ODPOWIEDZ
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To była zwyczajna misja. A przynajmniej na to się zanosiło. Miał odzyskać pieniądze z długu. Grube pieniądze, bo jak Giovanni je pożyczał, to kwoty zwykle były o wiele wyższe niż u przeciętnego Kowalskiego, zwłaszcza, jak odsetki rosły wraz z kolejnymi opóźnieniami. Jedni nie płacili, bo nie mieli z czego, inni się próbowali wycwanić i oszukać człowieka, który pożyczał pieniądze. Może u szajek mniej doświadczonych to przechodziło, ale u kogoś takiego jak Giovanni…
On wtedy wysyłał psa myśliwego na polowanie.
Damon nie potrzebował innych ludzi. Nie potrzebował podwładnych, chociaż na większych „imprezach” dawano mu pachołków, których miał rozstawiać. Zwykle jednak wolał działać samemu, bo wiedział czego się spodziewać. I nie musiał uważać na nikogo innego niż siebie, chociaż nawet jeśli działał „z kimś”, to i tak każdy uważał na siebie.
Przynajmniej on tak robił.
Odzyskanie pieniędzy miało być kolejną, szybką sprawą. Działania lichwiarskie nie sprawiały mu nigdy większego problemu, nawet jeśli druga strona stawiała czynny opór. A musiał przyznać, że niektórzy ludzie byli bardzo pomysłowi - ukrywali się, zasadzali, a inni decydowali się na bezpośrednie starcie w nadziei, że uda się im pokonać wysłanego przez Włocha psa.
Dzisiejszy dłużnik był jednak bardziej… niebezpieczny.
Wiedział, że Damon w końcu przyjdzie, bo to była kwestia czasu. Bardzo więc się przygotował. I chociaż Tae potrafił przewidzieć wiele i na wiele był też gotowy, to nie umiał przewidzieć absolutnie wszystkiego. Jak raz został zakończony, a to prawie zakończyło się tragicznie.
Może kiedyś się nauczy, że czasem warto brać wsparcie.
W oka mgnieniu sytuacja drastycznie się odwróciła i Damon został zmuszony do ukrycia się. Fakt, że został dwukrotnie postrzelony w prawe ramię oraz okolice brzucha wcale nie pomagał, bo pozostawiał za sobą krwawy ślad. Nie udało mu się zabić wszystkich, ale chociaż miał ze sobą walizkę pieniędzy, które należały do Giovanniego.
I właśnie przez to go gonili.
Czuł ich oddech na karku. Słyszał ich głosy, gdy przebiegał przez kolejne płoty i cudze podwórka, na nogach pokonując kolejne metry. Czterech stąpało mu po piętach, a chociaż był waleczny, to wiedział też kiedy się wycofać, aby później wyrównać rachunki.
Teraz był doskonały moment od odwrót. Zwłaszcza, że odzyskał to, po co przyszedł.
Przeszedł przez kolejny płot, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicy brzucha. Nie mógł biec tak w nieskończoność. Zwalniał, czuł to. Musiał znaleźć kryjówkę na jakiś czas. Coś nieoczywistego.
Zapukał do przypadkowych drzwi. Obejrzał się dookoła. Słyszał jak się zbliżają. Przeklął pod nosem, a kiedy tylko drzwi się otworzyły, wbił do środka i spacyfikował gospodarza. Zakrył drobnej dziewczynie usta i przygwoździł ją do tych samych drzwi wejściowych, które niedawno, nieświadomie mu otworzyła.
Ani słowa — warknął cicho, nasłuchując tego, co działo się na zewnątrz.
Czy dotrą tu za nim? Czy pobiegną dalej w myśli, że on tak właśnie zrobił? A może jednak zaczną pytać sąsiadów czy nie widzieli człowieka podobnego do niego, podając się za policję w cywilu? Cokolwiek by nie było, jego umysł wybiegał do przodu, szykując kolejne plany ewentualnej ucieczki lub walki, biorąc pod uwagę to, co miał pod ręką.
Chociaż drobna blondynka raczej była kiepską bronią.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
164 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Wolne wieczory zdarzały jej się rzadko – choć istotnym było dointerpretowanie, że ta rzadkość wynikała z jej własnych decyzji. Bo, owszem, mogłaby poświęcić czwartkowe popołudnie na oglądanie seriali czy przeglądanie Internetu, jednak obecnie była tak zaangażowana w swoją pracę doktorancką, że nie widziała innej możliwości, niż usiąść przy książkach. To nie czyniło z niej kujona, należało to sprostować – czyniło z niej osobę oddaną jednej, konkretnej dziedzinie.
  Warunki w domu były tym bardziej sprzyjające, bo rodzice wyjechali na kolejną misję – choć w kontraście do niektórych – absolutnie legalną i docelowo przyczyniającą się skarbnicy wiedzy ludzkości; wzbogacaniu historii i rozwijaniu kultury. Ich wyjazd na nowe wykopaliska dopiero się rozpoczął, a to oznaczało nawet kilka tygodni nieobecności. A przez to – warunków bardzo sprzyjających jej badaniom.
  Nie, żeby szczególnie jej przeszkadzali, ale znacznie trudniej było się skupić w momencie, w którym ojciec w losowych punktach dnia decydował się odtwarzać stare utwory Elvisa Presley’a, a do tego mu wtórować. W takim stylu, który nie pozostawiał wątpliwości, czemu kariera archeologa była jedyną opcją; a twórczość muzyczna w ogóle nie była brana pod uwagę.
  Nie spodziewała się tego dnia nikogo – ze znajomymi powoli wkraczała już w ten wiek, że często bardzo ciężkim było wygospodarowanie czasu w terminie dogodnym dla obojga, a poza tym – oddana była własnej pracy; Próżno szukać spotkań towarzyskim jeszcze w tygodniu roboczym, kiedy na drugi dzień musiała stawić się w Instytucie.
  Nie spodziewała się nikogo, poza dostawcą zamówionej godzinę wcześniej pizzy. Dlatego, po usłyszeniu pukania do drzwi, zamiast ukryć się i udawać swoją nieobecność – jak to zrobiłby każdy, szanujący się dorosły, podeszła do drzwi, po drodze zgarniając jeszcze przygotowany wcześniej banknot do roli napiwku.
  Otworzyła przejście, nie spodziewając się tego, co wydarzyło się nanosekundy potem.
  Cień wtargnął do jej domu, jeszcze zanim zdążyła zorientować się, że po drugiej stronie nie stoi żaden dostawca. Zanim ta myśl sięgnęła w ogóle jej głowy, przywarła pod obcą siłą do drzwi, które zatrzasnęły się jeszcze szybciej, niż otworzyły. Świadomość kiepskiego położenia spadła, zanim przypomniała sobie, że nie oddycha – a gdy spróbowała to zrobić, wyczuła opór. Na własnej twarzy, na własnych ustach, przy własnym nosie.
  Źrenice dopiero wtedy złapały ostrość, dotykając sylwetki przed nią – a samo opóźnienie nie wynikało z raptowności chwili, a podświadomego strachu, który zdołał się wmontować pod jej skórę. Umysł nakreślił obraz intruza, momentalnie klasyfikując sytuację jako skrajnie niebezpieczną; śmiertelnie niebezpieczną. Nie musiał być uzbrojony, nie musiała mieć noża na gardle, aby w tym momencie bać się o własne życie.
  Wystarczyło, że miała w domu rosłego, obcego mężczyznę, którego zamiary były dla niej niewiadome. Sąsiadem, który wpadł pożyczyć cukier, zdecydowanie nie był.
  Kiepska była w samoobronę, doświadczenia kombatanta też nie miała. Ostatnią osobą, którą faktycznie pobiła był młodszy o dwa lata kuzyn, kiedy ona sama faktycznie miała sześć. Raczej marny popis.
  Nie wydała z siebie ani słowa, ani dźwięku. Gdyby o tym nie powiedział, nic by się nie zmieniło – jej gardło było zaciśnięte przez strach. Czuła, jak jej serce bije zdecydowanie za szybko; jak jej oddech, jest płytszy i krótszy niż powinien. Spojrzenie zza rozszerzonych źrenic ani na moment, odkąd tylko się podniosło, nie opuściło twarzy intruza, próbując nadążyć za wszelką zmianą w jej rysach, a przez to – intencją.
  Czuła przy tym, jak jej mięśnie drżą z czystego, pierwotnego wręcz strachu. Takie sytuacje widziała wyłącznie na filmach i kończyły się albo źle, albo przyjściem na ratunek żądnego zemsty Liama Neesona.
  A ona żadnego Liama nie znała. Ani żadnego Neesona.
  Zdrowy rozsądek zabronił jej się szamotać i próbować się siłować z obcym – sposób, w jaki już teraz przylegała do drzwi jasno dawał jej do zrozumienia, że nie będzie miała szans. Poza tym – wystarczyło jedno spojrzenie na mężczyznę, aby wiedzieć, że był większy, silniejszy i pewnie też, wbrew temu co wpajały bajki, znacznie zręczniejszy od niej. Do tej oceny też wystarczyła jej sytuacja sprzed chwili, kiedy wtargnął do jej domu.
  Dlatego jedynym rozwiązaniem było po prostu… czekać. Czekać na to, co dalej. Jak bezbronna zwierzyna złapana przez drapieżnika. Choć to nie to – w przyrodzie cel był jasny i prosty do określenia, był wręcz naturalny, a tu? Tu intencja była jedną, wielką niewiadomą. A to chyba było jeszcze gorsze.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zwykle nie obchodziły go środki, które musiał wykorzystać, by osiągnąć cel. Był też ostatnim człowiekiem, który przejmowałby się naruszeniem prywatności i czyjegoś bezpieczeństwa. W tej chwili to działanie było konieczne, aby zgubić pościg. Skoro nie był w stanie ich powstrzymać bez robienia większego burdelu, który na pewno zwróciłby uwagę służb prawa, to musiał ich zwyczajnie zmylić, by wrócić kolejnego dnia. Wbicie komuś na chatę, a raczej, zostanie wpuszczonym, było dobrym ruchem.
Dociskał drobną dziewczynę dłonią do drzwi, pilnując, aby nie wydała z siebie żadnego dźwięku, który mógłby zwrócić uwagę przebiegających ludzi. Drugą ręką przycisnął broń do jej boku, jako dodatkowe zabezpieczenie. Wolał, aby strach ścisnął jej gardło, niż aby zaczęła się w panice drzeć, co byłoby mu bardzo nie na rękę.
Słyszał ich. Słyszał jak biegną. Na ulicy nie było wiele aut. Godzina była późniejsza niż zwykle, więc miał sporo szczęścia, że dziewczyna otworzyła mu odpowiednio szybko. I że nie spała. Ona za to raczej nie mogła powiedzieć tego samego.
Mocniej docisnął dłoń do jej ust, a lufę broni krótkiej wcisnął jeszcze bardziej w jej żebra, gdy słyszał przytłumione głosy niedaleko domu. Może zastanawiali się gdzie pobiegł, może się rozdzielali, ale co ważne - nie zbliżali się. Raczej nie przypuszczali, że mógł skryć się w którymś z domów. W końcu to było mało prawdopodobne. I raczej nieroztropne.
Damon na szczęście umiał zacierać za sobą ślady.
Przebiegli. Nawet gdy nastała ponowna, typowa dla późnego wieczoru cisza, wciąż nie puszczał dziewczyny. Wolał się upewnić, że nawet jeśli zacznie krzyczeć, mężczyźni, którzy go ścigali się nie zawrócą. Nawet jeśli nie krzyczałaby zbyt długo, bo nie miałby skrupułów, aby szybko ją ponownie uciszyć. Wieloma metodami jeśli będzie trzeba. Niestety dla blondynki, nie był typem człowieka, który miał zahamowania, aby uderzyć kobietę.
Przeniósł spojrzenie czarnych tęczówek z drzwi, na wystraszoną kobietę, wciąż nie odrywając ręki od jej ust.
Apteczka. Masz? — spytał twardo, bo chociaż jedna sprawa wydawała się być chwilowo zażegnana, tak druga wciąż dawała mu się we znaki. Czuł jak czarny podkoszulek, ukryty pod czarną kurtką, nasiąka posoką. Może i nie okazywał dolegliwości bólowych jak przeciętny człowiek, ale sam postrzał był mało przyjemny. Przechodził przez to już tyle razy, że nie panikował. Nigdy tego nie robił. Ból wydawał się być przytępiony. Częściowo też do niego przywykł i nie odczuwał tak bardzo, jak powinien.
Trochę jak kobieta, która co miesiąc miała skurcze około okresowe. Ich próg bólu wzrastał i w pewnym stopniu były przyzwyczajone. Podobnie było z nim oraz ranami po postrzałach, obrażeniach ciętych czy innych bijatykach.
Gdy kobieta skinęła głową, odezwał się ponownie.
Przynieś. Tylko nie rób nic głupiego. — Zaakcentował ostatnie zdanie mocniej, przekręcając lufę przy jej ciele. Dopiero gdy się upewnił, że zrozumiała, wycofał dłoń z jej ust, podobnie jak broń.
Pospieszył ją ruchem głowy. Zamknął drzwi wejściowe i zgasił światło na korytarzu, kierując się za dziewczyną wgłąb domu. Nie zamierzał spuszczać z niej spojrzenia, bo zupełnie jej nie ufał, a kto jak kto, ale on wiedział, aby mieć podejrzenia co do każdego. Zwłaszcza do kogoś, kto może zrobić coś bardzo głupiego, z powodu instynktu, a czego potem może żałować. 


Maelle Lennox
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”