Problem w dogadaniu się z Eliotem polegał na tym, że on też był uparty. Kurewsko uparty.
A jak w jednym pokoju spotyka się troje tak zawziętych ludzi... to mamy to co na załączonym obrazku.
Komendant palił papierosa, mimo, że przecież rzucił fajki. Madox ze skrzyżowanymi na piersi rękami przy samym biureczku, z tym bezczelnym uśmiechem przyklejonym do gęby.
I Pilar, która
wkurwiła komendanta, wciąż z tym płonącym w jej oczach
ogniem.
Noriega wzruszył ramionami, kiedy Eliot zarzucił mu, że
zawsze robił wszystko na odpierdol, chociaż prawda jest taka, że to, że nie spalił swojej przykrywki przez tyle lat to był pierdolony wyczyn. Takie akcje tyle nie trwały, bo po drodze zawsze się coś wyjebało, ktoś dopatrzył się prawdy.
A Madox, siedział sobie tutaj jak gangus, nie pies...
A przecież był psem.
Nie zawodził.
Chociaż komendant zaraz zarzucał mu jak to zawiódł Haddie, a Madox nawet nie drgnął z ciemnym spojrzeniem zawieszonym na twarzy Eliota. Bo co on miał mu powiedzieć, że nie kochał Haddie? Wtedy wydawało mu się, że nawet tak, ale teraz, z perspektywy czasu, co to kurwa było za uczucie, kiedy on nawet policję stawiał ponad nim?
-
Pogadaj sobie do dupy Eliot, sam mi wpierdoliłeś naganę za próbę kontaktu i wiesz, że chciałem... za nią jechać - bo chciał, może nie z miłości, ale, żeby to chociaż wyjaśnić, bo przecież Madox wiedział, że ojciec Haddie działał pod przykrywką, poświęcił całe życie i rodzinę dla misji. Ale to ona po przeniesieniu urwała jakikolwiek kontakt, Madox do tej pory nie wiedział czy to pod naciskiem policji, czy to był jej wybór. Nigdy do tego nie wrócili. Ona miała mu za złe, że nie walczył, nie spróbował, a on jej, że się nie odezwała. Dużo tam między nimi było spraw, których na dobrą sprawę sobie nigdy nie wyjaśnili, może dlatego każde ich spotkanie było... napięte.
Jak atmosfera w pokoju,
coraz bardziej napięta.
Chociaż Madox znowu wzruszył lekceważąco ramionami, kiedy komendant zarzucał mu, że ważna dla niego była
tylko własna dupa, kiedyś tak było. I Noriega nawet sam to powiedział Pilar, dawno temu, że najważniejsze to jest bronić własnej dupy, za wszelką cenę... A potem poświęcał za nią życie, raz, drugi i trzeci. I zrobił by to jeszcze sto razy. Już wtedy, a teraz... Teraz bez nawet chwili zastanowienia. Nic nie powiedział, tylko klatka piersiowa uniosła mu się w głębszym oddechu, kiedy złapał w płuca więcej powietrza. Ciemne spojrzenie z Pilar przeniósł na komendanta, wywrócił oczami.
-
Czyli widzisz Eliot... Ktoś się tutaj jednak przykłada do własnej roli, którą zresztą mi narzuciliście, skoro tak uważasz... Przecież Madox Noriega lubi takie chore rozrywki, posiedzieć sobie w loży VIP z degeneratami, popodrywać dupeczki - Madox dobrze grał swoją rolę. Tak dobrze... że czasami sam nie wiedział co jest grą, a co prawdą.
Ale w tym akurat wypadku, kiedy chodziło o Stewart, to oboje przecież wiedzieli, zdawali sobie sprawę, że to uczucie, które dzielili, było najprawdziwsze na świecie.
Ruszało go to co mówił Eliot, i Madox mógłby się z tym kłócić, ale przecież umiał trzymać nerwy na wodzy... Nie jeśli chodziło o Pilar, ale w innych przypadkach umiał grać, zmienił jednak nogę, tym razem drugą opierając na kolanie.
-
Żebym ja cię stąd kurwa po Hiszpańsku nie wypierdolił. Z całej policji... Tyle lat roboty pod przykrywką i rozwali cię jedna kobieta - właściwie dla Madoxa to już nie była przykrywka... On już tak w to wsiąknął, że sam nie wiedział jak to będzie, kiedy odsuną go od sprawy. Ale... przecież gotowy był zaryzykować, zresztą sam już to mówił Pilar, zrezygnowałby ze sprawy, żeby tylko
być z nią. Na tą wizę wywrócił oczami, w zasadzie wolałby teraz siedzieć w Medellin, popijać sobie rum nad basenem i liczyć pieniądze, które zarabiała jego rodzina... nielegalnie.
A on się bawił w gliniarza. Zachciało mu się kurwa bratania z wymiarem sprawiedliwości. Kiedy on kurwa nigdy nie był sprawiedliwy, kiedy jego rodzina z dziada pradziada siedziała... po tej drugiej stronie barykady.
-
No i znajdź kurwa lepszego kreta, który sobie tutaj tak wejdzie jak do siebie... Nawet jakbyś chciał mnie zdjąć i podłożyć kogoś innego, to doskonale wiesz, że ja go muszę wprowadzić - coś w tym było. Że Madox siedział między półświatkiem a policją, ale... w tym brudnym, gangsterskim świecie też trochę się z nim liczyli. Zwłaszcza Latynosi, tam miał więcej przyjaciół niż wrogów. Co innego ruscy, albo makaroniarze, no ale nie można mieć wszystkiego.
Może by się jeszcze dochodzili, bo Eliot już otwierał usta, ale przerwała im Pilar. Oboje na nią spojrzeli, a Madox nawet na moment nie oderwał od niej wzroku, kiedy ruszyła do biurka. Kiedy opierała się o nie warcząc na komendanta, waleczna,
dzika, kurewsko
caliente.
Pilar Noriega.
I kiedy siadała obok niego na krześle, to Madox... złapał swoje podsuwając się do niej bliżej, chociaż Eliot spojrzał na niego znowu krzywo. Ale Noriega w ogóle się nie przejął, wcale. A jego ręka wylądowała na oparciu krzesła Stewart za jej plecami. Nawet chciał się wtrącić, że Pilar zawsze była...
nieposłuszna i bezczelna, ale już ugryzł się w język. Chociaż kiedy Pilar powiedziała o tym
karmieniu kaczek, to palec którym przesunął po jej plecach się zatrzymał. Oni mieli... karmić kaczki?
Zastanowił się nawet czy to jakiś szyfr, może coś co miało znaczyć, że spróbują jeszcze raz się do siebie dobierać na biurku Scotta? Szkoda tylko, że Letexier już grzał stołek w swoim gabinecie i pewnie słuchał sobie dalibomby na słuchawkach udając, że to podcasty kryminalne.
Skinął tylko głową, że będą karmić te kaczki, cokolwiek to znaczy, a potem spojrzenie utkwił w Eliocie.
Komendant miał kurewsko dużo racji, bo to był
szczy góry lodowej, ale to już wiedzieli tylko oni z Pilar. Tak samo jak to, co powiedział później. Zdawali sobie sprawę z tego jakie to jest niebezpieczne, dlatego Madox postanowił im załatwić tych ochroniarzy, no a do tego te pogróżki... Jebane kurwa skutki spoufalania się policjantki i kreta.
Decyzje, które podjęli i z których konsekwencjami teraz będą się mierzyć. Pierdolona czarownica karlica i jej wróżby.
Noriega nic nie powiedział, chociaż Pilar mogła poczuć, że się za nią trochę spiął. Minimalnie.
Chociaż na te słowa o mężu wywrócił oczami, a zaraz sięgnął delikatnie do jej pleców, oparł na nich palce.
-
Już jestem w trakcie rozwodu, zresztą... niech kurwa pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie odpierdolił nigdy naćpany - zerknął na Stewart, a potem na Eliota, ale wyglądali jakby nie odpierdalali...
Chociaż, jego narzeczona naćpana włamała się z nim do budki ratownika na meksykańskiej plaży, jakby wtedy przyszedł do nich Shrek i zaproponował im ślub, nie zastanawiali by się nawet minuty.
Eliot kontynuował, a Madox już ruszył się na krześle, kiedy zaczął to, że
muszą się rozejść, ale zaraz okazało się, że
na niby...
Tylko, że on przecież tak też nie chciał, znowu przełożył nogę, a jego ręka bardziej opadła na plecy Stewart, chociaż zaraz zaciskał wytatuowane palce na oparciu krzesła. Kręcił się. Buntowałby się. Pyskowałby.
Ale... no chyba powinni się też trochę dostosować, coś za coś? Jakiś złoty środek? Ugiąć trochę kark, żeby móc być razem?
Chociaż Madox zaraz zerwał się z krzesła i przeszedł po tym gabinecie, jak
dziki kot w klatce, rundka tylko po to, żeby zaprezentować ile w nim siedziało tego nieokiełznanego pierwiastka.
-
Nie no kurwa, przecież ja nie będę wiecznie i wiecznie odpuszczał... Ja chcę się z nią ożenić Eliot, chce, żeby nosiła moje nazwisko, a kiedyś... - i Madox już się nakręcał stając za plecami Stewart, opierając rękę na oparciu jej krzesła.
-
Będziesz... - wtrącił mu się Eliot -
jeśli ci kurwa zależy Madox, to będziesz udawał, że to nic nie znaczy, bo wiesz, że tylko tak możesz zapewnić jej bezpieczeństwo - rzucił poważnie, patrząc na niego ponad ramieniem Pilar. I chociaż Noriega wiedział, że to przecież prawda, to jednak jeszcze próbował.
-
Ale my mieszkamy razem... - no tak, przecież nie zamieszkałby z pierwszą lepszą dupą.
Eliot spuścił spojrzenie na Stewart.
-
Bo jesteś pierdolnięty i narwany i pokierowałeś się impulsem, a Stewart naiwnie ci wierząc sprzedała, czy tam wynajęła mieszkanie. No i teraz przecież jej nie wyrzucisz, bo wy Latynosi macie te swoje zasady. Zresztą u was na kwadracie jest tyle osób... Ale to też dobrze, mniej zwracacie na siebie uwagę - znowu podniósł spojrzenie na Noriegę -
a ty na pokaz możesz się przespać w klubie, zabalować, przecież Madox Noriega to lubi... - teraz Eliot go brał pod włos -
a zresztą kurwa, ja mam was uczyć jak się ukrywać? - trochę na dłużej zawiesił spojrzenie na Stewart, bo ją przecież uczył. Jak zatajać pewne sprawy.
Madox znowu przeszedł się po gabinecie. Nie chciał w ten sposób. On chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że Stewart jest jego narzeczoną, że zostanie jego żoną. Niedługo...
A może wcale nie?
Eliot za to pochylił się w kierunku Pilar.
-
Przecież zawsze byłaś w tym dobra Stewart... można powiedzieć, że dam wam wolną rękę, jak to rozegracie, ale wszyscy mają uwierzyć, że nic was nie łączy - zerknął jeszcze na Madoxa, bo przecież on w udawaniu też był dobry. Osiem pierdolonych lat. I nawet na moment nie wyszedł z roli. Ale jeśli chodziło o Stewart to to już nie było takie proste. Tracił czujność. Rozpraszał się. Odpierdalał.
I teraz też się miotał.
-
Nie... - zaczął i znowu stanął za Stewart. Gotowy był się sprzeciwić komendantowi. Niech go odsuwa, niech go wyrzuca, niech go kurwa nawet deportuje. Wyjebane.
Lo sacrificaría todo por ti ₊˚⊹♡