-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
On wtedy wysyłał psa myśliwego na polowanie.
Damon nie potrzebował innych ludzi. Nie potrzebował podwładnych, chociaż na większych „imprezach” dawano mu pachołków, których miał rozstawiać. Zwykle jednak wolał działać samemu, bo wiedział czego się spodziewać. I nie musiał uważać na nikogo innego niż siebie, chociaż nawet jeśli działał „z kimś”, to i tak każdy uważał na siebie.
Przynajmniej on tak robił.
Odzyskanie pieniędzy miało być kolejną, szybką sprawą. Działania lichwiarskie nie sprawiały mu nigdy większego problemu, nawet jeśli druga strona stawiała czynny opór. A musiał przyznać, że niektórzy ludzie byli bardzo pomysłowi - ukrywali się, zasadzali, a inni decydowali się na bezpośrednie starcie w nadziei, że uda się im pokonać wysłanego przez Włocha psa.
Dzisiejszy dłużnik był jednak bardziej… niebezpieczny.
Wiedział, że Damon w końcu przyjdzie, bo to była kwestia czasu. Bardzo więc się przygotował. I chociaż Tae potrafił przewidzieć wiele i na wiele był też gotowy, to nie umiał przewidzieć absolutnie wszystkiego. Jak raz został zakończony, a to prawie zakończyło się tragicznie.
Może kiedyś się nauczy, że czasem warto brać wsparcie.
W oka mgnieniu sytuacja drastycznie się odwróciła i Damon został zmuszony do ukrycia się. Fakt, że został dwukrotnie postrzelony w prawe ramię oraz okolice brzucha wcale nie pomagał, bo pozostawiał za sobą krwawy ślad. Nie udało mu się zabić wszystkich, ale chociaż miał ze sobą walizkę pieniędzy, które należały do Giovanniego.
I właśnie przez to go gonili.
Czuł ich oddech na karku. Słyszał ich głosy, gdy przebiegał przez kolejne płoty i cudze podwórka, na nogach pokonując kolejne metry. Czterech stąpało mu po piętach, a chociaż był waleczny, to wiedział też kiedy się wycofać, aby później wyrównać rachunki.
Teraz był doskonały moment od odwrót. Zwłaszcza, że odzyskał to, po co przyszedł.
Przeszedł przez kolejny płot, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicy brzucha. Nie mógł biec tak w nieskończoność. Zwalniał, czuł to. Musiał znaleźć kryjówkę na jakiś czas. Coś nieoczywistego.
Zapukał do przypadkowych drzwi. Obejrzał się dookoła. Słyszał jak się zbliżają. Przeklął pod nosem, a kiedy tylko drzwi się otworzyły, wbił do środka i spacyfikował gospodarza. Zakrył drobnej dziewczynie usta i przygwoździł ją do tych samych drzwi wejściowych, które niedawno, nieświadomie mu otworzyła.
— Ani słowa — warknął cicho, nasłuchując tego, co działo się na zewnątrz.
Czy dotrą tu za nim? Czy pobiegną dalej w myśli, że on tak właśnie zrobił? A może jednak zaczną pytać sąsiadów czy nie widzieli człowieka podobnego do niego, podając się za policję w cywilu? Cokolwiek by nie było, jego umysł wybiegał do przodu, szykując kolejne plany ewentualnej ucieczki lub walki, biorąc pod uwagę to, co miał pod ręką.
Chociaż drobna blondynka raczej była kiepską bronią.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Warunki w domu były tym bardziej sprzyjające, bo rodzice wyjechali na kolejną misję – choć w kontraście do niektórych – absolutnie legalną i docelowo przyczyniającą się skarbnicy wiedzy ludzkości; wzbogacaniu historii i rozwijaniu kultury. Ich wyjazd na nowe wykopaliska dopiero się rozpoczął, a to oznaczało nawet kilka tygodni nieobecności. A przez to – warunków bardzo sprzyjających jej badaniom.
Nie, żeby szczególnie jej przeszkadzali, ale znacznie trudniej było się skupić w momencie, w którym ojciec w losowych punktach dnia decydował się odtwarzać stare utwory Elvisa Presley’a, a do tego mu wtórować. W takim stylu, który nie pozostawiał wątpliwości, czemu kariera archeologa była jedyną opcją; a twórczość muzyczna w ogóle nie była brana pod uwagę.
Nie spodziewała się tego dnia nikogo – ze znajomymi powoli wkraczała już w ten wiek, że często bardzo ciężkim było wygospodarowanie czasu w terminie dogodnym dla obojga, a poza tym – oddana była własnej pracy; Próżno szukać spotkań towarzyskim jeszcze w tygodniu roboczym, kiedy na drugi dzień musiała stawić się w Instytucie.
Nie spodziewała się nikogo, poza dostawcą zamówionej godzinę wcześniej pizzy. Dlatego, po usłyszeniu pukania do drzwi, zamiast ukryć się i udawać swoją nieobecność – jak to zrobiłby każdy, szanujący się dorosły, podeszła do drzwi, po drodze zgarniając jeszcze przygotowany wcześniej banknot do roli napiwku.
Otworzyła przejście, nie spodziewając się tego, co wydarzyło się nanosekundy potem.
Cień wtargnął do jej domu, jeszcze zanim zdążyła zorientować się, że po drugiej stronie nie stoi żaden dostawca. Zanim ta myśl sięgnęła w ogóle jej głowy, przywarła pod obcą siłą do drzwi, które zatrzasnęły się jeszcze szybciej, niż otworzyły. Świadomość kiepskiego położenia spadła, zanim przypomniała sobie, że nie oddycha – a gdy spróbowała to zrobić, wyczuła opór. Na własnej twarzy, na własnych ustach, przy własnym nosie.
Źrenice dopiero wtedy złapały ostrość, dotykając sylwetki przed nią – a samo opóźnienie nie wynikało z raptowności chwili, a podświadomego strachu, który zdołał się wmontować pod jej skórę. Umysł nakreślił obraz intruza, momentalnie klasyfikując sytuację jako skrajnie niebezpieczną; śmiertelnie niebezpieczną. Nie musiał być uzbrojony, nie musiała mieć noża na gardle, aby w tym momencie bać się o własne życie.
Wystarczyło, że miała w domu rosłego, obcego mężczyznę, którego zamiary były dla niej niewiadome. Sąsiadem, który wpadł pożyczyć cukier, zdecydowanie nie był.
Kiepska była w samoobronę, doświadczenia kombatanta też nie miała. Ostatnią osobą, którą faktycznie pobiła był młodszy o dwa lata kuzyn, kiedy ona sama faktycznie miała sześć. Raczej marny popis.
Nie wydała z siebie ani słowa, ani dźwięku. Gdyby o tym nie powiedział, nic by się nie zmieniło – jej gardło było zaciśnięte przez strach. Czuła, jak jej serce bije zdecydowanie za szybko; jak jej oddech, jest płytszy i krótszy niż powinien. Spojrzenie zza rozszerzonych źrenic ani na moment, odkąd tylko się podniosło, nie opuściło twarzy intruza, próbując nadążyć za wszelką zmianą w jej rysach, a przez to – intencją.
Czuła przy tym, jak jej mięśnie drżą z czystego, pierwotnego wręcz strachu. Takie sytuacje widziała wyłącznie na filmach i kończyły się albo źle, albo przyjściem na ratunek żądnego zemsty Liama Neesona.
A ona żadnego Liama nie znała. Ani żadnego Neesona.
Zdrowy rozsądek zabronił jej się szamotać i próbować się siłować z obcym – sposób, w jaki już teraz przylegała do drzwi jasno dawał jej do zrozumienia, że nie będzie miała szans. Poza tym – wystarczyło jedno spojrzenie na mężczyznę, aby wiedzieć, że był większy, silniejszy i pewnie też, wbrew temu co wpajały bajki, znacznie zręczniejszy od niej. Do tej oceny też wystarczyła jej sytuacja sprzed chwili, kiedy wtargnął do jej domu.
Dlatego jedynym rozwiązaniem było po prostu… czekać. Czekać na to, co dalej. Jak bezbronna zwierzyna złapana przez drapieżnika. Choć to nie to – w przyrodzie cel był jasny i prosty do określenia, był wręcz naturalny, a tu? Tu intencja była jedną, wielką niewiadomą. A to chyba było jeszcze gorsze.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dociskał drobną dziewczynę dłonią do drzwi, pilnując, aby nie wydała z siebie żadnego dźwięku, który mógłby zwrócić uwagę przebiegających ludzi. Drugą ręką przycisnął broń do jej boku, jako dodatkowe zabezpieczenie. Wolał, aby strach ścisnął jej gardło, niż aby zaczęła się w panice drzeć, co byłoby mu bardzo nie na rękę.
Słyszał ich. Słyszał jak biegną. Na ulicy nie było wiele aut. Godzina była późniejsza niż zwykle, więc miał sporo szczęścia, że dziewczyna otworzyła mu odpowiednio szybko. I że nie spała. Ona za to raczej nie mogła powiedzieć tego samego.
Mocniej docisnął dłoń do jej ust, a lufę broni krótkiej wcisnął jeszcze bardziej w jej żebra, gdy słyszał przytłumione głosy niedaleko domu. Może zastanawiali się gdzie pobiegł, może się rozdzielali, ale co ważne - nie zbliżali się. Raczej nie przypuszczali, że mógł skryć się w którymś z domów. W końcu to było mało prawdopodobne. I raczej nieroztropne.
Damon na szczęście umiał zacierać za sobą ślady.
Przebiegli. Nawet gdy nastała ponowna, typowa dla późnego wieczoru cisza, wciąż nie puszczał dziewczyny. Wolał się upewnić, że nawet jeśli zacznie krzyczeć, mężczyźni, którzy go ścigali się nie zawrócą. Nawet jeśli nie krzyczałaby zbyt długo, bo nie miałby skrupułów, aby szybko ją ponownie uciszyć. Wieloma metodami jeśli będzie trzeba. Niestety dla blondynki, nie był typem człowieka, który miał zahamowania, aby uderzyć kobietę.
Przeniósł spojrzenie czarnych tęczówek z drzwi, na wystraszoną kobietę, wciąż nie odrywając ręki od jej ust.
— Apteczka. Masz? — spytał twardo, bo chociaż jedna sprawa wydawała się być chwilowo zażegnana, tak druga wciąż dawała mu się we znaki. Czuł jak czarny podkoszulek, ukryty pod czarną kurtką, nasiąka posoką. Może i nie okazywał dolegliwości bólowych jak przeciętny człowiek, ale sam postrzał był mało przyjemny. Przechodził przez to już tyle razy, że nie panikował. Nigdy tego nie robił. Ból wydawał się być przytępiony. Częściowo też do niego przywykł i nie odczuwał tak bardzo, jak powinien.
Trochę jak kobieta, która co miesiąc miała skurcze około okresowe. Ich próg bólu wzrastał i w pewnym stopniu były przyzwyczajone. Podobnie było z nim oraz ranami po postrzałach, obrażeniach ciętych czy innych bijatykach.
Gdy kobieta skinęła głową, odezwał się ponownie.
— Przynieś. Tylko nie rób nic głupiego. — Zaakcentował ostatnie zdanie mocniej, przekręcając lufę przy jej ciele. Dopiero gdy się upewnił, że zrozumiała, wycofał dłoń z jej ust, podobnie jak broń.
Pospieszył ją ruchem głowy. Zamknął drzwi wejściowe i zgasił światło na korytarzu, kierując się za dziewczyną wgłąb domu. Nie zamierzał spuszczać z niej spojrzenia, bo zupełnie jej nie ufał, a kto jak kto, ale on wiedział, aby mieć podejrzenia co do każdego. Zwłaszcza do kogoś, kto może zrobić coś bardzo głupiego, z powodu instynktu, a czego potem może żałować.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Aż do teraz. Aż do jednego momentu, w którym jak raz otworzyła drzwi, bez sprawdzania, kto nacisnął dzwonek. Święcie przekonana, że to był wyczekiwany dostawca pizzy.
Ale nie był.
W jednej chwili cały obraz względnego spokoju i życia bez większej traumy zachwiał się, wpuszczając do realiów sytuację rodem z thrillera. I tak też się czuła. Absolutnie przerażona, kompletnie niegotowa na to, jaki sytuacja przybrała obrót. Z obcą dłonią zabierającą nie tylko głos, ale i też oddech – choć przecież technicznie nie była ułożona na jej twarzy, aby to robić. Z drugą dłonią bezlitośnie całująca przestrzeń pomiędzy jej żebrami lufą broni, której bezlitosny chłód czuła nawet przez materiał swojego ubrania.
Nie ruszała się – tylko jej spojrzenie dźwignęło się na twarz intruza, zaraz spadając na przestrzeń na jego szyi, uciekając w popłochu przed jego wzrokiem. To było też głupie i odruchowe działanie, aby unikać przyłapania tego, że patrzyła. Chociaż jej wiedza raczej opierała się na książkach czy filmach, to była przekonana, że ci co widzieli za dużo, nawet mimo nie stawiania oporu czy nawet współpracy, często nie wychodzili z takich sytuacji cało.
Bo byli świadkami.
Pierwsze słowa wypowiedziane przez nieznajomego przetarły jej umysł gładko, jak papier ścierny. Przez pierwsze dwie, długie sekundy nie reagowała, uwięziona we własnym strachu; otumaniona nim. Przy rzeczywistości trzymała ją tylko lufa broni, wciąż ciasno przytulona do jej ciała.
Nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle siły, by przepchnąć choćby pomruk przez zaciśnięte gardło, więc skinęła głową – wcale nie mocno, z ograniczeniem w postaci jego chwytu, ale tyle miało wystarczyć, by padły kolejne słowa. Polecenie – krótkie i proste, z warunkiem bezwzględnym. Niby banalne, bo przecież miała apteczkę i wiedziała gdzie jest, a jednak wystarczyło, że wystarczyło, aby przycisnął broń do jej ciała, aby jej umysł na parę długich chwil przestał funkcjonować.
Przez chwilę stała – otumaniona, wciąż podparta o drzwi, pomimo tego, że chwyt jednej i drugiej ręki obcego ustał. Miała wrażenie, że jej rozpędzone serce obija się szaleńczo w nienależnym mu miejscu – zaciśnięte w gardle, w tym samym miejscu, w którym długie sekundy temu narosła gula stresu.
Ruszyła dopiero po ponagleniu przez intruza, na ślepo, niemal na autopilocie, odnajdując drogę do kuchni. Do szafki przy zlewie, przy której zatrzymała się. Przez cały ten czas wpatrywała się tępo w przestrzeń między podłogą a jakimś punktem granicznym z mijanymi ścianami, świadomie omijając cokolwiek, o co mogłaby zaczepić wzrokiem, a co mogłoby ściągnąć podejrzenia ze strony obcego.
— Mam w czymś pomóc? — spytała; w zasadzie tak cicho, że można byłoby to pomylić z myślą. Tak po prostu. Nie oferowała się z pomocą, bo było jej szkoda osoby, która była w jej domu. W obecnej sytuacji jedyną osobą, której faktycznie współczuła była ona sama i nikt więcej.
Zapytała więc z odruchu; a może chcąc wykazać się inicjatywą, która mogłaby wpłynąć na korzyść jej własnego położenia, już i tak beznadziejnego.
Damon Tae
-
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie ruszała go więc przestraszona, młoda dziewczyna. Nie wzruszało w nim to żadnego skrawka jego człowieczeństwa, które ponownie się uwsteczniło, gdy został sam. Od dłuższego czasu rzucił się w wir pracy, narażając swoje życie jeszcze bardziej niż dotychczas. Nie licząc się z tym, co może się stać i jakie są konsekwencje. Już jakiś czas temu zaprzedał swoją duszę Diabłu i teraz spłacał dług, który zaciągnął. Pracą, lojalnością i robieniem rzeczy, których nikt inny nie zamierzał się podjąć. Bo nie można było mu zarzucić, że cokolwiek robił, to z zyskiem dla swojego pracodawcy. Aby nic i nikt nie prowadził do niego.
Jeśli będzie trzeba i uzna to za słuszne, tą przypadkową dziewczynę też się zajmie. Kolejne niewinne życie na jego sumieniu już nie robiło żadnej różnicy.
Chciał jednak, aby była przydatna. Przynajmniej teraz. Mógł ją zabić i sprawić, że będą rozwieszać ulotki z jej wizerunkiem oraz informacją o zaginięciu, którego nie dało się rozwiązać, ale zamiast zrobić to od razu, dał jej polecenie. Proste, krótkie. To od niej przecież zależało czy będzie żyć dostatecznie długo, aby dożyć poranka. Wystarczyła jedna głupia decyzja.
Wydawała się być jednak dostatecznie inteligenta, aby zacząć krzyczeć, ani uciekać.
Przeszedł za nią do kuchni, wciąż mierząc ją nie tylko spojrzeniem, ale także mając ustawioną w jej kierunku lufę broni krótkiej, którą miał przy sobie. Obserwował każdy jej najdrobniejszy ruch, aby zareagować szybciej, niż ona postanowiłaby zrobić coś, czego nie powinna.
Zatrzymała się przy szafce, ale nie zrobiła nic więcej. Nawet na niego nie patrzyła. Unikała jego spojrzenia, co było mądrym posunięciem. Wkurwionemu zwierzęciu też nie należało patrzeć w oczy, jeśli nie chciało się go sprowokować do ataku.
— Wyciągaj co masz i znajdź coś do szycia oraz dezynfekcji. Bandaże też mogą być — powiedział. Nie każda apteczka w końcu była dobrze zaopatrzona. Wiele z nich miało jakieś plastry, może pojedynczy bandaż, leki, termometr. On potrzebował trochę więcej, ale jak wiadomo, poratuje się wszystkim co miał.
Czuł jak z ran na jego ciele sączy się posoka i wsiąka w kolejne materiały ubrania, które miał na sobie. Nic, czego by już nie przeżył, a jednak było to niezwykle upierdliwe, kiedy się ukrywało. Nie zamierzał zostawać tu zbyt długo. Musiał się poskładać na tyle, aby wrócić na swoje stanowisko, zdać raport… a potem poprawić błędy. Nienawidził parszywej roboty, dlatego jak było trzeba, to wracał, aby dokończyć to, co zaczął.
— Umiesz szyć? — I nie chodziło o sukienki czy inne bandamki, a o szycie ran. I mogła zrozumieć, że chodziło mu o to, gdy odłożył broń na jedną z pobliskich szafek, by zrzucić z siebie czarną, materiałową kurtkę i ukazać równie czarny t-shirt, który wydawał się być przesiąknięty z jednej strony. Robił to spokojnie i bez pośpiechu, zupełnie jakby wiedział, że nawet jeśli cokolwiek postanowi, to i tak będzie szybszy.
Nie uważał jej za jakiekolwiek zagrożenie, ale nie ignorował ani nie lekceważył, bo chociaż nie wydawała się być groźna, to wciąż mogła być irytująco upierdliwa i utrudnić mu pracę. A tego bardzo by nie chciał.
Maelle Lennox