ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Four.

Chloe rozpłynęła się w powietrzu. Od przyjazdu Enzo do Toronto minęło kilka lat, aż dwanaście. Szukał jej po całym mieście, zmieniając co chwila miejsca zamieszkania i dzielnice — mogłoby się wydawać, że dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. 4474 dni. Dokładnie tyle czasu spędził na poszukiwaniu jedynego reliktu przeszłości, który wiązał go ze sprawą morderstwa pewnego mężczyzny. Uparcie dążył do odnalezienia jej, bo szczerze wierzył, że jeśli uda mu się z nią porozmawiać i opowiedzieć swoją wersję wydarzeń, pozbędzie się wyrzutów sumienia. Wielokrotnie wyobrażał sobie chwilę, w której spotyka Chloe. Zastanawiał się nad tym późnymi nocami, gdy leżał na łóżku, patrząc w sufit, licząc na nim pęknięcia. Ta sprawa nie dawała mu spokoju. Obracał się z boku na bok, próbując wyciszyć pędzące myśli. W dzień wyjazdu była nastolatką. Miała czternaście lat, gdy została dotknięta tą rodzinną tragedią. Pewien mężczyzna z kompleksem Boga postanowił ukarać nie tego człowieka, co powinien. Enzo lubił tę dziewczynę. Poznali się, gdy przyjechała na rok akademicki. Zupełnym przypadkiem stała się częścią historii, w której nie powinna uczestniczyć. A jego to wkurwiało. Wkurwiało go to tak bardzo, że wielokrotnie chciał pozbyć się własnego ojca. Wkurwiało go to, bo była tylko nastolatką, a on studentem starszym od niej o sześć lat, który nie zdążył uratować jej ojca. A przecież już wtedy studiował analitykę. Wystarczyły mu dwa tygodnie, by udowodnić, że Wilson był niewinnym człowiekiem. To nie on zdradził wtedy ojca — ale Fedrico nie słuchał. Miał własną wersję wydarzeń. Tę samą, która została przekazana do wiadomości publicznej. Napad z bronią w ręku. Ani słowa o tym, że tamtego dnia za spust pociągał przyjaciel włoskiego handlarza nieruchomościami. Wyrzuty sumienia towarzyszyły Lorenzo przez ostatnie dwanaście lat. Chciał się ich pozbyć, wymazać z pamięci ten moment i pozbyć się wrażenia, że Chloe mu nie wybaczy.
A on właśnie tego od niej potrzebował.
Obiecał sobie, że jeśli tylko ją znajdzie, zmusi ją do rozmowy. Jeśli nie będzie chciała rozmawiać, znajdzie sposób, by go wysłuchała. I nie zamierzał odpuścić. Obsesja na tym punkcie rozwijała się stopniowo przez ostatnie lata. Rosła, jak kłębek kurzu leżący gdzieś pod łóżkiem. Ile razy śledził jej profil na social mediach, próbując ją namierzyć? Jak długo miał czekać na to spotkanie? Ile lat miał żyć z wkurwieniem i nienawiścią do samego siebie? Męczyło go to i drażniło. Dlatego chciał zamknąć tę sprawę raz na zawsze. Wiedział, że dopóki nie odnajdzie córki Wilsona, nie będzie w stanie normalnie funkcjonować. Ukończył studia w Toronto i to właśnie tutaj znalazł pracę, wynajął mieszkanie, było go stać na życie i w teorii powinien być szczęśliwy. Praktyka wyglądała zgoła inaczej. Nie mógł zasnąć bez tabletek nasennych, a ciągłe rozdrażnienie, z którym borykał się w zaciszu czterech ścian, doprowadzało go do granicy cierpliwości. Gdyby mógł cofnąć czas, zacząłby działać od razu. Nie czekałby na ojca, nie bałby się go. Zrobiłby wszystko po swojemu. A jednak... Nie miał wyboru. I to właśnie przez bezsilność znalazł się w tym miejscu. Został stalkerem przeglądającym nałogowo social media dziewczyny, której zniszczył życie. Chloe wyrosła na atrakcyjną kobietę. Widząc ją na tych wszystkich zdjęciach, zastanawiał się, czy jeśli wszystko potoczyłoby się inaczej... Byłby z nią na tych fotografiach. Może udałoby im się w przeciągu kilka lat zejść, może przelotna znajomość przerodziłaby się w coś więcej niż koleżeństwo? Może... Było mnóstwo niewiadomych w tym równaniu. I nie potrafił podstawić pod nie żadnej liczby ani znaku.
Przeglądając obserwatorów, trafił na dziwne konto, któremu musiał przyjrzeć się bliżej. Koty. Pączki. Znowu koty. Ktoś próbował być anonimowy, lecz nie do końca mu się to udawało. Dziwnym zbiegiem okoliczności, po przeanalizowaniu danych internetowych, udało mu się powiązać konto z Chloe. Wpatrywał się wieczorem w ekran komputera, jakby był oczarowany, choć tak naprawdę po prostu nie dowierzał swoim oczom. Czyli pamiętała. Z jednej strony zrobiło mu się lepiej; nie zniknął z jej pamięci, choć prawdopodobnie wolałaby, żeby Enzo Lawrence pozostał martwy. Tak byłoby lepiej. Dla nich obojga. Wstrzymując oddech, wpatrywał się w monitor. Wiedział, gdzie pracowała. Wiedział, co robiła wieczorami. Przez ostatnie lata była tym ruchomym, czerwonym punkcikiem na mapie. Obserwował ją z drugiej strony, ale nie miał kiedy się z nią spotkać. Być może wolał, żeby została nieuchwytna. Być może specjalnie przeciągał w czasie to spotkanie. Dwanaście lat temu był bardziej ograniczony. Nie miał dostępu do bazy danych, technologia była nieco inna. Teraz programy hakerskie i szpiegowskie rozwinęły się na tyle, że wskazywały dokładną lokację.
Wszystko wskazywało na Emptiness — jeden z tutejszych klubów.
Wybrał się do niego wieczorem, gdy niebo zachodziło ciemnością, słońce chowało się za horyzontem, a księżyc wschodził na nieboskłon. Przyjechał do klubu swoim samochodem, bo nie zamierzał dużo pić. Głośna muzyka dudniła w uszach. Kolorowe lasery sunęły po podłodze i ścianach, nadając wnętrzu schizoidalnego wyglądu. Chyba pierwszy raz nie interesowały go drinki ani zerkające w jego kierunku atrakcyjne kobiety. Chciał znaleźć tylko Chloe. Przedzierając się przez tłum, czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Jak emocje buzują w żyłach, rozrywając je od środka. Jak mózg wyłącza wszystkie możliwe myśli, skupiając się tylko na celu — ciemnowłosej, ładnej dziewczynie stojącej za barem. Zatrzymał się w pół kroku.
Najpierw zobaczył tylko ruch. ciemne włosy przesuwające się w świetle neonów, dłoń sięgającą po szklankę, błysk szkła odbijający kolorowe lasery. Nic konkretnego. Fragment. Migawka. A potem jego wzrok się zatrzymał. Nie był w stanie powiedzieć, w którym dokładnie momencie ją rozpoznał. Czy to była linia szczęki, sposób, w jaki odgarnęła włosy za ucho, czy może coś zupełnie innego. Coś, co przez ostatnie lata siedziało głęboko zakorzenione w jego świadomości, ale nie potrafił teraz tego nazwać.
Dwanaście lat.
Tysiące godzin wyobrażeń, scenariuszy, rozmów, które nigdy się nie wydarzyły.
Była starsza. Oczywiście, miała już dwadzieścia sześć lat. Rysy jej twarzy nieco się wyostrzyły, stały się bardziej kobiece. Była wyższa. Ładniejsza. W tym momencie przestał na chwilę oddychać i stracił grunt pod nogami. Otrząsnął się po chwili, gdy jakaś kobieta szturchnęła go w bok ramieniem i kiwnęła zachęcająco w stronę baru. Proponowała mu drinka, ale on odmówił. Kiwnął przecząco głową, odzyskują świadomość. Podszedł do baru, ale sam. Bez dodatkowej obstawy, choć wiedział, że nieznajoma wodziła za nim wzrokiem. Zamiast niej, zaczepił barmankę. I był cholernie ciekaw, czy go pozna.
— Pewnie bywa tutaj ciężko, co? — zagaił mimochodem, owiewając spojrzeniem salę wypełnioną ludźmi.

Chloe Wilson
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

jeden

Mimo upływu lat Chloe pamiętała doskonale czas, który spędziła w Mediolanie. Niejednokrotnie zastanawiała się, co by było, gdyby jednak nie zdecydowała się na udział w wymianie szkolnej lub gdyby wybrała inne miejsce. A przez jedną osobę pragnęła wszystkie wspomnienia wymazać, wykreślić i przekreślić, no ale niestety mózg tak nie działał. Nie istniał żaden magiczny przycisk podpisany jako „reset”. No, chyba że straciłabym pamięć. a Wilson nie chciała jej tracić. Chciała jedynie zapomnieć Czy to tak wiele?
Tego dnia, miała na trzecią zmianę - tylko zamiast o 22 zaczynała o 21. Tak więc odespała sobie poprzedni dzień, wstała o tej, o której zadzwonił jej budzik, lecz nie wstała od razu, o nie, nie. Zaczęła od przeglądania social mediów, a konkretniej instagrama - bywało, że czasami spędzała za dużo czasu na przeglądaniu rolek, ale nie jej winą było, że potrafiły się pokazywać reelsy, które ją bawiły lub idealnie odzwierciedlały jej nastrój bądź pokazywane były sytuacje, które działy się w klubach tj. jedna laska nagrywała super filmiki, na których pokazywała pracę barmanki i Chloe lajkowała jej praktycznie każdy filmik, bo miała wrażenie, jakby oglądała siebie i swoje perypetie z ludźmi, którzy podchodzili do baru. Szczerze? Gdyby prowadziła pamiętnik, wiele stron byłoby zapełnionych historiami z życia wziętymi - a naprawdę przeróżni ludzie przychodzili do Emptiness. Poza tym podobało jej się to, że mogła tam szlifować swój hiszpański z tego względu, iż sporo Latynosów i Latynosek odwiedzało tenże klub. A czasami nawet mogła się pogibać w rytm muzyki, mieszając trunki - co jak co ale akurat muzykę uważała, że dj puszczał ŚWIETNĄ i czasami żałowała, że nie mogła tak po prostu pójść na parkiet Było zostać nauczycielką albo tłumaczką, to byś mogła na luzie chodzić na balety. taka prawda, a szczerze? Taki był pierwotnie plan i dlatego poszła na studia językowe. Niby je skończyła, więc ta jedna furtka wciąż była otwarta, lecz po prostu… jakoś sobie dawała radę w obecnym miejscu pracy. Oczywiście wiadomo,nie zawsze było kolorowo, ale przynajmniej mogła zaprezentować swoje barmańskie umiejętności - kursy barmańskie i filmiki na youtubie się przydały. Tak się poświęciła temu, by robić dobre drinki, że kupiła sobie specjalny zestaw barmański do domu - aktualnie znajdował się w jednej z szafek w kuchni, ale sięgała po niego, gdy nachodziła ją ochota, aby zwilżyć gardło.
Tego dnia w klubie działo się specjalne wydarzenie z okazji Światowego Dnia Bezdomnych Zwierząt i tuż przy drzwiach stało dwóch wolontariuszy, którzy zachęcali do adopcji i byli skłonni poodpowiadać na pytania związane z adopcją. Chloe wiedziała - bo sprawdziła wcześniej w necie - że poza tym świętem swoje święto miała także marchewka. A ona lubiła marchewkę. Dlatego zjadła ją na śniadanie - dokładniej, zjadła owsiankę marchewkową z cynamonem, ale to szkopuł.
Aktualnie stała sobie przy barze i przed chwilą skończyła przygotowywać drink dla pary, która podziękowała, zapłaciła (chłopak zapłacił) i poszła w kierunku parkietu albo palarni.
- A, wie Pan różnie… to zależy. Dzisiaj na przykład jest całkiem niezły… - przerwała, bo na początku nie rozpoznała głosu chłopaka. A kocioł był, bo wystarczyło się rozejrzeć. Przy samym barze stało całkiem sporo osób.
- kocioł. - dokończyła wolniej po dłuższej chwili, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Aż ją coś w zakuło w klatce piersiowej i położyła rękę w tymże miejscu, lecz to nic nie dało. Kłucie jeszcze trochę jej towarzyszyło. To jakiś nieśmieszny żart? pytała samą siebie, a wspomnienia jakby odżyły na nowo. Naprawdę nie chciała go widzieć; poza tym, jak mogłaby chcieć, skoro to przez niego pan Wilson nie żył - znaczy w takim przekonaniu żyła ona sama. Jasne, dawno się widzieli - nawet BARDZO dawno - ale…Chloe trochę obeszła system i wpadła na WSPANIAŁY pomysł założenia fake konta, aby go śledzić. Którejś nocy po wypiciu o jednego shota za dużo, wpadła na świetny pomysł, by jej fejkowe konto było tematyczne i dlatego wybrała… kotki. Tak, chciała o nim zapomnieć, lecz z drugiej strony jakby troszeczkę, tak tylko kapkę kapeńkę… tęskniła? Ale oczywiście nie zamierzała tego wyjawiać, a w dodatku sobie wmawiała, że NIE brakowało jej go. Że nie potrzebowała go.
- Co dla Pana? - spytała bez większego entuzjazmu, bo właśnie planowała wcielić w życie plan pt. “nie znam Cię”. choć znała. Dobrze znała.
- Dzisiejszy specjał to drink Traitor's Tears. Składa się on z mieszanki ciemnego rumu, ginu o smaku czerwonych pomarańczy, piwa imbirowego i limonki. - wyjaśniła bez większego zastanowienia tak, jakby miała tę formułkę wyuczoną na pamięć oraz posyłając Enzo sztuczny uśmiech, aczkolwiek zaczęła się zastanawiać, czy dobrze robi. Może lepiej by było poprosić Jake'a, by go obsłużył.
- A! I prosiłabym o szybką decyzję. - dodała, mając nadzieję, że po zamówieniu drinka da jej spokój. Nie musiała się przecież tłumaczyć ze swoich próśb.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W i e d z i a ł, że go poznała — dlatego poczuł dziwne uderzenie w klatce piersiowej, gdy odezwała się do niego per pan. Nie podobało mu się to, że w tym momencie traktowała go jak normalnego, pozbawionego jakichkolwiek przywilejów, klienta klubu. Spojrzał na nią z zadumą czającą się w ciemnych oczach i czymś w rodzaju niedowierzania, w to, co właśnie usłyszał. Nie potrafił uwierzyć w to, że naprawdę go nie poznała. Był przekonany, że w tym momencie udawała, by uniknąć niekomfortowej rozmowy. Uznała, że zignorowanie jego osoby i potraktowanie go w ten sposób, było łatwiejsze — zupełnie jak ucieczka. Zastanawiał się, w jaki sposób skierować rozmowę na niewygodne (dla niej) tory. Przyglądał się jej przez pierwsze pół minuty, układając w głowie kilka scenariuszy, które mógł na szybko zrealizować poprzez wykorzystanie miejsca publicznego i późnawej godziny.
Lisi uśmiech przemknął przez jego twarz, niknąc po chwili w ciemnym, trzydniowym zaroście. Wyprostował się na stołku barowym, zerkając na rozpiskę drinków powieszoną na ścianie za plecami Chloe. Szczerze, nie wiedział, czego mógłby się napić. Nie miał ochoty na drinki, ale szota wódki nawet rozważył — miał ochotę zapalić papierosa i popić wysokoprocentowym alkoholem. Ogarniające go uczucie nostalgii, gdy patrzył na ciemnowłosą, wprawiało go w stan dyskomfortu. Absurdalne wspomnienia, które przyszły mu do głowy bez zaproszenia, jakby próbowały zalać na nowo jego myśli osobą Chloe Wilson. Przez ostatnie lata obsesyjnie o niej myślał. Próbował zająć się swoim życiem, ale gdzieś w podświadomości, pod fasadą myśli i wspomnień, umysł za każdym razem przywoływał obraz ciemnowłosej dziewczyny — zupełnie jakby tęsknił, co bawiło Lorenzo. Uważał to za dość ironiczne. Owszem, chciał ją znaleźć. Szukał jej, ale nigdy nie robił tego z tęsknoty. Nie wzdychał do niej, nie mieszał wyrzutów sumienia z ciepłymi uczuciami, którymi mógłby ją obdarzyć. Może w innej rzeczywistości, gdyby był bardziej przystępny i nie miał na imię Lorenzo Lawrence, byłoby to możliwe. Teraz? Chyba nie był skłonny do głębszych uczuć. Patrzył na emocje wypracowanym latami dystansem wynikającym z trudnych relacji rodzinnych. Widział, do czego potrafiły doprowadzić uczucia — do ubezwłasnowolnienia.
A on nie był gotów na wyrzeczenia.
— Doprawdy...? — mruknął, odwracając głowę przez ramię, by jeszcze raz przyjrzeć się zgromadzonej klienteli. Udawanie zainteresowania przychodziło mu z niemałą trudnością, lecz specjalna sytuacja, wymagała specjalnych środków. Chloe niestety była tą wyjątkową okazją — nawet jeśli niezupełnie mu to odpowiadało. Ludzi było faktycznie sporo. Klienci byli rozsypani po całej sali; zupełnie jakby ktoś rozciął worek wypełniony po brzegi ludźmi. Gdzie nie spojrzał, widział kobiety i mężczyzn, którzy pogrążając się w rozmowie, sączyli drinki. — Faktycznie masz rację — dodał bezpośrednio, wracając do niej wzrokiem. Klienci w barze nie było obiektem jego zainteresowań. Ten stał przed nim, za barem i udawał, że byli sobie zupełnie O B C Y, choć do obcości było im daleko.
Słysząc pytanie o drinka, przedstawienie specjału dnia i ponaglenie — nachylił się nieco w jej stronę, uśmiechając się w ten szczególny sposób, zwiastujący kłopoty. Daleko mu było do włoskiego amanta rodem z filmów czy literatury kobiecej, ale potrafił wykorzystywać swój urok i pochodzenie. Lorenzo wyglądał i pachniał kłopotami; ciężki zapach perfum, kojarzący się z ciemną, nieprzeniknioną nocą, otulał jego ubrania, idealnie odzwierciedlając charyzmatyczną osobowość. Przepełnione zadziornością iskierki zatańczyły w jego ciemnych oczach, gdy podparł podbródek dłonią, opierając uprzednio łokieć o barowy blat.
— Co byś powiedziała na bloodyfather, hmm? — zapytał, nawiązując otwarcie do morderstwa jej ojca. Pewność siebie Enzo mogła być na dłuższą metę drażniącą, ale nieszczególnie się tym przejął. Nawet jeśli z jakiegoś powodu się wahał, musiał ukryć tę niepewność pod maską zdecydowania. Inaczej nikt nie brałby na poważnie tego, co mówił. A jemu zależało na tym, by patrzono na niego jak na osobę wzbudzającą respekt.
— Daj spokój, Chloe. Obydwoje wiemy, że udawanie nigdy nie było twoją mocną stroną. Poza tym proszę cię... — dodał, zmieniając pozycję do wcześniejszej. Przeciągnął się na siedząco, wyciągając telefon z kieszeni.
— Kotki i pączki, serio? Ile ty masz lat, dziesięć? — zapytał pobłażliwym, rozbawionym tonem, jakby właśnie patrzył na niesforne szczenie, które nasikało na dywan; nie jak na dorosłą kobietę przed trzydziestką. Nie próbował ukryć swojego rozbawienia. Wilson w tym momencie skradła całą jego uwagę, podobnie jak jej profil na instagramie, którego nie omieszkał się jej pokazać. Gdyby tylko miał możliwość, przystawiłby jej ten telefon do twarzy, by mogła mu się uważniej przyjrzeć.

Chloe Wilson
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie miała pojęcia, po co właściwie tutaj przyszedł Może przyszedł zabić kolejną osobę? pomyślała, bo nie wierzyła, albo może inaczej, nie chciała wierzyć, by to ona była powodem, dla którego tutaj był. Poza tym naprawdę nie chciała go widzieć - całkowicie wystarczyło, że czasami sobie weszła na jego konto ze swojego konta o nazwie hello_kittyy_purry69, które wymyśliła gdy wracała późną nocą z imprezy, będąc w baaardzo dobrym i całkowicie trzeźwym stanie. Jakże była zaskoczona, gdy po tym, jak opuścił ją kac zauważyła, że do swojego oryginalnego konta, miała też podpięte drugie i żeby było ciekawiej, zamieściła nawet na nim zdjęcie... kici rożek. Owszem, przez myśl jej przeszło, by usunąć to konto - szczególnie kiedy zobaczyła, kogo z niego obserwuje - ale ostatecznie je zostawiła bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Poza tym, zdarzało się, że pisali do niej fani kici rożek, myśląc, że to PRAWDZIWE konto tej animowanej postaci. Ludzie potrafili być zabawni.
Wiem, że mam rację. Nie pracuję tu od wczoraj. to właśnie cisnęło jej się na usta, lecz ponieważ była w pracy, z której nie chciała wylecieć przez gościa, który zjawił się po latach i nie wiadomo w sumie po co. Koniec końców, zmusiła się do ciepłego uśmiechu i nie powiedziała nic, bo zwyczajnie... na usta nie cisnęło jej się nic miłego.
Nie spodobało jej się, że Enzo tak się nachylił, dlatego ona wykonała ruch, by się nieco odsunąć, choć zapach perfum i tak poczuła. Były... ładne. Nie były ładne. Okropne. wmawiała sobie, choć doskonale wiedziała, że w rzeczywistości… chętnie niuchnęłaby je raz jeszcze. Nie, Chloe, stop. Uspokój się. Nie pamiętasz, co on zrobił? W dodatku jego kolejne słowa spowodowały, że gdyby byla postacią z bajki, to w jej oczach pojawiłby się ogień lub raczej dwa ognie. Zacisnęła pięści, nie mogąc uwierzyć w usłyszane przed chwilą słowa.
- Cabrón! - krzyknęła ten piękny epitet po hiszpańsku na głos? Ups... no ale co miała poradzić, skoro właśnie pomachał przed jej oczami czerwoną płachtą na byka? Doskonale wiedziała, do czego nawiązywał, i nie przypuszczała, że po tylu latach przyjdzie tu ze swoimi brudnymi buciorami i zaproponuje drinka o bardzo chwytliwej nazwie. Miała ochotę mu przywalić i już nawet wyciągnęła rękę, lecz ostatecznie jedynie uderzyła nią mocniej o blat. Pewnie ludzie obok się popatrzyli, ale miała to naprawdę gdzieś. Aktualnie była... po prostu wkurwiona. O czym doskonale świadczył jej wyraz twarzy oraz zaciśnięte dłonie.
- Nie będę Ci się z niczego tłumaczyć, Lawrence. Nie mam już 14 lat. - wysyczała przez zęby, chociaż miała ogromną ochotę nalać do szklanki czysty spirytus i nim oblać Enzo.
- I serio, albo coś zamawiasz, albo po prostu stąd wypierdalaj, bo ja nie mam ani siły ani czasu na jakieś gierki. - dodała zaraz, mając wrażenie, że klima bardzo słabo działała - choć prawdopodobnie przez zdenerwowanie, miała trudności z odczuwaniem chłodu. Zaczęła więc machać ręką, choć to nic nie dawało. Sięgnęła zatem po menu i to już dawało trochę lepszy efekt. Czy dalej zabijała Lorenco wzrokiem? Owszem. Naprawdę miała nadzieję, że zaraz sobie stąd pójdzie i pozwoli jej w spokoju pracować, choć coś czuła, że nawet jeśli pójdzie, to będzie miała problem ze skupieniem.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dzięki temu zabawnemu profilowi udało mu się ją znaleźć. Powinien być wdzięczny kici rożek za to, że dzięki niej odnalazł Chloe. Problem tkwił w tym, że ona nie chciała z nim rozmawiać. Był pewien, że dużo chętniej rzuciłaby w niego tą szklanką, którą trzymała w dłoni, niż zamieniła z nim kilka normalnych słów. Wkurwiało go niesamowicie to, że nie chciała go słuchać. Miał wypisać prośbę o audiencję, jak do króla? Nieśmieszny żart. Nachodzenie jej w pracy, siadanie naprzeciw niej i domaganie się rozmowy w prowokacyjny sposób było dużo bardziej w jego stylu. Prawdopodobnie mógł załatwić to jakoś spokojniej, w miarę łagodnie, niekoniecznie powołując się na brutalne morderstwo jej ojca, którego dopuścił się jego ojciec. Czy ta sytuacja mogła być bardziej pojebana? Owszem, mogła. Sprawa się komplikowała, bo Chloe żyła przez tyle lat w przekonaniu, że to nie stary Lawrence zabił jej ojca, lecz Lorenzo. Naprawdę wolałby, żeby zrozumiała, iż było zupełnie i n a c z e j — ale musiał zaopatrzyć się w więcej cierpliwości, choć i tak uważał, że miał jej naprawdę dużo. Uganiał się za niereformowalną dziewuchą tyle czasu tylko po to, żeby dostrzec w tym brak sensu. Wilson podziałała na niego, jak kubeł zimnej wody — i nie był z tego powodu zadowolony. Z zewnątrz przypominał figurę woskową. Jego twarz, pozbawiona jakiejkolwiek ekspresji i oczy w odcieniu gorzkiej czekolady, zdawały się wyrażać więcej, niż jakiekolwiek słowa, czy rodzaj spojrzenia. Mógł ją spiorunować wzrokiem i nic by to nie dało. Skoro miała go za najgorszego, to nie zamierzał wyprowadzać jej z tego stwierdzenia. Musiał — na razie — pogodzić się z porażką i obejść smakiem.
Enzo i Chloe przypominali dwa przeciwstawne żywioły. On siedział naprzeciw niej, znużony i najwidoczniej niewzruszony sytuacją, prowokując ją — a ona reagowała. Świadomie wspomniał o panu Wilsonie. Chciał wzniecić pożar i był cholernie zadowolony z jego skali. Kąciki ust mężczyzny drgnęły delikatnie ku górze. Podobała mu się ta buzująca w niej złość, ta energia. Powstrzymanie się przed wbiciem kolejnej szpileczki, kosztowało więcej, niż założył. Słysząc epitet w języku hiszpańskim, odkręcił głowę w stronę sali, wydając przy tym dźwięk gwizdnięcia. Ci, którzy zrozumieli, co powiedziała Chloe, zareagowali mimowolnie, szepcząc coś między sobą. Ci, którzy nie znali hiszpańskiego, po prostu zerknęli i wrócili do popijania swoich drinków. Ciemnowłosy zerknął w stronę Chloe; a dokładnie na jej dłoń, którą uderzyła o blat stołu. Wyglądała jak rozzłoszczona lwica próbująca bronić swojego stada. Skłamałby, gdyby powiedział, że jej złość była n i e u z a s a d n i o n a. Miała do niej prawo, bo temat mimo upływu lat, wciąż był bolesny. Zawsze ciekawiło go to, w jaki sposób zwykli ludzie widzieli śmierć. Uważali ją za ostateczny koniec, jakby świat wraz z odejściem bliskiej osoby nagle się zatrzymał i przestał istnieć na czas żałoby. Świat tracił swoje kolory. Błękit malował się szarością, zieleń trawy — czernią. Kolory z palety znikały szybko i pojawiały się bardzo powoli — u niektórych okres żałoby trwał kilka miesięcy, u innych nawet latami. Niektórzy nie odzyskiwali tych kolorów już nigdy. Zdarzało się, że ktoś umierał z tęsknoty za drugą osobą, że serce łamało się na pół. Wielokrotnie słyszał o tym rodzaju bólu, lecz nigdy go nie doświadczył. Traktował relacje powierzchownie. Kobiety były, nagle znikały, gdy zauważały, że próba zmienienia go przypominała walkę z wiatrakami. Nie miał kogo żałować, nie miał za kim tęsknić.
— Czyli jednak mnie znasz? — zdumiał się. — Byłaś dużo milsza, gdy mówiłaś mi na pan. Może do tego wrócimy? — dodał, już mniej zaskoczony niż chwilę temu.
Oczywiście, że go znała. Nie zapomniałaby o nim. Była na tyle zdesperowana, że założyła konto w social mediach, które nazwała w prymitywny sposób tylko po to, żeby podejrzeć, co u niego słychać. Nie, żeby cokolwiek udostępniał. Miał pozakładane social media, ale w większości były to tylko konta i pustki na tablicach. Nawet nie miała czego przeglądać, poza głupimi postami, najczęściej obraźliwymi i szmacącymi obecną sytuację ekonomiczną. Niewiele brakowało, a zostałby trollem internetowym.
— Zrób mi jakiegoś drinka. Ja będę tutaj siedział jak bardzo u p r z e j m y klient i powspominamy dawne czasy — zaproponował z przenikliwym uśmiechem, zerkając jednoznacznie w stronę karty, którą się tak zawzięcie wachlowała. Naprawdę wywołał w niej aż tyle sprzecznych emocji? Totalnie go to kręciło. Mógłby wywołać ich całe krocie, gdyby tylko dała mu szansę.

Chloe Wilson
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie rozumiała tego. Nie rozumiała J E G O. Bardzo ją ciekawiło, jakby on się zachowywał, gdyby to ona była posądzana albo nawet i winna za śmierć kogoś bliskiego z rodziny Enza. I gdyby ją zobaczył, to czy by skakał z radości - bo chyba właśnie tego oczekiwał od niej (a przynajmniej uważała tak sama Chloe, tj. że oczekiwał od niej zupełnie innej reakcji niż tę, jaką otrzymał i jakiej doświadczył). Poza tym zawsze mogła zawołać ochroniarza, żeby ten zgarnął Lawrence'a za fraki i wyrzucił z klubu, a jednak tego nie zrobiła, więc była nawet… miła. Tak samo mogła powiedzieć, że idzie na przerwę i kto inny będzie go teraz obsługiwał, a tego też NIE zrobiła. Zastanawiała się przez moment, ile zamierzał tu siedzieć i czy nie powinna spróbować go upić do tego stopnia, aż urwie mu się film i zacznie zasypiać. To w sumie też mogłoby być całkiem ciekawe... pomyślała, choć coś jej podpowiadało, że co jak co, ale głowę to on miał mocną.
- A może wrócimy do tego, że będę udawać, że Cię nie widzę? - spytała przeuroczym głosikiem oraz zatrzepotała rzęsami, jakby to były magiczne róźdżki, które spowodują, że Enzo zniknie, ale nie, on dalej siedział. Dalej na nią patrzył i jeszcze zażądał drinka. Westchnęła, a po kilku sekundach skinęła lekko - praktycznie ledwo zauważalnie - głową, zgadzając się wyłącznie na podanie alkoholu. Co do rozmowy... z jednej strony była BARDZO ciekawa, co miał jej do powiedzenia, a z drugiej, nie była pewna, czy chce słyszeć.
Chciał drinka, to proszę bardzo. Odwróciła się od chłopaka, by zacząć przygotowywać to, co przyszło jej do głowy. Wpierw myślała o zrobieniu Rocket Fuel, ale postanowiła, że najwyżej zrobi go później. Na początek postawiła na negroni, dolewając ciut więcej ginu - ups. Czy zrobiła to specjalnie, czy całkowicie P R Z Y P A D K I E M nie zdążyła odstawić butelki, to wiedziała sama Wilson. Postawiła przed brunetem jego drinka, z zimnym wyrazem twarzy. Normalnie chciałaby, by klientom smakowały przyrządzane przez nią drineczki, lecz aktualnie... w przypadku Enzo miała to naprawdę gdzieś. Tak jak on miał gdzieś, że zabił MOJEGO ojca. automatycznie zacisnęła lewą dłoń, doskonale pamiętając, gdy otrzymała złe wieści. Jak płakała cały dzień i całą noc, mając wrażenie, że jej serce po prostu rozstaszkało się na miliony kawałków, bo nie rozumiała, jak można kogoś zabić. Szczególnie kiedy w dzieciństwie trzeba było pogodzić się ze stratą jednego rodzica. Na szczęście miała innych członków rodziny, ale to nie zmieniało faktu, że potrafiła cholernie tęsknić za mamą i za tatą. Wierzyła, że są przy niej i czasami chronią ją przed np. wejściem na przejście, gdy przejeżdża samochód, albo uniknięciem zderzenia z lampą uliczną, gdy zbyt długo patrzyła w telefon, bo np. sprawdzała social media lub odpisywała na wiadomość od psiapsi.
- Co takiego chcesz niby powspominać? Jakie „dobre” czasy? - spytała, marszcząc brwi i specjalnie umieszczając przedostatnie słowo w cudzysłowie - nie wierzyła, że chciał z nią rozmawiać o tym, co kiedyś przeżyli. Szczerze? Gdyby nie podejrzewała i obwiniała za śmierć ojca, cały ten dialog wyglądałby całkowicie inaczej, a ona... ona by się nawet do niego szczerze uśmiechnęła. I szczerze powiedziawszy, przy innych okolicznościach, naprawdę by się ucieszyła, że go widzi, ale teraz... nie potrafiła odnaleźć w sobie pozytywnych emocji. Czuła ból w klatce piersiowej, bo Enzo przypominał jej o tym, kogo straciła - niestety, te niemiłe wspomnienia zdążyły przyćmić te miłe. Czy dało się to zmienić? Zapewne. Wystarczyła tylko maszyna czasu, która umożliwiłaby zmianę wydarzeń tak, by pan Wilson przeżył. Chyba że istniało coś jeszcze, ale o czym Chloe nie miała pojęcia. A! Zresetowanie pamięci mogło też wchodzić w grę.

my father's killer
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lorenzo był trudną do zrozumienia osobą — zwłaszcza przy Chloe. Odczuwał wobec niej mieszane uczucia, choć starał się zachowywać względnie normalnie — jak kamienny posąg, którego nie dało się przesunąć mimo starań. Wychodziło mu to nie najgorzej. Frustrował ją swoją nonszalancją, dawała mu się sprowokować. I był cholernie ciekaw, na ile mógłby sobie pozwolić, gdyby nie byli w miejscu jej pracy. Musiał panować nad ciętym językiem i gburowatym zachowaniem, bo nie chciał zostać wyrzucony z klubu przez ochronę. Poza tym ściąganie na siebie uwagi akurat w jego przypadku byłoby totalną głupotą. Chloe robiła to za nich dwoje. Latynoski temperament dawał jej się we znaki. Meksykańska krew biła od niej na kilometr. Wizualnie wpasowywała się idealnie w ten kanon urody, choć wielokulturowość Toronto pozwalała uwierzyć w to, że była rodowitą kanadyjką. Temperament ją zdradzał. Szybkie reakcje, intensywne przeżywanie emocji i ten wulkan energii. Rozumiał mężczyzn tracących głowę dla tak ognistej krwi, podobnie jak kobiety oglądające się za gorącymi Latynosami. W swoim trzydziestoletnim życiu zdążył zwiedzić trochę świata i krajów europejskich. Rudowłose Irlandki przyciągały jego uwagę jak żadne inne kobiety — pośród ciemnych włosów i oliwkowej karnacji, rudość, bladość cery i zimne oczy, były czymś egzotycznym. Podobnie jak stonowane zachowanie.
Dobrze, że Wilson nie była Irlandką — zniszczyłaby mu wtedy zabawę w nakłuwanie szpileczką.
Na razie odpowiadała pięknym za nadobne i mógłby tak tkwić z nią w tym klubie przez kolejne godziny, ale czas go popędzał. Niestety miał do załatwienia jeszcze kilka spraw i potrzebował kilku godzin, by na spokojnie to wszystko ogarnąć. Planował wypić kilka kolejek, tak najlepiej ze cztery, zanim zapłaci i wróci do swojego życia, w którym zacznie planować kolejne spotkanie z Chloe.
— Ou, tesoro. Możesz udawać, że mnie nie widzisz... Ale będziesz musiała mnie słuchać — bo zamierzał mówić brutalnie głośno i powtarzać w nieskończoność to, co miał do powiedzenia, dopóki Chloe po prostu nie będzie miała dość. Prędzej czy później i tak by go wysłuchała, chociażby po to, żeby więcej nie zawracał jej głowy i przestał ją nachodzić. Szkopuł tkwił w tym, że skoro już ją odnalazł, zamierzał odmienić jej życie i wpakować się do niego na nowo. Najchętniej z brudnymi buciorami i z tą swoją wrodzoną zgryźliwością, która najwidoczniej działała jej na nerwy. A on czekał. Cierpliwie, oczywiście i bez poganiania jej. Nie wiedział, jakiego drinka tam tworzyła i nieszczególnie go to obchodziło. Wiedział, że nie mogła go otruć, bo znajdywali się w miejscu publicznym i jeśli czegoś by spróbowała, dostałaby dyscyplinarkę. Osobiście by o to zadbał, gdyby dostał taką szansę.
Rozumiał stratę i rozżalenie. Utrata dwójki rodziców, osób, które powinny kochać całym sercem, zostawiała po sobie bolesne ślady. Pogodzenie się ze śmiercią tak ważnych osób było niemożliwe, a jeśli już się udawało, trwało to przez długie lata. Rana na skórze godziła się szybko, ale ta w sercu zostawała na zawsze. Współczuł jej te kilka lat temu. Nastolatki nie miały łatwego życia, choć dorośli często bagatelizowali te problemy — Chloe musiała mierzyć się ze stratą, na którą nie zasłużyła. A jemu zależało na tym, by dowiedziała się prawdy. On również tego potrzebował, bo wierzył w cholerne odkupienie win.
— Jakie dobre czasy? Zastanówmy się... — stuknął palcem o szklankę z drinkiem, próbując przywołać przyjemne wspomnienia. — Pamiętasz żółwie w Parco Sempione? Wydawałaś się szczęśliwa, gdy cię tam zabrałem. Zachwycałaś się wtedy Mediolanem — czy próbował przywołać te wspomnienia, by zwrócić uwagę na sentymentalizm? W gorącym Mediolanie zdarzały się przyjemne dni. Nie wszystkie ich wspólne wspomnienia wiązały się ze śmiercią jej taty — choć to było najświeższe. I cholernie bolesne.

redemption
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”