-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Nie żartuję, sama przyznałaś, że niestety dobrze razem wyglądali! — przypomniała jej słowa sprzed chwili. Niezależność była dobra do czasu, a później nadchodził gorszy moment i dobrze było znaleźć choć chwilę spokoju w czyiś ramionach. Najważniejsze to nie został stłamszoną i nie stracić swojej girl power. — Jezu biedna kruszyna — powiedziała, cicho wzdychając i spoglądając na psinę, która gryzła piłeczkę w salonie. — Dobrze że ma zaradną pańcię. — Cherry naprawdę dbała o Koko, niejeden pies pozazdrościłby takiej miłości od człowieka. — Czyli on ciebie też przeprosił? Przeprosiliście siebie nawzajem i podaliście sobie ręce na zgodę? — nieco zadrwiła, ale miała wrażenie, że całą tę sytuację można było przyrównać do jakiejś walki niedźwiedzia z tygrysem. Ciekawe, czy ktoś wyszedł z niej z jakimikolwiek obrażeniami, nie licząc strat mentalnych. — Bardzo dobrze, Cherry. Podoba mi się twoje podejście, trzeba zachować swoją niezależność, ale też nie skreślaj całej populacji z powodu jednego dupka — zauważyła. Zdarzały się przypadki ciężkie do zdefiniowania, takie przez które odechciewało się wszystkiego i wszystkich. Nie chciała patrzeć, jak jej przyjaciółka po raz drugi przechodzi przez piekło, jednak pragnęła dla niej szczęścia; a żeby mogła je znaleźć, to nie mogła się całkowicie zamykać na nowe znajomości.
Cherry była jak siostra, której nie miała, dlatego cieszyła się, że mogła ją wspierać i także być wspierana. Nawet w tych najbardziej gównianych momentach swojego życia, dobrze było mieć oparcie w jakiejś wspaniałej kobiecie. — Wspólne bieganie brzmi już poważnie. Jak rozpoczęcie związku. — Pokiwała z dezaprobatą głową. — Pogadajcie o tym jak się spotkacie i powiedz mu, co ci w nim nie pasuje. I nie daj się ponieść emocjom — zaproponowała, żeby jakoś dogadała się ze swoim bliźniakiem. Dzielili wody płodowe przez tyle miesięcy, a nie są w stanie pogadać o niezgodnościach w spokoju? Teoretycznie mogło to być pytanie retoryczne; niejednokrotnie była świadkiem ich dyskusji i czasami po prostu nie było po co wcinać się w tę rozmowę. Pokiwała głową na wyślizgnięcie kluski. Wyślizgnęła. Tak po prostu.
— I nie wiedziałabyś o tym? I nie powiedziałby ci o szczegółach? — spojrzała na nią, szukając odpowiedzi. Nie chciała obrony Charliego, chciała rzeczywistej porady. Czasami jednak ciężko jej się rozmawiało o ich związku, bo nie chciała obarczać Cherry stawianiem się po jednej ze stron. Wiedziała, że musi to być ciężkie. On naprawdę cię kocha; obijało się to po jej głowie. Nie wątpiła w to. Wiedziała to. A i tak serce szybciej jej biło na myśl, że ją okłamał. Zostaje dłużej w pracy, a wyszedł wcześniej i nie wiadomo w zasadzie dokąd. Spokój, spokój, spokój. — Masz rację, nie powinnam się nakręcać — rzuciła, wpatrując się przez chwilę w panoramę za dużym oknem w kuchni. — To pewnie jakieś nieporozumienie — dodała, choć jej serce dalej biło jak dzikie. Kłamstwo było dla niej zapalnikiem wielkiej diody ostrzegawczej, ale nie miała siły dyskutować z nim przez smsy. — A to festiwal nie dotyczy firmy? Ciekawe — zagadała dalej, próbując skupić się na czymś innym, ale nadal czuła ciężar supła na żołądku. No to tyle było z tego ramenu. — Jeszcze poza przytłoczeniem przez nasze matki? Wszystko inne w porządku — rzuciła, stukając się z nią kieliszkiem i wypijając go. — Wiem, że mogę ci wszystko powiedzieć, ale nie wiem co by było nowością. Póki co tylko to podejrzenie, że mój narzeczony mnie kłamie — parsknęła gorzko. Czuła lekkie ciepło na policzkach, więc przyłożyła do nich wierzch nieco chłodnych dłoni. Ciepła zupa, alkohol i nadmiar emocji nie były dobrym połączeniem. Nie powinna teraz obmyślać planu działania, bo nie działała impulsywnie; a jednak teraz miała nadmiar przytłaczających myśli.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Romanse w pracy to nie grzech. Chyba, że jesteś prezeską, na której błąd czeka własny ojciec — spojrzała na Blair surowym, chłodnym wzrokiem z prawdziwym pokerface'm na twarzy. Dla niej taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Wręcz ją wewnętrznie irytowała. Raz jeszcze nabrała powietrza do płuc. Ona i Hartley? Prędzej piekło, by spłonęło — nie wiem, czy jest zajęty. Nie sprawdzałam go tak bardzo — ale sprawdzi. Po dzisiejszym wieczorze sięgnie po telefon i sprawdzi każdy jego profil w social mediach, dokopując się każdej, największej głupoty.
— To że ktoś z kimś dobrze wygląda, nie oznacza, że od razu ma być ojcem — bynajmniej nie psa Cherry. Raz zgodziła się na to zbyt szybko i... cholernie tego żałowała. Do psiej rodziny trzeba było podejść z należytą powagą — możesz sobie ze mnie nie żartować? — wyprostowała się. Kwestia Hartleya była drażliwa i nie miała zamiaru udawać, że to wyglądało inaczej.— nie przeprosił mnie dupek, tylko oddał Koko — nic nie powiedział w sprawie kwestii strat moralnych. Wystarczyło, by podał jej smycz, a ona postanowiła zniknąć mu z pola widzenia — a potem podważał moje zdanie na spotkaniu zarządu — i to wystarczająco ją rozwścieczyło. Pamiętała jeszcze spięcie każdego jej mięśnia, gdy zobaczyła go na horyzoncie — a znasz faceta, poza moimi braćmi, dla którego warto się starać? — spytała wprost. Charlie był jej bliźniakiem, Caspian bratem... co prawda kaleką, ale dalej był wartościowym człowiekiem. Nie podejrzewałaby, że mógłby skrzywdzić jakąkolwiek kobietę.
— Mogłabyś sobie ze mnie nie żartować? — westchnęła, zakładając rękę na rękę — mógłby raz uwierzyć własnej siostrze. Ja bym stanęła po jego stronie — rozłożyła dłonie, chwilę później chwytając za kieliszek i obracając go w dłoniach. Aż zaczęła się zastanawiać, czy... zbratałby się z każdym jej byłym — jezu, trzeba było go wchłonąć w łonie matki — mruknęła, by później przenieść wzrok na Mayfield. Emocje. Wydawały się być dla niej punktem zapalnym wielu trudnych rozmów — też brzmisz jak mój ojciec — Charlie też brzmiał. Złe emocje przejmujące kontrolę nad każdym — Charity Marshall, Tobą za bardzo władają emocje, żebyś mogła być panią prezes — zabrzmiała jak własny ojciec, nawet zrobiła tę charakterystyczną minę pełną pogardy, spoglądając na Blair. Nie dało się ukryć, że byli ze sobą spokrewnieni.
— Słońce, mam tyle na głowie, że mogłam o tym zapomnieć — zmarszczyła delikatnie brwi — Charlie ma własnych inwestorów, którymi się opiekuje — a choć Charity wszystko kontrolowała, tak wejście osoby z zewnątrz do firmy bardzo mocno odbiło się na niej samej — na pewno? Po co miałby wychodzić wcześniej inaczej? Może szykuje dla Ciebie jakąś miłą niespodziankę — dopytała, uśmiechając się szeroko. Czasami to co wzbudzało w nas systemy ostrzegawcze, mogło okazać się błahostką — nie, jakiegoś schroniska dla kobiet. Niezbyt mnie to interesuje, jeśli mam być szczera — bo nie było to powiązane w żaden sposób z pracą.
— One też chcą dobrze, Blair... — stwierdziła Charity w sprawie matek. Mogły być niezręczne, wtrącające się, a finalnie chciały jak najlepiej. Zwłaszcza ich matka próbowała. Jakby zdawała sobie sprawę, że nad rodziną Marshall pojawiają się burzowe chmury — po co zakładać czarne myśli? Są one dla nas najgorszym, możliwym wrogiem — kłamstwo, czy nie. Cherry nie podejrzewałaby własnego brata o zdradę, zwłaszcza po tym... jak potraktował ją Galen. Nie dotknął, nie pocałował, nie kochał się z nią, a jedynie dał się uszczęśliwić. Dla niej był to koniec ich związku. Kto mówi to narzeczonej po przebudzeniu po zatrzymaniu akcji krążenia? — może wyjedźcie? Na kilka dni, nawet na jeden? By zapomnieć o wszystkim, co dzieje się w Toronto — zaproponowała Charity, unosząc ku górze oba kąciki swoich ust. Takie rozwiązanie sprawy wydawało się dla niej najlepsze. W końcu z jakiegoś powodu tyle lat spędzili razem.
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Oczywiście, że nie, ale jest to pierwszy, niepodważalny argument ku temu, że być może by się nadawał. — Bo gdyby nie wyglądał, to musiałby być skreślony już na starcie. Musiała być pewna co do tego, komu chciałaby oddać swoje serce, a dodatkowo Blair jeszcze skontroluje to z dwa razy. I jeszcze weźmie Corę, aby jej młodzieńczy nos może wyczuł dodatkowy podstęp. — Nie żartuję, sto procent powagi — rzuciła, przyjmując swój pokerface, pod którym ukryła cień uśmiechu. To wszystko było z troski, w końcu Marshall była dla niej jak siostra, której nie miała. Lubiła wymieniać się z nią uszczypliwością, ale jednocześnie chciała dla niej jak najlepiej. — Czyli taka szycha, a jednak niewychowany — zacmokała. Jeśli się pomylił, jeśli zrobił coś nie tak, to kultura osobista wymagała przeprosin. Z obydwóch stron. Bez zająknięcia obierała jej stronę, lecz miała nadzieję, że sama Cherry nie zrobiła jakiejś głupoty. — Pokazałaś mu swój autorytet? Czy te stare dziady przytaknęły na to, co mówił? — zapytała, wiedząc jak to było w zarządach, w których autorytet miewał ojciec. Z tą różnicą, że Cherry była prezeską, a Blair nadal odgrywała drugie skrzydła swojego ojca. Nienawidziła jednak przybierania sztucznego uśmiechu i udowadniania starcom, że mieli przedpotopowe podejście do niektórych spraw. — Cóż, dodałabym do tego grona jeszcze mojego brata, ale tak czy inaczej, gdyby jakiś jeszcze istniał, to prawdopodobnie nie byłabym od półtora roku zaręczona z Charliem — zauważyła. Mayfield nie patrzyła na swojego narzeczonego przez pryzmat rodziny, z której się wywodził czy przez fakt, że był bratem bliźniakiem jej najlepszej przyjaciółki. W końcu on sam był także jej przyjacielem, jej miłością i w takim właśnie sposób patrzyła na niego za każdym razem. Był jej domem, przy nim cały głośny świat wyciszał się i tracił na znaczeniu.
— Nie żartuję i nie wątpię, że stanęłabyś po jego stronie. Swoją drogą, on też po twojej niejednokrotnie stawał — przypomniała jej, bo to nie tak, że ciągle byli przeciwko sobie. Gdyby tak było, to z pewnością nie mieliby tak dobrych relacji; prędzej czy później jedno zjadłoby drugie, już poza łonem matki, bo obydwoje mieli zajadłe charaktery. — A może jednak pomyślisz, że brzmię jak przyjaciółka? Nie pouczam cię, zrobisz z moimi słowami, co będziesz chciała, ale mam obowiązek dać ci poradę, abyś chociaż to przemyślała — zasugerowała, unosząc lekko brwi; znała i ją, i jej brata. Czasami rozmowa była kluczem do sukcesu i mówiła to ona sama, która czasami o tym zapominała. Zaraz westchnęła cicho. Podobieństwo Charity do Christophera było wręcz uderzające, a widok samego spojrzenia, które wyglądało jak on sprawiło, że Blair skrzywiła się, zaraz wywracając oczami. — Cudowne zdolności, a teraz oddaj mi przyjaciółkę, demonie — zażartowała, bo ostatnie co chciała, to widzieć Cherry patrzącą na nią takim spojrzeniem — zawierającym pogardę, ale również pouczenie za każdą decyzję, która rozmija się z tym, co było ustalone.
— Może masz rację — wypuściła wolno powietrze z ust. Cherry nie musiała o wszystkim pamiętać, a Charlie mógł mieć swoje sprawy firmowe. Jednak opuszczenie spotkania zarządu, zwłaszcza przedstawiającego nowego dyrektora finansowego, nie leżało w jego normalnych zachowaniach. Jej lampka ostrzegawcza nadal świeciła i nie miała zamiaru gasnąć. — Może. A może i nie. Okaże się później — odpowiedziała dość chłodno, nie chcąc na nic się nastawiać. Miała głowę pełną różnych myśli, musiała to wszystko na spokojnie przetrawić. — Okej, rozumiem. Zagadam sobie do niej o to — stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Akurat Blair była zainteresowana takimi tematami. Udzielała się charytatywnie i też z chęcią pomogłaby jej, jeśli potrzebowała wsparcia.
— Może chcą dobrze, ale nie znają umiaru. Osaczają, podejmują decyzję i wywierają presję. Jakbym miała jej przynajmniej za mało w życiu — westchnęła, wyrzucając z siebie, co leżało jej na sercu w kontekście ich matek. — Ich decyzje pokierowane są przez tych samych mężczyzn co nasze, Cherry. Nie zależy mi spieszyć się z tym ślubem, a one gnają, jakby któreś z nas miało zaraz umrzeć. — Wywróciła oczami. Ich matki miały większą wpływowość, jednak finalnie i tak ich ojcowie byli prowodyrami wszelkich decyzji. — Wiem, nie jestem pesymistką. — Jak już to realistką, więc powinna opierać się na faktach. A fakty były takie, że nie miała zbyt dużo szczegółów. Oprócz kolejnej wiadomości, która przyszła po czasie, że Charlie spotyka się z Theo i również u niego będzie nocować. — No to tyle z miłej niespodzianki — odpowiedziała, odkładając telefon na blat w sposób, że Cherry ze spokojem mogła przeczytać ostatnią wiadomość od jej narzeczonego. Wzięła kieliszek i nie czekając na przyjaciółkę, wypiła go do dna. — W tym tygodniu idziemy do teatru, więc po spektaklu pewnie nie będzie gnał z powrotem do pracy — stwierdziła, kiwając głową. — Pogadam z nim — podjęła się odważnej decyzji. Może wyjazd rzeczywiście dobrze im zrobi? W końcu rozmowa to klucz do sukcesu, prawda?
bestie