30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To była zwyczajna misja. A przynajmniej na to się zanosiło. Miał odzyskać pieniądze z długu. Grube pieniądze, bo jak Giovanni je pożyczał, to kwoty zwykle były o wiele wyższe niż u przeciętnego Kowalskiego, zwłaszcza, jak odsetki rosły wraz z kolejnymi opóźnieniami. Jedni nie płacili, bo nie mieli z czego, inni się próbowali wycwanić i oszukać człowieka, który pożyczał pieniądze. Może u szajek mniej doświadczonych to przechodziło, ale u kogoś takiego jak Giovanni…
On wtedy wysyłał psa myśliwego na polowanie.
Damon nie potrzebował innych ludzi. Nie potrzebował podwładnych, chociaż na większych „imprezach” dawano mu pachołków, których miał rozstawiać. Zwykle jednak wolał działać samemu, bo wiedział czego się spodziewać. I nie musiał uważać na nikogo innego niż siebie, chociaż nawet jeśli działał „z kimś”, to i tak każdy uważał na siebie.
Przynajmniej on tak robił.
Odzyskanie pieniędzy miało być kolejną, szybką sprawą. Działania lichwiarskie nie sprawiały mu nigdy większego problemu, nawet jeśli druga strona stawiała czynny opór. A musiał przyznać, że niektórzy ludzie byli bardzo pomysłowi - ukrywali się, zasadzali, a inni decydowali się na bezpośrednie starcie w nadziei, że uda się im pokonać wysłanego przez Włocha psa.
Dzisiejszy dłużnik był jednak bardziej… niebezpieczny.
Wiedział, że Damon w końcu przyjdzie, bo to była kwestia czasu. Bardzo więc się przygotował. I chociaż Tae potrafił przewidzieć wiele i na wiele był też gotowy, to nie umiał przewidzieć absolutnie wszystkiego. Jak raz został zakończony, a to prawie zakończyło się tragicznie.
Może kiedyś się nauczy, że czasem warto brać wsparcie.
W oka mgnieniu sytuacja drastycznie się odwróciła i Damon został zmuszony do ukrycia się. Fakt, że został dwukrotnie postrzelony w prawe ramię oraz okolice brzucha wcale nie pomagał, bo pozostawiał za sobą krwawy ślad. Nie udało mu się zabić wszystkich, ale chociaż miał ze sobą walizkę pieniędzy, które należały do Giovanniego.
I właśnie przez to go gonili.
Czuł ich oddech na karku. Słyszał ich głosy, gdy przebiegał przez kolejne płoty i cudze podwórka, na nogach pokonując kolejne metry. Czterech stąpało mu po piętach, a chociaż był waleczny, to wiedział też kiedy się wycofać, aby później wyrównać rachunki.
Teraz był doskonały moment od odwrót. Zwłaszcza, że odzyskał to, po co przyszedł.
Przeszedł przez kolejny płot, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicy brzucha. Nie mógł biec tak w nieskończoność. Zwalniał, czuł to. Musiał znaleźć kryjówkę na jakiś czas. Coś nieoczywistego.
Zapukał do przypadkowych drzwi. Obejrzał się dookoła. Słyszał jak się zbliżają. Przeklął pod nosem, a kiedy tylko drzwi się otworzyły, wbił do środka i spacyfikował gospodarza. Zakrył drobnej dziewczynie usta i przygwoździł ją do tych samych drzwi wejściowych, które niedawno, nieświadomie mu otworzyła.
Ani słowa — warknął cicho, nasłuchując tego, co działo się na zewnątrz.
Czy dotrą tu za nim? Czy pobiegną dalej w myśli, że on tak właśnie zrobił? A może jednak zaczną pytać sąsiadów czy nie widzieli człowieka podobnego do niego, podając się za policję w cywilu? Cokolwiek by nie było, jego umysł wybiegał do przodu, szykując kolejne plany ewentualnej ucieczki lub walki, biorąc pod uwagę to, co miał pod ręką.
Chociaż drobna blondynka raczej była kiepską bronią.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Wolne wieczory zdarzały jej się rzadko – choć istotnym było dointerpretowanie, że ta rzadkość wynikała z jej własnych decyzji. Bo, owszem, mogłaby poświęcić czwartkowe popołudnie na oglądanie seriali czy przeglądanie Internetu, jednak obecnie była tak zaangażowana w swoją pracę doktorancką, że nie widziała innej możliwości, niż usiąść przy książkach. To nie czyniło z niej kujona, należało to sprostować – czyniło z niej osobę oddaną jednej, konkretnej dziedzinie.
  Warunki w domu były tym bardziej sprzyjające, bo rodzice wyjechali na kolejną misję – choć w kontraście do niektórych – absolutnie legalną i docelowo przyczyniającą się skarbnicy wiedzy ludzkości; wzbogacaniu historii i rozwijaniu kultury. Ich wyjazd na nowe wykopaliska dopiero się rozpoczął, a to oznaczało nawet kilka tygodni nieobecności. A przez to – warunków bardzo sprzyjających jej badaniom.
  Nie, żeby szczególnie jej przeszkadzali, ale znacznie trudniej było się skupić w momencie, w którym ojciec w losowych punktach dnia decydował się odtwarzać stare utwory Elvisa Presley’a, a do tego mu wtórować. W takim stylu, który nie pozostawiał wątpliwości, czemu kariera archeologa była jedyną opcją; a twórczość muzyczna w ogóle nie była brana pod uwagę.
  Nie spodziewała się tego dnia nikogo – ze znajomymi powoli wkraczała już w ten wiek, że często bardzo ciężkim było wygospodarowanie czasu w terminie dogodnym dla obojga, a poza tym – oddana była własnej pracy; Próżno szukać spotkań towarzyskim jeszcze w tygodniu roboczym, kiedy na drugi dzień musiała stawić się w Instytucie.
  Nie spodziewała się nikogo, poza dostawcą zamówionej godzinę wcześniej pizzy. Dlatego, po usłyszeniu pukania do drzwi, zamiast ukryć się i udawać swoją nieobecność – jak to zrobiłby każdy, szanujący się dorosły, podeszła do drzwi, po drodze zgarniając jeszcze przygotowany wcześniej banknot do roli napiwku.
  Otworzyła przejście, nie spodziewając się tego, co wydarzyło się nanosekundy potem.
  Cień wtargnął do jej domu, jeszcze zanim zdążyła zorientować się, że po drugiej stronie nie stoi żaden dostawca. Zanim ta myśl sięgnęła w ogóle jej głowy, przywarła pod obcą siłą do drzwi, które zatrzasnęły się jeszcze szybciej, niż otworzyły. Świadomość kiepskiego położenia spadła, zanim przypomniała sobie, że nie oddycha – a gdy spróbowała to zrobić, wyczuła opór. Na własnej twarzy, na własnych ustach, przy własnym nosie.
  Źrenice dopiero wtedy złapały ostrość, dotykając sylwetki przed nią – a samo opóźnienie nie wynikało z raptowności chwili, a podświadomego strachu, który zdołał się wmontować pod jej skórę. Umysł nakreślił obraz intruza, momentalnie klasyfikując sytuację jako skrajnie niebezpieczną; śmiertelnie niebezpieczną. Nie musiał być uzbrojony, nie musiała mieć noża na gardle, aby w tym momencie bać się o własne życie.
  Wystarczyło, że miała w domu rosłego, obcego mężczyznę, którego zamiary były dla niej niewiadome. Sąsiadem, który wpadł pożyczyć cukier, zdecydowanie nie był.
  Kiepska była w samoobronę, doświadczenia kombatanta też nie miała. Ostatnią osobą, którą faktycznie pobiła był młodszy o dwa lata kuzyn, kiedy ona sama faktycznie miała sześć. Raczej marny popis.
  Nie wydała z siebie ani słowa, ani dźwięku. Gdyby o tym nie powiedział, nic by się nie zmieniło – jej gardło było zaciśnięte przez strach. Czuła, jak jej serce bije zdecydowanie za szybko; jak jej oddech, jest płytszy i krótszy niż powinien. Spojrzenie zza rozszerzonych źrenic ani na moment, odkąd tylko się podniosło, nie opuściło twarzy intruza, próbując nadążyć za wszelką zmianą w jej rysach, a przez to – intencją.
  Czuła przy tym, jak jej mięśnie drżą z czystego, pierwotnego wręcz strachu. Takie sytuacje widziała wyłącznie na filmach i kończyły się albo źle, albo przyjściem na ratunek żądnego zemsty Liama Neesona.
  A ona żadnego Liama nie znała. Ani żadnego Neesona.
  Zdrowy rozsądek zabronił jej się szamotać i próbować się siłować z obcym – sposób, w jaki już teraz przylegała do drzwi jasno dawał jej do zrozumienia, że nie będzie miała szans. Poza tym – wystarczyło jedno spojrzenie na mężczyznę, aby wiedzieć, że był większy, silniejszy i pewnie też, wbrew temu co wpajały bajki, znacznie zręczniejszy od niej. Do tej oceny też wystarczyła jej sytuacja sprzed chwili, kiedy wtargnął do jej domu.
  Dlatego jedynym rozwiązaniem było po prostu… czekać. Czekać na to, co dalej. Jak bezbronna zwierzyna złapana przez drapieżnika. Choć to nie to – w przyrodzie cel był jasny i prosty do określenia, był wręcz naturalny, a tu? Tu intencja była jedną, wielką niewiadomą. A to chyba było jeszcze gorsze.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zwykle nie obchodziły go środki, które musiał wykorzystać, by osiągnąć cel. Był też ostatnim człowiekiem, który przejmowałby się naruszeniem prywatności i czyjegoś bezpieczeństwa. W tej chwili to działanie było konieczne, aby zgubić pościg. Skoro nie był w stanie ich powstrzymać bez robienia większego burdelu, który na pewno zwróciłby uwagę służb prawa, to musiał ich zwyczajnie zmylić, by wrócić kolejnego dnia. Wbicie komuś na chatę, a raczej, zostanie wpuszczonym, było dobrym ruchem.
Dociskał drobną dziewczynę dłonią do drzwi, pilnując, aby nie wydała z siebie żadnego dźwięku, który mógłby zwrócić uwagę przebiegających ludzi. Drugą ręką przycisnął broń do jej boku, jako dodatkowe zabezpieczenie. Wolał, aby strach ścisnął jej gardło, niż aby zaczęła się w panice drzeć, co byłoby mu bardzo nie na rękę.
Słyszał ich. Słyszał jak biegną. Na ulicy nie było wiele aut. Godzina była późniejsza niż zwykle, więc miał sporo szczęścia, że dziewczyna otworzyła mu odpowiednio szybko. I że nie spała. Ona za to raczej nie mogła powiedzieć tego samego.
Mocniej docisnął dłoń do jej ust, a lufę broni krótkiej wcisnął jeszcze bardziej w jej żebra, gdy słyszał przytłumione głosy niedaleko domu. Może zastanawiali się gdzie pobiegł, może się rozdzielali, ale co ważne - nie zbliżali się. Raczej nie przypuszczali, że mógł skryć się w którymś z domów. W końcu to było mało prawdopodobne. I raczej nieroztropne.
Damon na szczęście umiał zacierać za sobą ślady.
Przebiegli. Nawet gdy nastała ponowna, typowa dla późnego wieczoru cisza, wciąż nie puszczał dziewczyny. Wolał się upewnić, że nawet jeśli zacznie krzyczeć, mężczyźni, którzy go ścigali się nie zawrócą. Nawet jeśli nie krzyczałaby zbyt długo, bo nie miałby skrupułów, aby szybko ją ponownie uciszyć. Wieloma metodami jeśli będzie trzeba. Niestety dla blondynki, nie był typem człowieka, który miał zahamowania, aby uderzyć kobietę.
Przeniósł spojrzenie czarnych tęczówek z drzwi, na wystraszoną kobietę, wciąż nie odrywając ręki od jej ust.
Apteczka. Masz? — spytał twardo, bo chociaż jedna sprawa wydawała się być chwilowo zażegnana, tak druga wciąż dawała mu się we znaki. Czuł jak czarny podkoszulek, ukryty pod czarną kurtką, nasiąka posoką. Może i nie okazywał dolegliwości bólowych jak przeciętny człowiek, ale sam postrzał był mało przyjemny. Przechodził przez to już tyle razy, że nie panikował. Nigdy tego nie robił. Ból wydawał się być przytępiony. Częściowo też do niego przywykł i nie odczuwał tak bardzo, jak powinien.
Trochę jak kobieta, która co miesiąc miała skurcze około okresowe. Ich próg bólu wzrastał i w pewnym stopniu były przyzwyczajone. Podobnie było z nim oraz ranami po postrzałach, obrażeniach ciętych czy innych bijatykach.
Gdy kobieta skinęła głową, odezwał się ponownie.
Przynieś. Tylko nie rób nic głupiego. — Zaakcentował ostatnie zdanie mocniej, przekręcając lufę przy jej ciele. Dopiero gdy się upewnił, że zrozumiała, wycofał dłoń z jej ust, podobnie jak broń.
Pospieszył ją ruchem głowy. Zamknął drzwi wejściowe i zgasił światło na korytarzu, kierując się za dziewczyną wgłąb domu. Nie zamierzał spuszczać z niej spojrzenia, bo zupełnie jej nie ufał, a kto jak kto, ale on wiedział, aby mieć podejrzenia co do każdego. Zwłaszcza do kogoś, kto może zrobić coś bardzo głupiego, z powodu instynktu, a czego potem może żałować. 


Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Pomyśleć, że jej życie mogło uchodzić za całkowicie stabilne, pozbawione wszelkiej patologii. Urodziła się i wychowywała z dwójką rodziców, bez względnej patologii, bez przebytych traum i klepania biedy; dobrze się uczyła, nie brała narkotyków i nie piła; nie miała toksycznych eks, ani nie podpadła na campusie żadnej grupie cheerleaderek – czyli wszystko układało się dobrze. Niemal – zwyczajnie. Ktoś powiedziałby, że nudno.
  Aż do teraz. Aż do jednego momentu, w którym jak raz otworzyła drzwi, bez sprawdzania, kto nacisnął dzwonek. Święcie przekonana, że to był wyczekiwany dostawca pizzy.
  Ale nie był.
  W jednej chwili cały obraz względnego spokoju i życia bez większej traumy zachwiał się, wpuszczając do realiów sytuację rodem z thrillera. I tak też się czuła. Absolutnie przerażona, kompletnie niegotowa na to, jaki sytuacja przybrała obrót. Z obcą dłonią zabierającą nie tylko głos, ale i też oddech – choć przecież technicznie nie była ułożona na jej twarzy, aby to robić. Z drugą dłonią bezlitośnie całująca przestrzeń pomiędzy jej żebrami lufą broni, której bezlitosny chłód czuła nawet przez materiał swojego ubrania.
  Nie ruszała się – tylko jej spojrzenie dźwignęło się na twarz intruza, zaraz spadając na przestrzeń na jego szyi, uciekając w popłochu przed jego wzrokiem. To było też głupie i odruchowe działanie, aby unikać przyłapania tego, że patrzyła. Chociaż jej wiedza raczej opierała się na książkach czy filmach, to była przekonana, że ci co widzieli za dużo, nawet mimo nie stawiania oporu czy nawet współpracy, często nie wychodzili z takich sytuacji cało.
  Bo byli świadkami.
  Pierwsze słowa wypowiedziane przez nieznajomego przetarły jej umysł gładko, jak papier ścierny. Przez pierwsze dwie, długie sekundy nie reagowała, uwięziona we własnym strachu; otumaniona nim. Przy rzeczywistości trzymała ją tylko lufa broni, wciąż ciasno przytulona do jej ciała.
  Nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle siły, by przepchnąć choćby pomruk przez zaciśnięte gardło, więc skinęła głową – wcale nie mocno, z ograniczeniem w postaci jego chwytu, ale tyle miało wystarczyć, by padły kolejne słowa. Polecenie – krótkie i proste, z warunkiem bezwzględnym. Niby banalne, bo przecież miała apteczkę i wiedziała gdzie jest, a jednak wystarczyło, że wystarczyło, aby przycisnął broń do jej ciała, aby jej umysł na parę długich chwil przestał funkcjonować.
  Przez chwilę stała – otumaniona, wciąż podparta o drzwi, pomimo tego, że chwyt jednej i drugiej ręki obcego ustał. Miała wrażenie, że jej rozpędzone serce obija się szaleńczo w nienależnym mu miejscu – zaciśnięte w gardle, w tym samym miejscu, w którym długie sekundy temu narosła gula stresu.
Ruszyła dopiero po ponagleniu przez intruza, na ślepo, niemal na autopilocie, odnajdując drogę do kuchni. Do szafki przy zlewie, przy której zatrzymała się. Przez cały ten czas wpatrywała się tępo w przestrzeń między podłogą a jakimś punktem granicznym z mijanymi ścianami, świadomie omijając cokolwiek, o co mogłaby zaczepić wzrokiem, a co mogłoby ściągnąć podejrzenia ze strony obcego.
  — Mam w czymś pomóc? — spytała; w zasadzie tak cicho, że można byłoby to pomylić z myślą. Tak po prostu. Nie oferowała się z pomocą, bo było jej szkoda osoby, która była w jej domu. W obecnej sytuacji jedyną osobą, której faktycznie współczuła była ona sama i nikt więcej.
  Zapytała więc z odruchu; a może chcąc wykazać się inicjatywą, która mogłaby wpłynąć na korzyść jej własnego położenia, już i tak beznadziejnego.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Damon miał bardzo mocno zachwiane poczucie moralności. Wiele osób powiedziałoby, że zwyczajnie go nie ma. Nie obchodziło go czy ofiara lub przeciwnik jest dzieckiem, mężczyzną czy kobietą. Nie zwracał uwagi czy miał zabić psa czy inne, społecznie uznawane za nietykalne, życie. Jeżeli uznawał, że coś lub ktoś należał zostać usunięty, to tak się działo. Do celu po trupach, nieważne ile mostów miałby za sobą spalić i trupów zostawić.
Nie ruszała go więc przestraszona, młoda dziewczyna. Nie wzruszało w nim to żadnego skrawka jego człowieczeństwa, które ponownie się uwsteczniło, gdy został sam. Od dłuższego czasu rzucił się w wir pracy, narażając swoje życie jeszcze bardziej niż dotychczas. Nie licząc się z tym, co może się stać i jakie są konsekwencje. Już jakiś czas temu zaprzedał swoją duszę Diabłu i teraz spłacał dług, który zaciągnął. Pracą, lojalnością i robieniem rzeczy, których nikt inny nie zamierzał się podjąć. Bo nie można było mu zarzucić, że cokolwiek robił, to z zyskiem dla swojego pracodawcy. Aby nic i nikt nie prowadził do niego.
Jeśli będzie trzeba i uzna to za słuszne, tą przypadkową dziewczynę też się zajmie. Kolejne niewinne życie na jego sumieniu już nie robiło żadnej różnicy.
Chciał jednak, aby była przydatna. Przynajmniej teraz. Mógł ją zabić i sprawić, że będą rozwieszać ulotki z jej wizerunkiem oraz informacją o zaginięciu, którego nie dało się rozwiązać, ale zamiast zrobić to od razu, dał jej polecenie. Proste, krótkie. To od niej przecież zależało czy będzie żyć dostatecznie długo, aby dożyć poranka. Wystarczyła jedna głupia decyzja.
Wydawała się być jednak dostatecznie inteligenta, aby zacząć krzyczeć, ani uciekać.
Przeszedł za nią do kuchni, wciąż mierząc ją nie tylko spojrzeniem, ale także mając ustawioną w jej kierunku lufę broni krótkiej, którą miał przy sobie. Obserwował każdy jej najdrobniejszy ruch, aby zareagować szybciej, niż ona postanowiłaby zrobić coś, czego nie powinna.
Zatrzymała się przy szafce, ale nie zrobiła nic więcej. Nawet na niego nie patrzyła. Unikała jego spojrzenia, co było mądrym posunięciem. Wkurwionemu zwierzęciu też nie należało patrzeć w oczy, jeśli nie chciało się go sprowokować do ataku.
Wyciągaj co masz i znajdź coś do szycia oraz dezynfekcji. Bandaże też mogą być — powiedział. Nie każda apteczka w końcu była dobrze zaopatrzona. Wiele z nich miało jakieś plastry, może pojedynczy bandaż, leki, termometr. On potrzebował trochę więcej, ale jak wiadomo, poratuje się wszystkim co miał.
Czuł jak z ran na jego ciele sączy się posoka i wsiąka w kolejne materiały ubrania, które miał na sobie. Nic, czego by już nie przeżył, a jednak było to niezwykle upierdliwe, kiedy się ukrywało. Nie zamierzał zostawać tu zbyt długo. Musiał się poskładać na tyle, aby wrócić na swoje stanowisko, zdać raport… a potem poprawić błędy. Nienawidził parszywej roboty, dlatego jak było trzeba, to wracał, aby dokończyć to, co zaczął.
Umiesz szyć? — I nie chodziło o sukienki czy inne bandamki, a o szycie ran. I mogła zrozumieć, że chodziło mu o to, gdy odłożył broń na jedną z pobliskich szafek, by zrzucić z siebie czarną, materiałową kurtkę i ukazać równie czarny t-shirt, który wydawał się być przesiąknięty z jednej strony. Robił to spokojnie i bez pośpiechu, zupełnie jakby wiedział, że nawet jeśli cokolwiek postanowi, to i tak będzie szybszy.
Nie uważał jej za jakiekolwiek zagrożenie, ale nie ignorował ani nie lekceważył, bo chociaż nie wydawała się być groźna, to wciąż mogła być irytująco upierdliwa i utrudnić mu pracę. A tego bardzo by nie chciał.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Wierzyła w równouprawnienie. I to w najwyższej, możliwej formie – zostawiała polubienia na filmikach, na których chłopak sprzedawał gonga dziewczynie, tylko dlatego, że ta go uderzyła jako pierwsza, głupio żerując na zasadzie kobiet się nie bije. Ba, jeszcze poza tym lajkiem to odczuwała satysfakcję, bo wyjątkowo denerwowało ją takie podejście.
  Więc skoro wierzyła w równouprawnienie, to wierzyła także i w tym wypadku, że mężczyzna może jej zrobić krzywdę. Wierzyła, że ten pistolet, który trzymał, nie był tylko dla postrachu. I wierzyła, że teraz, w tym momencie, ważyły się jej dalsze losy.
  Nigdy w życiu tak bardzo się nie bała. Co prawda niewiele miała za sobą sytuacji, które choćby ocierały się o realne zagrożenie, ale ta świadomość wcale nie umniejszała temu, co czuła teraz. Bo była realnie przerażona. Całe jej ciało pozostawało napięte i gotowe do reakcji, choć tak naprawdę nie wiedziała nawet, jaka reakcja byłaby właściwa. Oddech miała płytki i urywany, pomimo że cały czas usilnie próbowała nad nim zapanować, a jej serce biło tak szybko, jakby zaraz miało wyrwać się z piersi i uciec przed nią pierwsze, tempem godnym olimpijskiego sprintera.
  Zatrzymała się pod szafką, nie sięgając do niej konkretnie z prostego powodu – wolała nie robić nic głupiego, a w to wpisywały się dla niej nagłe ruchy w kierunku drzwiczek zawieszonego mebla.
  Kiedy jednak dostała od obcego komendę, by wyciągnąć to, co miała, w tym konkretne przedmioty, wyciągnęła się w stronę szafki, aby ją otworzyć. Wyciągnęła z niej metalową skrzynkę, domową apteczkę w której, już wiedziała, nie znajdzie niczego do szycia. Jeśli okaże się, że mają szczęście i jej rodzice nie wybrali wszystkich stripów, to może znajdą chociaż to. Pamiętała, że zdaniem mamy był to bardzo przydatny wynalazek, kiedy miało się do czynienia z otwartą raną, a na pomoc medyczną trzeba było sporo poczekać, o ile w ogóle miało się jej doczekać – tak jak w sytuacjach na wykopaliskach pośrodku niczgo.
  Przeglądała zawartość apteczki, wykładając przedmioty, które mogłyby się przydać. Takie, które pasowałyby do tego, czego kazał jej szukać. Wątpiła jednak, że plaster z dinozaurem albo innym jednorożcem rozwiąże jego, jak i teraz jej, problem.
  Odwróciła wzrok od skrzynki dopiero w momencie, gdy padło z jego ust pytanie w temacie jej kompetencji szwaczki. Nie miała absolutnie żadnych, ani jeśli chodziło o cerowanie skarpet, ani tym bardziej ludzi.
  Jej umysł zaczepił się jednak na czymś zupełnie innym – na jednym momencie, na który złożyło się odłożenie broni przez mężczyznę i chwilę, w której zaczynał zdejmować kurtkę. W jej mózgu dokonała się kalkulacja szybsza niż kiedykolwiek. Do drzwi wyjściowych była jedna, niedługa prosta i zanim zdołała to jeszcze raz przemyśleć – zerwała się i puściła sprintem w ich kierunku. Absolutnie wszystko postawiła na jedną kartę, na jeden test swojej sprawności fizycznej i szybkości.
  Okienko na ucieczkę było wąskie i najprawdopodobniej jedynym takim, które mogłoby się zdarzyć tego wieczoru, więc zamierzała je wykorzystać.
  Czy było to rozsądne? Nie. Czy miała duże szanse na powodzenie? Raczej nie. Czy było to kompletną odwrotnością wypowiedzianego wcześniej przez obcego „nie rób nic głupiego”? Zdecydowanie tak.

coś głupiego
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zaskoczyła go.
Zrobiła to, co przewidywał, że może zrobić. To była naturalna reakcja, odruch obronny. Nie zdawała sobie sprawy jednak, że jej ciało zdradzało ją jeszcze zanim zdecydowała się na taki… głupi, według niego, krok. Minimalnie większe napięcie ciała, jej ud, szybszy oddech i spojrzenie zatrzymane na drzwiach o ułamek sekundy za długo. Ciężar ciała przesunięty do przodu, dokładnie tak, jakby jej organizm podjął decyzję chwilę przed tym jak zrobił to umysł.
Nie odwrócił jednak głowy, nie rzucił ostrzeżenia. Nawet się nie napiął, bo wiedział co zrobi, jak tylko drgnie. Odkąd podjął decyzję o przejściu za nią do kuchni, obliczył ile zajmie jej oraz jemu przemieszczenie się do drzwi wyjściowych lub najbliższego okna. Jego analityczny umysł pracował na największych obrotach nawet jeśli przeciwnik nie stanowił większego zagrożenia. Nigdy jednak nie lekceważył drugiej osoby, bo było to zwyczajnie głupie.
Tak samo głupie, jak zachowanie dziewczyny.
Jeszcze zanim zerwała się z miejsca, on już znał kierunek jej ruchu i prawdopodobny punkt, do którego zamierzała dotrzeć. Pozwolił więc jej zrobić dwa pierwsze kroki, dość prędko jednak zabierając jej złudzenie, że miała jakąkolwiek szansę na ucieczkę.
Poruszył się, a jego wyszkolone mięśnie, które wiele lat pracowały pod presją, zaczęły działać automatycznie. Kilka kroków wystarczyło, aby zamknąć dystans pomiędzy nimi. Jego dłoń zacisnęła się na jej karku dokładnie w chwili, gdy jej palce były już blisko klamki. Szarpnął ją krótko, mocno i precyzyjnie. Włożył w to dokładnie tyle siły, ile trzeba było, by wyrwać jej impet, zachwiać środkiem ciężkości i przypomnieć, że od początku poruszała się wyłącznie w granicach, na które jej pozwalał.
Rzucił ją na pobliską ścianę, rękę przenosząc z jej karku na drobną szyję. Zacisnął na niej swoje palce, dostarczając jej ledwie minimalną ilość tlenu, której potrzebowała do tego, aby pozostać przytomną.
To nie było rozsądne — powiedział, a jego głos był spokojny i wydawać się mogło, że także znudzony. Jakby jej próba ucieczki praktycznie nie podniosła mu ciśnienia. Tak też było, bo chociaż mówił, aby niczego głupiego nie robiła, to było to do przewidzenia.
A ona nie była żadnym przeciwnikiem. Tylko przypadkową, niewinną dziewczyną, która niefortunnie otworzyła nieznajomemu drzwi.
Zlustrował ją ciemnym spojrzeniem. Jej wystraszone oczy, usta, które próbowały złapać oddech. Była całkowicie nieszkodliwa, a jednak wolał, aby przypadkiem się nie wyrwała, bo jakby zawiadomiła ludzi, to mogłoby się zrobić nieprzyjemnie. Musiał jednak pomyśleć co z nią zrobić, skoro była świadkiem i widziała trochę za dużo.
Największą pewnością, że zachowa milczenie było zakopanie jej kilka metrów pod ziemią.
Przybliżył się o pół kroku, a jego dłoń mocniej naparła na jej tchawicę w wymownym, przypominającym geście, że to ona była tu na straconej pozycji.
To moje ostatnie ostrzeżenie. Kolejne skończy się gorzej — powiedział chłodno, a jego ton zdradzał, że nie żartował. Nigdy nie żartował i jeśli komuś groził, to na poważnie. I nie obchodziło go czy osoba była niewinna, czy była niebezpieczna.
Gdy się upewnił, że jego słowa do niej dotarły i je zrozumiała, szarpnął ją za szyję i cisnął nią w kierunku cholernej kuchni, w której znajdowała się apteczka. Pchnął ją jeszcze w jej kierunku, a gdy znaleźli się z powrotem z dala od drzwi, odsunął krzesło jadalniane i ją na nim, mało delikatnie, posadził.
Nawet nie drgnij. — I to miało być jej ostatnie ostrzeżenie.
Schwycił za broń, którą schował do kabury i sięgnął po coś do odkażania. Oparł się tyłem o blat kuchenny, wciąż mając dziewczynę na uwadze. Podsunął czarny, przesiąknięty podkoszulek do góry, aby odkryć ranę oraz rozmazaną po ciele krew. Dużo krwi, która nie robiła na nim większego wrażenia. Musiał jednak zatamować to na tyle, aby móc wrócić do siedziby i się nie wykrwawić po drodze.
Polał wodą utlenioną zranioną okolicę, a twarz mu się lekko skrzywiła w wyrazie małego dyskomfortu. Schwycił za gazę i przetarł ranę, która wciąż mocno krwawiła. Od swojej dawnej… koleżanki, nauczył się, że należy wcisnąć gazę w ranę, jeśli chciał chociaż trochę powstrzymać krwawienie. Tak też zrobił, zaciskając mocniej zęby. Palcem upchał gazę w ranie. Kątem oka wciąż miał na uwadze blondynkę, pilnując tego, aby drugi raz nie zrobiła durnego błędu, który mógł kosztować ją sprawność. Lub życie.
Weź bandaż i to owiń. Ciasno — powiedział w pewnym momencie, skupiając się głównie na trzymaniu ucisku na jego boku.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Jaką mogła mieć szansę na to, że się to uda? Marną, bardzo małą. Na pewno większą, niż gdyby postanowiła uciec, zanim w ogóle odłożyłby broń i zajął czymś ręce. Ale wciąż mikroskopijną. I w zasadzie taką samą, jak na przeżycie tego wieczoru. Maelle, ledwie otworzyła wtedy drzwi i ledwie została przyszpilona do nich przez znacznie większego przeciwnika, już wtedy czuła, że to będzie dzień, w którym umrze. Nie musiała do tego jakoś specjalnie dramatyzować, wystarczył jej szybko rachunek prawdopodobieństwa i znajomość realiów.
  Facet już od początku był zbyt pewny w tym wszystkim, co robił, aby być początkującym włamywaczem czy rozbójnikiem i zbyt nieprzejęty tym, że pod ubraniem miał otwarte rany, aby nie pomyśleć, że to nie jest jego pierwszy raz.
  Dlatego, pomimo jego ostrzeżenia, by nie robić nic głupiego, zdecydowała się jednak zrobić coś. Czy to było głupie czy jednak próbą walki o siebie – ocena mocno zależała od perspektywy. To, co dla niego mogło wydawać się nierozsądne, dla niej wydawało się być jedyną opcją obrony samej siebie.
  Ale jej plan został bardzo szybko pokrzyżowany – schwycił ją, rzucił na ścianę, jakby była zwykłą, szmacianą lalką. Już wtedy straciła tchnienie, a miała go też nie odzyskać zbyt szybko. Palce obcego ucisnęły jej chudą szyję, blokując jej oddech. Dość odruchowo chwyciła oburącz za jego przedramię, podejmując z góry skazaną na porażkę walkę; nie była w stanie choćby o milimetr poruszyć go czy wpłynąć na sposób w jaki ją trzymał.
  Podniosła przestraszone, złamane spojrzenie na twarz intruza, w końcu rejestrując dokładniej jego rysy. I tak uznała, że tą jedną próbą – nieudaną zresztą – sprowadziła ten promil szans na przeżycie do płaskiego zera; nie było więc sensu, aby dłużej unikać jego wzroku czy pokazywać, że nawet nie będzie pamiętała, jak wyglądał.
  Nie słuchała jego gróźb i ostrzeżeń, w pełni przekonana, że były puste i bezsensowne – gorzej w jego języku znaczyło najpewniej śmierć, a przecież na tę i tak była skazana. Jej odrętwiały umysł zamiast rejestrować słowa mężczyzny zaczął rozliczać. Wszystkie jej błędy i niedociągnięcia z życia i wszystko to, czego zaraz będzie żałowała, że nie zrobiła.
  Do momentu, aż jej nie wypuścił. Choć słowo wypuścił było sporym niedopowiedzeniem. Walcząc o równowagę, którą tak prosto jej wytrącił, złapała też haust powietrza do płuc, czując przy tym wszystkim, jak oczy jej się zaszkliły. Nie ze strachu, a z poczucia absolutnej bezsilności i podatności na każdy jeden ruch nieznajomego.
  Ten jeden raz, kiedy zmierzyła się spojrzeniem z jego paskudną gębą, gdy przygwoździł ją do ściany, był ostatnim, kiedy w ogóle na niego spojrzała. Wlał autentyczny lęk do całego jej ciała i teraz nie miała siły, ni odwagi, by podnieść na niego wzrok.
  Otępiała, odrętwiała i przyblokowana całą sytuacją trwała na krześle, na którym ją posadził. Nie ruszała się, nie próbowała uciekać. Na ułamek sekundy jej spojrzenie ześlizgnęło się tylko na jego odsłonięte ciało, ale równie szybko od niego uciekło, gdy poczuła, jak robi jej się słabo na sam widok świeżej krwi. Dużej ilości krwi. Jeszcze gorzej na całą symfonię z dźwięków, które towarzyszyły opatrywaniu.
  Nie zareagowała na jego słowa od razu, a z sekundowym, może dłuższym opóźnieniem. Blada jak kartka papieru – nie wiedzieć czy ze strachu czy przez sam widok czerwonej, świeżej posoki. Podniosła się z miejsca, sięgając po bandaż. Jej dłonie drżały tak mocno, że problem sprawiało jej nawet odpięcie zaczepu, którym na koniec stabilizowało się owinięty opatrunek. Potrzebowała do tego trzech podejść, każdego bardziej chaotycznego niż poprzedniego, aż w końcu jej się udało.
  Z jeszcze większym drżeniem przysunęła się bliżej mężczyzny, by zacząć owijać go bandażem elastycznym. Każde okrążenie było dla niej coraz większym wyzwaniem psychicznym, bo każde przybliżało ją to świadomości, że straci jakąkolwiek przydatność. A skoro nie byłaby przydatna, to byłaby tylko problemem. Zaczepiła metalową sprzączkę o kawałek bandaża, kończąc opatrunek. Wierzchem prawej dłoni starła pierwszą łzę, która zdezerterowała i wyślizgnęła się spod jej powieki. Na swoim policzku zostawiła czerwoną smugę z krwi mężczyzny, którą ubrudziła się w pierwszych sekundach zakładania mu opatrunku.
  — Już — powiedziała słabo, absolutnie niepotrzebnie. Przecież mógł sam zobaczyć, że to już. Że owinęła go bandażem, nawet ciasno, pomimo rozedrgania własnych dłoni, ale pewnie nie aż tak ciasno, jak mógłby chcieć – co zrobiła w głupiej obawie przed tym, by mu nie zaszkodzić. Ona. Jemu. Tak jakby to miało być w tym wszystkim największym problemem.

facet
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie uchodził za gentlemana. Szanował tylko tych ludzi, którzy cokolwiek znaczyli w jego życiu i nie byli tylko przypadkowym spotkaniem na jego drodze. Blondynka była chwilową postacią, która niefortunnie pojawiła się na jego drodze. I teraz najprawdopodobniej przeżywała jeden z gorszych, jak nie najgorszy, moment swojego życia.
Jej strach nie robił na nim wrażenia. Jej łzy również.
Gdyby zaczęła go błagać o litość, płakała wystraszona i próbowała przekonywać, aby jej nie zabijał, zapewne nawet nie drgnęłaby mu przy tym powieka. Napotkał już wiele ludzi, którzy rozemocjonowani płaszczyli się, nie chcąc tracić zdrowia lub życia. Swojego lub bliskich. Można powiedzieć, że życie, albo raczej praca, już go dawno temu przeorały i odebrały człowieczeństwo, które jakkolwiek mogły podziałać na korzyść ofiar.
Ale to też dlatego Giovanni go przy sobie trzymał. Bo nie miał tych emocji, które mogły zakłócać jego skuteczność oraz pracę.
Dziewczyna miała okazję, bardzo małą i ją wykorzystała. To było naturalne dla ludzi, którzy znajdowali się w niebezpieczeństwie. Ucieczka. Jej działanie było więc oczywiste. Musiał jej jednak przypomnieć, że było tak samo głupie.
Nie wiedział jeszcze co z nią zrobi, ale najrozsądniejszą opcją byłoby pozbycie się jej. Zaginięcie i zerowe szanse na odnalezienie. Widziała jego twarz, więc zgadywał, że potrafiłaby go dokładnie opisać, gdyby tylko postanowiła pójść na policję i zgłosić to, co się podziało. Był charakterystyczny, a on zdecydowanie nie chciał mieć nikogo na ogonie.
Nawet jeśli policja też częściowo była… skorumpowana, to po co jeszcze dokładać komukolwiek roboty?
Nie ufał jej. Nikomu nie ufał, ale skoro już raz próbowała ucieczki, to równie dobrze ponownie mogła zrobić coś głupiego, przez co tym razem musiałby być dosadniejszy. Widział jednak w jej oczach ten prawdziwy, szczery strach, który podpowiadał, że tym razem nie będzie niczego próbować. Ale to się mogło zmienić.
Dlatego miał ją na uwadze, bo nawet jeśli nie będzie to ucieczka, to mogła spróbować go uderzyć czymś ostrym. To mogło być jeszcze głupsze z jej strony od próby biegu do drzwi.
Obejrzał się na nią beznamiętnie, gdy już wstała z miejsca. Wciąż wciskając gaziki w ranę postrzałową, czekał aż sięgnie po bandaż elastyczny, aby owinąć jego tors na tyle, na ile pozwalała długość materiału.
Gdy skończyła, opuścił spojrzenie z blondynki, na swój nowy opatrunek, który miał wytrzymać jakiś czas. Powinien przynajmniej do czasu, aż się nie oddali w bezpieczne miejsce i nie zadzwoni do pewnego, doskonale już mu znanego lekarza, który miałby go na szybko zszyć.
Jak ktoś zapyta, to co robiłaś dzisiaj wieczorem? – rzucił spokojnym, niezmąconym niczym tonem, jakby pytał się o oczywistą odpowiedź. Leniwie przeniósł na nią wyczekujące spojrzenie. To co się stanie dalej, zależało od jej odpowiedzi.
Bo lepiej, aby jej wieczór minął spokojnie, gdy robiła to co zawsze. Nie działo się nic szczególnego. Nie było przypadkowych, zakrwawionych mężczyzn, których wpuściła przypadkiem do domu. Nie działo się nic, co jakkolwiek zakłóciłoby jej spokój.
I przede wszystkim, nie spotkała nikogo nowego.
Była sama. Całą noc.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Widziała jego gębę, ale tak naprawdę nigdy nie myślała o tym, jak wypadłaby podczas próby opisania sprawcy. Pamięć miała dobrą, ale nie potrafiłaby chyba opisać kogoś z taką dokładnością, aby sporządził z jej słów dokładny szkic tego, kogo miała na myśli. Bo jak niby miałaby to zrobić? Jedyne co mogłaby powiedzieć, to że sprawca bardzo przypominał jednego z idoli z Seventeen, ale tego raczej nikt by nie wziął na poważnie. I pewnie dostałaby mandat, że spełnia swoje jakieś mokre, fanowskie fantazje o dark romance, angażując w to niepotrzebnie służby.
  Już nawet nie chodziło o fakt, że miał być Azjatą i ‘oni wyglądali wszyscy tak samo’. Z opisaniem każdego innego miałaby taki sam problem, bo profil sprowadziłby się do – miał usta, nos i dwoje oczu.
  Opatrywanie go, nawet jeśli sprowadzało się do tego wyłącznie owinięcie bandażem, było dla niej katorgą. Przerażał ją widok takiej ilości krwi, ale jeszcze bardziej przerażający był spokój, z jakim facet upychał kolejne gaziki w swoich ranach. Bo właśnie to pozwalało z całą stanowczością stwierdzić, że to nie była dla niego pierwszyzna. Tylko chleb powszedni.
  Było jej słabo – od ilości krwi, od całej tej sytuacji. Miała wrażenie, że wciąż czuje ból w plecach po tym, jak rzucił nią na ścianę, a także chwyt jego palców, zaciskających się na jej gardle. W zasadzie to na nogach trzymała się na ‘słowo honoru’.
  I to właśnie wtedy spadło na nią pytanie zadane przez nieznajomego.
  — Że znikałam w niewyjaśnionych okolicznościach — odpowiedziała, jeszcze zanim w ogóle przemyślała. Teoretycznie można było to potraktować jako żart – bardzo niskich lotów, ale z drugiej strony wcale jej do śmiechu czy opowiadania kawałów nie było po drodze. Jeśli doszukiwać się w tym wszystkim czegoś, co miałoby stać koło logiki to najpewniej można byłoby to zrzucić na karb trauma response.
  Świadomość o tym, jak absurdalna i nie na miejscu była ta odpowiedź dla jej pozycji, spadła na nią o tę sekundę za późno. Jak już zdążyła palnąć bez zastanowienia.
  A ze świadomością przyszło… w zasadzie nie wiedziała co. Ciężko byłoby to nazwać zażenowaniem; jeśli już to przeświadczenie o tym, jak bardzo mogłaby pogorszyć swoją pozycję. I prawdopodobnie pogorszyła – nieznajomy raczej nie wyglądał na żartownisia albo konesera kiepskiego stand-upu
  I teraz nie wiedziała czy przepraszać za swój brak myślenia czy już lepiej się nie odzywać.
  Zanim w ogóle podjęła decyzję, opadła na krzesło słabo, czując jak nogi się pod nią uginają, a w głowie kręci. Może to właśnie był etap histerii – swoistego załamania nerwowego wywołanego całym tym zajściem.
  — Nie wiem jakiej odpowiedzi pan oczekiwał; jak widać to mój debiut w takiej sytuacji — przyznała, zgodnie z prawdą. Skąd miała wiedzieć w jaką nową grę chciał ją wciągnąć; nawet nie brała pod uwagę możliwości, że w ogóle ktokolwiek zapyta ją jutro o dzień dzisiejszy. Bo raczej nie wierzyła, że jutro było jej gwarantowane.
  Jeśli już to szybciej go miała za psychopatę, który chciał się jeszcze nad nią poznęcać, zanim zakopie ją żywcem. Albo cokolwiek innego – nie wiedziała, co robią tacy ludzie i jak się pozbywają świadków.
  Debiut był więc oczywisty. Bo kolejnego razu w 'takiej sytuacji' nigdy nie było.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”