dużo planów, ale może... przeleżymy dzień w łóżku i pójdziemy dopiero na obiad, co? — zaproponowała Lotte, bo choć chciała jechać na punkty widokowe, to po ostatniej nocy nie miała na nic sił. Mięśnie odmawiały jej współpracy, żołądek był podobnie pusty jak głowa, a objęcia Patela zapraszały ją do siebie i nie chciała z nich uciekać.
— Głodna — aż z brzucha jej zaburczało głośno, jakby jakiś potwór postanowił właśnie z niego wyjść — chyba wszystko z siebie wczoraj zwróciłam — i to mało powiedziane. Rzygała jak kot. Kłaczek za kłaczkiem, każdy kawałek jedzenia znikał w toalecie, ale zachowała się jak dama. Umyła zęby, wcześniej związała włosy, a teraz zostało umycie się. Ciekawiło ją, czy mógłby umyć się razem z nią. Jak to mówił Charles Boyle: wspólne mycie włosów jest najbardziej intymną rzeczą w związku. Znaczy co? Jakim związku? Żadnego nie było.
— Nie żebyś był jakiś zły czy coś takiego... — jej głos był cichy, ale cały czas nerwowy, jakby bała się wypowiadanych przed samą siebie słów — Udajemy, że tego nie było, czy jak, William? — dla niej seks, nawet po pijaku, miał znaczenie. Domyślała się, co jej powie. Nie ma to żadnego znaczenia i może nie powinna się go doszukiwać.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Mhm, to dzisiaj — powtórzyła za nim, kiwając delikatnie głową. Widocznie dla Patela wieloryby musiały być prawdziwie magicznymi istotami. Zresztą dla Lotty też były jednymi z najbardziej inteligentnych istot na całej planecie, śpiewały własne pieśnie, a każde stado miało inną, wyjątkową pieśń. Przypominały one rodziny, a to fascynowało Kovalski jeszcze bardziej. Nie tylko ludzie potrafili się martwić o swoich — przecież nic złego nie zrobił. Wyciągnął mnie z wody — kanaryjski, palmowy Cassian też o nią zadbał. Dalej zachodziła sobie głowę, dlaczego Patel tak agresywnie się wobec niego zachował. Nie potrafiła połączyć jego agresywnego trybu względem zachowania, które tak dobrze znała. Miała wewnętrzny zgrzyt.
— No to leżymy, dopóki nie pojedziemy do waleni — wymruczała, przymykając delikatnie oczy. Potrzebowała odpłynąć, znaleźć się w innym miejscu, lub jeszcze na kilka godzin zmrużyć oczy, żeby odpłynąć do krainy snu — walenie to nasz dzisiejszy plan — stwierdziła, unosząc kąciki ust. To walenie mogło być dwuznaczne. Z pewnością było, ale jej w żaden sposób to nie przeszkadzało. Nawet odrobinę tego chciała, choć w głowie cały czas powtarzała jedno. Cholerny William Patel i brak obietnicy wierności. Tylko czy mogło ją to dziwić? Jeszcze do niedawna się przecież nienawidzili.
— Mhm — kiwnęła głową, choć program dnia nie grał roli, gdy ją głaskał. Oddawała całą siebie do krainy snów, w której chciała zniknąć na cały dzień — pasuje mi ten plan. Tylko... — coś jej nie grało, tylko jeszcze nie wiedziała, w którym kościele to dzwoniło — odkąd lubisz planowanie? — dopytała wprost, unosząc przy tym jedną ze swoich brwi. Czyżby Williamowi udzieliła się delikatna gorączka planowania? Pewnie ekscytowałaby się tym dłużej, ale to kolejne pytanie. Sama zwątpiła, z jakiego konkretnego powodu je zadała.
— No, bo... — westchnęła cicho, odsuwając się — sam wiesz co... — nic z tego nie będzie. Za to Kovalski nie widziała w nim, o zgrozo, niezobowiązującego kutasa na wakacje — podobało mi się — na twarzy Lotty pojawił się jeden z tych chytrych uśmiechów — i może bym to powtórzyła — ciche niezadowolenie wyrwało się jej z ust. Kiedy Patel odsuwał ją od siebie i powstał. Ból głowy przez moment stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia.
— Ahahahahaha, idę — zaśmiała się Charllote i podniosła się. Stanęła blisko Williama, ujmując jego twarz w dłonie — ale nie rób tak więcej — tak, chodziło jej o włosy. Uważała, że z Patela marna będzie modelka promująca szampony do włosów — nie jesteś seksowny w takim momencie — dała mu buziaka i zniknęła w łazience. Oboje zniknęli. Było w nim gorąco, szyby zaparowały, a choć bardzo chcieli, to oboje byli jeszcze bez sił. Za to było bardzo parno pod prysznicem. Po trzydziestce po nieprzespanej nocy trzeba wpierw nabrać siły. Dlatego znaleźli się na stołówce, by po wielu trudnych bojach z garderobą znów wyglądać matchingowo. Niemcy znów łupali ich wzrokiem. Dziwne, że jeszcze nie pojechali.
— Masz i jedz. Jajecznica postawi Cię na nogi — bez jakiegokolwiek uprzedzenia nakłada mu potrawę na talerz, dokłada bułeczki, masełko, szyneczkę. Obsługuje go prawie jak matka synka — a poza tym... chciałeś robić coś więcej tutaj? Poza wieczną imprezą William? — znaczy no wiedziała, że nic, a jednak ona została, poniekąd jego planem — zaczynać od alkoholu, czy jednak od kawy? — zagadnęła, wpatrując się w stronę automatu — Wybieranie to najtrudniejsza sprawa — zwłaszcza gdy głowa była jak kapusta. Kapusta głowa pusta.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Plany dla Charlotte były seksowne. Aż zaczęła żałować, że nie mogła skosztować go pod prysznicem. Cholera, prosty plan. Spać, jeść, pić, a później wyrwanie się do waleni. Tyle jej wystarczyło by móc faktycznie odpocząć i oderwać myśli od... sam wiesz czego. Nie. Jednak i to się nie udało.
— Sam wiesz co. — powtórzyła poważnym tonem Kovalski, a kącik ust jej drgnął. W myślach zastanawiała się, jak będzie wyglądał ich powrót do rzeczywistości. Jak to było? Czy to co się stało na La Palma, zostaje na La Palma, czy wręcz przeciwnie? Rzeczywistość dawała im sprzeczne sygnały — powtórzymy. — magiczne zaklęcie. Tylko czy było jej to potrzebne? Brak bliskości Williama odczuwała każdą komórką. Dlatego się do niego zbliżyła, poszukując jeszcze odrobiny bliskości. Zaśmiała się. Czyli... podobała mu się?
— Ulalala, czy to komplement z ust samego Williama Patela na mój temat? — usta ułożyły się jej w szerokim uśmiechu, a samej sobie założyła kosmyk włosów za ucho — zaskakujące — dodała cała zadowolona. Po sekundzie byli już razem pod prysznicem.
— Ja zostałam twoim planem? — dopytała z czystej ciekawości. Spotkali się przypadkiem, a później każdą sekundę wyjazdu spędzali razem. Nawet przyjemnie się jej z tego powodu zrobiło na sercu. Potrzebowała tego — to czekam — sama zaczęła jeść jajecznicę i zajadać się nią. Brzuch przyjął ją z nieukrywaną ulgą. Uniosła kieliszek ku górze, by się nim pstryknęli — za nasze wspólne wakacje — bo przecież nie za nas, dodała już w myślach, dodała już w myślach. Czy naprawdę wyjazd mógłby coś między nimi zmienić? Zaczęli rozmawiać, chociaż dalej się kłócili, a między nimi pojawiały się delikatne zgrzyty.
— Za dwa dni, a ty? — dopytała, unosząc jedną brew. W żołądku coś ją ścisnęło. Nie było to spowodowane jedzeniem, bardziej lękiem o niego. Poradziłby sobie tu bez niej? Pewnie tak i przeruchałby jakąś inną kanaryjską czikę. Aż miała ochotę zrzygać wszystko, co miała w brzuchu — wylatuję z samego rana o 6:00. Dziś, jutro i koniec palmowej zabawy — dzisiaj, jutro i koniec. W ciszy zjadła resztę śniadania — chodźmy z powrotem do łóżka — faktycznie, wrócili. Przeleżeli cały poranek i odrobinę popołudnia, wracając do stołówki jedynie po alkohol i jeszcze większą ilość żarcia. Minęły godziny, aż wybiła godzina W. Godzina Walenia. Czekała na nich taksówka, zabierająca ich wprost do portu, skąd mieli udać się na obserwacje wielorybów na pełnym morzu.
Zaraz pojawił się widok pięknego jachtu turystycznego ze szklaną podłogą, drink barem oraz wszystkim, co mogliby sobie wymarzyć. Kameralny rejs z kolacją, oglądaniem zachodu słońca. Brzmiało, jak idealna przygoda życia.
— Chodź — zawołała, wyciągając w jego stronę dłoń. Chwilę rozmawiała jeszcze z kapitanem, by później poprawić Patela wgłąb statku — tam jest drink bar, a tam mamy nasz stolik do obserwowania — zaciągnęła się morskim powietrzem. Lada chwila i będą mogli odpływać w siną dal — nie masz choroby morskiej, co? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko, by usiąść przy stoliku — jesteś trochę jak taka ryba we wodzie — i zawiesiła się....
Czy ona właśnie widziała za Williamem Państwa Patel?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— W takim razie mam wysoko postawioną poprzeczkę na ostatnie półtora dnia — samej sobie chciała teraz udowodnić, że była idealną planerką. Każdy szczegół mogła mieć zaplanowany i przypięty na ostatni guzik. Z drugiej strony Patel wyglądał na zadowolonego, a serce biło jej odrobinę szybciej na samą myśl, że... była powodem uśmiechu na jego twarzy — eh, szkoda. Moglibyśmy wrócić razem — wymruczała lekko niezadowolona. Spędzanie w samotności godzin w samolocie nie przychodziło łatwo. Wolałaby móc wtulić się w jego ramionach i poudawać, że wyspa nie kończyła się wraz z powrotem. Tyle że skończy się. Zdawała sobie z tego sprawę doskonale. Wróci Toronto, to wrócą razem z nim problemy.
— Tak, trochę luksusowo, ale za pensje prawniczą trzeba balować — zaśmiała się, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho — przejmujesz się tym? — dopytała, spoglądając na przeszkloną podłogę. Nie wyobrażała sobie takiej sytuacji. Technologia poszła dawno do przodu, a nie po to płaciła krocie, by zabrali ich jakimś dziadowskim statkiem. Tego szkła nie przebiłaby kula od pistoletu, czy szczęki rekina. Byli bezpieczni, a choć mogłaby się wdać w to przedziwne analizowanie Williama, to nie była w stanie.
— No nie wierzę — wymruczała, widząc, jak kopia pani Patel podąża w ich stronę. Z otwartą buzią spoglądała to na jedno, to na drugie, a przez jej ciało przechodziły ciarki. Kurna, nie była w stanie tego zrozumieć. Nabrała powietrza do płuc, uszczypnęła się i cholera to nie był sen. Widzieli Peach, Clyde, Cassiana i przyjaciela Patela, a teraz jego rodziców. Ktoś musiał ich nagrywać i robić z ich życia jakiś przedziwny paradokument.
— Masz mój telefon — podała mu z odpaloną twarzoksiążką, po czym spojrzała na klona własnego idola — bonjour — skwitowała krótko i w duchu dziękowała ojcu za lekcje języka francuskiego. Nigdy nie spodziewałaby się, że przyda się jej właśnie do tego.
— Nie wierzę, wygląda jak ja, amor — krzyknęła kobieta, wystukując paznokciem w ekran — faktycznie — cóż, kopia Franklina pozostawała tak samo rozmowna jak on. Lotte uśmiech nie schodził z twarzy. Może powinna zrobić im wspólne, rodzinne zdjęcie? Anabelle na pewno byłaby przeszczęśliwa, oglądając je w Toronto.
— To jego mama, pokaż mu lepiej tatę — zarządziła Charlotte. Ciekawiło ją, jak facet zareaguje, wiedząc, że miał nie tylko młodszą kopię, ale tez pełnoprawną w Kanadzie — co państwa tu? — zaczęła Lotte, ale kobieta przerwała jej gestem dłoni — żadni państwo. Bella oraz Franklin — i to dopiero były jaja. Otworzyła szeroko usta, marszcząc przy tym brwi. ALE JAJA! Aż się podpaliła cała w środku, choć wyglądała, jakby właśnie ją zamurowało.
— Nie wierzę — wymruczała Charlotte, unosząc obie brwi ku górze. Nie dość, że wyglądali identycznie jak Państwo Patel, to mieli praktycznie te same imiona. Serce zabiło jej zdecydowanie szybciej, bo nie tego się spodziewała.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski