-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wraz z powrotem do Toronto Charlotte mimowolnie poszukiwała wzrokiem Williama. Za każdym razem kiedy mijała go na klatce, serce zaczynało bić jej szybciej. W końcu jej ciało jeszcze pamiętało ostatni dzień wakacji, spędzony na turlaniu się wśród pościeli. Zapach jego skóry, czułe i namiętne pocałunku. O ile naprawdę za nim tęskniła, tak czekała na jakiś znak, kontakt. Inicjatywę, że nie tylko dla niej wyspa zmieniła coś w ich relacji. Powroty do mieszkania wydawały się jej samotne, nawet jeśli koty wraz z psami zwalały się jej na głowę i chorowały na mamiozę. Wzrok mimowolnie uciekał jej w stronę drzwi.
Jeden ze spokojniejszych wieczorów przewracała się na łóżku, przeglądając tiktoka. Zjeżyła się cała, widząc w telefonie kumpla Willa i go. Biorącego ślub. William pierdolony Patel, chociaż czy nazwisko dalej się zgadzało? Jej nie mógł obiecać wierności, za to z kumplem postanowił wziąć ślub. Zerwała się z łóżka, idąc do pierwszego, lepszego klubu. Niezobowiązujący kutas musiał ją wyleczyć. Trafiła do łóżka z jednym, drugim, trzecim, a gdy tylko zamykała oczy dalej widziała go. Kurwa, po co były te wszystkie cholerne uczucia? Nawet nie byli razem, nic sobie nawzajem nie obiecywali. Poczuła się z d r a d z o n a . Wcześniej chciała go zobaczyć, ale ten jeden fakt wydawał się wszystko zmienić. Wszyscy, którzy uważali go za dupka, mieli rację. Zbiłaby z nimi teraz piątkę. Nie był on mężczyzną dla niej, a po jej ciele przechodziły dreszcze, kiedy tylko pojawiał się w pobliżu. Nie chciała go widzieć, znać, a tym bardziej z nim rozmawiać.
Za każdym razem przyśpieszała, idąc przez klatkę. Tego dnia nie wyglądało to inaczej. Przeszła nim huragan, po czym zaczęła witać się z milusińskimi. Kotem, samoyedami... dlaczego kocur miał jego oczy? Czy wszystko musiało jej o nim przypominać? Wtuliła się z dwa psiaki, atakujące ją z pełną miłością. Chociaż w nich potrafiła odnaleźć szczęście.
Spięła się, słysząc pukanie do drzwi. Czy niewystarczająco go unikała, że postanowił się tu pojawić? Czekałem na Ciebie? Ohh, naprawdę? Czekał? Wziął ślub, zniknął, a przez całe tygodnie się do niej nie odezwał. Oparła się o drzwi. Udawanie też wchodziło w grę. Tyle że psy już zdążyły ją zdradzić, rozpoczynając serenadę szczekania, tak charakterystyczna tylko gdy była w domu.
— Spierdalaj Patel — krzyknęła przez drzwi. Jej nie obieca wierności, ale za to kumplowi już tak —leć konsumować swoje małżeństwo — zaśmiała się gorzko. Była żałosna.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Siedziała pod drzwiami, biorąc głęboki oddech.
Zamek w drzwiach, zasuwka, miała dosłownie wszystko, co było potrzebne, by nie zobaczyć go w środku. Siedziała cała obrażona. Nawet to sam sobie otworzę, spłynęło po niej. Nie miał takiej możliwości, a choć chciała go zobaczyć. Musiał mieć dobre wytłumaczenie, prawda? Inaczej by nie walczył, prawda? Już się podnosiła, słysząc o włamaniu, rozmowie z Carlem. Dobrze, że akurat z nim się lubiła. Zawsze się dogadywali. Oboje byli wzorami dobrych sąsiadów. Spokojni, racjonalni i dbający o sąsiedzką atmosferę. Przede wszystkim segregujący śmieci.
Zniknął.
Tyle go było na korytarzu. Czyli miała spokojny wieczór przed sobą, aż westchnęła z ulgi. Chyba powinna dostać niedługo okres. Dawno go nie miała. Ile się spóźniał? Machnęła ręką, przecież nie było to w tym momencie istotne. Weszła do kuchni i zaczęła przygotowywać sobie drinka. Dobra, teraz pora na odchamienie się. Whiskey sour zrobione i już miała siadać na kanapie, kiedy usłyszała krzyki. {i] Nie skacz, każde życie jest wartościowe, nie chcesz tak zginąć?!!![/i] I o ile normalnie totalnie, by to olała, machnęła dłonią, tak teraz nie widziała w tym jakiegokolwiek sensu. Musiała się dowiedzieć, jaka drama pojawiła się na osiedlu. Ze szklanką whiskey wychodzi na balkon, ledwo odkłada go na stoliczek. Odwraca głowę, a tam on. Przy ścianie jej balkonu próbujący wkraść się do jej mieszkania.
Zamarła. Serce zaczęło bić bardzo szybko. Dlaczego zawsze reagowała na niego w ten sposób? Dlaczego był niemożliwy? Wpatrywała się w ciszy kilka dobrych sekund, zanim podleciała do barierki, by podać mu dłoń.
— Oszalałeś?! — krzyknęła, a kiedy tylko znalazł się na balkonie, walnęła go prosto w ramię. Męska bokserka — nie możesz narażać siebie, żeby się do mnie włamać? Co ty sobie wyobrażasz?! Że będę szczęśliwa, bo postanowisz zachować się w ten sposób? I że przejdzie mi złość, bo postanowiłeś wziąć ślub z kumplem?! Kiedy mi nie mogłeś obiecać wierności?! — całe osiedle patrzy na czysty atak złości Kovalski. Nie dość, że targnął się na własne życie, to jeszcze zachował się jak totalny kretyn. Złość wychodziła jej bokiem, choć szczerze na dnie serca cieszyła się, że nic mu się nie stało.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— To raz jeszcze — zaczęła, biorąc głęboki oddech — przyszło Ci przez głowę, że nie chcę się z Tobą widzieć?! — jeszcze głośniej uniosła głos, by nie miał jakichkolwiek wątpliwości. Była wkurwiona, choć to wręcz lekko powiedziane. Nic jej tak nie irytowało, a gdy słyszy dźwięki z dołu, to cała się wzdryga.
— Tak — odpowiada całkiem szczerze, a na kolejne wytłumaczenia parska głośnym śmiechem. Czy Ci ludzie w ogóle się słyszeli? Legalność? Ślub z najlepszym przyjacielem? Nie mogła się powstrzymać. Ludzie na dole byli warci Williama naprawdę. Aż by im zaklaskała, ale zamiast tego chwyta barierkę i patrzy wprost na nich. Teraz sąsiedzi na sto procent ją zapamiętają.
— Stanęlibyście po mojej stronie!! — były tam też kobiety, które pokiwały głową. Czyżby kobieca solidarność jajników miała szansę wygrać? Oby, bo zaraz przedstawi kwestię zapomnianą przez Patela — cały czas się kłócimy, a jak już dochodzimy do jakiegoś sensownego rozwiązania, to on mi mówi, że nie może mi obiecać wierności!!! — pomruk tłumu dało się usłyszeć z dołu. Ktoś krzyczy, że ma wariata na balkonie — mogę być zła o kumpla, skoro ja nic dla niego nie znaczę! — przeniosła wzrok na Billy'ego i wtedy zdała sobie sprawę. Spierdoliła całą sprawę.
— O kurwa, powiedziałam to — mruknęła, zasłaniając własne usta dłonią. Nie powinna tego mówić, ani komukolwiek komunikować. Wręcz czuła usilny ścisk żołądka, który w żaden sposób nie chciał jej przejść. Wolałaby nie wiedział. Mogłaby znowu wyjechać, by raz a porządnie się od niego wyleczyć. Pierwszy raz zdała sobie sprawę z własnych uczuć.
— Poza tym wypierdalać stąd, koniec tej szopki — niemalże robi się czerwona jak burak — i po chuj tu przylazłeś, co? — warknęła, biorąc drinka, by wejść do środka z trzaskiem drzwi. Nie czekała na niego, ale też nie zamykała drzwi na siłę — pijackie wybryki? — dopytała, unosząc jedną ze swoich brwi ku górze. Coś jeszcze było pijackim wybrykiem? — to La Palma była jednym, wielkim, nic nieznaczącym wybrykiem w takim razie — skoro coś tak poważnego jak ślub nim było, to co się zadziało na wyspie też. Inaczej nie byłaby w stanie tego wytłumaczyć. Pierdolony William Patel zabawił się z nią i szukał kolejnej porcji rozrywki, a Lotte coraz poważniej go traktowała — skoro po pijaku nic nie znaczy ślub, to seks, pocałunki i troska tym bardziej — albo wspólne oglądanie waleni, oglądanie razem gwiazd, kąpiel w basenie. Wszystko było kłamstwem — możesz już wracać do siebie? — westchnęła ciężko, bezsilnie. Musiała napić się więcej. Mogła go wpuścić, pośmiać się i wypuścić. Wtedy sprawa byłaby prostsza. Nie odsłoniłaby się.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wybacz, że nie potrafisz wytrzymać dziesięciu minut beze mnie od podrywania innych — warknęła głośno Charlotte, a gdy tłum kobiet to usłyszał, to chyba zacząłby rzucać pomidorami. Niechętny pomruk rozniósł się po kobietach, a jakaś babcia wrzeszczy, że takie cuda jak Lotty, powinny być najważniejsze. Pewnie Kovalski przybiłaby jej piąteczkę, gdyby nie fakt, że znajdowała się na balkonie.
Strzeliła oczyma. Nie była jedyną osobą w ich równaniu, która co chwilę się kłóciła. Ba, wystarczyła iskra, a oboje zaczynali drżeć japę. Jedna iskra rozpalająca prawdziwe, gorące płomienie.
Dlaczego zakładasz, że nic dla mnie nie znaczysz? Trafiło ją to pytanie. Przełknęła nerwowo ślinę, nie odpowiadając na nie. Jasno wyraził się dla niej już na wyspie. Nie dla wierności. Tego obiecać jej nie mógł. Czy to nie wystarczyło? Mogli mówić do siebie, że zaczynali coś czuć, ale ta jedna drzazga w sercu nie dawała jej funkcjonować. Łatwiej było nawrzeszczeć na tłum kłócących się osób i schować się na dobre w mieszkaniu. Przedstawienie pora zakończyć.
Zmarszczyła brwi. Naprawdę chciał się z nią zobaczyć i powspominać? Ale przecież miał tyle okazji, by zajrzeć tu wcześniej. Mijali się na klatce schodowej, witając się krótko. Jakby cała ich przedziwna relacja od sylwestra, tak naprawdę się nie wydarzyła. Nawet ten wredny kocur ją zdradzał. Oczywiście, w końcu Patel go do niej go sprowadził. Nawet wśród jej zwierzaków musiał panować sojusz plemników. Jakim cudem miała się na niego złościć? Nie była w stanie tego zrobić. Nabrała mocno powietrza do płuc. Kiwnęła głową. Okej, posłucha go, ale... punkty... Aż oczy się jej zaświeciły i kącik ust drgnął niebezpiecznie ku górze. Uwielbiała plany. Punkty, podpunkty, kolorowe mazaki. Może tak naprawdę ją znał? Inaczej nie przedstawiałby jej tego w taki sposób.
— Dla mnie też nie była... — mruknęła cicho, spuszczając głowę. Tam się chyba w nim zakochała. W czułości, w wariactwie i tym przedziwnym uczuciu adrenaliny, które zawsze towarzyszyło ich wspólnym przygodom — Jane mi powiedziała — odparła ciszej. Nie oglądała, usłyszała wszystko od sąsiadów. Wielka, zakochana para. Podobno jego kumpel też mieszkał w tym budynku, ale ani razu na oczy go jeszcze nie widziała.
Pokręciła głową. Nie pamiętała nic po wróżkowym pyle. Tak, go pamiętała, ale wszystko, co działo się później było rozmazane. Kolejne słowa coś zmieniają. Charlotte wszystko odlicza sobie w głowie i finalnie kapituluje.
— A kiedy rozwód? — dopytała, czując, że.... nie ma o co być wkurwioną — ale z Ciebie idiota — dodaje po paru chwilach, wbijając w niego spojrzenie. Tak, dalej była zła o głupotę, ale nie na tyle, by naprawdę się zdenerwować. — pokaż mi te zdjęcia. Ile właściwie minęło od La Palmy i dlaczego nie pijesz? — i te dwa pytania w jednym sprawiły, że się zatrzymała. Trzy tygodnie? Może cztery? Kiedy ostatnio miała okres... Aż zaczęła szukać własnego telefonu i w końcu do niego dotarła. Ponad trzy tygodnie opóźnienia. Jasne, miała stresujący czas, podróż, ale cała zbladła na samą myśl. Tylko wpatrywała się w ekran telefonu i nic nie mówiła..
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Nie bądź na nią zły — powiedziała miękkim tonem, wzdychając ciężko. Czy to było dziwne, że miały ze sobą kontakt? Pod wieloma względami były podobne. Nawet Jane mogłaby podbić serce Lotty. Między teczkami, segregatorami, kolorowymi markerami i zakładami na pewno obie by się odnalazły, tworząc najlepszy oraz największy duet irytowania Williama.
— No to... gratuluję Ci rozwodu w takim razie — stwierdziła, unosząc delikatnie oba kąciki ust. Cała irytacja powoli przechodziła jej. Dobra, z głupim wyskokiem z kumplami naprawdę była w stanie żyć i iść naprzód — znowu nie będziesz miał żadnych zobowiązań poza imprezowaniem — aż zastanowiła się sama nad sobą. Patel przypominał wolnego ptaka nie do zatrzymania. Może dlatego ten miesiąc i niepicie alkoholu tak bardzo nią wstrząsnęły. Przypominając o jednej z ważniejszych brakujących rzeczy. Okresie.
— Zaraz — mruknęła cicho pod nosem — mhm. Miesiąc. — wcale nie było tak źle. Kiedy William wyjdzie, to na pewno to sprawdzi. Teraz musiało to odrobinę poczekać. Przecież nie rzuci się od razu do zrobienia testu. Nie mogła sobie na to pozwolić, a on nie mógł się dowiedzieć.
— Co Ci się stało? — to zdecydowanie wyrwało ją z myślenia o ewentualnej ciąży — jaki wstrząs mózgu? — zmarszczyła delikatnie brwi, siadając obok Willa. Ich kolana stuknęły się ze sobą, a jej wzrok wypełniony był troską. Mogła na niego krzyczeć i wrzeszczeć, ale dalej miała w sobie cząsteczkę troski o niego.
— Ja... — zaczęła nagle Charlotte, ale nie skończyła. Wygasiła ekran telefonu. Przecież w życiu by mu o tym nie powiedziała. Jasne, jedyną możliwością bycia ojcem, o zgrozo, był on. Tyle że nie miała zamiaru sama sobie tego robić. Znała jego podejście do spraw. Wolność była jego największym wyborem. Nic mu nie powie, dopóki nie będzie pewna — serio pierwsze zdjęcie otwierające album musiało być takie? — i aż go walnęła w ramię. Lotte leżąca wyjebana w trakcie ich pierwszego przystanku. No tak, czego mogłaby się spodziewać po Williamie? Na pewno nie żadnego gustownego zdjęcia.