-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Oj tak - przyznał. - Albo, że Hitler działał w porozumieniu z kosmitami - przytaknął, bo teorii było mnóstwo.
Kiedy opisała swój "las z polem siłowym", kącik jego ust uniósł się nieco wyżej, ale nie było w tym ani krzty rozbawienia kosztem jej. Raczej coś na kształt zrozumienia.
- Jeśli działa, to nie jest głupie - stwierdził spokojnie, jakby była to oczywista oczywistość. - W tej robocie skuteczność liczy się bardziej niż forma. Nieważne, czy ktoś biega po lesie, siedzi w wannie czy ogląda reptilian po północy - zrobił krótką pauzę. - Byle faktycznie odcinało i pozwalało zresetować łeb - rzekł i oparł się wygodniej, ale jego spojrzenie nadal było skupione na niej.
- Brzmi to tak, jakbyś dokładnie wiedziała, po co tam jedziesz - dodał ciszej. - To już więcej niż u większości ludzi - zauważył.
Na jej propozycję wymiany miejscówek uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawił się cień czegoś bardziej prywatnego, jakby faktycznie rozważał przez moment, czy zaprosić ją w swoje tajemne miejsca i uchylić rąbka tajemnicy pt. kim jest Scott Letexier?
- Umowa stoi - rzucił po chwili i przez moment nic nie mówił, jakby coś rozważał, po czym dodał już z wyraźnie lżejszym tonem. - Zabiorę cię kiedyś na wysokości - nie zabrzmiało to jak rzucone od niechcenia hasło. Raczej jak coś, co już w głowie zostało odhaczone jako "do zrobienia".
- Nigdy nie zastanawiało cię, dlaczego w portierni są tylko dwa komplety kluczy na dach… a nie trzy, jak wszędzie indziej? - zapytał nagle, z tym swoim ledwo zauważalnym półuśmiechem. Nie musiał nic więcej dodawać.
- Lubię takie miejsca, bo wszystko wygląda tam… prościej - powiedział. - Mniej chaosu - wzruszył lekko ramionami. - Poza tym, ruch zawsze działał na mnie lepiej niż siedzenie w miejscu. Kiedyś trenowałem częściej, teraz bywa różnie, ale ciało szybko przypomina, kiedy za długo się je ignoruje - kącik ust znów drgnął. - Gry to bardziej relikt dawnych czasów. Czasem odpalę coś na chwilę, żeby wyłączyć myślenie, ale zwykle kończy się na tym, że po dziesięciu minutach wymiękam - odparł, choć prawdziwym powodem było raczej to, że teraz zamiast gier wybierał po prostu chlanie.
Spojrzał na nią uważniej.
- Twoja ucieczka do lasu brzmi na bardziej dopracowaną metodę niż moje - zauważył.
Dopiero potem odniósł się do jej pytania o pracę.
- Jak zawsze - odparł spokojnie. - Wszystko jest na wczoraj - oparł łokieć o stół, lekko pochylając się w jej stronę. - Większym problemem jest ogarnięcie burdelu wewnątrz. Nie ma cię kilka tygodni i już niektórzy... - spojrzał w kierunku drzwi, w których niedawno zniknął Baker. - Obrastają w piórka - przeniósł wzrok z powrotem na June. - Dlatego dobrze wiedzieć, że przynajmniej część ludzi robi swoją robotę tak, jak powinna - kącik ust drgnął mu w uśmiechu. - I że można z nimi pogadać o czymś innym niż raporty. To rzadkość - dokończył z odrobinę weselszym uśmiechem i spojrzał na swój zegarek na nadgarstku.
- Jeszcze kilka minut przerwy - rzucił niby w eter, a jednak by zachęcić jeszcze June do tego, by podjęli jakiś temat na te kilka chwil. Zaskakująco dobrze mu się z nią rozmawiało i musiał przyznać, że... czuł się przy niej bardzo swobodnie. Aż za swobodnie, jak na stopień ich zażyłości.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cieszyło ją to, że mogli porozmawiać ze sobą jak kumple oraz to, że Scott, w przeciwieństwie do wielu innych, niekoniecznie wyżej postawionych od niej osób, traktował ją normalnie i tak, jakby byli sobie równi. Tak jednak nie zapominała kim był. Może dlatego nie potraktowała tej „umowy” i jego obietnicy jako czegoś wiążącego, mimo że przytaknęła z uśmiechem na jego słowa.
— Proszę, proszę… a więc to tak korzystasz z przywilejów bycia zastępcą komendanta? — odparła żartobliwie, unosząc brwi i po chwili dodała — Przynajmniej teraz wiem gdzie można cię znaleźć, gdy znów nam znikniesz — znów nachylając się nad stołem, ściszyła głos prawie do szeptu — Ale nie martw się, nikomu nie zdradzę twoich tajemnic.
Zassała lekko dolną wargę między zębami, chcąc powstrzymać śmiech i wyprostowała się zaraz na krześle. Dalej słuchała go z zaciekawieniem i starała się nie wchodzić mu w słowo. Jednak to że nie komentowała w żaden sposób jego wypowiedzi (może poza minami które stroiła, bo zmarszczyła śmiesznie czoło na wieść o tym, że „wymiękał” po dziesięciu minutach grania) nie znaczy wcale, że nie robiła w swojej głowie dokładnych notatek.
Dziwaczne? Może odrobinę.
Uśmiechnęła się do niego pocieszająco. Domyślała się jak trudny jest dla niego powrót do pracy na pełnych obrotach po tak długich wakacjach. Już miała coś wtrącić, ale zamiast tego ścisnęła usta w wąską linię i także przeniosła wzrok do stronę drzwi, gdy Scott znów wspomniał o tym czego przed chwilą był świadkiem.
Nie chciała się powtarzać, kolejny raz przepraszać i kolejny raz brać winy na siebie, bo chyba wystarczająco już wyraziła swoją skruchę. Letexier właściwie wcale jej za to nie winił, ale i tak było jej głupio, że musiał tego słuchać.
— Wiesz, jeśli potrzebujesz pomocy z czymkolwiek, to jestem do dyspozycji — zaproponowała nagle, znów na niego spoglądając i kładąc równocześnie dłoń na jednej z wielu teczek dokumentów, które miała przed sobą na stole — Akurat to mogę odłożyć na później, nie ucieknie. — zapewniła.
Podczas jego urlopu, nie mieli wielu okazji, by porozmawiać, a jeśli już, to były to bardzo krótkie, służbowe wiadomości. Co prawda dopiero co zaczynali dowiadywać się o sobie nawzajem czegoś więcej poza tym jak operowali w pracy, jednak mimo to June zawsze czuła się w jego towarzystwie dokładnie tak, jak czuła się w tym momencie - swobodnie. Nie wiedziała do końca co to jest, ale dodatkowo miał w sobie coś, co ją uspokajało, a to rzadkie, bo jak sam już mógł się przekonać, ludzie w pracy częściej wyprowadzali ją z równowagi niż uspokajali.
— Kilka minut mówisz… — mruknęła i sama zerknęła w stronę zegara na ścianie. — To może masz ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza? Na… dachu? Skoro tak się przechwalasz, że podwędziłeś klucz.
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
Uśmiechnął się lekko rozbawiony.
- Tak - potwierdził. - I jeszcze z miejsca parkingowego blisko wejścia. To dwa największe profity - rzucił z rozbawieniem. Skinieniem głowy podziękował też, że blondynka zachowa tajemnicę i nie zdradzi, gdzie też Scott czasami przebywa, gdy nie ma go w gabinecie, sali treningowej lub na spotkaniu w sali konferencyjnej.
Zaskoczyło go trochę to, że policjantka zaoferowała mu swoją pomoc, ale ostatecznie było mu miło z tego powodu. Rzadko kiedy miał okazję zasmakować empatii i choć nie miał zamiaru korzystać z jej propozycji, tak doceniał, że wyraziła chęć pomocy. Dziwne było natomiast to, że gdy chwilę o tym pomyślał, to naprawdę byłby gotów jej zaufać i zdradzić nieco więcej szczegółów ze swojego życia.
Nie odpowiedział od razu na kolejną sugestię śledczej. Przez ułamek sekundy tylko przyglądał jej się uważnie, jakby ważył w głowie tę propozycję - nie pod kątem zasad czy hierarchii, tylko… zwyczajnie, po ludzku. Kącik jego ust drgnął lekko.
- No proszę - rzucił cicho. - Myślałem, że będę musiał cię do tego namawiać - rzekł spokojnie, a jednocześnie z pewną prowokacją w głosie, jakby poddawał w wątpliwość jej działania poza protokołem. Nikt przecież nie powiedział, że ich rozmowa musi być sterylna, pozbawiona małych szpileczek czy dwuznaczności.
Podniósł się z krzesła bez pośpiechu, sięgając do kieszeni marynarki. Metaliczny dźwięk kluczy był krótkim, ale bardzo konkretnym potwierdzeniem jego wcześniejszych słów.
- Chodź - dodał tylko i wyszedł z pokoju.
Nie oglądał się, czy idzie za nim. Było w tym coś naturalnego, jakby to nie było zaproszenie, tylko oczywista kontynuacja rozmowy. Dach przywitał ich chłodniejszym powietrzem i charakterystycznym miejskim szumem. Scott podszedł od razu do krawędzi, zatrzymując się kilka kroków od niej. Wsadził ręce do kieszeni i spojrzał w dół. Samochody przesuwały się niczym resoraki, a ludzie byli tylko malutkimi punktami.
Przez chwilę nic nie mówił, ale ta cisza nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czuł się zaskakująco swobodnie. Zbyt swobodnie, jak na kogoś, z kim znał się raptem kilka miesięcy. Nie było w tym napięcia, nie było tej typowej, zawodowej sztywności. Bardziej… jakby stał tu z osobą, którą znał całe lata, której ufał, którą szanował i przy której czuł się bezpiecznie.
Kątem oka zerknął na June akurat w momencie, gdy zawiał mocniejszy wiatr. Nie zazdrościł jej twarzy, która teraz musiała poradzić sobie z kosmykami przesłaniającymi jej widok. Niemniej przeszedł go dziwny dreszcz, a w myślach pojawiło się coś dziwnego: nie dziwił się Bakerowi. Harrison była piękną kobietą. Łączyła urok z seksapilem, pragmatyzm z empatią i służbistość z naginaniem zasad, ale nie w krzykliwy sposób. Była twarda, a jednocześnie gdzieś pod tym wszystkim miękka. Była autentyczna.
Oderwał wzrok niemal od razu, karcąc się w myślach za spoglądanie na nią inaczej, niż na koleżankę z pracy. Wrócił spojrzeniem do miasta.
- I jak? - rzucił spokojnie, jakby nic przed chwilą nie przemknęło mu przez głowę. - Porównywalne do pola siłowego w lesie? - kącik jego ust uniósł się lekko. - Tu przynajmniej masz pewność, że nic cię nie dopadnie… chyba że ktoś zapomni zamknąć drzwi na dach - wzruszył lekko ramionami z rozbawieniem.
Przez chwilę jeszcze patrzył przed siebie, po czym znów odezwał się ciszej.
- Mówiłaś, że uciekasz, żeby się odciąć - lekko przechylił głowę, nadal nie patrząc na nią bezpośrednio. - Ja przychodzę tu, żeby zobaczyć, że to wszystko jednak da się ogarnąć - wskazał lekko brodą na miasto. - Nawet jeśli na dole wygląda jak totalny burdel - dopiero wtedy zerknął na nią wprost. - Czasami to działa. Przynajmniej na chwilę - dodał i w pierwszym odruchu chciał schować z powrotem rękę do kieszeni. Jednak zamiast tego, wyciągnął ją w kierunku June.
- Chodź - zaproponował, by znalazła się tuż przy nim, a nie w pewnej odległości od krawędzi jak miało to miejsce teraz. Nie posądzał jej o lęk wysokości, ale uznał, że może jego asekuracja wystarczy, by spojrzała na to wszystko z jego perspektywy.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szybko dorównała mu kroku, nim zdążył się oddalić, choć nawet nie obejrzał się, będąc pewnym, że Harrison za nim podąża. Z boku wyglądało to na szczęście tak, jakby przemierzając korytarze komisariatu, spieszyli się do swoich zadań, a nie przed nimi uciekali. W przeciwieństwie do niego jednak, June co chwila oglądała się za siebie, chcąc upewnić się, że żadne wścibskie oczy ich nie śledzą.
Na zewnątrz było trochę wietrznie, ale przyjemnie. Zatrzymała się kilka kroków za nim i przez chwilę oboje stali w ciszy, która dla June również nie wydawała się niezręczna. Przeciwnie. Delektowała się tym wszystkim - momentem spokoju, powietrzem, widokiem. Gdy chłodny wiatr zaczął rozwiewać jej włosy na wszystkie strony, pozwoliła na to. Przymknęła oczy, wsuwając obie dłonie do tylnych kieszeni jej dżinsów i wzięła kilka głębokich oddechów, jakby to miało pomóc się jej oczyścić z całego negatywnego gówna, które siedziało jej w głowie.
Nie zauważyła więc, że Scott na nią spoglądał. Dopiero gdy się odezwał, drgnęła lekko, zupełnie jakby wybudził ją nagle ze snu.
— Werdykt nie zapadł, musisz dać mi jeszcze minutę — odparła z uśmiechem, widząc jak i jego kąciki ust delikatnie się uniosły. Robiąc niewielki krok do przodu, przeczesała palcami włosy i puściła ręce wzdłuż tułowia.
— A jeśli działa, to znaczy, że nie jest głupie — przypomniała i może gdyby stała bliżej, to sprzedałaby mu kuksańca w bok. Nadal jednak trzymała pewien dystans, zarówno od niego, jak i od krawędzi dachu. — Ktoś mądry mi tak kiedyś powiedział. — dodała z lekkim wzruszeniem ramion i przyglądając mu się, uśmiechnęła się pod nosem. Szybko jednak spoważniała, gdy tylko wyciągnął rękę w jej stronę z propozycją, by podeszła. Wahając się chwilę, zatrzymała wzrok na jego dłoni. Nim podała mu swoją i zbliżyła się, zerknęła jeszcze przelotnie na drzwi przez które wyszli na zewnątrz. Znów odetchnęła głęboko, tym razem dokładniej ogarniając wzrokiem okolicę. Nie bała się. Ani wysokości ani tej nagłej bliskości. Po prostu była ostrożna.
Cofając dłoń, odchrząknęła i nie bardzo wiedząc co zrobić ze swoimi rękami, splotła je z tyłu.
— Chyba nadal wolę las, ale muszę przyznać, że twoja miejscówka jest też naprawdę niezła. — powiedziała w końcu, patrząc przed siebie. Pomyślała, że chyba był troszeczkę za skromny mówiąc, że jego metody na radzenie sobie ze stresem i natłokiem myśli nie były tak dobrze dopracowane jak te jej.
— Scott? — zagadnęła nagle, zwracając głowę w bok, by móc znów na niego spojrzeć — Skoro wszystko jest „na wczoraj”, to czemu nie pozwolisz sobie pomóc? — spytała, nie z wyrzutem, ale łagodnie, choć lekko zmarszczyła przy tym brwi. Nie była kimś kto łatwo odpuszczał i była naprawdę ciekawa co nim kierowało, bo przecież nijak na jej propozycję nie zareagował. — Nie potrzebujesz czy nie chcesz?
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Wiedziałem, że nie wygram z magicznym polem siłowym - rzucił spokojnie. - Ale warto było spróbować - dodał.
Przeniósł spojrzenie z powrotem na miasto. Przez moment znowu panowała między nimi cisza, ale Scott coraz wyraźniej łapał się na tym, że przy niej cisza nie była problemem. Nie trzeba było jej czymkolwiek wypełniać. A potem padło pytanie.
Zerknął na nią dopiero wtedy, gdy wspomniała o pomocy. Nie odpowiedział od razu. W jego spojrzeniu pojawiło się coś trudnego do rozszyfrowania. Przez chwilę zastanawiał się, czy odpowiedzieć zgodnie z prawdą, czy po prostu rzucić coś lekkiego i uciąć temat, jak to miał w zwyczaju.
Ostatecznie westchnął cicho przez nos.
- Dobre pytanie - przyznał spokojnie i odwrócił wzrok z powrotem ku ulicom poniżej. - Chyba… jedno i drugie - odpowiedział po chwili. - Przynajmniej tak sobie od lat powtarzam - wsadził mocniej dłonie do kieszeni. - To wygodne podejście - kontynuował. - Jak robisz wszystko sam, to przynajmniej masz pewność, że jeśli coś się posypie, możesz mieć pretensje wyłącznie do siebie. Sama zresztą wiesz najlepiej - wzruszył lekko ramionami i zamilkł na moment.
Wiatr znowu uderzył mocniej, rozwiewając jej włosy. Scott odruchowo zerknął w jej stronę i znów dopadła go ta sama, niewygodna myśl co wcześniej, że June naprawdę była piękną kobietą. Nie tylko fizycznie. Chodziło o całość.
Oderwał spojrzenie dość gwałtownie i znów spojrzał w dół.
- Poza tym ludzie mają tendencję do komplikowania spraw - dodał spokojniej. - Zwłaszcza kiedy zaczynasz na nich liczyć - brzmiało to bardziej jak fakt, niż żalenie się na kogokolwiek.
Przez chwilę znów milczał, ale tym razem nie patrzył już na miasto. Patrzył przed siebie trochę bardziej nieobecnie, jakby analizował coś we własnej głowie. Bo prawda była taka, że przy June to całe jego podejście zaczynało się dziwnie chwiać. Nie znał jej długo. Kilka miesięcy to przecież nic. A mimo to czuł przy niej swobodę, której nie odczuwał przy większości ludzi od lat. Nie musiał pilnować każdego słowa. Nie czuł zmęczenia jej obecnością. Wręcz przeciwnie - działała na niego kojąco.
W końcu spojrzał na nią normalnie, bez unikania wzroku.
- Ale ostatnio łapię się na tym, że może człowiek po prostu za bardzo przyzwyczaja się do samotnego ogarniania wszystkiego - powiedział ciszej. - A potem nawet nie zauważa momentu, w którym przestaje dopuszczać innych do siebie - kącik jego ust drgnął minimalnie, jednak bardziej z goryczy aniżeli rozbawienia. Odkąd jego żona zginęła tragicznie w wypadku, mocno odciął się od wszystkich i praktycznie nikogo do siebie nie dopuścił. Wyjątkiem była Cynthia, ale wtedy nie był gotowy, by pójść krok dalej. I tym samym stracił nie tylko szansę na otwarcie się, ale również i jej przyjaźń, bowiem zabrnęli tak daleko, że nie było już odwrotu.
- Doceniam tę propozycję, June. Naprawdę - przyznał. - Nawet jeśli jeszcze nie bardzo umiem z niej korzystać - po tych słowach znów spojrzał na panoramę miasta. - To chyba jedna z tych rzeczy, których nie uczą w żadnych akademiach - rzekł spokojnym tonem i jeszcze chwilę przyglądał się Toronto.
Spojrzeniem powrócił do Harrison i delikatnie trącił swoim biodrem jej biodro.
- Dobrze wiedzieć, że jest tu ktoś, na kogo naprawdę można liczyć - uśmiechnął się w jej kierunku, tym razem mniej kontrolowanie, a bardziej swobodnie, przyjacielsko nawet.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Od dziś zacznę podkradać ci klucze, więc może jednak nie było warto — zaśmiała się cicho i pokręciła głową, dodając zaraz — Ale nie wiem czy to dalej kradzież, skoro to zapowiadam.
Po zadaniu przez nią tego ostatniego pytania, nie odrywała już od niego wzroku, chcąc dokładnie badać jego reakcje. Miała nadzieję, że to czego Scott nie mógł albo nie chciał wypowiedzieć na głos, być może uda jej się w jakiś sposób wyczytać z jego twarzy. Mężczyzna jednak nie był tak prosty w rozszyfrowaniu jak ona sama, tym bardziej, że przez większość czasu nie patrzył jej w oczy, a przed siebie. Mówił spokojnie. Cierpliwie czekała, gdy nagle zamilkł jakby ważył słowa.
Rozumiała jego punkt widzenia. Poniekąd.
Rozumiała to, że chciał mieć nad wszystkim kontrolę i że tylko wtedy gdy operował sam, mógł mieć pewność, że wszystko zostanie wykonane należycie. Pod tym względem nie różnił się mocno ani od niej, ani od Swanson. June poczuła jednak lekkie ukłucie zawodu, gdy wspomniał o komplikowaniu spraw. Nie dopytywała o to czy miał na myśli kogoś konkretnego, choć od razu przeszło jej to przez myśl. Nie mówiła nic. Po prostu analizowała wszystko po cichu.
Nie miała pojęcia w jaki sposób jej pomoc i ewentualny wkład w śledztwa, które spadły na niego po powrocie, mogły cokolwiek skomplikować, ale o to też nie pytała. Gdy w końcu na nią spojrzał, nadal nie odwróciła wzroku. Skinęła tylko głową na znak, że jego odpowiedź do niej dotarła. Trawiąc to jeszcze przez chwilę, zaczęła zastanawiać się czy to wszystko co wcześniej powiedział na temat jej pracy było w ogóle szczere. Nazwał ją „skutecznym psem”, chwalił za jej wyniki, a gdy wyszła z propozycją współpracy, nagle zakładał, że zdarzy się najgorsze - że zawiedzie go, gdy zacznie na nią liczyć. Akurat to nie miało dla niej żadnego sensu.
— Wiesz… dajesz naprawdę dobre rady, ale nie do wszystkich jeszcze sam potrafisz się dostosować — powiedziała w końcu, zdobywając się na moment szczerości. Nie zamierzała się już narzucać i wpychać się na siłę tam, gdzie ewidentnie nie była potrzebna. Uniosła brwi, lekko rozbawiona i zdziwiona zarazem, gdy trącił jej biodro swoim.
— Niby robota nie zając, ale powinnam chyba już pójść — oznajmiła nagle, zwracając się w jego stronę, tym razem już całym ciałem. Sięgnęła dłonią jego ramienia, by poklepać je lekko. Sama nie wiedziała czemu, bo przecież nie potrzebował od niej niczego, nawet tego drobnego gestu otuchy. Chyba po prostu zadziałała automatycznie. — W razie czego wiesz gdzie mnie znaleźć. — rzuciła na odchodne i nawet nie czekając na odpowiedź, powróciła do środka.
Koniec
Scott Letexier