25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Wzruszyła bezradnie ramionami na jego pytanie o to czy w ogóle nie spała. Jakby nie patrzeć, udzieliła mu już odpowiedzi wcześniej, informując, że zarwała nockę na naukę. I nawet wyłapała tę ukrytą sugestię, że wypadałoby, aby w tej chwili położyła się spać, ale postanowiła ją dosyć sprytnie zignorować. Przyszła do domu z kwiatami, ciastem, z dwiema piątkami w indeksie! A co najważniejsze, zastała go w nie najgorszej formie, zaryzykowałaby stwierdzeniem, że całkiem niezłym stanie użytkowym jak na jego standardy, więc musiała to wykorzystać i wyjaśnić z nim wszystko. Choćby miała być to cholernie niewygodna rozmowa, musieli to przegadać. Elsa nie miała w zwyczaju krzyczeć, raczej gadać jak katarynka, ale to podobno było gorsze od wyzwisk i wrzasków — spokojne mówienie tego, co bolało, skutecznie wywołując coraz większy natłok wyrzutów sumienia. Dante będzie musiał się porządnie zastanowić czy aby na pewno ten typ kobiety był tym, którego potrzebował po całonocnych imprezach.
No i może przez to swoje gadulstwo nie potrafiła inaczej załatwiać spraw jak właśnie rozmową. Ciche dni byłyby dla niej najgorszą z możliwych kar i to do tego stopnia, że najprawdopodobniej by się udusiła albo w ekstremalnych sytuacjach, kiedy cisza między nią a Dante miałaby trwać dłużej niż kilka dni, odgryzłaby sobie język. Dlatego zarówno wczoraj jak i dzisiaj próbowała podjąć jakikolwiek dialog, coś co pomogłoby im znaleźć jakiś złoty środek, a przede wszystkim może także rozjaśnić sytuację w jakiej oboje się znaleźli. Bo czy byli parą? Czy może parą, która spotykała się ze sobą, bo tak było wygodnie i przyjemnie jeśli włączało się do tego wspólne pieszczoty.
— Dlaczego nie możesz nauczyć się patrzeć na telefon? Nie mówię, że masz z nim siedzieć i oczekiwać na moją wiadomość i szybciochem na nią odpisywać, ale… jak nie odpisywałeś przez kilka godzin to zaczęłam dzwonić i pewnie to przeze mnie padł ci telefon. No ale nawet jeśli by ten sms do mnie dotarł to nie byłeś ani przez chwilę ciekawy czy ci odpisałam? Czy nie życzyłam ci dobrej zabawy, czy nie zapytałam czy po pracy mogę do ciebie dołączyć? — Mogła brzmieć trochę jak nauczycielka, która próbowała wytłumaczyć uczniowi dlaczego został wezwany na dywanik za swoje zachowanie. Ale z nim tak często się czuła. Niefrasobliwość i życie chwilą było wpisane w jego egzystencję już w liceum. Nie myślał o konsekwencjach, a wnioski wyciągał zazwyczaj po fakcie, zdecydowanie za późno i zdecydowanie na zbyt krótki okres.
Słysząc, że nie musi się do niczego przyzwyczajać, mimowolnie uśmiechnęła się w duchu, jakby naprawdę uwierzyła w jego słowa, ale dosłownie te kolejne sprawiły, że na nowo przygasła. No tak. Nie mógł jej tego obiecać, ani dziś, ani najprawdopodobniej nigdy. I ktoś mógłby jej zaproponować, aby ukróciła to wszystko nim stało się naprawdę poważne, nim zdążyłaby się zaangażować w ich relacje całą sobą, bo przecież wiadome było, że z czasem takie zerwanie stałoby się tylko bardziej bolesne. Ale widząc, że on cały czas siedział i mimo cholernego kaca próbował z nią rozmawiać, naprawdę chciała wierzyć, że mu zależało! Bo przecież zawsze mógł wziąć psa pod pachę, buty w ręce i po prostu wyjść, uznając, że z wariatką nie będzie w ogóle dyskutował. A jednak nadal był na jej kanapie i z tym wzrokiem zbitego psa… no mógł nią manipulować niesamowicie.
Pozostawało więc jeszcze to cholerne zdjęcie. Pewnie im dłużej by się w nie wpatrywała tym sama doszłaby do wniosków, że wcale nic nadzwyczajnego nie łączyło Dantego i tej tajemniczej blondynki. Wczoraj była po prostu zła, że tak bardzo się zaangażowała w jego poszukiwania, że obdzwoniła chyba wszystkie szpitale w mieście i kilka poza nim, a on cały ten czas był dosłownie pod nosem. Była zła, że całą długą imprezę spędził w klubie, a przynajmniej jej ostatni dzień, i to z jakimś randomowym towarzystwem, a nie z nią. No i to zdjęcie było jej jedynym dowodem na to, że żył i się świetnie bawił. Niby powinna się z tego cieszyć, zwłaszcza z części, że żył, ale czy ktoś mógłby mieć do niej pretensje, że poczuła się tym nieco dotknięta? I może dlatego tak wybuchła wczorajszego popołudnia, insynuując mu, że się świetnie bawił, bajerując jakąś obcą laskę, zamiast spędzić ten czas chociażby z nią. Bo czy była aż tak nudna? Też potrafiła się przecież bawić, chodzić po barach, klubach, w końcu w jednym się spotkali pierwszy raz od kilku lat! Tylko nie robiła tego w środku tygodnia. I ciągiem przez trzy dni. Jakby nie patrzeć — pracowała, studiowała i zajmowała się psem. A ostatnio nawet dwoma.
— W porządku… w klubie było głośno, więc żebyście mogli słyszeć swoją rozmowę musieliście się nachylać do siebie. To raczej normalne. No a najwyraźniej ładnie razem wyglądaliście, więc klubowy fotograf pewnie uznał, że robi zdjęcie uroczej parze — odparła spokojnie, bez żadnych wyrzutów czy kolejnych insynuacji. Wierzyła w jego wersję, choć początkowe słowa o tym, że nawet nie pamiętał jej imienia nie brzmiały zbyt pocieszająco w zainstalowałem sytuacji.
Drgnęła w wyczekiwaniu, słysząc wypowiedziane przez niego "skoro". Wyłapała bowiem to zawahanie szybciej, niż on zdążyłby je ukryć.
Nie przerwała mu. Nie weszła mu w słowo. Po prostu patrzyła — uważnie, trochę zbyt uważnie — jakby właśnie w tej niedokończonej myśli było więcej prawdy niż w całej reszcie, którą mógłby powiedzieć. I kiedy postanowił zostawić ją w niepewności, zmieniając nieco temat i proponując, aby poznała prawdę od Erica, westchnęła cicho. Czy była zawiedziona? Była. Ale chyba więcej pretensji miała do siebie niż do niego, bo znów się głupia idiotka na coś nastawiała, a potem się dziwiła, że to jednak wyglądało zupełnie inaczej.
— A tak myślałam, żeby do niego dzwonić. Ale myślałam, że w środku tygodnia jest w robocie, a nie się z tobą szlaja… no i gdyby coś ci się stało przy nim to by chyba dał mi znać. — Uśmiechnęła się pod nosem. Chyba za dobrze oceniła Erica. Myślała, że to w miarę porządny i odpowiedzialny facet, a tu proszę. Taki sam chlejus jak Dante. Na dodatek, że też on mu nie podsunął pomysłu, aby spróbował się z nią skontaktować. Skoro przez te trzy dni imprezowali razem to chociaż on mógł się domyśleć, że Elsa odchodziła od zmysłów, nie mając kontaktu z Levasseurem. Chyba przez te wszystkie lata zdążył już ją poznać na tyle, aby dowiedzieć się, że w byciu największą panikarą zajmowała przynajmniej miejsce na podium. No ale najwyraźniej po facetach nie powinna się spodziewać jakiegokolwiek myślenia. O tym logicznym już nawet nie wspominając. A to podobno ich płeć była tą mądrą i dobrą w naukach ścisłych! Najwyraźniej tych dwoje przespało lekcje z łączenia kropek.
Gładziła liście kwiatów, jakby chciała pozbyć się z nich niewidzialnego kurzu. Wpatrywała się w tę piękne złociste płatki, zastanawiając się czy w tym momencie ich rozmowa się skończyła. Czy doszli do jakichś wniosków, czy powinni może ustalić jakiś plan działania na przyszłość? Bo nie zamierzała zabraniać mu imprezować. To było jego życie, jego styl bycia i nie miała prawa się w to wtrącać. Po prostu…
Zadrżała lekko, czując jak obejmuje ją od tyłu. Nie spodziewała się takiego gestu z jego strony. Słyszała jak otwierał buteleczkę i wypijał jej zawartość, więc myślała, że swoje kroki kieruje raczej do śmietnika, aby wyrzucić opróżnione opakowanie, a tu jednak ona była jego celem. A to było… naprawdę miłe. Uśmiechnęła się mimowolnie, wtulając lekko plecy w jego tors. Ale kiedy złapał ją za dłoń i przejechał palcami po śladach jej zębów, poczuła nagły wstyd. Chyba nie chciała, aby to widział, jednak nie miała siły kolejny raz się wyrywać.
— Ale to nie tylko słoneczniki… kupiłam jeszcze brownie w malinami. Ogromny kawałek. Pokroisz? Myślę, że taka dawka słodkiego też dobrze ci zrobi… i gdybyś mógł jeszcze zaparzyć herbatę. Jaśminowa będzie w porządku? Kawę chyba sobie odpuszczę — zapytała, przymykając powieki, aby faktycznie dać sobie chwilę na takie błogie lenistwo. Oczywiście, że zasłużyła na porządne spanie. Tylko czy po tak długiej drzemce byłaby w stanie spać także w nocy?
— Ale przed spaniem jeszcze by się przydał długi spacer z psami. Muszą się wybiegać… Murphy polubił ganianie za gumowym ringiem. W parku jest taka duża przestrzeń, gdzie o tej godzinie o dziwo nikogo nie ma i… — Ziewnęła cicho i zaraz odwróciła się do niego przodem, aby w następnej chwili mocno się do niego przytulić. — Dante… kupiłam ci małego powerbanka… dosłownie mała kostka, co nawet nie zauważysz jej w kieszeni, ale starcza na trzy ładowania… — wymamrotała cicho. Oj nie wiedziała co sobie myślała, kiedy go kupowała jeszcze przed udaniem się do kwiaciarni. Że nie będzie miał już wymówki? Że rozładowany telefon przestanie być wrogiem w budowaniu… no właśnie. Czego?

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ten spokojny ton zdecydowanie nie był czymś, do czego miałby przywyknąć podczas wszelkich nieporozumień, jakie miały miejsce w jego nie tak dawno zakończonym związku. Do niedawna łatwiej było porozumiewać się za pomocą krzyków, wzajemnych wyrzutów i awantur. Niejednokrotnie pod wpływem emocji mówiąc zdecydowanie za dużo i bez jakiegokolwiek przemyślenia. Co… najwyraźniej nie kończyło się zbyt dobrze w ostatecznym rozrachunku. Możliwe więc, że był w stanie na nowo przyzwyczaić się do rozmów, nawet jeśli stale podsycane wyrzuty sumienia nijak nie zaliczały się do kategorii tych przyjemnych doświadczeń…
Chyba po prostu najpierw uznałem, że nie masz czasu odpisać, a później… – krótkie westchnięcie i dość wymowne wzruszenie ramion musiało najwyraźniej wystarczyć za dalszą część zdania. Później najpewniej dość szybko zdążył zająć się po prostu zabawą, kompletnie zapominając o telefonie i przestając zwracać na niego uwagę. Zdecydowanie daleko było mu do tych osób, które natychmiast sprawdzały każde powiadomienie i praktycznie nie wypuszczały telefonu z ręki… Co zresztą tylko w niewielkim stopniu zmieniało się, kiedy faktycznie był trzeźwy.
Kiedy jednak zdążył przetrawić dalszą część jej wypowiedzi, momentalnie podniósł na nią spojrzenie, pozwalając sobie nawet na coś, co przy odrobinie dobrej woli pewnie dałoby się nazwać uśmiechem. Ot, ledwie minimalne uniesienie kącików ust, ale możliwe, że na więcej naprawdę chwilowo nie było go stać.
A chciałabyś dołączyć, jakbyś faktycznie dostała tę wiadomość? – i czy on chciałby, żeby dołączyła do tej kompletnie nieplanowanej imprezy…? Nad tym chyba akurat nie musiał się nawet zbyt długo zastanawiać, by dojść do wniosku, że na podobne pytanie musiałby odpowiedzieć twierdząco. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że w takim wypadku cała ta impreza pewnie nie potrwałaby trzech dni, ale… chyba nawet niespecjalnie by mu to przeszkadzało. I może przynajmniej nie zdychałby aktualnie na jej kanapie, a zamiast tego mógłby zająć się czymkolwiek przyjemniejszym…
A skoro również temat tej nieszczęsnej blondynki zdawał się pozostawać wyjaśniony… chyba powinien być jej wdzięczny, że najwyraźniej miała do niego przynajmniej tyle zaufania, żeby nie podważać tych jego niezbyt składnych wyjaśnień. Choć mimo wszystko nie mogłoby obejść się bez mimowolnego skrzywienia się z jego strony, kiedy Elsa zasugerowała, że ktokolwiek miałby uznać jego i tę dość przypadkową dziewczynę za parę.
W sumie… nie mam pewności, czy on dalej żyje. Więc może warto byłoby zadzwonić mimo wszystko, tak na wszelki wypadek… – żartobliwa nuta zawarta w wypowiedzi tyczącej się jego przyjaciela, była wprawdzie nieco przygasła, ale pewnie możliwa do wychwycenia nawet mimo tego. I… nieco później chyba rzeczywiście powinien przynajmniej upewnić się, że Eric wciąż był wśród żywych i że w razie czego w przyszłości nie zabraknie mu towarzystwa do picia, czy wcielania w życie jakichś durnych pomysłów. Albo połączenia tych dwóch opcji…
Podchodząc do niej, przez krótką chwilę obawiał się, że mogłaby znów chcieć się odsunąć. Dlatego też wyraźnie odetchnął, kiedy tego nie zrobiła, jednocześnie przytulając ją do siebie odrobinę mocniej. I przy okazji czując kolejne wyrzuty do samego siebie, widząc ponownie te ślady na jej dłoniach. Powinien prawdopodobnie powiedzieć cokolwiek na ten temat. Tylko… po raz kolejny nie tylko nie wiedział co, ale też doszedł najwyraźniej do wniosku, że w takim wypadku może lepiej będzie więc nie mówić nic
Mhm – mruknął, zgadzając się na pokrojenie kupionego przez nią ciasta i zaparzenie herbaty. Chociaż chyba niespecjalnie zamierzał zabierać się za to w tej chwili, póki co nie planując się od niej odsuwać, a zamiast tego opierając głowę na jej ramieniu i krótko cmokając ją w ten odkryty fragment skóry, który akurat znalazł się w zasięgu. Herbata zdecydowanie mogła jeszcze chwilę poczekać. Brownie tym bardziej. Zwłaszcza, że jakoś nie do końca był przekonany, czy wspomniana przez nią dawka słodkiego faktycznie miałaby dobrze na niego podziałać, czy może jednak podzielić los biednego bajgla i pójść w odstawkę po ledwie kilku kęsach.
Lubi też kopanie w twoim ogródku, więc pewnie już się tym zajął… – co w zasadzie było bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, że rzeczywiście Murphy od dłuższego czasu szalał gdzieś w ogrodzie. Niewykluczone więc, że postanowił sprytnie wykorzystać okazję, że nikt nie zamierzał wtrącać się w jego wizję tego, jak powinien wyglądać trawnik… – Później z nimi wyjdę. Może nic im nie będzie, jak ten jeden raz wybiegają się… trochę mniej intensywnie.
Choć może powinien zastanowić się również nad tym, czy faktycznie jakkolwiek nadawał się aktualnie do tego, by próbować wyprowadzać psy… Jasne, chciał, żeby Elsa mogła trochę odpocząć i pewnie byłby w stanie zmusić się do tego mniej intensywnego spaceru, tylko… ostatnim razem, gdy postanowił wyprowadzić Murphy’ego będąc w równie beznadziejnym stanie, skończyło się to zerwaniem się psa ze smyczy, bezmyślnym władowaniem się Dantego pod samochód i niezbyt przyjemnym pobytem w szpitalu. Może lepiej byłoby podobnych atrakcji nie powtarzać…
Zanim jednak w jego głowie mogłaby pojawić się jakaś refleksja na ten temat, Elsa całkiem skutecznie przekierowała jego myśli na nieco inny tor. Powerbank. Na domiar tego wszystkiego, kupiła mu jeszcze powerbanka, żeby… no właśnie – żeby co…? Nie wypuszczając jej z ramion, odsunął się odrobinę, by móc przyjrzeć się jej twarzy i przez dłuższą chwilę chyba nie do końca wiedząc, jak właściwie powinien na to zareagować. Ostatecznie… zaśmiał się krótko, w kolejnej chwili nachylając się na moment, żeby ją pocałować.
Jesteś niemożliwa… – bo wciąż przecież powinna mieć zdecydowanie więcej powodów, żeby zwyczajnie się na niego wściekać, zamiast… kupować mu powerbanka. – Ale niech będzie, skoro widocznie nie mam już wyboru, będę bardziej pilnować telefonu.
Zakładając, że miałby pamiętać również o tym, żeby powerbank też stale był naładowany, czy żeby faktycznie miał go nosić przy sobie… Ale o tym może nie było potrzeby wspominać na głos, może też nie musieli się tym martwić akurat teraz.
Odsunął się od niej, po drodze zgarniając z blatu pudełko z ciastem i podchodząc do stojaka na noże. I chociaż nie planował powtarzać jej błędu sięgając po ten nieszczęsny tasak, a całkiem przeciętny, nadający się do krojenia brownie nóż, to… chyba nie przewidział, że w tym przypadku też coś mogłoby pójść nie tak. Dokładnie w momencie, kiedy ten wyślizgnął mu się lekko z ręki, a on dość bezmyślnie postanowił go złapać – w efekcie chwytając za ostrze i rozcinając sobie wewnętrzną część dłoni.
Kurwa… – pewnie nie było to nic szczególnie poważnego, ale w pierwszej chwili i tak momentalnie spojrzał w stronę Elsy, całkiem nieźle pamiętając o tym, że na widok krwi nie reagowała zbyt dobrze. – Może… zanieś te słoneczniki gdzieś indziej… Albo sprawdź, jak się ma ogród po tych całych wykopaliskach Murphy’ego…?
Znalezienie jej choćby najbardziej idiotycznego zajęcia i pozbycie się jej z kuchni, wydawało się więc całkiem dobrym pomysłem. Sam tymczasem odłożył pudełko z powrotem na blat, nieuszkodzoną ręką sięgając po kuchenną ścierkę i poświęcając ją jako tymczasowy, prowizoryczny opatrunek. Co nadal wydawało się trochę lepszą opcją niż zakrwawienie połowy kuchni i późniejsza konieczność zajmowania się już nie tylko skaleczoną dłonią, ale dodatkowo spanikowaną Elsą…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zdarzało jej się podnieść głos, głównie w nerwach, wczoraj zresztą Dante dostał tego próbkę, ale było to raczej akcentowanie pewnych słów niż wrzaski, od których nagle miałaby stracić dech. Nie była raczej typem awanturnicy. Jej emocje miały inny rytm — bardziej napięcie pod skórą niż burza na zewnątrz. Nawet kiedy coś ją wyprowadzało z równowagi, starała się trzymać fason, jakby kontrola była jedynym, co oddzielało ją od chaosu.Wczoraj było inaczej tylko przez chwilę. Wrócił w końcu do niej po trzech dniach bez żadnego kontaktu, więc coś w niej pękło — nie spektakularnie, bez trzasku i dramatycznych gestów, ale wystarczająco, by podniosła głos odrobinę wyżej, niż zwykle sobie pozwalała.
Ale szybko wróciła do siebie. Zawsze wracała. Bo przecież od dziecka robiła wszystko, aby nie sprawiać innym problemów i przykrości.
Naprawdę nie wymagała, aby podczas wyjść ze znajomymi był ciągle na telefonie, bo to totalnie mijało się z celem takiego wyjścia. I w sumie zaczynała się zastanawiać czy ta jedna wiadomość raz na kilka godzin była aż takim obciążeniem? Czy wymagała za wiele i wychodziła na wielce kontrolującą? Bo już raz tak go kontrolowała… kiedy wychodził z Lexie. Wiedziała, co między nimi w przeszłości się działo i ciężko jej było ukryć miotającą nią od środka zazdrość, ale serio się starała!
Na pytanie o to czy chciałaby dołączyć do niego na tej imprezie, kiwnęła lekko głową, a z jej ust wyrwało się ciche westchnięcie. Oczywiste było, że raczej zaliczała się do tych mniej imprezowych osób z jego grona. Nie upijałaby się razem z nimi, nie brałaby udziału w konkursie na najszybciej wypitą deskę shotów, ani nie stałaby z nimi w kółeczku podczas przekazywania sobie jointa przyjaźni. Ale z chęcią poszłaby z nimi na parkiet albo brała udział w jakichś mniej ambitnych dyskusjach, bo przecież halo, mogła rozmawiać na wiele tematów, nie tylko tych dotyczących fizyki kwantowej czy ekonomicznej analizy prawa. W końcu, te kilka lat temu, znalazła z Dante wspólny język i tematy do rozmów, które nie mogły kręcić się tylko wokół szkoły, lekcji i korepetycji skoro wytrzymali ze sobą tak długo. Chociaż… wspomnienia korepetycji z całowania dalej wywoływały u niej przyjemny dreszcz.
— Normalnie bym ci zaproponowała, żebyś poszedł sprawdzić co u niego… ale mam obawy, że znów przepadniesz na kilka dni, więc nigdzie Cię nie puszczę — Wymruczała, gdy była już w jego ramionach. Skoro Stones był ulepiony z tej samej gliny co Dante to nie mogła liczyć na jego wsparcie. Oczywiście nie zamierzała im ograniczać kontaktu, co to to nigdy w życiu, ale skoro ten w końcu raczył pojawić się w domu to chociaż przez najbliższy czas chciała mieć go dla siebie. Bez konieczności dzielenia się z kumplami — starymi bądź tymi nowo poznanymi — używkami czy kacem. Chociaż z tym ostatnim na razie musiała silnie rywalizować i chyba póki co to przegrywała z kretesem.
Zagryzła mimowolnie dolną wargę, czując jego usta na swoim odkrytym ramieniu, które od razu pokryło się gęsią skórką. Mimowolnie też odchyliła lekko głowę, jakby chciała go zaprosić, aby kontynuował swoją wędrówkę także i po niej.
Była zmęczona jak jasna cholera, ale naprawdę nie widziała problemu w tym, aby na spacer wyszli całą czwórką. Świeże, coraz chłodniejsze powietrze z pewnością pozwoliłoby Dantemu na szybszy powrót do świata trzeźwych, a ona mogłaby jeszcze przez chwilę powydurniać się z psami zanim wróciliby do domu i padłaby jak kłoda do łóżka. Istniało bowiem spore prawdopodobieństwo, że Elsa nie miałaby siły także dotrzeć do łazienki, więc chyba musiałaby przed swoim zgonem poinstruować Dantego o tym, gdzie znajdował się płyn micelarny i waciki, aby zmył z niej makijaż, a także piżama, co by nie musiała spać w tym uniwersyteckim mundurku, który miała na sobie. Ale na ustalenie ostatecznego dalszego przebiegu dnia mieli jeszcze trochę czasu. Najpierw ciasto i herbata, na które czekała od chwili, gdy wykładowcy wpisali jej do indeksu piękne i w pełni zasłużone oceny.
Na jej ustach zagościł szeroki uśmiech, gdy ten zaśmiał się na wieść o tym niecodziennym prezencie. Myślała, że może raczej się zirytuje, że ta naprawdę zamierzała go kontrolować. No ale chyba lepsze było to niż zainstalowanie mu w telefonie aplikacji Gdzie moje dziecko? Chociaż w jego przypadku to śmiało można było zmienić nazwę na Gdzie mój gamoń. Ale jej uśmiech znikł, gdy uraczył ją pocałunkiem.
— Ughh… smakujesz jak butelka wódki… jutro wezmę sobie porządnego buziaka. — Skrzywiła się lekko, wytykając przy tym język, jakby od tego gestu miała pozbyć się posmaku, którym została uraczona.
Sama raczej przestała używać noży do czegokolwiek. Nawet podczas jedzenia buraczanych kotletów korzystała tylko z widelca, którego bok świetnie kroił miękkie wyroby. I pewnie gdyby miała to popołudnie spędzić sama to nawet przez myśl by jej nie przeszło, żeby kroić ciasto, a całość jadłaby po prostu łyżeczką prosto z opakowania. I może takie tez podanie trzeba było zaproponować… pudełko z brownie położyłoby się na środku stołu, a oni nachyleni nad nim, delektowaliby się jego słodyczą czekolady i kwasowością świeżych malin. Ale kto mógł przewidzieć, że tak to się skończy?
Niczego nieświadoma stała obok chłopaka i obserwowała jego ruchy z uśmiechem małej jubilatki, która nie mogła się doczekać na swój kawałek tortu. Patrzyła także jak nóż wyślizguje mu się z ręki, a potem z powrotem do niej trafia, ale już ostrzem przyłożonym do skóry.
I to był ten moment, kiedy ten szczery uśmiech kolejny raz w ciągu dnia po prostu znikł z jej twarzy. Tak jakby ktoś wziął szkolną gumkę i bezczelnie go wymazał, tak samo jak te szczęśliwe błyski w jej oczach, które rozszerzyły się, ale nie w dramatycznym szoku, a raczej czymś cichym i głębokim… co przyszło zdecydowanie za szybko.
Czerwona szrama na jego dłoni krzyczała, a ona ledwo, znalazła w sobie siłę, żeby wyszeptać:
— Przepraszam…
Potem uciekła. Niezdarnym krokiem ruszyła do ogrodu i usiadła tuż przy wejściu, opierając się plecami o chłodną szybę drzwi balkonowych. Robił wszystko, żeby nie zauważyła, ale jednak dostrzegła krew. Zbyt dużo.
Otworzyła usta, chcąc nabrać powietrza, które gwałtowanie zaatakowało jej płuca, doprowadzając ją do zachłyśnięcia się. Ręce zaczęły jej drżeć niemalże tak samo szybko jak waliło jej serce. Łzy pojawiły się momentalnie i bez jakiejkolwiek kontroli spływały jedna kropla po drugiej po zdecydowanie za bladych policzkach Elsy. O oddychaniu nie było już nawet mowy, ona dosłownie szarpała się z powietrzem, próbując zgarnąć dla siebie choćby odrobinę tlenu, ale przegrywała. Przegrywała też sama ze sobą… i dlatego zaraz uniosła prawą pięść do ust i zacisnęła na niej swoje zęby, błagając wszechświat, aby dał jej spokój i pozwolił na nowo wrócić do normalności.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia, dlaczego ani przez moment nie przeszło mu przez myśl, że mogłaby faktycznie chcieć wybrać się na tę imprezę – choć najpewniej w znacznie krótszym i mniej intensywnym wydaniu – razem z nim. A przecież powinien wiedzieć, że była w stanie to zrobić – w dodatku nie tyle zmuszając się do udawania, że dobrze bawiła się podczas takiego wyjścia, ale naprawdę spędzając czas w całkiem miły sposób. I przy okazji samą swoją obecnością sprawiając, że również Dante mógłby nieco bardziej pamiętać o jakichś granicach zdrowego rozsądku, które gdzieś tam prawdopodobnie istniały. Możliwe, że również w tym przypadku w grę wchodziło dotychczasowe przyzwyczajenie, którego widocznie niełatwo było się wyzbyć. Albo zwyczajnie to, że po prostu nie miał w zwyczaju analizować tego typu – ani większości innych… – sytuacji i zastanawiać się zbyt długo nad możliwymi opcjami. Po prostu działał. A tym razem działanie sprowadzało się do tego, by bezrefleksyjnie zgodzić się na to spontaniczne wyjście i… pozwolić, by to przedłużyło się do formy wymykającej się jakiemuś rozsądkowi.
Myślę, że sobie poradzi – stwierdził krótko, co do tego chyba rzeczywiście nie mając większych wątpliwości. Zwłaszcza, że w tej chwili naprawdę nie miał nic przeciwko temu, by nie puszczała go nigdzie i bez problemu mogąc zgodzić się na to, żeby zostać tutaj, tylko z nią. Właściwie… czując przy sobie ciepło jej ciała i widząc jak odchylała głowę, odsłaniając dla niego swoją szyję, mógł chyba całkiem poważnie zwątpić w to, jakim cudem był w stanie zostawić ją bez słowa na te cholerne trzy dni. Wciąż nie równało się to wprawdzie z nadal niepojętym pomysłem zostawienia jej na znacznie dłużej tych parę lat temu, ale… w tej chwili zdawało się być niemal tak samo absurdalne.
Z pewnym rozbawieniem wywrócił wymownie oczami, w odpowiedzi na jej słowa i skrzywioną minę. Choć pewnie faktycznie trudno byłoby odmówić jej racji. W końcu… w ciągu minionych trzech dni wlał w siebie chyba dostatecznie dużo alkoholu, by można było przypuszczać, że niezbyt przyjemny podczas trzeźwienia posmak mógł towarzyszyć mu przez dłuższy czas. Może więc faktycznie próba zabicia go smakiem ciasta z malinami, nie była wcale aż tak fatalnym pomysłem. Co pewnie mogłoby się nawet udać, gdyby nie… No właśnie.
Trudno byłoby powstrzymać się od kolejnego wymruczanego pod nosem przekleństwa. I kilku kolejnych, kiedy starając się prowizorycznie owinąć skaleczoną rękę ścierką, kątem oka zauważył ten chwiejny krok, jakim Elsa ewakuowała się z kuchni. Z kolei widząc ją osuwającą się plecami po szybie balkonowej, trudno byłoby nie domyślić się, że całe to zajęcie jej czymkolwiek innym jakoś niespecjalnie się udało…
Nie miał zbyt wiele czasu na zastanawianie się, czy w pierwszej kolejności powinien zająć się jakimś lepszym opatrywaniem tego cholernego rozcięcia, czy może jednak nią. Wybór był zresztą dość oczywisty. Rana na ręce nie wydawała się jakoś szczególnie poważna i prawdopodobnie mogła jeszcze nieco poczekać. Musiało więc wystarczyć szczelniejsze owinięcie dłoni ścierką i pobieżne upewnienie się, że ta nie zdążyła w tym krótkim czasie w żaden sposób przesiąknąć, kiedy pospiesznym krokiem zdecydował się przejść w stronę wyjścia do ogrodu.
No dobra, nic się nie dzieje, oddychaj – ukucnął przed nią, nieuszkodzoną ręką sięgając po jej dłoń, chcąc odciągnąć ją od jej ust. – Powoli. Pamiętaj, że jesteś moją mądrą dziewczyną, która właśnie dostała dwie piątki z egzaminów i nie będzie panikować tylko dlatego, że jakiś kretyn nie potrafi nawet pokroić ciasta…
Czy właśnie nazwał ją swoją dziewczyną…? Możliwe. Raczej nie zwracał na to większej uwagi, skupiając się bardziej na tym, by po prostu mówić do niej spokojnym tonem, niezależnie od tego, jaka dokładnie miałaby być treść poszczególnych zdań. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcił też temu, by przytulić ją do siebie mocno, jednocześnie samemu starając się oddychać powoli, by mogła podchwycić ten rytm, dostosowując się do niego i na nowo odzyskując możliwość bezproblemowego zaczerpnięcia powietrza. A jednak nawet jeśli niekoniecznie zastanawiał się nad tym, co konkretnie do niej powiedział, nie oznaczało to wcale, że nie miałoby to być w żaden sposób zgodne z tym, co mógłby rzeczywiście myśleć. Po prostu… w tej chwili jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy pewne kwestie powinny być wypowiadane na głos, mogły zejść na dalszy plan, tym samym nie zakłócając w żadnym stopniu wypowiedzi i nie uniemożliwiając ich swobodnego dokończenia. Jak jeszcze tych kilka chwil temu.
Zaskakujące było to, że wciąż całkiem nieźle pamiętał ten pierwszy raz, kiedy przyszło mu zmierzyć się z jej atakiem paniki na widok – wydawać by się mogło – wcale nie aż tak bardzo imponującej ilości krwi. Doskonale pamiętał też, że w tamtym przypadku zadziałał raczej instynktownie, z trudem uspokajając ją i sporo wysiłku wkładając w to, by samemu zachować spokój, nie mając pojęcia co właściwie powinien zrobić, by mogło okazać się to skuteczne. Albo jakkolwiek pomocne. Po tamtym doświadczeniu nauczył się jednak przynajmniej tego, by rzeczywiście w razie potrzeby starać się trzymać ją z dala od trudnego dla niej widoku – co ewidentnie nie powiodło się tym razem… – a także tego, że nawet jeśli spokój niekoniecznie leżał w jego naturze, to w podobnych sytuacjach sprawdzał się całkiem nieźle.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Czuła się… beznadziejnie. Jak bezużyteczne na gówno, które tylko wadziło. Od dziecka robiła wszystko, aby nikomu nie wadzić, aby nie być dla nikogo ciężarem, ukrywając wielokrotnie to, co naprawdę czuła. Uczyła się pilnie, żeby rodzice nie musieli się martwić jej szkołą, nie skarżyła na nikogo choć była obiektem wielu drwin, gdy zaczęła w gimnazjum farbować włosy szamponetkami i tonerami. Ba! Jak Dante w liceum dostawał jedynki pomimo ich wspólnej nauki to tłumaczyła się jego matce i ojczymowi, że to wcale nie dlatego, że znów nie przyszedł albo że palił głupa zamiast się skupić… nie, ona mówiła, że przerobili inny temat, bo wypadło jej z głowy, że tamten sprawdzian miał być z czegoś innego. Zawsze przepraszała, że to bardziej jej wina niż jego, a przecież wtedy nawet nie przypuszczaliby, że mogliby zostać parą, więc nie było to motywowane żadną troską przykładnej dziewczyny.
A teraz? Nie potrafiła zrobić mu nic do jedzenia, poza zwykłymi kanapkami, często zresztą kupionymi w pobliskiej piekarni. Nie potrafiła nawet opatrzeć mu skaleczonej ręki tak jak powinna to zrobić każda normalna dziewczyna. I tak jak już kilkukrotnie w przeszłości powtarzał, że jej talent kulinarny nie był żadną przeszkodą i że przecież to on mógł zająć się przygotowywaniem dla nich śniadań, gdy akurat Eriksenowie byli na konferencjach prawniczych poza miastem, tak nie miała dla siebie żadnego usprawiedliwienia jeśli chodziło o te napady paniki, których dostawała od samego patrzenia na krew. Nawet ta sztuczna w telewizji wywoływała u niej mdłości i nagły wyrzut adrenaliny, co niestety rzutowało na wybór filmu, który to mogliby wspólnie obejrzeć. Odpadały wszelkie horrory, thrillery, filmy akcji… no, czasem robili wyjątki dla tego ostatniego gatunku, ale wtedy Dante musiał być czujny, aby na czas zasłonić jej oczy albo zająć ją czymś innym.
I nie dość, że to on się skaleczył i potrzebował pomocy, to jeszcze musiał przejmować się głupim królikiem, który nie radził sobie w takich sytuacjach. To znaczy, nie musiał, ale za każdym razem to robił i… i może w końcu będzie miał tego dość.
Znowu…
Nie zauważyła go dopóki nie złapał za jej rękę, próbując wyciągnąć pięść z jej ust. Przez chwilę stawiała opór. Wiedziała, że to mogło jej pomóc w uspokojeniu się, zawsze działało, gdy była sama i nie mogła liczyć na niczyją pomoc. Ale jej walka nie trwała długo, bo kiedy tylko poczuła ciepło jego dłoni na swojej, coś w niej pękło. Opór, który jeszcze przed chwilą wydawał się jedyną deską ratunku, nagle stracił sens. Jej palce rozluźniły się, pozwalając mu delikatnie odsunąć jej rękę od ust.
Wstyd palił ją od środka — gęsty, duszący, nie do zniesienia. Jakby ktoś wcisnął jej do gardła wszystkie te myśli naraz: że była problemem, że znowu zawiodła, że zamiast pomóc, tylko wszystko komplikowała.
Ale posłuchała go. Oddychała zgodnie z jego instrukcjami i tak wtulona w niego powoli zaczynała się uspokajać. Jego ciepło, zapach, po prostu obecność działały na nią lepiej niż cokolwiek innego. A to, że była dosłownie uwięziona w jego ramionach sprawiało, że nie miała innego wyboru jak po prostu grzecznie słuchać poleceń. Bez żadnej ucieczki.
Z każdym kolejnym oddechem napięcie w jej ciele powoli ustępowało. Drżenie nie zniknęło od razu — wciąż przebiegało drobnymi falami przez jej ramiona i dłonie — ale już nie było tak gwałtowne, takie… nie do opanowania. Skupiła się na rytmie, który jej narzucił. Wdech. Wydech. Wdech… wydech. Aż w końcu ucichła. Ale ona wcale nie chciała się odsuwać.
— Przepraszam… — powtórzyła swoją kwestię sprzed ucieczki do ogrodu. — Ze nie mogę ci w takich sytuacjach pomóc, że nie mogę czule opatrzeć twoich ran, że… — Pociągnęła nosem, który zdążył się nieco zapchać przez ten czas. —… że zamiast dać ci odpocząć znowu coś sobie robię… to naprawdę niespecjalnie… nie walczę o twoją atencję, to… tak samo wychodzi… i… — Uniosła lekko głowę, aby móc na niego spojrzeć i przekonać się jak właśnie patrzył na nią. Z politowaniem? Irytacją? A może właśnie z troską?
— … i ty przed chwilą… powiedziałeś… no wiesz… nazwałeś mnie twoją dziewczyną…? — Zapytała cicho, zaraz spuszczając wzrok na dwie kudłate łepetynki, które stały tuż obok nich. Psy najwyraźniej przybiegły zdziwione całą sceną, którą Elsa odegrała. Nie była jednak pewna, kiedy dokładnie znalazły się tuż przy nich. Mimowolnie jednak wyciągnęła dłoń do siedzącego najbliżej Murphy’ego i podrapała go za uchem, a on zdawał się odwdzięczyć delikatnym lizaniem po knykciach, które zyskały chwilę temu nowe pieczątki w kształcie półksiężyców.
— W szafce nad kubkami jest pudełko z lekami. Tam powinny być też bandaże, gaziki, cos do odkażania… będzie to lepsze od ścierki. — Sprytna zmiana tematu.
Mhm…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie oczekiwał od niej, że miałaby jakkolwiek tłumaczyć go przed matką, czy – tym bardziej! – Dougiem. Niejednokrotnie zresztą irytowała go tym, poniekąd całkiem skutecznie psując jego zamiar ostentacyjnego udowadniania, że durne korepetycje w żaden sposób nie przynoszą efektów i że nie było najmniejszego sensu, żeby marnował na nie czas. A później… chyba zdążył w pewien sposób przywyknąć do tego, że po prostu tak miała. Choć chyba nigdy nie zmieniło się to, że w żadnym razie nie oczekiwał od niej tłumaczenia się z czegokolwiek za niego. A z czasem chyba nawet całkiem skutecznie nauczył się te jej tłumaczenia podważać, dość jednoznacznie winę za wszelkie swoje durne pomysły, przewinienia i niedopatrzenia kierując na siebie. Zwłaszcza w tych sytuacjach, w których dzięki temu jakiekolwiek wybryki wciąż przynajmniej pozostawały zabawne.
Tak samo zresztą nie oczekiwał od niej, że miałaby dla niego zacząć walczyć ze swoją kulinarną nieporadnością, czy – tym bardziej… – tym, w jaki sposób reagowała na widok krwi. Ani jedno, ani drugie nie przeszkadzało mu w żadnym stopniu. I – z jego perspektywy przynajmniej – nie utrudniało im przecież jakoś znacząco codziennego funkcjonowania. Jemu samemu zresztą zdecydowanie daleko było do kogoś, kogo można byłoby kiedykolwiek określić mianem idealnego chłopaka, więc… na jakiej podstawie mógłby niby wymagać, by Elsa rzeczywiście pod każdym względem była chodzącym ideałem, który miałby nie tylko cierpliwie przymykać oko na wszelkie jego idiotyczne wyskoki, ale też na zawołanie uraczyć go jakimś wyszukanym posiłkiem i w razie potrzeby zająć się nim, gdy miałby się w jakiś durny sposób pokaleczyć…? Zresztą, w jego opinii była przecież wystarczająco idealna. Czasami aż za bardzo, co raczej z jego strony powinno budzić być może całkiem uzasadnione obawy, że pewnego dnia mogłaby po prostu mieć go dość.
Nawet jeśli na to – jakimś cudem – najwyraźniej się nie zanosiło. I jeśli ostatecznie to on uciekł, by po tych kilku latach wrócić i… znów zająć się nią, kiedy tego potrzebowała. Z troską, za to zdecydowanie bez poczucia, że miałby być to jakiś obowiązek.
Bo przecież chciał się nią zająć, skoro tego właśnie potrzebowała. Chciał, żeby wypuściła spomiędzy zębów własną dłoń i nie pozostawiała na niej kolejnych śladów, które nie były jej przecież do niczego potrzebne, a których miałaby później żałować tak samo, jak tych poprzednich. Chciał też pomóc jej uspokoić się i zwalczyć ten atak paniki w bardziej komfortowy sposób – na tyle, na ile był w stanie i na ile potrafił. A kiedy poczuł, że rzeczywiście stopniowo przestaje drżeć i zaczyna oddychać w nieco spokojniejszym rytmie, chciał również, żeby jeszcze przez chwilę została w jego ramionach, z których nie zamierzał jej wypuszczać, póki nie miałby całkowitej pewności, że rzeczywiście wszystko było już w porządku. Lub dłużej, jeśli tego właśnie miałaby potrzebować.
Z pewnością za to nie chciał, żeby za to wszystko go przepraszała. Albo żeby czuła się winna czemuś, co przecież nie było nawet jej winą…
Przestań, nie masz za co mnie przepraszać – stwierdził spokojnie i nie powinna mieć chyba żadnych wątpliwości, że faktycznie tak myślał. Zwłaszcza, że ani w tonie jego wypowiedzi, ani tym bardziej w utkwionym w niej spojrzeniu zdecydowanie nie dało się doszukać choćby odrobiny irytacji, zniecierpliwienia, czy czegokolwiek podobnego. Nie winił jej przecież za to, jak reagowała na widok krwi i z całą pewnością nie oczekiwał, że miałaby zajmować się tym jego idiotycznym skaleczeniem. Sam mógł się tym przecież zająć – po tym, jak już mógłby mieć pewność, że rzeczywiście znajdowała się w nieco lepszym stanie niż jeszcze chwilę temu.
I oczywiście, że z tego, co do niej powiedział, zdał sobie sprawę dopiero w momencie, w którym sama zwróciła na to uwagę. Choć może teraz właśnie była odpowiednia chwila, by jakoś zgrabnie się z tego nieprzemyślanego sformułowania wycofać – być może podchwycając temat bandaży i konieczności zajęcia się własną ręką, skoro Elsa czuła się już najwyraźniej dość dobrze, by móc wyłapywać takie szczegóły w jego wypowiedziach.
Tylko… chyba wcale nie chciał z niczego się wycofywać.
Ani też nie czuł, że faktycznie powinien właśnie teraz wybierać się ponownie do kuchni, żeby zmienić tę spisaną na straty ścierkę na coś, co lepiej miałoby nadawać się na opatrunek… Tym akurat mógł zająć się nieco później, na razie puszczając jej słowa mimo uszu i skupiając się jednak na tym zadanym chwilę wcześniej pytaniu.
A nie powinienem…? – nie zwrócił większej uwagi na psy, nie odwracając od niej spojrzenia i nie zamierzając póki co odsuwać się od niej bardziej, niż wymagało pozostawienie jej nieco większej swobody. – W takim razie możesz uznać, że to zwykłe przejęzyczenie. Albo, że coś źle usłyszałaś, jak wolisz.
A jednak chyba dało się wychwycić w poszczególnych słowach tę nieco rozbawioną, może odrobinę zaczepną nutę. I gdyby nie skupiała się akurat w tej chwili na Murphym, pewnie mogłaby zauważyć jego lekko uniesione kąciki ust. Bo chyba jednak nie zakładał na poważnie, że faktycznie miałaby chcieć uznawać te słowa za jego przejęzyczenie, jej wywołaną wcześniejszą paniką pomyłkę, czy cokolwiek innego. Mógł się mylić, jasne. Choć chyba jednak wolałby nie. I wciąż jednak mimo wszystko całkiem silne – i chyba nie takie bezpodstawne – było przekonanie, że w tym wypadku prawdopodobieństwo tej pomyłki było raczej niewielkie.
Albo możemy udawać, że kompletnie nic nie mówiłem, a po prostu coś sobie wymyśliłaś – tym razem naprawdę trudno byłoby nie dostrzec tego żartobliwego zabarwienia kolejnej wypowiedzi, po której znów na moment przyciągnął ją nieco bliżej siebie, pozostawiając czuły pocałunek na jej skroni.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Oczywiście, że musiał jej wtedy robić na przekór. Ona wchodziła na wyżyny swojej kreatywności i wymyślała najbardziej prawdopodobne i realne wymówki i wyjaśnienia, a on jednym zdaniem wszystko psuł. Wiedziała, że nie był zadowolony, że musiał przychodzić na te głupie korepetycje i kiedy pogoda sprzyja jakiemuś melanżowi w plenerze to siedzieć z nią w tej głupiej bibliotece, i pewnie niekiedy specjalnie nie przychodził na ich spotkania czy nawet na same sprawdziany. Ale ona była uparta jak osioł. Albo bardziej. Gdy byli umówieni na trzy godzinne lekcje to przez te trzy godziny siedziała i czekała, na wypadek jakby chciał jednak do niej dołączyć na ostatnie piętnaście minut. Może robiła to po to, żeby nie miał wymówki? Żeby potem nie rzucał jej tekstem, że przyszedł, co prawda spóźniony, ale przyszedł, ale jej już nie zastał? I owszem, wielokrotnie, zwłaszcza na początku ich wspólnej przygody, groziła mu, że jak się nie skupi albo nie zacznie brać na poważnie tych korków to go udusi paskiem od torebki albo wbije ten długopis w pandy w jego tętnicę udową… ale chyba podświadomie lubiła jego towarzystwo i chciała pomóc mu w zdaniu tych wszystkich egzaminów. W końcu nie dostawała za to ani centa.
I owszem, starała się być idealną w każdym aspekcie. Idealną córką, siostrą, uczennicą, dziewczyną… tak żeby każdy był z niej dumny i nie odbierał jej jako ciężaru. Dlatego po tym jak ich kontakt powoli zaczynał umierać, kilka ostatnich wiadomości, które mu wysyłała to były pytania czy zrobiła coś nie tak, czy się na nią złości, że się martwi i czy wszystko u niego w porządku… a ona później przegrzewała sobie mózg wszystkimi analizami ich ostatnich rozmów czy to na kamerkach, czy po prostu przez telefon, czy nie powiedziała coś nie tak, a potem oczywiście musiała nastąpić analiza całej siebie — czy na pewno miało prawo się to udać skoro nie pasowała do jego imprezowego świata… bo przecież gdyby chciał ją mieć przy sobie to chociaż by się zapytał czy by z nim pojechała, prawda?
I może powinna w końcu nauczyć się traktować swoje błędy i niedoskonałości jako… błędy i niedoskonałości, a nie życiowe porażki, które definiowały ją jako przegrywa i bezużyteczną rzecz. Ale te nauki zajmą jej z pewnością więcej czasu niż te na egzaminy i kolokwia.
— Przepraszam… — wymamrotała cicho. Czy właśnie przeprosiła go za to, że chwilę wcześniej przepraszała? Możliwe… ale delikatny uśmiech na jej jeszcze nieco bladej buźce mógł sugerować, że trochę się z nim droczyła. A skoro miała siły na tego typu żarty to chyba mogło oznaczać, że powoli wracała do siebie.
I w tej chwili naprawdę miała ochotę go pocałować. Długo, czule, tak że oboje by się rozpływali od samego dotyku swoich ust… Ale posmak alkoholu, którego uraczyła kilka minut wcześniej, skutecznie ją odrzucał i wybijał ten pomysł z głowy. Na szczęście poprzedniego wieczoru wziął kąpiel, więc nie pachniał jak chodzący zestaw imprezowy, więc mogła bezkarnie się w niego wtulać jakby był jedyną stałą rzeczą w całym tym chaotycznym świecie, który tak bardzo próbowała uporządkować.
Przymknęła oczy, opierając czoło o jego ramię. Oddychała już spokojnie — zupełnie inaczej niż jeszcze kilka minut temu. Jego obecność była… dziwnie kojąca. Nawet jeśli doprowadzał ją do szału, to właśnie przy nim czuła się najbardziej prawdziwa. Jakby tylko przy nim mogła nauczyć się zrzucać te wszystkie maski idealnej Elsy, które zakładała każdego dnia.
— Co…? Nie, nie powiedziałam, że nie… — przeniosła na niego zdezorientowane spojrzenie, zostawiając jednak rękę Murphy’emu, który lizał ją jakby próbował dolizać się do jej kosci. I oczywiście, że nie pozwolił jej dokończyć zdania, bo zaraz szedł dalej w zaparte, wymyślając coraz to nowsze usprawiedliwienia. Och, chyba zaczynała rozumieć co go tak irytowało, kiedy to ona na poczekaniu wypluwała z siebie coraz to nowsze wymówki przed jego matką i ojczymem. Musiała być mocno wkurwiająca… I nawet ten jego uśmieszek nie poprawiał jego położenia w tej całej sytuacji.
— Dante, idioto… ja pytam na poważnie! — jęknęła żałośnie, gdy przyciągnął ją do siebie, aby w następnej chwili ucałować jej skroń. Westchnęła jednak cicho, czując jak rozpływała się pod samym dotykiem jego ust, coraz bardziej żałując, że nie mogła ich porządnie posmakować. W innych okolicznościach z pewnością okazałyby się lepszym deserem i nagroda za zdane egzaminy niż kupione brownie.
Złapała go zaraz za zdrową rękę i splotła ich palce ze sobą. I z jakiegoś powodu pierwsze o czym pomyślała to o tej imprezie u Chrisa, gdy jeszcze chodzili do liceum. Od razu wróciła do tamtej chwili, gdy leżeli razem na trawniku, malowali sobie śnieżynki…
— Jestem twoją mądrą dziewczyną? Taką na poważnie? Nie dziw się, że pytam, bo ostatnim razem musiałam tupnąć kilka razy nogami, żeby to od ciebie usłyszeć… a teraz wystarczył jeden atak paniki. — Zaśmiała się cicho i mimowolnie przyłożyła sobie do ust wierzch jego dłoni i złożyła na nim delikatny pocałunek.
Zależało jej na tym kretynie i miała nadzieję, że zdawał sobie z tego sprawę.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrzebował, by przy nim nosiła jakiekolwiek maski, czy w inny sposób starała się prezentować tę idealną wersję siebie. W zupełności wystarczała mu dokładnie taka, jaka była – a to z kolei i tak niejednokrotnie wystarczało, by całkiem skutecznie wywoływać w nim solidne wyrzuty sumienia. Jak choćby tego konkretnego poranka. Albo tego, gdy obudził się u niej po tym ich pierwszym spotkaniu po latach…
I ona naprawdę usiłowała przepraszać go akurat za to, że w tym wszystkim nie opatrzyła mu jeszcze tej cholernej ręki…?
Sam z trudem powstrzymywał się, by znów jej nie pocałować. Chociaż… po tych kolejnych przeprosinach może jednak jej się należało. A jednak zamiast uciekać się do tej wyszukanej kary, po prostu pokręcił lekko głową z przeciągłym, całkiem wymownym westchnięciem. W tym jednak mimo wszystko kryło się zdecydowanie więcej rozbawienia i zadowolenia z tego, że ewidentnie wracała już do siebie, niż szczerego zniecierpliwienia.
I oczywiście, że nie mógłby się już zwyczajnie nie roześmiać, słysząc to jej jęknięcie. Najwyraźniej sam też powoli zaczynał już wracać do życia – może ten kupiony przez nią shot faktycznie działał cuda, a może większe cuda zdziałało zmotywowanie go do reakcji na jej atak paniki – skoro odzyskiwał nastrój pasujący do niego zdecydowanie bardziej niż ten towarzyszący mu jeszcze do niedawna.
A ja całkiem poważnie podsuwam ci możliwe wymówki na wypadek, jakbyś wcale nie chciała tego usłyszeć – tyle tylko, że nawet teraz w choćby i najmniejszym stopniu nie starał się zabrzmieć poważnie. Tym bardziej, że nawet jeśli faktycznie nie zakładał, by prawdopodobieństwo, że mogłaby nie chcieć, żeby nazywał ją swoją dziewczyną, było jakieś ogromne, to… jakieś wciąż chyba istniało. I mimo wszystko musiało mu w pewnym stopniu ulżyć, że nie pomylił się tym razem.
Jesteś – przynajmniej ta krótka odpowiedź wybrzmiała już bez tego wcześniejszego rozbawienia, za to z całkiem wyraźną pewnością. Jednocześnie nieco mocniej zacisnął swoją dłoń na jej, kiedy splotła ich palce ze sobą. Całkiem możliwe, że ten gest rzeczywiście mógł w pewnym stopniu przywoływać wspomnienia z tej dawnej imprezy, ale… tym razem nie było w nim już tej wcześniejszej niepewności, czy trochę nieporadnego testowania czy aby przypadkiem któreś z nich nie pozwala sobie na zbyt wiele. Właściwie… tym razem chyba było to stanowczo za mało. I chyba właśnie miał okazję tak naprawdę pożałować tej trzydniowej imprezy i tego, że dzięki niej wciąż smakował jak butelka wódki
Ale następnym razem może jednak wróć do tego tupania nogami, zamiast od razu zapominać jak się oddycha – wcześniejsza żartobliwa nuta powróciła, kiedy postanowił wreszcie się podnieść i – jak wtedy u Chrisa – pociągnąć ją za sobą, nie zamierzając przy tym ani na moment puszczać jej dłoni. – Chodź, dalej nie spróbowałaś nawet tego swojego brownie, a założę się, że nie jadłaś dzisiaj jeszcze nic innego. A omdleń na dzisiaj nie planujemy, zostaw jakieś atrakcje na jutro.
To chyba nie tak, że właśnie sam wprosił się do niej na kolejną noc, skoro to ona już wcześniej zapowiadała, że właśnie jutro odbierze sobie od niego porządnego buziaka…? Pod tym względem zdecydowanie zamierzał trzymać ją za słowo. I… chyba i tak nie widzieli się już dostatecznie długo – z winy jakiegoś idioty… – by móc zaplanować nadrobienie zaległości na kolejny dzień, gdy obydwoje mogliby wreszcie porządnie się wyspać i odzyskać siły…
Póki co jednak, zostawiając ją na dłuższą chwilę na kanapie, sam wrócił do kuchni. W pierwszej kolejności po to, by rzeczywiście ze wspomnianej przez nią wcześniej szafki wyciągnąć rzeczy niezbędne do nieco lepszego opatrzenia ręki i wraz z nimi przejść się ogarnąć do łazienki. Bandaż przewiązany przez środek dłoni faktycznie mógł sprawdzić się dużo lepiej od ścierki. I nawet nie utrudniał zbytnio operowania ręką, dzięki czemu ponowna próba pokrojenia tego nieszczęsnego ciasta zakończyła się przynajmniej bez kolejnych tragedii. Może więc nie było jeszcze konieczności, by Elsa na dobre pozbywała się z domu wszystkich noży i żeby Dante – podobnie jak ona – musiał uczyć się funkcjonowania bez ich użycia…
koniec
Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”