-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nigdy nie miała czasu, czy to w ogóle było czymś nowym? Z zajęć na zajęcia, z treningu na trening, biegała po tym kampusie jak kot z pęcherzem. Jedyne za co była wdzięczna losowi to to, że dopiero miała zacząć praktyki w szpitalu, dodając kolejną cegiełkę do jej zabieganego życia. Stres był jej najlepszym przyjacielem, motywacją, budował determinację i mentalną siłę.. Tak sobie lubiła mówić. Serio chciała tak myśleć! Życie z wieczną gardą uniesioną wysoko, z defensywnym murem pieczołowicie zbudowanym wokół tych najbardziej wrażliwych, miękkich części jej serca i w gruncie rzeczy całkiem niskiego mniemania o sobie. Była łgarzem. Serio. Po prostu bardzo dobrym kłamcą i kłamała, dopóki nie osiągnęła celu. Wcale nie była taka mądra, na jaką lubiła pozować, okay? To po prostu masa nauki i samozaparcia. Nie była też naturalnie silna czy wytrzymała, to po raz kolejny samozaparcie i pieniążki, które mogły kupić kolejne suplementy i godziny z prywatnym trenerem; obsesyjnie wyliczane kalorie, białka, tłuszcze, cała reszta dietetycznego gówna, które odbijały jej się czkawką i powoli zaczynała mieć całkiem zakrzywione pojęcie tego, jak jej własne ciało powinno wyglądać. To nie było zdrowe. Wiedziała o tym i.. Miała to absolutnie w dupie, tak długo, jak trzymała się na nogach mimo zakwasów i zmęczenia, jak długo mogła się wciąż uczyć i koniec końców zbliżała się do celu. W jej słowniku nie było takiej opcji, żeby się z czegoś wycofać czy poddać.. Nie. Nope. Będzie tym cholernym chirurgiem w mundurze, chociaż miałaby się zesrać.
Siłownia w ramach uczelnianej wersji wychowania fizycznego wydawała się świetną opcją, żeby mieć wymówkę do częstszych siłowych treningów. Teoretycznie. W praktyce te kilka godzin spędzonych w średniej wielkości salce ze sprzętem często bywały chosem bez organizacji, w której w większości faceci popisywali się przed sobą ile to nie potrafią wycisnąć. Urocze. Byłoby urocze, gdyby przy tym dali jej święty spokój i pozwolili robić swoje, zamiast bawić się w personalnych trenerów.
"Ooooh, patrz, słodka, męczy się z podniesieniem 40kg!"
"Wypiąć się bardziej musisz dziecino, inaczej kręgosłup ci siądzie i co wtedy?"
"Bo jak chcesz spottera, to wiesz.."
"Za bardzo masz spięte ramiona, rozmasować ci?"
Goryle. Absolutne pół-mózgie goryle, przejęte testosteronem, bo podnieśli ciężarek czy dwa. Musiała się przyzwyczaić.. I chcąc nie chcąc musiała też tym głupim przytykom przyznać rację. Ciężko było ściągnąć łopatki z nerwowo spiętymi ramionami i.. Może rzeczywiście powinna dać sobie trochę spokój i wrzucić na luz?
- Hey? Mark? Pomożesz mi z tym? - jedyny normalny w tej całej bandzie, nawet jeśli był przyszłym krawaciarzem z którym pewnie nie będzie miała wiele wspólnego.. Ale mimo wszystko lubiła go. Na tyle, żeby nie robić mu siary przed resztą alfa-zjebów, którzy wybrali z ich rocznika również siłownię i nie przylepiała się do jego boku. Nie potrzebował łatki miękkiej pały czy jakkolwiek tam inaczej się chłopcy nazywali wzajemnie, jeśli któryś przejawiał oznaki posiadania więcej niż jednej szarej komórki w starciu z płcią przeciwną, ale.. Dobra, była zbyt bezlitosna względem facetów, ale często miała ich dość. Panien też miała dość. Wszystkich miała dość. Zmęczona, przebodźcowana i zbyt sztywna, żeby nawet wyskoczyć z kimś na piwo. Może powinna. - Jak nie jesteś zajęty to znaczy. - ludzie się już wylewali, zmierzając do szatni, ale wcale jej się nie spieszyło.. Hey, może jej kolega miał inne plany? Może leciał na inne zajęcia, albo któraś z panien chciała go wyrwać gdzieś na chwilę? Totalnie fair, to też był jeden z powodów, dla których trzymała się od niego względnie z daleka na siłowni. Może nie chciało mu się pomagać z jej głupim pasem w talii, który w teorii miał pomóc angażować odpowiednie mięśnie w martwym ciągu.. Tym samym, który właśnie postanowił się zaciąć i nijak nie chciał się rozpiąć. Jej dłonie były przemęczone, palce drżały, ramiona nie chciały się słuchać.. To w sumie nie była wina pasa.
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mark nienawidził siebie za to, że zgodził się wypić z kumplami jeszcze jednego shota, bo to on - a przynajmniej tak podejrzewał - przeważył szalę i spowodował nagłe urwanie filmu. Dlatego przez większość następnego dnia można było go zauważyć w okularach przeciwsłonecznych – o jakże walczył ze sobą, by nie zasnąć na jednym wykładzie, lecz niezbyt mu to ostatecznie wyszło, bo siedzący obok kumpel zrobił mu zdjęcie i wstawił na grupę, gdzie były osoby, z którymi uczęszczał na zajęcia, a na zdjęciu Rosenhall miał głowę opartą o ręce i schowaną niczym struś w piasek. Dobrze, że nie chrapał zbyt głośno, ani nie gadał przez sen, bo byłby niezły przypał. Na plus było także to, że zajmował miejsce z tyłu sali, więc wykładowca nie przywiązywał aż takiej uwagi w porównaniu z zajmującymi miejsca w pierwszych rzędach ławek. Ale szczerze? Po takiej drzemce poczuł się jakby lepiej, dzięki czemu mógł normalnie wykonywać serię ćwiczeń na siłowni, na którą udał się już bez okularów przeciwsłonecznych. Poza tym dobrze było wypocić te pozostałe procenty, które nie opuściły jego organizmu. Mógł też wypić piwo zero, bo podobno bardzo dobrze nawadniało, ale jakoś nie myślał o nawodnieniu, tylko w głowie układał sobie harmonogram ćwiczeń.
Zaczął od bieżni, a po przebiegnięciu ustawionej odległości, zszedł z niej i zaczął wykonywać ćwiczenia na brzuch, plecy oraz uda, a na koniec została mu sztanga. Nie mógł opuścić siłki bez podniesienia sztangi - to był, można powiedzieć, jego punkt honoru, i gdyby tego nie zrobił, zalałaby go fala W S T Y D U. Jasne, nikt by tego nie egzekwował, ale byłoby mu źle przed sobą samym.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że Megan poprosiła go o pomoc. Miała szczęście, bo przed tym, jak się odezwała, wcisnął pauzę, żeby zatrzymać lecącą z playlisty (którą miał przygotowaną pod siłkę) piosenkę. On ogólnie miał utworzonych kilka playlist m.in. do nauki i do auta. Wyciągnął słuchawki tak, że zwisły mu na ramionach.
- Hm? A, jasne! - zgodził się, nie widząc … żeby zaprzeczyć i zostawić dziewczynę samej sobie. Widząc z czym miała problem, uniósł kąciki ust, umieścił palce na klamrze, lecz ta mimo nacisku, ani drgnęła.
- Tak mu dobrze na Twoim pasie, że nie chce zejść. - zażartował, zabawnie poruszając brwiami, podejmując kolejną próbę uwolnienia dziewczyny. Raczej nie byłoby jej wygodnie chodzić z nim, dlatego Mark robił, co mógł, choć pot na dłoniach, nie należał do sojuszników.
Dopiero po dobrych kilku minutach oboje usłyszeli charakterystyczne klik, oznaczające, iż wreszcie Megan była WOLNA.
- Ciekaw jestem, czy pozostałe też się tak blokowały dzisiaj. - odparł nagle, sięgając po stojącą obok butelkę albo raczej bidon z wodą - bo rzecz jasna zabierał go ze sobą na każdy sprzęt.
- Jeżeli potrzebujesz jeszcze z czymś pomocy, to wal. - dodał, gdy przełknął kilka łyków mineralnej wody niegazowanej, którą miał wewnątrz bidonu. Pytał serio, natomiast jeśli nie potrzebowała go już do niczego, planował udać się pod prysznic, bo nie chciał nikogo zabić swoim aktualnym zapachem. On już był po zajęciach, więc nigdzie się nie spieszył. Planował wrócić do siebie i walnąć się na kanapę - także miał BARDZO ambitne plany.
Megan Finch
-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ha. Śmieszek... Jezu, ile wczoraj w siebie wlałeś? Wypociłeś z siebie gorzelnię. - rzuciła, w gruncie rzeczy całkiem rozbawiona, gdy oprócz zapachu męskiego potu rozpoznała zapach alkoholu. Ani trochę nie żałowała, że stroniła od imprez, okay? Słaba głowa, słabą głową, ale strzelanie sobie w stopę w ten sposób, zamiast poczekać dzień na piątek, jeśli już koniecznie trzeba było sięgać po alkohol...? - Daj znać jeśli potrzebujesz banana bag, przyda mi się praktyka zakładania kroplówki. - co prawda nie wiedziała skąd to cudo wziąć, ale półprawda leżała w tym, że nigdy by nie odmówiła praktyce. Nawet jeśli jej zmęczone dłonie raczej by się do precyzyjnych zadań w tym konkretnym dniu nie nadawały.
Odetchnęła z wyraźną ulgą, kiedy udało mu się ją wyswobodzić, obiecując sobie w duchu, że następnym razem przyniesie swój pas. W sumie to nie był najgorszy pomysł, przecież i tak brała ze sobą sportową torbę na piątkowe zajęcia, równie dobrze mogła zapakować sprzęt, duh.
- Dziękuję. - rzuciła ze szczerą wdzięcznością, robiąc w tył zwrot na pięcie, by odejść te kilka kroków i odłożyć wadliwy pas na miejsce. Przeszło jej przez myśl, że może powinna to zgłosić.. gdzieś? Ale nie do końca wiedziała gdzie i na tamtą chwilę tak czy siak nie miała ochoty przepychać się z admin rzeczami. - Masz gdzieś schowane jakieś pięć kilo chęci do życia? Przydało by się. - zagadnęła i nawet zerknęła przesadnie gdzieś za niego, jakby szukała spojrzeniem ogromnego, dzianego wora przepełnionego magicznym... proszkiem? W sumie nie zastanawiała się nigdy w jakiej formie taka chęć do życia mogła być. - Boże, to był beznadziejny żart nawet jak na mnie. Zrzuć to na zmęczenie. - machnęła krótko ręką, odwracając się do niego, rozkładając na moment bezradnie ramiona.
- Uratowałeś mnie w potrzebie, dasz się jakoś odwdzięczyć? Znam miejsce z super bajglami. Robią też takie na kaca, podobno świetna sprawa. - nie lubiła być nikomu dłużna, winiła to zawsze na fakt, że miała kasiastych rodziców-prawników i finansowa odpowiedzialność była jej wbita do głowy chyba w ramach dobranocki. To, plus.. Okay, lubiła go, tak? Wyglądał, jakby był trochę marny tego konkretnego dnia i nie miała nic przeciwko, żeby rzeczywiście zabrać go na jedzenie, które mogło pomóc? Zaparkowała też w miejscu, gdzie może nawet nikt ich nie zobaczy, co by plotek nie zaczynać. Win win, nie?
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Powiem Ci, że nawet nie wiem… więcej nie piję. - naprawdę nie pamiętał. Miał wrażenie, że w pewnym momencie, kolejki zaczęły iść w przyspieszonym tempie, dlatego stracił rachubę. Poza tym zawsze, gdy miał kaca, informował, iż już więcej NIE pije, a ostatecznie kończyło się inaczej. Był młody i lubił dobrą zabawę. Nie odmawiał, gdy słyszał o kolejnej imprezie lub gdy ekipa planowała wyjście do klubu - on szczególnie lubił te, gdzie puszczano latino.
Parsknął śmiechem, gdy usłyszał o banana bag.
- Zapamiętam. Na razie jest okej. Najgorsze chyba za mną. - stwierdził zgodnie z prawdą, bo przynajmniej nie kręciło mu się w głowie i nie cierpiał na światłowstręt.
- Chociaż w sumie... chętnie bym zobaczył, jak to robisz. - dodał, będąc ciekawym, jakby dziewczynie poszło i czy bez problemu trafiła w jego żyły chociaż tu chyba byłby potrzebny wenflon - tak czy inaczej, zgłosiłby się na ochotnika, gdyby potrzebowała na kimś poćwiczyć. Najwyżej po prostu miałby kilka ran i tyle - bo przecież poważnej krzywdy by mu raczej nie zrobiła, prawda?
- Nie ma sprawy. - odparł, obserwując, jak Megan odnosi zepsuty pas, choć przecież mógł odwrócić wzrok... Gdy wróciła i odpowiedziała z czym potrzebowała pomocy, Mark wpierw krótko się zaśmiał, a zaraz spoważniał, ponieważ miał wrażenie, że u dziewczyny wcale nie było najlepiej, a zwalanie na zmęczenie uznał za słabą wymówkę.
- Niestety nie posiadam takich rarytasów, ale hej… chcesz pogadać? - spytał z prawdziwą troską w głosie, co było dość rzadko spotykane w jego przypadku. Nawet jego oczy wyrażały zmartwienie, bo słysząc coś takiego, zaczął tworzyć wiele teorii.
- Bajgle na kaca? Brzmi to intrygująco… ale niech będzie. Jestem już po zajęciach i mam wolny wieczór. - a dokładniej mówiąc, miał wolny wieczór razem z popołudniem.
- Dobra, wezmę szybki prysznic i spotkamy się na parkingu. - zaproponował, bo był przekonany, że właśnie tam zostawiła Megan swoje autko. Jasne, mogli pojechać oddzielnie, lecz ze względu na swój stan. Mark odpuścił przyjazd autem - wolał nie spowodować kolizji ani nie doprowadzić do tragedii. Może czasami bywał lekkomyślny i impulsywny, ale prawka naprawdę NIE chciał stracić. Potrzebował samoachodu, ponieważ był to bardzo wygodny środek transportu. Chociaż wkrótce zaczynał kurs na motor i też nie mógł się doczekać aż zda, by jeździć nocami po opustoszałym mieście. Kto wie, może Megan też zabierze na przejażdżkę?
Jak powiedział, tak zrobił. Poszedł pod prysznic, założył ciuchy, które miał na sobie, gdy przyszedł na siłownię, a potem grzecznie czekał, stojąc przy jednej z latarnii. Ciekawiło go, czy dziewczyna nagle nie zmieniła zdania Oby nie, bo naprawdę nabrałem ochoty na tego całego bajgla. Co jakiś czas sprawdzał godzinę i mówił, że daje jej jeszcze 15 min - taki tam kwadrans studencki. Jeśli do tego czasu się nie pojawi, to cóż... po prostu pójdzie do najbliższej kawiarni. Kawa powoli zaczynała za nim chodzić. Karmelowe frappe dokładniej.
Megan Finch
-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zapamiętam, następnym razem zawinę kilka motylkowych igieł możesz udawać mojego pacjenta. - zażartowała, chociaż to w sumie nie był taki zły pomysł. Wyciągnęła dłoń, łapiąc go za nadgarstek, by odsunąć dłoń i móc przyglądnąć się wewnętrznej stronie przedramienia, wgłębieniu przy łokciu.. Hm.. Wolną dłonią złapała zaraz zewnętrzną stronę przedramienia pod łokciem tak, by móc przesunąć kciukiem po miękkiej skórze, przesuwając, naciskając, sprawdzając z której strony mogłaby się za to zabrać. - Nope, ta zbyt łatwa. Dawaj drugą. - rządziła się? Może. Pozwalała sobie za dużo? Pewnie tak. Nawet nie zapytała, czy może go dotknąć, nie? Beznadziejne zachowanie wobec pacjenta; dla swojego usprawiedliwienia dopiero się uczyła, a Mark był jej kolegą, a nie pacjentem. Tak czy siak, oglądnęła sobie jego drugie przedramię, lekko marszcząc brwi, by na koniec skinąć głową i lekko się uśmiechnąć, podnosząc na niego spojrzenie. - Nadasz się! - wydała finalny werdykt, wyraźnie zadowolona z faktu, że znalazła sobie ewentualną ofiarę. Ćwiczenie na sobie było raczej ciężkie, a inni studenci, o ile podobnie popieprzeni, o tyle często nie chcieli brać udziału w drobnej kradzieży zapasów.. Hey, płacili za to, żeby z nich korzystać, tak? Co z tego, że poza zajęciami..
- Nope. Chcę cię wziąć na bajgla. - odpowiedziała obojętnie, pacnęła go w środek klatki raz czy dwa, zanim znów zrobiła w tył zwrot. Nie chciała o sobie gadać. Jej życie było wystarczająco chaotyczne i zapełnione... Różnymi rodzajami pracy, nauki, treningów i restrykcji. Nie potrzebowała przepełniać go jeszcze bardziej, mówiąc o tym wszystkim co się u niej działo; przyniosłoby to ryzyko przytłoczenia, paniki albo innego nerwowego załamania, a na to pozwolić sobie nie chciała. Miała plany na weekend, w których chciała przekopać się przez kilka podręczników, traktując je jako lekką literaturę, ot, żeby się zapoznać z przyszłym materiałem. I może ogarnąć nowy plan na następne cztery tygodnie od jej personalnego trenera i zastanowić się jak mogła odhaczyć większość na siłowni w ramach zajęć. Oh i jeszcze dieta na następne kilka tygodni, cele kaloryczne i... No, pierdoły, bajgla i tak zje, nawet jeśli miała to zrobić w kątach swojego mieszkania, żeby nikt nie widział jej wstydu. - Widzimy się zaraz! - wykonała krótki gest nadgarstkiem, posyłając mu lekki uśmiech przez ramię, zanim od-truchtała do szatni. Większość dziewczyn już się ulotniła.. I bardzo dobrze. Prysznic po siłowni był jednym z jej ulubionych rytuałów, nawet jeśli musiała się pospieszyć tego konkretnego dnia, skoro umówiła się z Markiem.. Dobra "umówić się" brzmiało dziwnie. Zabierała go gdzieś? Też brzmiało jakoś za bardzo.. Blisko? Ugh.
Zestresowała się własnymi myślami najwyraźniej, bo prysznic zajął jej dłużej niż chciała, by zajął. Wina Marka. Albo jej. W sumie to jej własna, bo nikt inny nie kazał rozmyślać katastrofalnie o tym co by było gdyby i czy na pewno chciała, by ta znajomość wyszła poza kampus i losowe spotkania gdzieś po drodze.. Może. Może mógł być bardziej niż "kolegą" i wejść na stopę przyjacielską..? Wydawał się całkiem normalny i niegroźny..
- Boże, wybacz, naczekałeś się. Powinnam ci dać swój numer czy innego WhatsAppa.. Trzymaj. - ze zmarszczonymi brwiami podała mu swój odblokowany telefon, żeby znalazł sobie komunikator, którego też używał i się dodał. Nie pamiętała, kiedy ostatnio rzeczywiście wymieniała z kimś SMS, ale hey, może przyszli krawaciarze lubili takie rzeczy? Cholera wie. Niech sobie wybierze. - Chodź, zaparkowałam tam dalej. - miała dodać dlaczego, ale ugryzła się w język. Nie pytał, nie? Nie chciała być jedną z tych osób, które gadają jak najęte, bo w gruncie rzeczy rzadko bawią się w socjalizację poza zajęciami.. Nie przejmując się faktem, że miał jej telefon, po prostu ruszyła w stronę swojego SUVa.
- Wrzuć swoje rzeczy gdzie chcesz.. Wiesz co? Zwykle nie wożę ludzi. Chcesz, żebym cię potem podrzuciła gdzieś, czy siara? - może nie jeździła Porshe, ale.. Range Rover chyba też nie był najgorszy, prawda? Tak czy siak, wóz zdecydowanie na nią zbyt duży, ale taki dostała, bo "krzyczał, że jest przyszłą panią chirurg" czy inny głupi powód, który usłyszała na chwilę kupna.
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Parsknął śmiechem, gdy usłyszał, że ręka, którą sobie sama złapała, była zbyt łatwa, ponieważ najprawdopodobniej chodziło o to, że z łatwością wyczuła i widziała na niej żyły. Bez zbędnych ceregieli oraz protestów podał Finch drugą rękę.
- A gdzie jakieś proszę, przyszła Pan doktor, hm? - spytał, wyobrażając sobie, jak traktuje pacjentów w identyczny sposób co właśnie jego. Naprawdę ciekawiło go, jakby oni zareagowali i co by sobie pomyśleli.
Kiedy usłyszał, że zdał test na zostanie testowym pacjentem, wyrzucił ręce do góry, a następnie przyciągnął je do siebie.
- Yesss! Fantastyczna informacja! - normalnie ucieszył się tak, jakby coś wygrał albo dostał coś NIESAMOWITEGO, no ale z drugiej strony, naprawdę intrygowały go umiejętności Finch. Nigdy wcześniej nikt go nie zatrudnił do takiej roli, ani sam nigdy wcześniej się nie zgłosił, bo w sumie... nie trafił na żadne poszukiwania - choć z drugiej strony, może tak naprawdę nie szukał dokładnie? Fakt faktem, że byle komu by się nie zgłosił, także Megan mogła czuć się nawet nieco... WYRÓŻNIONA.
- W porządku. Zjemy dobre bajgle. - nie naciskał, bo skoro nie chciała mówić, to uważał, że naciskanie nie przyniesie niczego dobrego. Jej sprawa. Niektórzy potrzebowali się wygadać, a inni woleli zostawić dla siebie, tylko prawda była taka, iż prędzej czy później szukali tego przysłowiowego ujścia.
- Do zobaczenia! - rzucił salutując, a następnie poszedł pod prysznic. Gdy tylko poczuł na sobie ciepłą wodę, odniósł wrażenie, że właśnie tego potrzebował po zarówno treningu, jak i tych wszystkich zajęciach, a poza tym, miał też wrażenie, że gdy polał się zimną wodą, pomogło mu to pozbyć się resztek alkoholu - bo wypocenie to jedno, ale prysznic też był potrzebny; on niestety nie pamiętał, czy go wziął po imprezie czy nie. Gdyby był ciut bardziej trzeźwy, to najprawdopodobniej zwrócłby na to uwagę.
Czekając na parkingu, zaczął przypominać czekającego Jasia Fasolę, tylko stojącego, bo nie miał potrzeby kłaść się na ziemi. A może przewróciła się pod prysznicem? pomyślał, zdając sobie sprawę, iż czytał całkiem niedawno o takim wypadku. Zrobił więc dwa kroki w kierunku budynku, gdy nagle usłyszał znajomy głos.
- Nic Ci nie jest, uff. - odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę, że powiedział to na głos.
- Znaczy... nic się nie stało. - poprawił się, posyłając Megan ciepły uśmiech, a następnie wziął telefon i dodał swój numer do kontaktów - będzie mogła mu wysyłać zarówno SMS-ki, jak i wiadomości na WhatsAppie. Poza wpisaniem swojego numeru, puścił także sygnał, aby wpisać jej numer do swojego telefonu. Po zakończonej operacji oddał komórkę właścicielce i skinął głową, posłusznie idąc tam, gdzie stał zaparkowany przez Megan samochód. Nie spodziewał się zobaczyć takiego SUV'a i aż sam miał ochotę się nim przejechać.
Posłusznie rzucił torbę sportową na tylne siedzenia - za kierowcę, a następnie zapiął pas.
- Okej. Potem? Potem możesz albo zawieźć mnie do mojego mieszkania albo... się zobaczy. Zależy, czy ktoś czegoś będzie chciał, czy nie. - odpowiedział zgodnie z prawdą. Czasami bywało, że nagle jakiś znajomy lub znajoma do niego pisali, by gdzieś wyskoczyć, a on jeżeli akurat nie robił nic ważnego, to po prostu wychodził, zgarniając ważne rzeczy typu portfel oraz telefon i klucze.
Podczas jazdy musiał przyznać, że Finch miała naprawdę wygodne autko. On jeździł Mercedesem CLA i bardzo lubił to autko. Kto wie, może któregoś razu przewiezie przyszłą panią doktor w ramach rekompensaty?
Nagle brzuch Marka wydał charakterystyczny dźwięk, oznaczający, iż… był głodny.
- Cholera... sorry. - choć wiedział, że to nie było nic, za co powinien przepraszać, tak jednak niezbyt przepadał za tym, gdy brzuch postanawiał wykonać koncert, który inni słyszeli. Westchnął, mając nadzieję, iż wkrótce dotrą na miejsce.
Megan Finch
-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Moi pacjenci w większości będą pod narkozą. - dobra, nie tak do końca, ale to było nieistotne! Ważny był fakt, że on pacjentem nie był na szczęście i to nie była kolejna symulacja. Nie mogła się już doczekać praktyk w szpitalu. Laboratoria na kampusie już się jej czkawką odbijały. - Jesteś dawcą? Krwi znaczy się. Mogę cię wziąć ze sobą następnym razem i pobrać ci fiolkę do testów. - to był nawet jeszcze lepszy pomysł niż torturowanie go w zaciszu własnego mieszkania czy jego.. W czymkolwiek mieszkał. Oddawała krew co miesiąc, trąbiła każdemu swojemu znajomemu, że absolutnie powinni też to robić, bo kto wie, może sami będą kiedyś w potrzebie? Bank krwi nigdy nie mógł narzekać na zbyt wiele jednostek.
Nic Ci nie jest, uff.
Huh? Przekrzywiła lekko głowę, przyglądając mu się ciekawie, po raz kolejny dostrzegając ten sam cień troski i ulgi, kiedy wszystko okazało się być okay.. Był dobrym człowiekiem, hm? Odpowiedziała mu lekkim uśmiechem, postanawiając nie komentować; wyraźnie nie chciał tego powiedzieć na głos i szanowała, że może nie chciał wyjść na nadgorliwego. Może lubił ją za bardzo. Może powinna uciąć to krótko, zanim pomyśli sobie za dużo.. Nie, żeby go nie lubiła! Bo lubiła. Inaczej nie zapraszała by go na jedzenie, prawda? Bardziej chodziło o to, że nie chciała się bawić w żadne bliższe relacje, zwłaszcza te nie-platoniczne. Nie potrzebowała rozpraszających elementów, nie miała czasu, żeby robić czas dla kogoś w swoim życiu i zdecydowanie nie miałaby ochoty użerać się z własnym nastrojem, jeśli coś poszłoby nie tak. Relacje były skomplikowane, a im bliższe, tym więcej chaosu i nieprzewidywalnych czynników wprowadzały.
- Ah, czyli jesteś z tych towarzyskich, mogłam się domyślić. - inaczej na pewno nie zaczęliby rozmawiać tamtego losowego dnia w bibliotece, prawda? Gdyby obydwoje lubili ciszę, spokój i bycie w samotności, nie czuliby potrzeby, by zaczynać rozmowę, jeśli nie było do tego powodu. Już nie pamiętała jaki ten powód był, ale.. Właściwie, to się cieszyła, że go znała. Był okay facetem, przynajmniej z tego, co była w stanie stwierdzić, nigdy nie dał jej powodów, by myślała inaczej, traktował ją z szacunkiem, wydawał się nie mieć nic przeciwko jej raczej milczącej i może trochę nieprzystępnej na pierwszy rzut oka naturze.. Chyba nawet mu ufała, skoro go wiozła na bajgle. Zachichotała, gdy zaczął przepraszać za burczący brzuch. - Tam jest kilka proteinowych batoników, poczęstuj się jeśli zdychasz z głodu, pora jest taka, że mogą mieć ogonek klientów. - małe miejsce, właściwie bardziej przypominało jedno z tych "dziur w ścianie" , w której składało się zamówienie, czekało chwilę, a potem odchodziło gdzieś w swoją stronę, by przysiąść na jakiejś publicznej ławeczce. Takie miejsca były najlepsze, bo zwykle świetnie pakowały na wynos, co zdecydowanie przekonywało Megan.
Chwilę im rzeczywiście zajęło, zanim dotarli na miejsce; blisko jej mieszkania, nie żeby o tym wiedział, ale ona sama odnajdywała w tym jakiś rodzaj komfortu. - Dobra, jednak nie jest źle. Mają całkiem spore porcje, ale jak jesteś super głodny, to weź też proteinowego shake, są super. - zwykle z resztą tak wyglądało jej zamówienie i tym razem nie miało być inaczej. Jedzenie na później, w komforcie czterech ścian mieszkania i bez poczucia winy w miejscu publicznym za to, że ośmiela się jeść. O tym też wiedzieć nie musiał, nie należała do osób, które dzieliły się swoimi problemami. Nigdy. Solider on. - Chcesz jeść na świeżym powietrzu? Nie mają jadalni per se, ale w sumie mieszkam niedaleko. - mogła mieć absolutny burdel w mieszkaniu, właściwie nie pamiętała, ale.. Eh, kto by się tym przejmował, nie? Sprawiała wrażenie bardzo ułożonej, wyprostowana, z mocno spiętymi włosami, lekkim, kobiecym makijażem i zawsze dobrze dobraną garderobą, ale wnętrze mieszkania zdecydowanie oddawało ją nieco lepiej. Było prywatne, rzadko przyjmowała gości, to był jej bezpieczny kąt i miejsce, w którym rzucony dres "na później" czy koc porzucony na środku kuchni w pośpiechu wcale jej nie przeszkadzał. Miejsce, w którym była po prostu Megan.
Mark Rosenhall