Lucas uwielbiał
gadać.
Gadać, żeby się ugadać, czasami, żeby po prostu popierdolić, jeszcze w innych przypadkach, żeby zagadać swojego rozmówcę, a jeszcze innymi razy — jak w przypadku obecności Indie Caldwell — gadał, bo lubił. Lubił ją zaczepiać, lubił podsycać ten
żar, który płynął w jej żyłach, tuż pod skórą, osiągać stan, w którym do niego bluźniła i z uśmiechem na ustach sprzedawała mu bezpieczne dla człowieka uderzenia w ramię, wraz z
ogarnij się, Miller na ustach. Naturalnym więc było, że kiedy tylko to się stało przy strzelnicy, na której Lucas
roz-je-bał, uśmiechnął się szeroko i spojrzał na nią z góry.
—
Pierdolnij mocniej — skwitował zadowolony, wyciskając dumnie pierś do przodu. —
I najlepiej to celuj w głowe, może w końcu mi się tam coś poprzestawia —
i przestaniesz mi się tak bardzo podobać. Wyszczerzył się, oddając strzeble pracownikowi stoiska. Strzał Indie był tak marny, że nie przysługiwała za niego żadna nagroda, natomiast Lucas za dwoje
dwa na trzy celne strzały otrzymał możliwość wybrania breloczka.
Wszystkie były obrzydliwe i krzywe, wyglądały jakby komuś skończyły się pomysły na prezenty, więc zamówił hurtem jakiś
suprise box pack z Temu i teraz rozdawał za marne wyniki. Nie miał pojęcia, ile tak ślęczał nad ladą, zastanawiając się, który w końcu wybrać, ale Caldwell jut zdążyła cztery razy go ponaglić. W końcu zdecydować się na głowę psa, który chyba miał być mopsem ale jedno dodatkowe oko wydrukowało się zamiast nosa i finalnie wyglądał jak cykop.
—
To dla ciebie — podbiegł bliżej i zaprezentował swoją zdobycz Indie, podczas gdy nogi kierowały ich już na łowienie rybek stoisko obok. Wręczył jej breloczek prosto do ręki. —
Trochę podobny do mnie, to żebyś wiesz, miała mnie blisko — zaprezentował jej swoje rozumowanie, sugerując, że sam wyglądał jak średniej jakości pierdoła z Temu, ale co tam! Mieli przecież ważniejsze rzeczy, niż dyskutowanie na temat breloczków, bo czekała ich już kolejna konkurencja.
Miller złapał za kija od wędki i ustawił się przy odpowiedniej beczce, gdzie pływały plastikowe rekinki. Nie wróżył sobie świetnej przyszłości jako master wędki, chociaż już na starcie jakoś tam machnął tym gównem, że od razu przyczepiły mu się od niej dwa rekinki. Był to tak wielki fart, że dobrze, że Caldwell nie widziała, bo jeszcze zgłosiłaby go do dyskwalifikacji. Zaraz zresztą klepnęła go po ramieniu, a biedny Miller był przykonany, że to dlatego, więc podskoczył energicznie. Całe szczęście chodziło tylko o żarcik. Genialny swoje drogą.
—
Twoje poczucie humoru mnie rozbraja, Caldwell — oznajmił, śmiejąc się i kręcąc głową z niedowierzaniem. —
Trupa byś nawet rozbawiła — albo przegoniła, wszystko zależałoby od tego, jak dobrze przyjmowali suchary. —
Ale nie myśl, że mnie tym rozproszysz. Patrz lepiej na swoje rekinki, bo ci spierdalają — gestem głowy wskazał w kierunku jej beczki. Wszystkie rybki były jak najdalej się dało od wędki, którą trzymała. W finalnym rozrachunku również było to widać, biorąc pod uwagę, że Lucas zebrał aż 6, a Indie…
—
NIC NIE MASZ? — ryknął śmiechem głośnym i donośnym, do tego stopnia, że ludzie popatrzyli się na niego krzywo. —
A mówiłem że ci tyłu zabraknie? — powiedział i…. Zmierzwił jej włosy. W pełni świadomie zdając sobie sprawę z tego, że to pewnie będzie jego koniec. Nie dość, że się z niej naśmiewał, to jeszcze zaczepiał. Ale co poradzić? Lubił być blisko niej, czuć jej skórę pod opuszkami i znajomy zapach perfum.
—
Jaka przerwa? Ja jestem w gazie — pokręcił głową, a następnie zaczął skakać dookoła niej, wybijając się lekko na palcach. —
Rozjebałbym cię teraz w każdej możliwej kategorii — nawet wystawił palec przed siebie i zaczął jej wyliczać, na których stoiskach nie miałaby z nim
s z a n s. Przestał dopiero, kiedy potrzebował wyciągnąć szluga z kieszeni.
Przycupnął na pierwszym, lepszym murku z filtrem w zębach, poklepując miejsce obok siebie, żeby Caldwell do niego dołączyła.
—
Słuchaj no… — zaczął już nieco bardziej serio, przypominając sobie ich rozmowę z pociągu. —
Dzisiaj jest twój dzień, a ja jestem twoim sługusem — w jego głosie było słychać rozbawienie, ale również pełną
teatralną powagę. Aż zeskoczył z murku z pętem w zębach i stanął przed nią, wciskając się między jej nogi. —
Robimy co tylko chcesz — przypomniał, opierając ręce po obu stronach i nachylając się lekko w jej stronę. Tylko na chwilę, bo zaraz prawą musiał podnieść do fajki, żeby się nie udusić. —
więc your call, Caldwell. O mnie za mnie, możemy iść od razu się zjarać na diabelski młyn.
your call, Caldwell ⋆‧°𓏲ּ𝄢