ODPOWIEDZ
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kobiety.

Na co komu te cholerne kobiety? Nic, tylko mieszają w głowie, powodują uścisk w klatce piersiowej tak niekomfortowy, że aż chce się zejść na zawał. Nie to co dym papierosowy, który rozkosznie rozchodzi się po płucach, dając prawie to wrażenie, jakby dostawało się ciepłe, delikatne przytulenie od najbliższej osoby, a nie rozprowadzało truciznę po organizmie. Marshall nie ogarniał tych uczuć, tego dziwnego poczucia... co to do cholery było? Ach, motylki w brzuchu. Z jednej strony nie mógł przestać myśleć o tej baletnicy, dla której nawet porwał się na romantyczny gest, z drugiej wiła mu się w myślach ta rudowłosa kobieta, która, well, she was a good fuck, alright? Coś w nich obu było takiego, że zabierały całą przestrzeń, jaką miał w głowie, i nie potrafił skupić się na niczym innym. Przechadzał się po Toronto, z laską przy nodze, próbując się uspokoić i jakoś przestać zaprzątać sobie tym głowę. Po prostu się dzisiaj napije, posłucha muzyki, o. To był plan.

Kap. Kap. Kap.

Z każdym krokiem ulewa tylko się nasilała, a on, na dobrą sprawę, z tą laską nie miał gdzie uciec. Rozejrzał się i zauważył jakiś pensjonat. Dobra, najlepsze wyjście. Może jak przenocuje gdzieś poza domem, to będzie mu się lepiej spało i nie będzie sobie nimi aż tak zaprzątał głowy. Check-in poszedł bardzo szybko. W mgnieniu oka miał już pokój hotelowy. Zrzucił z siebie płaszcz, buty, podszedł do okna, bo zajebiście lubił zapach deszczu, i uchylił je na oścież. Jak na złość właśnie przestało padać. No to ten. Fuckers.
Odwrócił się, odpalił telewizor, zalogował się na swoim Spotify, zaczął randomowo przeskakiwać po piosenkach i w końcu wcisnął swoją playlistę starych hitów. 99 Red Balloons Neny rozbrzmiało głośno po pokoju. Podgłośnił na maksa, zagłuszając własne myśli. Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni spodni, odpalił jednego i wsunął sobie do ust, po czym skierował się do barku w pokoju. Otworzył go i wyciągnął butelkę whisky i, trzymając ją w dłoni, zaciskał zębami papierosa, żeby nie wyleciał. Mocniej oparł się na lasce i podszedł do okna, gdzie rozsiadł się na wielkim parapecie tak, że jedna noga zwisała na zewnątrz, a druga zostawała w środku. Swoją drogą, zajebiste okiennice, skoro w ogóle mógł tak usiąść. Oparł się wygodnie o ścianę, czując przyjemny powiew powietrza. Wsunął butelkę whisky między nogi, otworzył ją, zaciągnął się petem, a chwilę później upił porządny łyk złotego trunku.

Nawet nie zdążyło dojść do refrenu, a już słyszał walenie do drzwi, które i tak zignorował. Momentalnie chwilę później prawie dostał zawału, bo jakiś kutas wydarł się na niego przez okno obok. - Kurwa stary, tutaj się własnych myśli słyszeć nie da, ścisz to gówno! - Caspian tylko prychnął i odpowiedział,- O to właśnie chodzi! Typek wyraźnie nie był zadowolony jego odpowiedzią bo tylko odkrzynął - Kontaktuje się z obsługą, składam skargę! - Marshall uśmiechnął się tylko pod nosem i rzucił zimnym - Oh, fuck off. - Wzruszył ramionami, wyraźnie niezadowolony, że jakieś niewychowane świnie nie pozwoliły mu doliczyć do tych dziewięćdziesięciu dziewięciu jebanych balonów.

Leo Rosenhall
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak, kobiety. Co on, do cholery, sobie myślał? W głowie wciąż słyszał rytmiczną muzykę z kasyna, a przed oczami miał te przeklęte neony, w świetle których… wydarzyły się TE wszystkie rzeczy. Wszystko przez whisky i jej meksykański akcent! Kurwa, to miała być jedna niezobowiązująca noc, w końcu co się dzieje w Vegas, to zostaje w Vegas, tak sobie powtarzał, tak? Tymczasem wrócił do domu z niesamowitym kacem i… z żoną, która nie tylko nie była chętna do rozwodu, ale też obwieściła wszem i wobec, że jest w ciąży. No i co miał teraz zrobić? Siedział w swoim biurze w pensjonacie, przeglądając opinie od klientów i kolejne rezerwacje, no i nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić. Przecież nie mógł wyrzucić kobiety w ciąży na bruk. No ale nie wiedział, czy chciał tworzyć z nią małżeństwo, bo znał ją ledwie kilka godzin, gdy powiedzieli sobie sakramentalne tak w obskurnej kapliczce w Vegas. Jezu, on praktycznie wcale jej nie znał. Przetarł twarz dłońmi. Boże. Jezu. Święta Maryjo. Dlaczego nagle stał się taki religijny? Jezu, czy on naprawdę wziął ślub z kobietą, którą znał kilka godzin, bo obciągnęła mu jak gwiazdka porno? Boże. Jaki wstyd. Ciary żenady. Nie no, Leo, idziesz do domu. No i pewnie dalej by siedział przy biurku i użalał się nad swoim losem, gdyby nie rozdzwonił się hotelowy telefon. Przekręcił oczami - przecież jasno i wyraźnie poprosił, aby nikt mu nie przeszkadzał. - Tak, słucham? - warknął do słuchawki, nie kryjąc irytacji.

- Panie Rosenhall, przepraszam, że przeszkadzam, ale mamy problem w trzynastce - głos recepcjonistki był cichy i wyraźnie zestresowany. - Gość puścił muzykę tak głośno, że klienci z całego piętra dzwonią ze skargami. Próbowaliśmy pukać i dzwonić na numer wewnętrzny, ale on nas po prostu ignoruje. Albo wyzywa przez zamknięte drzwi. Czy mógłby pan... interweniować? - dziewczyna zamilkła.

Leo westchnął ciężko i potarł nasadę nosa. No tak, brakowało mu jeszcze użerania się z pijanym turystą. Może też dopiero co wrócił z Vegas, nie ma co. - No dobrze, już idę. Zajmij się resztą gości i przeproś ich w moim imieniu - westchnął, po czym odłożył słuchawkę. Nie wstał od razu, bo mu się nie chciało, miał własne problemy na głowie. A tak w ogóle to może powinien uciec do Meksyku Gwatemali i udawać, że przestał istnieć. Po kilku minutach wstał i ruszył schodami na piętro. Już na korytarzu słyszał dudnienie basu i przebijające przez drzwi słowa piosenki. NINETY NINE RED BALLOONS, FLOATING IN THE SUMMER SKY. PANIC BELLS, IT’S RED ALERT. THERE’S SOMETHING HERE FROM SOMEWHERE ELSE. Cholerne balony Neny. Znowu przekręcił oczami. Uniósł dłoń i załomotał w drzwi, nie bawiąc się w uprzejmości. - Otwieraj te drzwi, albo wejdę z zapasowym kluczem i wyrzucę cię stąd razem z głośnikiem! - zawołał, bo po prostu skończyła się jego cierpliwość. Oj, miał dziś zły dzień. Bardzo zły dzień. Kiedy drzwi w końcu się uchyliły, a ze środka buchnął gęsty dym papierosowy, Leo już miał przygotowaną wiązankę, ale… słowa utknęły mu w ustach, gdy tylko rozpoznał twarz przybysza. - Marshall? - wyrzucił z siebie po kilku chwilach milczenia. - Musisz robić chlew akurat u mnie? - dodał i zmarszczył brwi, po czym chwycił pilot i ściszył muzykę. No i stał tak na środku, gapiąc się na kumpla, którego nie widział pewnie.. z dwa lata, ale nagle poczuł dziwną ulgę? Widok mordy starego przyjaciela w obliczu ostatnich wydarzeń (przypominam, że chodzi o żonę Meksykankę i wizję dziecka w drodze) był jak gwiazdka z nieba. - CASSS, CASS, CASSIEEE - zawołał w końcu z ogromnym szczęściem i radością wypisanymi na ryju, po czym rozłożył ramiona, żeby porwać kumpla w prawdziwy, męski uścisk, jak za starych dobrych czasów!

𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒 𝑐𝑎𝑠𝑝𝑖𝑎𝑛
isiek
wszystko do uzgodnienia
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co to za pensjonat do siedmiu boleści? Miał doznać tutaj jakiegoś relaksu, spędzić przyzwoicie czas, tak żeby potem chcieć wrócić, zostawić pięć gwiazdek na Trustpilocie i rzucić znajomym parę ciepłych słów o tym całym The Rose Garden Inn, a tymczasem co dostaje? Darcie się dobiegające z drugiego pokoju, niezbyt dobre nagłośnienie z telewizora i jeszcze ten fakt, że po prostu miał chujowy dzień, więc wszystko, dosłownie wszystko, co tego dnia nie szło po jego myśli, zwalał właśnie na ten pierdolony pensjonat. Bo to na niego trafił, kiedy zaczęło padać. To na jego widok prychnął pod nosem, myśląc o tych wszystkich niefortunnych zbiegach okoliczności i o samym fakcie, że nie mógł przestać myśleć o tych cholernych dziewuchach. No zabijcie mnie. Jęknął pod nosem do siebie, zmęczony, i przewrócił oczami, gdy usłyszał walenie do drzwi.- Fottutamente fantastico, cazzo, fottutamente fantastico - rzucił po włosku, zsuwając się z parapetu.

Szybko dopalił papierosa i wyrzucił go za okno, pstrykając niedopałkiem palcem. Potem chwycił swoją laskę, w ogóle nie przejmując się ściszeniem telewizora, no bo co mu zrobią? Wywalą go? A nawet jeśli, to nie zapłaci za noc, ha. Doczłapał się do drzwi i wyrzucił z siebie, - Otwieraaam, otwieeraaam... - Przeciągnął to specjalnie, po czym chwycił za klamkę. Już myślał, że ujrzy jakiegoś grubego łysego typa albo ziomka wyglądającego jak wujek Vernon z Harry’ego Pottera, kiedy jego oczom ukazał się... Rosenhall. Zmrużył oczy, odsuwając lekko twarz, jakby naprawdę nie dowierzał. Czy to był jakiś pierdolony żart? Co on, do cholery, tutaj robił? - Rosenhall? - powtórzył, odwzajemniając to samo pytanie, które jego przyjaciel sprzed lat najwyraźniej też miał właśnie w głowie. Wpuścił go do środka, nawet nie wiedząc do końca, co ma zrobić. Przez moment przemknęło mu przez głowę jakieś obce, niewygodne uczucie w stylu... ups, chyba zjebałem. Ale to nie było w jego stylu, więc szybko mu przeszło.

Przyglądał się, jak tamten ścisza muzykę. Położył dłoń na drzwiach i zamknął je za nimi, poprawił laskę w dłoni i podszedł do niego, prychając pod nosem. - Leo Rosenhall, jak zwykle niszczyciel przedniej zabawy. - Przewrócił oczami, ale zaraz urwał, marszcząc brwi. - Poza tym nie wiedziałem, że to twooo... - Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia, aż laska wypadła mu z ręki i uderzyła o podłogę. Parsknął śmiechem. - Wow, wow... ktoś ci umarł, stary? - Zaśmiał się pod nosem, ale chwilę później jego spięta mowa ciała chwilę później trochę się rozluźniła. Poklepał kumpla po plecach i przyciągnął go do siebie w krótkim uścisku. Po tym jakże romantycznym momencie schylił się po laskę, poprawił ją i ruszył z powrotem w stronę parapetu. Wysunął papierosa z paczki, wsunął go sobie do ust i spojrzał na niego kątem oka. - Palisz? - zapytał, a potem zaraz dodał, - Czy nie palisz? Czy czekaj... mam zakaz i nie mogę? - Uniósł brew, rozbawiony absurdem całej tej sytuacji. Nie czekając na odpowiedź, oparł się tyłkiem o parapet, odpalił zapalniczkę i zapalił fajkę, zaciągając się porządnie. - To co tam, różyczko? Co się u ciebie zmieniło odkąd ostatni raz widzieliśmy się na jednym z twoich grand prix dwa lata temu?

🌹
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Leo Rosenhall, jak zwykle niszczyciel przedniej zabawy. Wypuścił przyjaciela z objęć i posłał mu szeroki uśmiech. Miło było zobaczyć tego powsinogę Marshalla po tylu latach. Nic się nie zmienił - to samo dziarskie spojrzenie, ten sam skrzywiony wyraz twarzy. - Odziedziczyłem ten pensjonat w spadku po ciotce, no i… - zawiesił głos i zerknął na laskę, którą Caspian właśnie podniósł z podłogi. Zmarszczył brwi. Wyglądało na to, że w tym pomieszczeniu Leo nie był jedyną pokiereszowaną osobą. Co mu się stało? - No i chyba jedziemy na tym samym wózku, Marshall - dokończył, wskazując najpierw na jego nogę, a potem na swoją. Normalnie dajmy im chwilę i zaraz będą stać jak dwa Spidermany, wskazując na swoje nogi i mierząc się wzrokiem. Ktoś ci umarł, stary? Leo żachnął się i machnął ręką. - Wręcz przeciwnie, podobno będę… yyy… ojcem - wypalił wesoło, ale niemal od razu po wypowiedzeniu tych słów mina mu zrzedła. Pierwszy raz użył słowa "ojciec" i było mu z tym… dziwnie. Leo? Ojcem? Nah. - Hm… ojcem… - powtórzył, jakby chciał sprawdzić, czy za drugim razem to słowo nie wywoła u niego ataku paniki. Nie wywołało, ale przyniosło za to całą lawinę uczuć, których nie rozumiał. Był to skok na głęboką wodę? Zdecydowanie. Ledwo ogarniał własne życie, a teraz miał być odpowiedzialny za małego człowieka? Za istotę, która będzie miała jego oczy, albo - co gorsza - temperament Luny? Na samą myśl o tym, że po świecie może biegać mała kopia tej meksykańskiej wariatki, Leo poczuł jednocześnie przerażenie i… i… dziwne ciepło? Logika podpowiadała mu, że to była katastrofa, ale instynkt już budował dookoła pensjonatu schron przeciwlotniczy, żeby maleństwu - teraz w rozmiarze… yyy… planktonu? - nic się nie stało. Wyglądało na to, że gdzieś wewnętrznie Leo chciał mieć dziecko, jednak nie był przygotowany, że stanie się to tak szybko. Może gdyby znalazł żonę w inny sposób to lepiej zniósłby tę informację, no bo wszystko odbyłoby się po kolei, po bożemu?

Palisz? - A daj, zapalę z tobą, bo nie wytrzymam - rzucił, po czym poczęstował się papierosem i nachylił się nad zapalniczką kumpla, żeby mu odpalił faję. Usadowił się wygodnie obok Caspiana na parapecie i zaciągnął dymem w zadumie. Pojebane to wszystko było. Posłał Marshallowi spojrzenie, gdy spytał, co u niego słychać. No cóż, lepiej, żeby mieli tę rozmowę za sobą. - Siedzisz? Zajebiście. Cóż, Grand Prix to już dla mnie prehistoria, Marshall. Od tamtej pory sporo się "pogięło". Dosłownie i w przenośni - wskazał podbródkiem na swoją nogę. Nie lubił wracać do tematu wypadku, ale MUS TO MUS, przecież nie będzie czegoś takiego przed nim ukrywał, to była dość publiczna informacja. A poza tym Rosenhall i Marshall spędzili razem sporo czasu za granicą, głównie we Włoszech, wymykając się nocami na potajemne picie dziwnych trunków, a jak powszechnie wiadomo, jest to jeden z najlepszych sposobów na zyskanie nowego przyjaciela. - Cud, że mnie wyciągnęli. Lekarze powiedzieli: "Ciesz się, że żyjesz, Leo". No to się cieszę. Tak się, kurwa, cieszę, że od tygodnia mam żonę, stary - dodał, po czym wybuchnął histerycznym śmiechem. Nie no, pojebało go, co on zrobił najlepszego? Od dwóch lat jego życie przypominało równię pochyłą. Wypadek. Pensjonat. Siedzenie w jednym miejscu zamiast gromadzącego się pod skórą uczucia adrenaliny. Vegas. Żona z Vegas. Dziecko z Vegas. No debil. Pokręcił głową z niedowierzaniem i znów zaciągnął się papierosem. - Dobra, dość o moich katastrofach - posłał Marshallowi badawcze spojrzenie. - Gadaj, co u ciebie, zanim zacznę opowiadać ci o tym, jak Luna próbuje mi wywróżyć przyszłość z fusów po kawie - powiedział. - Luna, moja żona w sensie - dodał, a zaraz go olśniło. - Wolisz się przejść do mojego gabinetu? Mam tam jakieś whisky - zaproponował. W sumie to by mu się przydała szklaneczka. Albo dwie.

𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒 𝑐𝑎𝑠𝑝𝑖𝑎𝑛
isiek
wszystko do uzgodnienia
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spotkanie go po latach było dosłownie strzałem w dziesiątkę. Caspian miał ostatnio wrażenie, że na jego drodze pojawia się zaskakująco wielu ludzi, którzy w taki czy inny sposób odcisnęli na nim ślad, stworzyli jakąś część jego historii. Z Leo miał masę świetnych wspomnień. Był jego partnerem in crime. Pomiędzy treningami i kolejnymi grand prix, ilekroć tylko Rosie miał chwilę, knuli coś na tyle odchylonego albo złośliwego, że sam do dziś był w szoku, że wychodzili z tego w jednym kawałku. No, może poza tym jednym razem, kiedy dali łapówkę gliniarzowi po tym, jak zapierdalali autostradą zdecydowanie za szybko. Ale sława Rosenhalla zaczynała już wtedy odbijać się echem po telewizorach kanadyjskich domów, więc jakoś się z tego wywinęli. Sam fakt, że jego stary kumpel odziedziczył pensjonat i teraz bawił się w biznesmena, był już wystarczająco absurdalny. A potem zrobiło się jeszcze ciekawiej.

Caspian zsunął wzrok na nogę, którą Rosenhall wskazał niemal nieśmiało, i od razu zacisnął szczękę. No kurwa, pięknie. Twins. W innych okolicznościach może nawet by się z tego ucieszył, ale nie z czegoś takiego. Przejechał dłonią po twarzy. - Cholera, stary…- Nie bardzo wiedział, co właściwie powinien mu powiedzieć, skoro sam nadal próbował pogodzić się z faktem, że już nigdy nie będzie funkcjonował tak jak jeszcze osiem miesięcy temu. No ale nawet to nie tłumaczyło, dlaczego Rosenhall wyglądał, jakby zobaczył ducha. Na szczęście nie kazał Marshallowi długo czekać, bo chwilę później po prostu wyjawił, że będzie ojcem. Co tam. Pikuś. Tylko że... chwila. Ojcem? Caspian zamrugał kilka razy, jakby to miało nagle poprawić mu słuch. Nie miało to żadnego sensu, ale był w takim szoku, że mózg chyba sam próbował się ratować. Rosie. Ojcem. - Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - rzucił, rozglądając się dookoła.- Czy to jest jakiś Truman Show? Zaraz ktoś wyskoczy na mnie z kamerą? Albo powie, że zostałem właśnie wkręcony? You’ve been punked? - Zaśmiał się i klepnął go po ramieniu. - Jeżeli tak, to gratuluję, udało ci się. A jeżeli nie... to nie wiedziałem, że w ogóle starałeś się o rodzinę. Chyba dużo mnie ominęło.

Oparł się o parapet i usiadł na nim, bo od tych wszystkich informacji dosłownie zaczynało mu się kręcić w głowie. Wyciągnął zapalniczkę i odpalił papierosa dla Leo. Serio, już chyba niczym innym nie byłby w stanie go zaskoczyć. No nie? Słuchał go uważnie, czując, jak klatka piersiowa zaciska mu się w nieprzyjemny sposób. Wiedział, ile Formuła 1 znaczyła dla Rosenhalla. Przecież trenował praktycznie całe życie po to, żeby być najlepszym, żeby wygrywać, żeby coś znaczyć. A teraz taka katastrofa. Spuścił na moment wzrok, zaciągnął się dymem, po czym wypuścił go powoli i zerknął na niego znowu. - Przykro mi, Rosie. - Wyciągnął dłoń i poklepał go po ramieniu. Dobra, to chyba tyle z atrakcji na dzisiaj, co nie? Już niczym go raczej nie zaskoczy. Taką przynajmniej miał nadzieję. I oczywiście nie mógł się bardziej mylić. Zaciągnął się papierosem i omal się nie zachłysnął, kiedy usłyszał, że Leo miał żonę. Od t y g o d n i a. Caspian odwrócił się tak gwałtownie, że niemal zwisał pół tułowia przez okno, kaszląc jak pojebany. Co do kurwy nędzy? - Że co?! - Wysyczał to przez zęby, a po kilku dłuższych chwilach wyprostował się i spojrzał na niego z niedowierzaniem. Wsunął papierosa między usta, żeby nie wypadł, po czym złapał Leo obiema dłońmi za twarz, poklepał go otwartą dłonią po policzku, a zaraz potem przyłożył odwrotną stronę dłoni do jego czoła. - Hm. - Mruknął, po czym znowu chwycił papierosa między palce, zaciągnął się i wychylił przez okno, żeby strzepnąć popiół na zewnątrz. Kiedy znów spojrzał na Rosenhalla i stanął prosto przed nim. - Czy ciebie do reszty popierdoliło, Rosenhall?!

Podniósł głos, bo naprawdę próbował znaleźć w tym wszystkim choćby odrobinę logiki. - Nie mów mi tylko, że zakochałeś się w niej od pierwszego wejrzenia. Albo że uwierzyłeś, że jest z tobą w ciąży po jednym nic nieznaczącym numerku. - Prychnął, bo wyrzucał z siebie wszystko, co przychodziło mu do głowy jako jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie. No bo co do chuja pana. Chwycił laskę i podszedł, lekko kuśtykając, do drzwi, po czym obrócił się jeszcze przez ramię. - Bo jeżeli to drugie... to serio, stary, twoje plemniki można porównać do tych pierdolonych bolidów, którymi jeździłeś. - Pokiwał głową z absolutnym niedowierzaniem. - Powinienem sobie zrobić selfie z biologicznym cudem. Sam Jezus mógłby ci koła czyścić.- Złapał za klamkę i wszedł już w połowie na korytarz, - Chodźmy po tę whisky, bo nie wiem, jak przeżyję tę opowieść... o twojej… - Przełknął ślinę. - Żonie.

🌹
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O tak, mieli ze sobą masę świetnych wspomnień. Caspian był osobą, której potrafiła sprawić, że Leo wszystkim głupim pomysłom mówił "ZDECYDOWANIE TAK" i nie czuł wyrzutów sumienia, gdy zaczynał rozrabiać. Pamiętał każdą zarwaną noc, każdy mandat i każdą absurdalną sytuację, w jakiej się znaleźli - na przykład wtedy, gdy Caspian założył się z Leo, że nie odważy się wejść na konferencję prasową w kasku pomalowanym w różowe kucyki, jeśli przegra partię bilarda. No i Leo przegrał, kask założył, a potem tłumaczył się sponsorom, że to taka akcja charytatywna. Początkowo nikt mu w to nie uwierzył, ale później został wypuszczony limitowany merch z różowymi kucykami (XD), więc koniec końców, każdy był zadowolony, nie? Każdy swoje zarobił, a Leo i Caspian jeszcze wiele dni wspominali różowe kucyki, zastanawiali się nawet nad takim tatuażem na pośladku, ale pomysł zginął pośród innych, też tak samo zajebistych.

Oj, Leo widział ten wzrok skierowany na jego nogę, pokiwał więc głową, mruknął ledwo słyszalne "Yup" pod nosem i dalej kiwał głową, próbując przyswoić wszystkie informacje - jakie było prawdopodobieństwo, że obaj skończą z uszkodzonymi kończynami w podobnym okresie? Bliskie zeru, nie? Normalnie przeznaczenie. Powinni teraz zacząć chodzić na spotkania dla weteranów wojennych w kościele, no i o ile Marshall tam pasował, to Leonidas niekoniecznie, ale hej, nieraz wbijali na spotkania nieprzeznaczone dla nich, więc... mogłoby być zabawnie, mogliby kiedyś spróbować i wymyślić ckliwą gejowską historię o ratowaniu siebie nawzajem. W sumie - ten ratunek przydałby się również teraz, ratunek od żony i dziecka, Caspian powinien go wywieźć na wieś, żeby wszystko sobie przemyślał, bo mózg mu nie nadążał z przetwarzaniem informacji. - Nie żartuję, stary, mówię poważnie - znów pokiwał głową, yup, yup. Postanowił dać Marshallowi chwilę, bo najwyraźniej ich mózgi były bardzo podobne i oboje mieli problemy z szybkim myśleniem, no cóż. - Stary, też bym chciał, żeby wbiło tu zaraz BBC albo CTV, ale to jest prawda, najprawdziwsza, najprawdzituwieńka prawda - znów pokiwał głową. Tyle razy już kiwał tą głową, że pewnie przypominał jamnika w hawajskim przebraniu, który znajdował się na samochodowej desce rozdzielczej połowy Amerykanów.

No i siedzieli obok siebie na tym parapecie i palili w ciszy papierosy, a Leo to nawet co jakiś czas wzdychał, zupełnie jakby mieli nie po niecałe trzydzieści, ale sześćdziesiąt lat, no i wspominali całe minione życie przed szykowaniem się do sanatorium... Taka katastrofa, marzenia przekreślone, emerytura w wieku lat dwudziestu ośmiu i dwudziestu dziewięciu. No, prawie, bo ciotka wcisnęła Leo ten pensjonacik, żeby mu się nie nudziło. - Mi też przykro, ale cóż, już się przyzwyczaiłem, że to koniec mojej kariery. Twojej też? - spytał i wskazał ręką na nogę Caspiana, bo dalej nie znał jego historii, a bardzo chciał ją poznać. No i akurat się zaciągał papierosem, kiedy Marshall zerwał się na (nie)równe nogi i poklepał go po policzku, przez co dym tak zabawnie partiami wylatywał z ust Leo, przez co otworzył oczy ze zdziwienia, a na dokładkę jeszcze Marshall zaczął mierzyć mu temperaturę, lololol. Może obaj zachorują na malarię i umrą, a potem zostaną pochowani obok siebie? Byłoby mega romantycznie. Czy ciebie do reszty popierdoliło, Rosenhall?! Leo otworzył usta ze zdziwienia i wlepił wzrok w przyjaciela. - No ale... ale... No bo słuchaj, ty nic nie rozumiesz - zaczął Leo, kiedy Caspian w końcu dał mu dojść do głosu, okej. - Upiliśmy się, uprawialiśmy seks, potem ona powiedziała coś w stylu, że... Leo... - urwał dramatycznie, naśladując głos Luny. - ... mogłabym się z tobą kochać do końca życia... A ja na to, że... Luna... - znów urwał głos dramatycznie i położył wolną dłoń na ramieniu Marshalla. - ... to róbmy to do końca życia... No i... Elvis udzielił nam ślubu - wytłumaczył. Niby powinno mu być głupio, ale sytuacja była tak absurdalna, że zaczął nerwowo chichotać pod nosem.

Cóż, a z tą ciążą to podejrzana sprawa, bo odkąd Leo się dowiedział, to ani razu nie podważył jej słów, nawet o test jej nie poprosił. Hm... - Czemu można porównać moje plemniki do bolidów? TO SIĘ NIE DZIEJE... NO... OD RAZU? - spytał Leo z dziwną miną, no bo... no... głupio wyjść na niedouczonego przed najlepszym kumplem, ale on miał rozszerzoną fizykę, a nie biologię, ok? Czy to było dobre wytłumaczenie? Że niby co, że po tygodniu Luna niby nie mogłaby być w ciąży? - No ale jaki Jezus? Ja ją bzyknąłem. Nie rozumiem, Marshall - zniżył głos do konspiracyjnego szeptu, bo akurat wyszli już na korytarz i skierowali kroki na parter.

Gdy znaleźli się w gabinecie, Leo od razu zamknął drzwi, rozsiadł się za swoim biurkiem i wyjął z szuflady whisky, które chyba czekało na taką okazję. Wskazał Caspianowi krzesło naprzeciwko siebie, sięgnął po dwie szklaneczki z barku i nalał im od razu po pół szklanki, co się będą pierdolić, a co tam, stać go.

𝖼𝖺𝗌𝗌𝗂𝖾 💸🍾
isiek
wszystko do uzgodnienia
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
rollerkołsta of imołszions
Przez całą drogę do gabinetu patrzył na Leo tak, jakby naprawdę próbował zdecydować, czy powinien zadzwonić po karetkę, egzorcystę, czy najbliższego prawnika od unieważnień małżeństw. Najlepiej po wszystkich trzech naraz, bo sytuacja ewidentnie wymagała multidyscyplinarnego podejścia do tej jedynej w swoim rodzaju katastrofy. - Poczekaj. - Uniósł palec, zatrzymując się na środku korytarza, bo jego mózg właśnie wykonał jakiś kaskaderski skok w tył i piruet w powietrzu. - Czy ty właśnie powiedziałeś, że ktoś może wiedzieć o ciąży od razu po tym, jak się przerucha? - powtórzył powoli, bardzo wyraźnie, jakby musiał sam usłyszeć, jak komicznie to brzmiało. - Rosie, ja naprawdę widziałem w życiu wiele rzeczy. Widziałem ludzi podejmujących pojebane decyzje… Sam podejmowałem takie decyzje. Z tobą. Wielokrotnie. Różowe kucyki na kasku? Legendarny performance. Ale ślub z laską po pijaku, bo powiedziała ci, że mogłaby się z tobą kochać do końca życia? Stary. To nie jest romantyczne. To jest objaw uszkodzenia płata czołowego i tego, że kurwa chyba ominęła cię rozmowa o kwiatkach i pszczółkach za młodu. - Pokręcił głową, nadal nie wierząc, że te słowa naprawdę wychodzą z jego ust, i ruszył za nim do gabinetu, stukając laską o podłogę trochę mocniej, niż musiał. Nie ze złości. Okay, fine… trochę ze złości. Ale bardziej przez to idiotyczne, znajome napięcie, które wpełzało mu pod skórę za każdym razem, kiedy ktoś, na kim mu zależało, pakował się w katastrofę życia, z której - no do cholery - będzie mu ciężko wypełznąć.

Kiedy znaleźli się w gabinecie, Caspian opadł ciężko na krzesło naprzeciwko biurka i przez moment po prostu patrzył, jak Leo nalewa im po pół szklanki whisky. - O, świetnie. - Sięgnął po szklankę, ale nie wypił od razu. Najpierw przyłożył ją do czoła, łudząc się, że zimne szkło pomoże mu poukładać w głowie ten cały cyrk. Nie pomogło. Może lobotomia by pomogła, ale na to było już za późno. - Dobra. - Odetchnął głęboko i spojrzał na Leo spod zmarszczonych brwi. - Zacznijmy od podstaw, bo czuję się, jakbym musiał ci właśnie tłumaczyć edukację seksualną na poziomie szkoły podstawowej, co jest absolutnie przerażające, biorąc pod uwagę fakt, że masz prawie trzydzieści lat, żonę i podobno dziecko w drodze. - prychnął pod nosem - Nie, geniuszu, po tygodniu nie sikasz magicznie na test i nie dostajesz fanfar od aniołków czy chuj tam wie, co jest na górze. To się tak nie dzieje. Organizm to nie pit stop. Nikt nie wymienia opon, nie tankuje i nie wypuszcza wyniku po siedmiu dniach z tabliczką - “congratulations, you are about to become a daddy”. - Upił łyk whisky i skrzywił się lekko, bardziej przez całą sytuację niż przez alkohol. - To znaczy, teoretycznie mogłaby być w ciąży, ale jeżeli mówi ci to tydzień po waszym ślubnym numerku, to albo mówi o czymś, co zaczęło się wcześniej, albo sama nie wie, o czym mówi, albo ty właśnie zostałeś wciągnięty w coś, co jebie bardziej niż te wasze kombinezony po wyścigu w Singapurze. - Przechylił głowę, wpatrując się w mrużąc oczy z miną typu BRUV. - I zanim zrobisz tę swoją minę zbitego pieska... to nie mówię że ona kłamie. Mówię, że ty, Leonidasie Rosenhallu, zamiast zadać jedno logiczne pytanie, najwyraźniej usłyszałeś “dziecko” i od razu włączył ci się tryb rycerza na białym koniu. - Odchylił się na krześle i przejechał dłonią po twarzy. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał się roześmiać, ale śmiech utknął mu gdzieś w gardle. Bo to było absurdalne. Cholernie absurdalne. - I odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie… - stuknął palcem o własną nogę, tę cholerną, zdradliwą kończynę, która ostatnio decydowała za niego, gdzie kończy się dzień, a zaczyna upokorzenie. - Miejsce, w którym pomagałem na wolontariacie, zostało zaatakowane. - Wypił kolejny łyk, tym razem dłuższy. Oczy na moment uciekły mu w bok, na ścianę, na regał, na cokolwiek, byle nie na Leo. Nie lubił o tym mówić. Nie lubił brzmieć jak ktoś, komu coś odebrano. Jeszcze bardziej nie lubił tego, że Rosenhall prawdopodobnie rozumiał to aż za dobrze. - Czułem to, wiesz? Że coś się odpierdoli tamtego dnia… - dodał po chwili, wracając do niego wzrokiem. - Ale zbyłem to… a później ten dźwięk. Ten specyficzny dźwięk, który kilka chwil później zamienił się w wybuch. - Przełknął ślinę i upił kolejny łyk. - Rosie, ja nie mogę przestać widzieć tej czerwieni nocami, wiesz?

Przejechał dłonią po twarzy, ale szybko zmusił się do uśmiechu i kiwnął głową, jakby chciał wyrzucić z siebie te myśli, zanim zdołają rozsiąść się w nim na dobre. - Wiem, że po czymś takim, co nas spotkało, nagle ma się wrażenie, że wszystko, co znałeś, zgniło ci w dłoniach. Więc łapiesz pierwszą rzecz, która pachnie jak adrenalina, seks, miłość albo ucieczka. I nawet nie sprawdzasz, czy to lina ratunkowa, czy pierdolony kabel pod napięciem. - Spojrzał na szklankę w swojej dłoni, zakręcił alkoholem i parsknął cicho, - Więc zapytam cię teraz bardzo spokojnie… - Uniósł wzrok na Leo. - Czy ty ją kochasz? Czy ty ją, kurwa, kochasz? Czy po prostu przeraziłeś się, że wszystko ci się skończyło, więc przywiązałeś się do pierwszej osoby, która sprawiła, że przez pięć minut poczułeś się jak ktoś, komu jeszcze może zacząć się coś nowego? - Zamilkł na sekundę, po czym wskazał na niego palcem. - I zanim odpowiesz, użyj mózgu. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale wierzę w ciebie. Widziałem, jak wytłumaczyłeś sponsorom kucyki jako akcję charytatywną. Masz potencjał. - Znów upił whisky, tym razem krzywiąc się już z lekkim rozbawieniem, bo absurd wracał. Powoli, ale wracał... - I żeby była jasność, stary. Nie oceniam cię za to, że się pogubiłeś. - Uniósł szklankę w ironicznym toaście. - Ale jeżeli ta kobieta naprawdę jest w ciąży, i jeżeli ty naprawdę zamierzasz w to wejść, to potrzebujesz faktów. - Przechylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. - A ja, niestety, jako twój przyjaciel, mam teraz moralny obowiązek upewnić się, że nie dasz się zabić własnej romantycznej głupocie. Co jest bardzo niekomfortowe, bo ja naprawdę nie lubię tego typu obowiązków… psują mi wizerunek. - Przez chwilę patrzył na niego poważnie, a potem westchnął ciężko i wskazał na butelkę. - Dolej. I opowiadaj od początku. Kim jest Luna, skąd się wzięła, ile wypiliście, co dokładnie powiedziała o tej ciąży i dlaczego, na litość boską, nie pomyślałeś o tym, że ja też chętnie najebałbym się z tobą w Las Vegas?

rosie 🌹
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rose Garden Inn”