Przyglądał sie jej przez dłuższą chwilę w milczeniu. Nie dlatego, że nie miał odpowiedzi. Miał ich aż za dużo. Wszystkie siedziały mu pod językiem jak cholerne drzazgi... niewygodne i gotowe zrobić więcej szkody, niż były tego warte. Patrzył na nią z góry, z tej idiotycznej gałęzi, która trzeszczała pod nim jak bardzo wymowny komentarz wszechświata do jego obecnego stanu psychicznego.
HA! WHAT A JOKE! I im dłużej dziewczyna mówiła, tym bardziej drażniło go to, że nie była tylko przypadkową dziewczyną z kubkiem w dłoni. Ona na niego po prostu patrzyła... Nie oceniała go jednym szybkim spojrzeniem, jak większość ludzi. Ona go czytała. Warstwa po warstwie, jakby ktoś kiedyś nauczył ją zdejmować z człowieka maskę bez pytania o pozwolenie. I to było niepokojące. Zdecydowanie zbyt intymne, jak na rozmowę z kobietą, którą poznał pięć minut temu, podczas gdy siedział na drzewie jak ostatni pojeb. Na jej teatralne westchnięcie uniósł brew.
- Dziewczyna mnie rzuciła albo wplątałem się w długi? - powtórzył nisko, a kącik jego ust drgnął w czymś, co może kiedyś, w lepszych czasach, mogło uchodzić za uśmiech.
- Cholernie wąski katalog zyciowych tragedii. - pokręcił głową, po czym dodał
- Ale nie. Żadna dziewczyna. Żadne długi. Przynajmniej nie takie, które dałoby się spłacić pieniędzmi. - Przechylił lekko głowę, zerkając na nią spod ciemnych rzęs.
- Są takie tygodnie, gdzie czasami ci się marzy, że świat byłby lepszy, gdyby cię na nim nie było, wiesz? - Powinien był na tym skończyć. Powinien był wrócić do papierosa, do milczenia, do własnej zgryźliwości, która zwykle działała jak płot z drutu kolczastego.
Ale ona nie uciekała. Nie skrzywiła się. Nie spojrzała na niego z tą paskudną litością, której szczerze nienawidził. Zamiast tego stała tam z tym swoim różowym kubkiem, chłodem na policzkach i oczami, które wyglądały, jakby widziały więcej, niż powinny. Kiedy zaczęła wyjaśniać mu zasady bezpieczeństwa i ochrony, prychnął cicho.
- Czyli dopóki siedzę na drzewie, jestem cudzym problemem? - mruknął, zerkając w dół na płot, potem z powrotem na nią.
- Fascynująco bezduszna logika. I kinda like it. - Gałąź pod nim znowu jęknęła ostrzegawczo. Caspian spojrzał na nią z wyraźną urazą, jakby osobiście go zdradziła. Zacisnął mocniej palce na pniu, czując znajome, tępe napięcie biegnące od biodra w dół nogi.
- Widzisz? - rzucił do Shereen, kiwając brodą w stronę gałęzi.
- Nawet drzewo ma do mnie dzisiaj jakiś problem. - Parę chwil później wspomniała o kawie. O c z y w i ś c i e. Caspian spojrzał na kubek z chomikiem, potem na nią,
- Hm.. w sumie Wyglądasz na kogoś, kto potrafi wlać pół kartonu mleka do kubka, nazwać to kawą, a potem jeszcze przekonać innych, że tylko w taki sposób powinno się ją pić. - Tym razem uśmiechnął się naprawdę, a potem wspomniała o Werterze i znieruchomiał na sekundkę… Nie dlatego, że trafiła za mocno. No dobra… może trochę dlatego. Spojrzał na nią spod zmrużonych powiek,
- Dąsanie się na świat? - powtórzył cicho.
- To brzmi prawie uroczo. - Przez moment milczał. Wiatr poruszył gałęziami nad jego głową, a Caspian odwrócił wzrok w stronę ogrodu, jakby nagle łatwiej było patrzeć na cokolwiek innego niż na nią.
- Nie dąsam się na świat, chomiczku - powiedział w końcu niżej.
- Dzieci się dąsają. Ja po prostu próbuję znaleźć miejsce, w którym przez pięć minut nikt nie patrzy na mnie tak, jakby miał zaraz zapytać, czy wszystko w porządku. - zdając sobie sprawę, że zabrzmiał dramatycznie… parsknął pod nosem, na samego siebie
- A co do Wertera… - zerknął na nią z ukosa.
- Jeśli próbujesz zasugerować, że jestem młodym, tragicznym bohaterem z nadmiarem emocji i niedoborem instynktu samozachowawczego, to po pierwsze - obrażasz moje poczucie oryginalności. Po drugie… prawdopodobnie masz w tym trochę racji.
Coś w tej rozmowie przesunęło się minimalnie. Nie dużo. Nie na tyle, żeby mógł nazwać to komfortem. Raczej jak pierwsze pęknięcie w lodzie, którego jeszcze nie widać z daleka, ale wiadomo, że od tej chwili cała tafla przestała być taka pewna. Słysząc jak go nazwała.. zamrugał raz… drugi.. po czym wybuchnął śmiechem,
- Księciem ciemności? - powtórzył, patrząc na nią z góry z niedowierzaniem.
- Chryste, Shereen. Jestem na drzewie, z papierosem za uchem i jedną zdrętwiałą nogą. Jeśli to jest twój standard dla mrocznej arystokracji, to boję się zapytać, jak wygląda u ciebie zwykły dupek… kutas.. jakkolwiek wolisz nazwać chama. - Caspian śledził ją wzrokiem. Nie powinien. Oczywiście, że nie powinien, jednak jej spokojne ruchy go ciekawiły.. aż za bardzo… Litość potrafił znieść. Złość potrafił odbić. Pogardę potrafił przeżuć i wypluć. Ale ciekawość? Ciekawość była niebezpieczna. Ciekawość oznaczała, że ktoś może zostać trochę dłużej. Przesunął dłonią po twarzy, po czym westchnął ciężko. Gałąź znowu zatrzeszczała… Tym razem spojrzał na nią z czymś, co mogło być rezygnacją.
- Dobra - mruknął pod nosem.
- Zanim natura postanowi zakończyć tę scenę w najbardziej upokarzający dla mnie sposób… - Powoli przesunął się bliżej pnia, szukając stabilniejszego oparcia. Każdy ruch odezwał się bólem w nodze, ostrym i nieprzyjemnym, ale zacisnął tylko zęby. Spojrzał na nią jeszcze raz.
- Nie ruszaj się, chomiczku - rzucił nisko,
- Jeśli spadnę, przynajmniej będziesz miała najlepsze miejsce do oglądania. - Zeskoczył ostrożnie, a buty uderzyły o ziemię ciężko, ale utrzymał równowagę, łapiąc się pnia jedną dłonią. Przez sekundę stał pochylony, z napiętą szczęką, pozwalając bólowi przejść przez ciało jak fala, której nie dało się zatrzymać. Dopiero potem wyprostował się powoli i odwrócił do niej twarz, chwytając laskę, by móc się oprzeć… poprawił papierosa za uchem i zrobił krok w stronę płotu, zatrzymując się po swojej stronie granicy, którą sama przed chwilą tak skrupulatnie wyznaczyła. Przechylił lekko głowę, patrząc na nią z tym samym ponurym rozbawieniem, które teraz miało w sobie coś odrobinę cieplejszego.
- I co teraz, Shereen? Nadal jestem w bezpiecznym położeniu, czy mam zacząć martwić się o ochronę?
Shereen miała na imię