ODPOWIEDZ
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Guild Inn Estate


What I'm looking for?
Staring at the outside world


Caspian przez cały dzień chodził, wspierając się na swojej lasce, i rozmyślał, jak właściwie ma się przekonać do tej całej terapii, na którą obiecał Cherry uczęszczać. Sama myśl o tym działała mu na nerwy. Nie należał do ludzi, którzy z własnej woli siadają naprzeciw obcej osoby i zaczynają opowiadać o sobie i udawać, jakby to miało cokolwiek naprawić. Ha! Śmiechu warte! Widział w życiu wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że pewnych rzeczy nie da się rozbroić kilkoma dobrze zadanymi pytaniami i kubkiem herbaty postawionym obok. Nie uważał się za żadnego męczennika... broń Boże. Po prostu miał za sobą doświadczenia, których nie dało się tak łatwo z siebie strząsnąć. Wyjazdy, front, ludzie, którym próbował pomóc, a których i tak nie dało się uratować. Obrazy, które wracały późna nocą, uparte jak jego ulubiony dym papierosowy wsiąkający w ubrania. I ten jeden moment, po którym wszystko zgasło. Mina. Wybuch. Szpital. Laska, która od tamtej pory stała się częścią jego codzienności...
Nie był specjalnie rozmowny, chyba że sam miał na to ochotę. A tutaj? Tutaj miał podobno siedzieć i mówić. O swoim życiu, o tym, co widział, co przeżył... Jakby rozłożenie tego wszystkiego na części pierwsze przed psychiatrą miało nagle nadać temu sens. Nie miał na to najmniejszej kurwa ochoty. Ale obiecał to siostrze. A obietnice, wbrew temu, jak często robił z siebie aroganckiego dupka, traktował całkiem poważnie.

Zanim się obejrzał, dotarł na teren ośrodka. Budynek był ładny... nawet cholernie ładny jak miał być szczery - otoczony zadbaną zielenią, drzewami, które mimo jeszcze chłodniejszej pory roku powoli budziły się do życia. Latem to miejsce pewnie robiło jeszcze większe wrażenie. Podszedł do jednego z drzew i zawiesił laskę na niższej gałęzi, upewniając się wcześniej, że paczka papierosów tkwi bezpiecznie w kieszeni kurtki. Małpkę, którą miał przy sobie, poprawił odruchowo i schował głębiej. Potem złapał się obiema rękoma jednej z gałęzi, podciągnął się i przerzucił nogę, sycząc pod nosem kilka francuskich przekleństw, kiedy noga zaprotestowała przy ruchu. Ostatecznie usadowił się wygodnie, opierając plecami o pień. Wsadził papierosa między wargi i już miał odpalić zapalniczkę, kiedy zauważył kobietę. Nie oszukiwał się nawet... była znacznie przyjemniejszym widokiem niż cały ten idealnie utrzymany ogród. Uniósł lekko brew i przyjrzał się jej uważnie, śledząc spojrzeniem każdy ruch, bardziej z przyzwyczajenia niż z bezczelności. Trzymał już zapalniczkę przy papierosie, ale po chwili ją odsunął i schował do kieszeni. Sam papieros wysunął z ust i wsunął sobie za ucho. Piła coś z kubka, który był na tyle absurdalny, że aż przyciągał uwagę. Memiczny chomik. Caspian kojarzył tę mordkę z jakichś kompletnie odmóżdżających aplikacji, które czasem otwierał, kiedy nie chciał myśleć o niczym konkretnym. Parsknął śmiechem, cicho, ale na tyle niefortunnie, że omal nie stracił równowagi. Złapał się gałęzi wiszącej nad jego głową, licząc naiwnie, że jednak go nie zauważyła.
Przez chwilę zastanawiał się, czy na kogoś czekała, czy wyszła tylko na moment odetchnąć od tego budynku i wszystkiego, co się w nim działo. Zerknął kątem oka na szklane drzwi. Tak, zdecydowanie przyszła stamtąd. Kiedy próbował poprawić pozycję, pochylił głowę odrobinę za mocno i papieros wysunął mu się zza ucha, spadając prosto na dół. Caspian znieruchomiał na sekundę, po czym mruknął ciężko, z irytacją, wydobywając z siebie przekleństwo po francusku - Putain de merde.

kobieta z kubkiem
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

04
w domu cicho, na zewnątrz wrzask.

Guild Inn Estate


Z salą bankietową rodziców nie wiązała nawet połowy życia. Otwarto ją, gdy Rin była nastolatką zapatrzoną w życie swojej starszej siostry. Otwarcie sali złożyło się z dniem ślubu Selene, co nadawało uroczystości podwójnego dnia. Miała na sobie długą sukienkę, lekką i tiulową w błękitnym kolorze. Stała nieopodal siostry, trzymając jej bukiet ze słoneczników w dłoniach. Jasne, falowane włosy spływały wdzięcznie po jej ramionach, a połyskujące radością oczy, wpatrywały się z zachwytem w pannę młodą. Suknia Selene błyszczała w słońcu, jakby była oprószona brokatem. Idealnie komponowała się z wystrojem głównej sali, w której miało odbyć się przyjęcie. Sam ślub i złożenie przysięgi małżeńskiej nastąpiło w ogrodzie. Pogoda tamtego dnia była naprawdę piękna. Słońce przygrzewało przyjemnie, otulając ciepłem odsłonięte ramiona gości, ptaki przebywające pośród drzew, poćwierkiwały, komponując całkowicie inną niż marsz weselny, przyjemną dla ucha melodię. Podziwiała urodę swojej siostry, w którą zawsze była zapatrzona. Selene odziedziczyła po matce nieco ostrzejsze rysy, idealnie uzupełniające się z łagodnym, pełnym ciepła spojrzeniem ojca. Nie była klasyczną pięknością wyciągniętą z okładek czasopism. Brakowało jej typowych dla modelek kształtów, lecz jej jasne, długie włosy i błękitne oczy przyciągały spojrzenie. Jakby się tak zastanowić, mogłaby odegrać główną rolę w Czarodziejkach z Księżyca. Jej uroda była dość eteryczna.
Shereen czuła ekscytację i zazdrość. Jako nastolatka marzyła o miłości romantycznej, wyciągniętej rodem z książek dla nastolatek. Chciała tak jak Selene, znaleźć kogoś, kto pokocha ją mimo burz i sztormów. Wtedy nie patrzyła na miłość jak na coś, co można przeżywać inaczej. Całe swoje wyobrażenia opierała na doświadczeniach siostry. Patrząc na nią i jej męża, widziała dwoje szczęśliwych, zakochanych ludzi, którzy naprawdę chcieli spędzić ze sobą resztę życia i oprzeć je na wspólnych wartościach. Rzeczywistość rozwiała te wyobrażenia, stawiając na drodze Winfield mężczyznę o przenikliwym spojrzeniu i niediagnozowanych zaburzeniach psychicznych. Cieszyła się tym związkiem przez pierwszy rok. Później była kontrola, brak zaufania, sprzeczki i płacz. Za nic nie chciałaby wrócić do tego etapu w swoim życiu. Ta sala, Guild Inn Estate, była pierwszą, wspólną inwestycją Charlesa i Evelyn. W pewnym sensie to właśnie tu wszystko się zaczęło.
Teraz przemierzała te korytarze nie jako nastolatka, lecz kobieta. Już nie była ubrana w spodenki i fartuszek kelnerski. Mijała rozwieszone lustra, przeglądając się w nich, jakby każde następne odbicie, było częścią ścieżki, którą zdążyła przemierzyć. W pierwszym lustrze była trzynastolatką w kolorowej sukience i włosach przewiązanych błękitną wstążką. W drugim szesnastolatką w makijażu i rozpuszczonych włosach. W trzecim widziała siebie, jako druhnę na ślubie siostry. Czwarte odzwierciedlało jej obecny wygląd. Zatrzymała się przed nim, lustrując spojrzeniem odbicie w lustrze. Tym razem miała na sobie czarną, elegancką sukienkę i gruby płaszcz narzucony na ramiona. Nie planowała przejmować biznesu rodziców. A jednak stała tutaj, jako właścicielka, trzymając w dłoniach absurdalnie zabawny kubek z chomiczym memem. Zamówiła go przez internet kilka dni temu i jak na razie ze wszystkich kubków sprawdzał się najlepiej. Nie pasował kompletnie do ubioru właścicielki, ale kto w ogóle oceniał ludzi po kubkach, z których pili kawę?
Przechodząc przez przeszklone drzwi, wyszła na tyły sali; do ogrodu. Zatrzymała się pod jednym z drzew, dopijając w spokoju kawę. Zostawiła ojca w gabinecie. Odkąd przepisał na nią prawo własności, siedział tam od rana do wieczora, poświęcając swój czas na tłumaczenie jej podstawowych rzeczy. Wciąż popełniała głupie błędy i była tym zmęczona. Od początku wiedziała, że nie była gotowa na taki obowiązek. Najlepiej spełniała się w roli wiecznej studentki pracującej dorywczo w jakimś sklepie. Egoistycznie skupiała się tylko na sobie. Teraz musiała pilnować dokumentacji, pracowników i interesantów. Wyglądając przez niewielki płot oddzielający budynek od ulicy, nie zwróciła uwagi na drzewo nieopodal niej. Ani na siedzącego na jednej z gałęzi mężczyzny. Dopiero po usłyszeniu ruchu; dźwięku gałęzi, zmarszczyła brwi, odwracając się w stronę, z której dobiegł intrygujący dźwięk. Chwilę później na ziemię spadł papieros. Wtedy się zorientowała, że ktoś tam jest. W pierwszym odruchu spięła wszystkie mięśnie, obawiając się, że zobaczy tam swojego poprzedniego chłopaka. Mimowolnie cofnęła się o kilka kroków. Wulgaryzm rzucony w języku francuskim wyparł z niej wszelkie obawy. To nie był on. Nie znał języka francuskiego i wątpiła, by przez kilka tygodni zdążył się go nauczyć. Wsuwając kosmyk włosów za ucho, podeszła do drzewa, na którym siedział mężczyzna.
— No proszę, coś nie pykło? — zapytała ironicznie, zadzierając głowę, by móc spojrzeć na ciemnowłosego. Przykucnęła, sięgając po papierosa leżącego na trawniku (omal nie rozlewając przy tym kawy). — Sprzątaczka będzie po południu, nie dodawaj jej pracy. Bądź na tyle miły i zabierz to ode mnie — dodała, podnosząc się z miejsca i wyciągnęła rękę, by oddać mu papierosa. I tak musiał się nieco zsunąć, żeby go w ogóle przejąć. Szatynka nie zamierzała wspinać się na drzewa tylko po to, żeby oddać zgubę. Po pierwsze; nigdy tego nie lubiła. Po drugie, strój miała co najmniej nieodpowiedni. Po trzecie, tak poważnej osobistości jak ona — właścicielce tego przybytku — nie wypadało się tak zachowywać.

Podglądacz
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caspian wciąż siedział wysoko na gałęzi, oparty plecami o szorstki pień drzewa, i czuł, jak irytacja miesza się w nim z ciężkim, ołowianym zmęczeniem. Kurwa. Ten cholernny papieros leżał na trawie jak symbol jego dzisiejszego pecha, a on został w tym wszystkim przyłapany - siedzący na drzewie niczym jakiś żałosny uciekinier przed własnym życiem, lub co gorsza… pieprzony podglądacz, którym na dobrą sprawę nie był! Caspian po prostu chciał sobie od wszystkiego odetchnąć, a tutaj seria niefortunnych zdarzeń się za nim ciągnęła niczym jakieś widmo. Najpierw ta cholerna świadomość, że będzie musiał uczestniczyć w terapii, a potem wdrapywanie się tutaj jak ostatni imbecyl - przerośnięty gówniarz z nadmiarem testosteronu i zdecydowanie zbyt małą ilością rozsądku. Upuszczony papieros i obca kobieta stojąca dokładnie pod nim. Po prostu parodia - cholerna parodia! Był wkurwiony. Na siebie. Na swoją niezdarność. Na cały ten dzień. Nie miał najmniejszej ochoty schodzić. Noga pulsowała tępym, znajomym bólem, a zejście na ziemię oznaczało powrót do rzeczywistości, do laski, do ludzi i do obietnicy, której wcale nie chciał dotrzymywać.

Zamiast tego mocniej zacisnął palce na gałęzi, nachylił się w dół i wyciągnął rękę, sięgając po papierosa bez schodzenia. Jego palce musnęły jej dłoń… krótko, wystarczająco długo by zauważyć, że miała bardzo delikatną skórę. Wyrwał jej papierosa i natychmiast wsunął go sobie za ucho.- wszystko jest tak jak należy - rzucił nonszalancko. Wiatr był przytulny, niemal czuły… delikatnie muskał mu twarz, kołysał gałęziami i rozwiewał jej włosy. Ten sam wiatr, który chwilę wcześniej przyniósł mu ulgę, teraz wydawał się kpić z jego sytuacji. Dopiero wtedy pozwolił sobie spojrzeć na nią naprawdę - dokładniej. Caspian przyglądał się jej ładnej twarzy z góry, z lekkim przekrzywieniem głowy.
Miała regularne i wyjątkowe rysy twarzy, a coś w jej spojrzeniu było jednocześnie ostre i miękkie, coś, co nie pasowało do tego idealnie wypielęgnowanego ogrodu i otoczenia. Była… ładna. Niepokojąco ładna. I to go irytowało jeszcze bardziej. Był zmęczony interakcjami z ludźmi. Zmęczony udawaniem, że wszystko jest w porządku. Zmęczony tym, że każdy kontakt wymagał od niego jakiejś formy wysiłku… uśmiechu, rozmowy, wyjaśnień. Chciał tylko posiedzieć tu chwilę w ciszy, zapalić i nie myśleć o niczym. A teraz musiał coś powiedzieć. Musiał jakoś zareagować. Mimo wszystko czuł cichą, żałosną nadzieję, że nie wyrzuci go zaraz z terenu. Że nie każe mu zejść, nie wezwie ochrony, nie zrobi sceny. Chciał zostać tu z dala od ziemi, od ludzi… od wszystkiego co przypominało mu o tym jak bardzo beznadziejny był.

Siedział dalej na gałęzi, jedną ręką trzymając się mocno, drugą opierając o kolano. Patrzył na nią z góry, głosem niskim i szorstkim, wciąż przesiąkniętym irytacją, zapytał, - Sprzątaczka ma dziś wolne? Ah, miałem nadzieję, że sobie z nią porozmawiam. - Milczał przez moment, przyglądając się jej twarzy jeszcze uważniej. Wiatr znowu musnął mu skroń, niemalże w geście uspokojenia. Caspian westchnął cicho przez nos. - Pracujesz tu? - zapytał krótko. Nie lubił się wysilać w kwestii rozmów z innymi, a tym bardziej z obcymi, jednak musiał przecież wysilić się na tyle bardzo by jednak go stąd nie wyrzuciła za trespassing. Gałąź zatrzeszczała pod jego ciężarem, kiedy nachylił się jeszcze trochę niżej. Nie zamierzał schodzić. Jeszcze nie. Ale nie mógł też przestać patrzeć na tę twarz… na te oczy, które patrzyły na niego bez lęku, bez fałszywej troski… Przez moment nawet pomyślał, że może coś tam w niej również się gnieździło… coś o czym potrzebowała porozmawiać? W końcu kącik jego ust drgnął ledwo zauważalnie i dodał tym samym szorstkim, lekko drwiącym tonem, - Ten chomik na kubku to jakiś talizman ochronny na to całe miejsce, czy po prostu lubisz, kiedy coś kompletnie rozwala powagę otoczenia? - Czekał na jej odpowiedź, nie odrywając wzroku od jej twarzy. W środku kipiała mieszanka wkurzenia, zmęczenia i niechcianej, drażniącej ciekawości. No ale... po prostu musiał się jej o to zapytać - nie mógł się powstrzymać.

kobieta z kubkiem
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Shereen z natury była spokojna i niekonfliktowa. Patrzyła na Caspiana z łagodnością i delikatnym rozbawieniem odbijającym się w zielonych oczach szatynki. Złość była jej znana, lecz nie na tyle bliska, by kierowała się nią w każdej możliwej sytuacji. Pozytywna osobowość kobiety zdawała się uderzać po oczach — temperamentem przypominała promyczek słońca przebijający przez pochmurne niebo. Słońce symbolizowało nadzieję, radość i było jedną z pierwszych oznak zbliżającej się wiosny. Gdyby Shereen miała być porą roku, zdecydowanie byłaby wiosną — jeśli miesiącem, najprędzej majem. Zdawała się kwitnąć mimo tego, że na zewnątrz wciąż panował chłód i zawiewał okropny wiatr. Z początku widok mężczyzny siedzącego na drzewie nieco ją zaniepokoił. Wiedziała, że tuż obok, właściwie za płotem znajdywał się ośrodek terapeutyczny. Po terenie placówki kręcili się różni ludzie; bardziej stabilni i ci mniej, lecz nigdy dotąd nie było żadnego włamania, czy nieodpowiedniego zachowania ze strony pacjentów. Nie wzięła Cassa za creepa. Zaintrygował ją faktem, że wdrapał się na to drzewo i postanowił na nim zostać mimo niesprzyjających warunków pogodowych. Musiał zachować równowagę, by nie zsunąć się z gałęzi — nie była cienka, nie była też szalenie gruba. Idealna, by usiąść, ale wystarczyłoby się niefortunnie wychylić, by z niej spaść. Czując silniejszy podmuch wiatru, wsunęła rozwiane włosy za ucho, starając się je opanować.
Speszyła się nieco, czując muśnięcie palców na swojej dłoni.
To nie tak, że nie była p r z y z w y c z a j o n a do czegoś takiego — raczej przewrażliwiona.
Odpowiedziała delikatnym uśmiechem na ten nonszalancki ton. Najwidoczniej mężczyzna nie miał najłatwiejszego dnia, ani nawet trochę przyjemnego. Wszystko w jego postawie krzyczało, by zostawić go w spokoju. Ton, jakim się posługiwał, jak i pozycja, którą przyjął, była ostrzeżeniem przed spoufalaniem. W tym momencie przypominał nieoswojonego kota prychającego na nieznajomą osobę. Mógł być też zmęczony. Ludzie, którzy nie radzili sobie z rzeczywistością, chodzili poddenerwowani, mieli wszystkiego dość i jedyną rzeczą, której pragnęli, był święty spokój. Shereen nie była jedną z tych narzucających się osób. Szanowała czyjeś granice i nie próbowała ich za wszelką cenę przekraczać — być może dlatego cofnęła się o te kilka kroków, gdy tylko oddała mu papierosa. Może nie chciała przytłaczać go swoją obecnością i podświadomie wyczuwała towarzyszące mu emocje. Czuła, że powinna się wycofać całkowicie i zostawić go w spokoju. I była gotowa, żeby to zrobić — w miejscu zatrzymało ją jednak pytanie o sprzątaczkę.
Ściągając delikatnie brwi, obróciła kubek z chomikiem w dłoniach. Aromat niedawno zaparzonej kawy przyjemnie muskał nozdrza, niesiony muśnięciami wiatru. Uwielbiała ten kubek. Był naprawdę beznadziejny i niejednej osobie pewnie byłoby wstyd, gdyby miała się z takim pokazać. Winfield natomiast lubiła wszystko, co nieoczywiste i abstrakcyjne.
— Nie, że coś, ale... Nie wyglądasz na kogoś chętnego do rozmowy. Czy może powinnam powiedzieć nie wygląda pan? — odpowiedziała przekornie, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy. Próbowała podtrzymywać kontakt wzrokowy, ale ten mimowolnie uciekał do innych punktów. Nie miała czego się obawiać, mówiła do niego szczerze i otwarcie, bez zwracania uwagi na wydźwięk swojego głosu. Ten w pewnym momencie stał się nieco ironiczny — zapożyczony od Cassiela. Zawsze miała talent do naśladowania akcentów. Uczenie się języków obcych przychodziło jej z łatwością. Naśladowanie czyjegoś tonu również nie sprawiało jej problemu. Potrafiła perfekcyjnie odwzorować złość matki i jeszcze lepiej ciepły ton ojca, gdy zwracał się do niej z tą rozczulającą nutką miłości w głosie.
— Tak — odparła twardo, bez wysiłku czy zbędnego rozdrabniania. Pracowała, owszem.
Rozmowa z obcymi ludźmi przychodziła jej z łatwością. Jednakże tłumaczenie się niezbyt sympatycznemu mężczyźnie i opowiadanie o swojej pracy nie należało do jej obowiązków. Wyrzucać go z terenu nie zamierzała. Zwracał na siebie uwagę, lecz jego zachowanie wciąż pozostawało normalne. Chciał uciąć sobie drzemkę? Żaden problem. Dopóki trzymał się z dala od głupich pomysłów i nie zamierzał się włamywać albo za bardzo się spoufalać, mógł tutaj przebywać. Shereen, choć miała przyjemną dla oka aparycję, potrafiła być nieuprzejma; rzadko, bo rzadko, ale się zdarzało. W przeciągu ostatniego tygodnia nie miała takiej sytuacji, ale dwa tygodnie temu, o ile pamięć jej nie myliła, pokłóciła się z jakimś klientem; łysawym i cholernie nabuzowanym.
Zwiększyła dystans, gdy Caspian nachylił się w jej kierunku. Posłała mu spojrzenie przepełnione dezaprobatą; jedno z tych ostrzegawczych.
Mrugnęła z niedowierzaniem, gdy usłyszała to absurdalne pytanie o kubek. Zsunęła wzrok z ciemnych oczu Caspiana i przeniosła je na kubek. Kąciki ust Shereen uniósł się nagle w uśmiechu, a spomiędzy jej ust wyrwał się przyjemny dla ucha śmiech. Nie wybuchnęła głośnym, wariackim śmiechem — lecz melodyjnym, kobiecym. Takim, za który niejeden mężczyzna, mógłby zabić, by go usłyszeć — a przynajmniej jej ex chłopak byłby do tego zdolny.
— Bo widzisz, ja tak naprawdę nie jestem ani trochę poważna. Ten chomik to nic takiego, serio. Ciesz się, że nie widziałeś innych, mógłbyś się załamać — rzuciła wesoło, unosząc kubek do góry, żeby ciemnowłosy mógł mu się lepiej przyjrzeć. Niemal wepchnęła mu go przed twarz, chomikiem do przodu, oczywiście. Winfield nigdy nie była poważną personą. Zawsze była tą, która w towarzystwie robiła nie tylko za clowna, ale i głównego wodzireja.

podglądacz
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W dalszym ciągu siedział na gałęzi, jedną ręką mocno trzymając się pnia, drugą opierając o udo. To muśnięcie palców przy oddawaniu papierosa sprawiło, że poczuł krótkie, niechciane ukłucie ciepła - delikatna, zaskakująco miękka skóra w kontraście do jego szorstkich dłoni. Szybko wyrwał jej papierosa i wsunął go za ucho, jakby to mogło zamaskować fakt, że może przez moment spodobało mu się coś, czego na dobrą sprawę nie mógł przewidzieć. Jej odpowiedź... ta przekorna, lekko ironiczna nuta w głosie... sprawiła, że uniósł brew.

''...nie wyglądasz na kogoś chętnego do rozmowy...''

Kurwa, trafiła w p u n k t.
Nie był. I nie chciał być. Ale jednocześnie coś w jej tonie... tym lekkim, wczesnowiosennym słodkim tonie - sprawiło, że zamiast się zirytować, poczuł dziwną, drażniącą ciekawość. Nachylając się jeszcze trochę niżej, tak że gałąź znowu nieprzyjemnie zatrzeszczała pod jego ciężarem, spojrzał na nią z góry tym samym szorstkim, lekko drwiącym uśmieszkiem, który nie sięgał oczu.- No proszę, jaka spostrzegawcza - mruknął niskim, chropowatym głosem, w którym wciąż pobrzmiewała irytacja pomieszana z czymś na kształt niechętnego rozbawienia. - Masz rację. Nie jestem chętny. Miałem ciężki tydzień. - Przesunął wzrok po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę na tych zielono-szmaragdowych oczach, które patrzyły na niego bez strachu, bez tej irytującej litości, do której był już przyzwyczajony. Było w niej coś… i n t r y g u j ą c e g o.

Na dobrą sprawę, kiedy powiedziała tak na pytanie, czy tu pracuje.... krótko, bez zbędnego rozdrabniani, kiwnął powoli głową, jakby przyjmował informację do wiadomości.- Pracujesz…hm - powtórzył cicho, bardziej do siebie niż do niej. Wiatr znowu dmuchnął mu w twarz, rozwiewając ciemne włosy. - To wyjaśnia, dlaczego nie wrzeszczysz i nie wzywasz ochrony. Albo jesteś po prostu za miła, albo za bardzo zmęczona, żeby przejmować się jakimś obcym gościem na drzewie. - Zacisnął mocniej palce na gałęzi, czując, jak noga zaczyna mu drętwieć od niewygodnej pozycji. Ból był tępy, przeszywający... przypominał mu, dlaczego właściwie tu wlazł. Żeby choć na chwilę uciec od tego wszystkiego. Od terapii. Od laski. Od ludzi, którzy chcieli mu ''pomóc''. Jakąś chwilę później jej śmiech zaskoczył go bardziej, niż chciał przyznać, a kiedy uniosła kubek z tym idiotycznym chomikiem prosto w jego stronę, prawie parsknął. Prawie.

Zamiast tego pochylił się jeszcze niżej, na tyle, że ich twarze dzieliło teraz może półtora metra, przy tym stabilizując się rękoma. Przyjrzał się kubkowi z udawaną powagą, po czym wrócił wzrokiem do jej oczu. - Serio? - rzucił lekko chropowatym tonem, w którym pojawiła się teraz wyraźniejsza nuta drwiny, ale też coś z… rozbawienia. - domyślam się, że kawa, lub cokolwiek tam z niego pijesz... smakuje milion razy lepiej z takiego kubka. - Przerwał na chwilę, przyglądając się jej twarzy z bliska. - Wiesz, co jest zabawne? - dodał ciszej - Stoisz tu sobie z tym uśmiechem, jakby świat nie był jednym wielkim gównem, a ja siedzę na drzewie jak ostatni idiota i zastanawiam się, czy za chwilę nie spadnę i nie złamię sobie nogi. A ty… ty po prostu się śmiejesz z chomika. Absurd. - Westchnął ciężko przez nos, podnosząc się, by znowy oprzeć się o pień drzewa, po czym odwrócił na moment wzrok w stronę ogrodu. W środku rozrywało go wszystko... irytacja na siebie, zmęczenie, które wciskało się w kości, i ta niechciana, drażniąca ciekawość wobec niej. Kącik jego ust drgnął minimalnie... był to prawie uśmiech, ale nie do końca. - No dobra, chomiczku. Skoro już zaczęłaś tę pogawędkę… jak masz na imię? - Czekał, nie odrywając od niej wzroku, z tą samą mieszanką szorstkości, zmęczenia i niechętnej, kłującej ciekawości w piersi. Gałąź znowu zatrzeszczała, a on przez moment zastanawiał się, czy to już pora, żeby zeskoczyć z tego drzewa, czy jeszcze trochę porozmawiać z nią z tej wysokości. - Caspian jestem.

ʕ̢̣̣̣̣̩̩̩̩·͡˔·ོɁ̡̣̣̣̣̩̩̩̩✧
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Winfield miała talent do przewidywania czyich uczuć lub odczuć. Wystarczyło jedno dłuższe spojrzenie zatrzymanego na rysach jego przystojnej twarzy, by zrozumiała, z kim — albo raczej, z jakim nastrojem — miała do czynienia. Uczono ją czytania ludzi. Matka, rozmawiając z nią, często powtarzała, by podczas rozmowy poświęcać szczególną uwagę oczom i mimice. Każda maska nosiła skazę, nawet te najpiękniejsze. Zwłaszcza te, bo patrząc na coś pięknego, rzadko zwraca się uwagę na niedoskonałości. Przykrycie ich zewnętrzną perfekcją potrafiło oszukać umysł. Dlatego Shereen patrzyła rozmówcy głównie w oczy. Te Caspiana przypominały jej lekko zachmurzone niebo. Nie były czysto błękitne, nie miały odcienia błyszczącego zimą lodu. Były jasne, niebieskoszare. Jakby należały do kogoś, kto nie potrafi odnaleźć się otaczającej go rzeczywistości i próbuje zamaskować swoje wewnętrzne uczucia. Czy współczucie takim osobom było na miejscu? Doskonale znała ten typ — Cass w swojej szorstkości przypominał jej Olivera. Różnica między nimi była jednak taka, że zielone oczy Oliviera patrzyły na nią z lisią przebiegłością i tym spojrzeniem sprawiał, że cierpła jej skóra. Tego samego nie mogła powiedzieć o mężczyźnie z drzewa. Wolała trzymać na dystans obce osoby. Na razie podchodziła do niego z dystansem i dozą ostrożności, choć mogłoby się wydawać, że w przypływie dobrego nastroju byłaby w stanie opowiedzieć historię życia. Teraz, po doświadczeniach, które miała za sobą, starała się nie wchodzić w relacje, które mogłyby zakończyć się dla niej źle. Caspian, pewnością siebie i tą całą aurą zbuntowanego chłopca, mógłby oczarować niejedną, a wiele kobiet. Może gdyby był nieco przyjemniejszy — wciąż sarkastyczny, ale nie w ten złośliwy sposób — mógłby sporo ugrać. Winfield nie lubiła niejasności i niedopowiedzeń. Wolała bezpośredniość. Dlatego otwarcie mówiła o swoich spostrzeżeniach, oddając się w ramiona sarkazmu i drwiny — podłapała taktykę siedzącego na drzewie mężczyzny.


W przeciwieństwie do niego nie przekraczała jednak pewnych granic — bliskości.

Trzymała się na dystans za każdym razem, gdy on próbował go zmniejszyć. Zwracała uwagę na każdy jego ruch, dźwięk gałęzi, czy mocniejsze szarpnięcie. Zastanawiała się, kiedy ta gałąź po prostu ustąpi i trzaśnie. Oglądanie tego cwaniaczka, który ląduje dupskiem na ziemi, wraz z ułamaną gałęzią, mogłoby jej przynieść całkiem niezłą rozrywkę. Czuła się pewniej, czując stabilny grunt pod nogami, a kąciki jej ust wędrowały nieco wzwyż za każdym razem, gdy gałąź wydawała z siebie tajemniczy dźwięk. Niezbyt przyjemny dla uszu. Zaraz za uśmiechem, wędrowało również spojrzenie, które zatrzymywała na konarze.
— Ciężki tydzień, co? — westchnęła teatralnie, pozwalając klatce piersiowej unieść się i opaść w dość dramatyczny sposób. Pokręciła głową, jak prawdziwy terapeuta; z wyrozumiałością i zrozumieniem. Gdyby nie ten kubek z chomikowym memem, nawet można byłoby ją wziąć na poważnie. — Dziewczyna cię rzuciła, czy wplątałeś się w długi? — jakie inne problemy mógłby mieć mężczyzna w jego wieku? Zapewne różne, ale ona nie miała o nich pojęcia.
Obróciła głowę, zerkając w stronę sali. Gdyby ktoś zaczął się kręcić, zostałaby o tym powiadomiona. Jak na razie nie działo się nic szczególnie ważnego, a ona nie musiała spieszyć się z powrotem. Zanim odpowiedziała, przesunęła wzrokiem po ogrodzie, szukając czegoś, na czym mogłaby usiąść. Zrobiłaby to od razu, gdyby nie to, że Caspian zatrzymał ją w miejscu swoim kolejnym stwierdzeniem. Wspomniał coś o byciu za miłą, albo o byciu zmęczoną. Właściwie drzewo stało po drugiej stronie, tuż za płotem, więc w teorii Caspian nie zagrażał w żaden sposób obiektowi jej pracy. Słyszała coś o zasadzie, że dopóki drzewko owocowe stało za ogrodzeniem, to należało do sąsiada. Jeśli zaczynało się rozrastać i gałęzie znajdywały się zarówno po jednej, jak i drugiej stronie, było jakby wspólne. Trochę naciągnęła tę zasadę, bo idąc zgodnie z tym tokiem rozumowania, powinna była wezwać policję i oskarżyć go o podejrzane zachowanie względem niej. Dopóki siedział na drzewie, należał do sąsiada. Problemem Shereen stałby się wtedy, gdyby z niego zszedł i stanął naprzeciw niej.
— Wezwałabym ochronę, gdybyś zszedł na ziemię i uznałabym cię za zagrożenie. Dopóki siedzisz na drzewie, nie wchodzisz na teren mojej sali. Czyli jesteś w bezpiecznym położeniu — wyjaśniła, jak najdokładniej. Całkiem nieźle zaczynała się bawić. Caspian właśnie urozmaicał jej czas, a ona nie musiała wracać do biura tylko po to, żeby przyjrzeć się kolejnym kopiom bardzo ważnych dokumentów, których nie mogła przeoczyć — przynajmniej tak twierdził tata.

Wolała opowiadać obcemu facetowi o różowym kubku. Dostrzegła ten cień rozbawienia, przemykający przez jego twarz niczym spłoszony królik. Cicho i pośpiesznie, jakby nie chciał zostać dostrzeżony, ani złapany przez czającego się w pobliskich zaroślach lisa. Zmiana była nagła i szybka, trudna do wychwycenia. Przez chwilę nie była pewna, czy faktycznie był rozbawiony, czy tylko jej się wydawało. Była pewna, że nie. Przecież w i d z i a ł a. I usłyszała tę samą nutę w jego głosie.
— Kawę. Cholernie słodką z dużą ilością mleka, bo innej nie lubię... — wyjaśniła, choć pytanie z jego ust nawet nie padło.
Zapytał o coś innego. Czy wiedziała, co było zabawne. Z początku pokręciła głową, czekając, aż udzieli odpowiedzi na zadane przez siebie samego pytanie. Znała te momenty, te kilka chwil oczekiwania między pierwszym, a drugim słowem, które miało paść. W teatrze i w filmie cała ta chwila pełniła ważną funkcję. Rozbudzała ciekawość widza, przygotowywała na to, co zaraz się stanie. Budowała napięcie. Tutaj nie było napięcia, lecz prosta ciekawość. Nie pomyliła się i nie musiała czekać zbyt długo. Caspian za chwilę odpowiedział, a ona, słuchając go, zaczynała rozumieć, że facet musiał mieć naprawdę p r z y k r e życie. Albo udawał młodego Wertera, albo doświadczał Weltschmerzu i nie potrafił poradzić sobie z własnymi emocjami.
— Ah, już zaczynam cię rozumieć. Myślisz, że wspinając się na drzewo, uciekniesz od tego, co psuje ci nastrój. To nic ci nie da. Dąsanie się na świat też ci nie pomoże. Czytałeś może Ciepienia młodego Wertera? głos miała przyjemny, jak jedwabny materiał łaskoczący szyję. Ironizowała, trochę bagatelizowała, ale robiła to w na tyle uprzejmy sposób, że trudno było to wyłapać po jej tonie. — A nogę złamałbyś na własne życzenie. Kto wchodzi na drzewo i zostaje na gałęzi, gdy ta zaczyna trzeszczeć? — na to również zwróciła uwagę. Postukała palcem wskazującym we własne czoło, jakby chciała mu w ten sposób przekazać, że jest stuknięty.

Obserwowała go jeszcze przez krótką chwilę; sposób, w jaki podnosił się na tej gałęzi i próbował utrzymać na niej równowagę, był dość intrygujący. Zastanawiała się, czy w końcu się podda, czy uparcie będzie ciągnął tę nierówną walkę. Nie chciała, żeby został znokautowany przez gałąź, ale mogło się tak skończyć.
— Możesz mówić mi Shereen. Ładne masz imię, Caspianie. Ale ja będę cię nazywać księciem ciemności. Jesteś dość ponury — roześmiała się serdecznie. Zostawiła kubek na ziemi, tuż przy płocie i przeszła przez ogród. Zgarnęła niewielkie krzesełko i postawiła je nieopodal drzewa, przysiadając na nim. Odczuwała nieprzyjemny chłód, bo pogoda wciąż nie rozpieszczała, ale kubek ciepłej kawy dawał jej nieocenione wsparcie.


Książę Ciemności
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
28 y/o
Welkom in Canada
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyglądał sie jej przez dłuższą chwilę w milczeniu. Nie dlatego, że nie miał odpowiedzi. Miał ich aż za dużo. Wszystkie siedziały mu pod językiem jak cholerne drzazgi... niewygodne i gotowe zrobić więcej szkody, niż były tego warte. Patrzył na nią z góry, z tej idiotycznej gałęzi, która trzeszczała pod nim jak bardzo wymowny komentarz wszechświata do jego obecnego stanu psychicznego. HA! WHAT A JOKE! I im dłużej dziewczyna mówiła, tym bardziej drażniło go to, że nie była tylko przypadkową dziewczyną z kubkiem w dłoni. Ona na niego po prostu patrzyła... Nie oceniała go jednym szybkim spojrzeniem, jak większość ludzi. Ona go czytała. Warstwa po warstwie, jakby ktoś kiedyś nauczył ją zdejmować z człowieka maskę bez pytania o pozwolenie. I to było niepokojące. Zdecydowanie zbyt intymne, jak na rozmowę z kobietą, którą poznał pięć minut temu, podczas gdy siedział na drzewie jak ostatni pojeb. Na jej teatralne westchnięcie uniósł brew. - Dziewczyna mnie rzuciła albo wplątałem się w długi? - powtórzył nisko, a kącik jego ust drgnął w czymś, co może kiedyś, w lepszych czasach, mogło uchodzić za uśmiech. - Cholernie wąski katalog zyciowych tragedii. - pokręcił głową, po czym dodał - Ale nie. Żadna dziewczyna. Żadne długi. Przynajmniej nie takie, które dałoby się spłacić pieniędzmi. - Przechylił lekko głowę, zerkając na nią spod ciemnych rzęs. - Są takie tygodnie, gdzie czasami ci się marzy, że świat byłby lepszy, gdyby cię na nim nie było, wiesz? - Powinien był na tym skończyć. Powinien był wrócić do papierosa, do milczenia, do własnej zgryźliwości, która zwykle działała jak płot z drutu kolczastego.


Ale ona nie uciekała. Nie skrzywiła się. Nie spojrzała na niego z tą paskudną litością, której szczerze nienawidził. Zamiast tego stała tam z tym swoim różowym kubkiem, chłodem na policzkach i oczami, które wyglądały, jakby widziały więcej, niż powinny. Kiedy zaczęła wyjaśniać mu zasady bezpieczeństwa i ochrony, prychnął cicho. - Czyli dopóki siedzę na drzewie, jestem cudzym problemem? - mruknął, zerkając w dół na płot, potem z powrotem na nią. - Fascynująco bezduszna logika. I kinda like it. - Gałąź pod nim znowu jęknęła ostrzegawczo. Caspian spojrzał na nią z wyraźną urazą, jakby osobiście go zdradziła. Zacisnął mocniej palce na pniu, czując znajome, tępe napięcie biegnące od biodra w dół nogi. - Widzisz? - rzucił do Shereen, kiwając brodą w stronę gałęzi. - Nawet drzewo ma do mnie dzisiaj jakiś problem. - Parę chwil później wspomniała o kawie. O c z y w i ś c i e. Caspian spojrzał na kubek z chomikiem, potem na nią,- Hm.. w sumie Wyglądasz na kogoś, kto potrafi wlać pół kartonu mleka do kubka, nazwać to kawą, a potem jeszcze przekonać innych, że tylko w taki sposób powinno się ją pić. - Tym razem uśmiechnął się naprawdę, a potem wspomniała o Werterze i znieruchomiał na sekundkę… Nie dlatego, że trafiła za mocno. No dobra… może trochę dlatego. Spojrzał na nią spod zmrużonych powiek, - Dąsanie się na świat? - powtórzył cicho. - To brzmi prawie uroczo. - Przez moment milczał. Wiatr poruszył gałęziami nad jego głową, a Caspian odwrócił wzrok w stronę ogrodu, jakby nagle łatwiej było patrzeć na cokolwiek innego niż na nią. - Nie dąsam się na świat, chomiczku - powiedział w końcu niżej. - Dzieci się dąsają. Ja po prostu próbuję znaleźć miejsce, w którym przez pięć minut nikt nie patrzy na mnie tak, jakby miał zaraz zapytać, czy wszystko w porządku. - zdając sobie sprawę, że zabrzmiał dramatycznie… parsknął pod nosem, na samego siebie- A co do Wertera… - zerknął na nią z ukosa. - Jeśli próbujesz zasugerować, że jestem młodym, tragicznym bohaterem z nadmiarem emocji i niedoborem instynktu samozachowawczego, to po pierwsze - obrażasz moje poczucie oryginalności. Po drugie… prawdopodobnie masz w tym trochę racji.

Coś w tej rozmowie przesunęło się minimalnie. Nie dużo. Nie na tyle, żeby mógł nazwać to komfortem. Raczej jak pierwsze pęknięcie w lodzie, którego jeszcze nie widać z daleka, ale wiadomo, że od tej chwili cała tafla przestała być taka pewna. Słysząc jak go nazwała.. zamrugał raz… drugi.. po czym wybuchnął śmiechem, - Księciem ciemności? - powtórzył, patrząc na nią z góry z niedowierzaniem. - Chryste, Shereen. Jestem na drzewie, z papierosem za uchem i jedną zdrętwiałą nogą. Jeśli to jest twój standard dla mrocznej arystokracji, to boję się zapytać, jak wygląda u ciebie zwykły dupek… kutas.. jakkolwiek wolisz nazwać chama. - Caspian śledził ją wzrokiem. Nie powinien. Oczywiście, że nie powinien, jednak jej spokojne ruchy go ciekawiły.. aż za bardzo… Litość potrafił znieść. Złość potrafił odbić. Pogardę potrafił przeżuć i wypluć. Ale ciekawość? Ciekawość była niebezpieczna. Ciekawość oznaczała, że ktoś może zostać trochę dłużej. Przesunął dłonią po twarzy, po czym westchnął ciężko. Gałąź znowu zatrzeszczała… Tym razem spojrzał na nią z czymś, co mogło być rezygnacją. - Dobra - mruknął pod nosem. - Zanim natura postanowi zakończyć tę scenę w najbardziej upokarzający dla mnie sposób… - Powoli przesunął się bliżej pnia, szukając stabilniejszego oparcia. Każdy ruch odezwał się bólem w nodze, ostrym i nieprzyjemnym, ale zacisnął tylko zęby. Spojrzał na nią jeszcze raz. - Nie ruszaj się, chomiczku - rzucił nisko, - Jeśli spadnę, przynajmniej będziesz miała najlepsze miejsce do oglądania. - Zeskoczył ostrożnie, a buty uderzyły o ziemię ciężko, ale utrzymał równowagę, łapiąc się pnia jedną dłonią. Przez sekundę stał pochylony, z napiętą szczęką, pozwalając bólowi przejść przez ciało jak fala, której nie dało się zatrzymać. Dopiero potem wyprostował się powoli i odwrócił do niej twarz, chwytając laskę, by móc się oprzeć… poprawił papierosa za uchem i zrobił krok w stronę płotu, zatrzymując się po swojej stronie granicy, którą sama przed chwilą tak skrupulatnie wyznaczyła. Przechylił lekko głowę, patrząc na nią z tym samym ponurym rozbawieniem, które teraz miało w sobie coś odrobinę cieplejszego. - I co teraz, Shereen? Nadal jestem w bezpiecznym położeniu, czy mam zacząć martwić się o ochronę?

Shereen miała na imię
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”