ODPOWIEDZ
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Gdyby ktoś mnie zapytał dlaczego nie widzieliśmy się z Charlotte od dnia powrotu do Toronto to powiedziałbym, że to głównie przez brak czasu. Kilka razy udało nam się złapać na klatce, ale głównie w momentach, w których to ona wracała do domu a ja właśnie wychodziłem, albo na odwrót - ja wracałem do mieszkania, a ona musiała właśnie gdzieś biec, bo goniła ją sprawa nie cierpiąca zwłoki. Potem przyszedł czas, żeby nadrobić zaległości z przyjaciółmi, potem wydarzył się ten szalony weekend w Vegas (o moim ślubie z Madoxem huczała już dosłownie cała okolica), potem ta akcja z moim zaginionym zegarkiem i cała przeprawa z rozwodem i naprawdę po tych wszystkich rewelacjach miałem ochotę tylko na jedno - zabunkrować się wreszcie we własnym kącie i chociaż przez chwilę nie mieć nikogo na głowie. Tak więc dni mijały, z wolna zamieniając się w tygodnie. W każdym razie kiedy wreszcie przyszły mi zdjęcia z naszych wspólnych wakacji uznałem, że to znak. To dzisiaj nadszedł dzień, kiedy będziemy mogli usiąść razem i oddać się przyjemnym wspominkom nad wywołanymi fotografiami. Potwierdzeniem okazał się fakt, że właśnie słyszę kroki na klatce i strzęk kluczy przekręcanych w mieszkaniu na tym samym piętrze. Czym prędzej chwytam dużą, jeszcze nieotwartą kopertę, wsuwam stopy w klapeczki i wychodzę na korytarz, by w kilku krótkich susach znaleźć się pod drzwiami na przeciwko. Musiała być w środku, bo jeszcze słyszę to charakterystyczne ujadanie psów, kiedy pancia wraca wreszcie do domu i przychodzi pora na smaczki. Standardowo, jak to miałem w zwyczaju jeżeli chodzi o mieszkania moich bliskich, ciągnę za klamkę, tylko ta nie ustępuje, a drzwi pozostają zamknięte. Marszczę brwi - Lotta? Jesteś? To ja, otwórz, przyszły mi zdjęcia z La Palmy, chcesz zobaczyć? Jeszcze nie otwierałem, czekałem na ciebie - mówię przez drzwi, pukając w nie palcami, w oczekiwaniu aż otworzy. Właściwie nie dopuszczam do siebie innej opcji, a co więcej czuję wewnętrznie, że nie mogę doczekać się tego spotkania. Na samą myśl serce zaczyna mi szybciej pompować krew, a oczami wyobraźni widzę jej uśmiechniętą twarz, jak mówi mi, że podobnie jak ja już nie mogła się doczekać aż mnie wreszcie zobaczy.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

La Palma zniknęła.

Wraz z powrotem do Toronto Charlotte mimowolnie poszukiwała wzrokiem Williama. Za każdym razem kiedy mijała go na klatce, serce zaczynało bić jej szybciej. W końcu jej ciało jeszcze pamiętało ostatni dzień wakacji, spędzony na turlaniu się wśród pościeli. Zapach jego skóry, czułe i namiętne pocałunku. O ile naprawdę za nim tęskniła, tak czekała na jakiś znak, kontakt. Inicjatywę, że nie tylko dla niej wyspa zmieniła coś w ich relacji. Powroty do mieszkania wydawały się jej samotne, nawet jeśli koty wraz z psami zwalały się jej na głowę i chorowały na mamiozę. Wzrok mimowolnie uciekał jej w stronę drzwi.
Jeden ze spokojniejszych wieczorów przewracała się na łóżku, przeglądając tiktoka. Zjeżyła się cała, widząc w telefonie kumpla Willa i go. Biorącego ślub. William pierdolony Patel, chociaż czy nazwisko dalej się zgadzało? Jej nie mógł obiecać wierności, za to z kumplem postanowił wziąć ślub. Zerwała się z łóżka, idąc do pierwszego, lepszego klubu. Niezobowiązujący kutas musiał ją wyleczyć. Trafiła do łóżka z jednym, drugim, trzecim, a gdy tylko zamykała oczy dalej widziała go. Kurwa, po co były te wszystkie cholerne uczucia? Nawet nie byli razem, nic sobie nawzajem nie obiecywali. Poczuła się z d r a d z o n a . Wcześniej chciała go zobaczyć, ale ten jeden fakt wydawał się wszystko zmienić. Wszyscy, którzy uważali go za dupka, mieli rację. Zbiłaby z nimi teraz piątkę. Nie był on mężczyzną dla niej, a po jej ciele przechodziły dreszcze, kiedy tylko pojawiał się w pobliżu. Nie chciała go widzieć, znać, a tym bardziej z nim rozmawiać.
Za każdym razem przyśpieszała, idąc przez klatkę. Tego dnia nie wyglądało to inaczej. Przeszła nim huragan, po czym zaczęła witać się z milusińskimi. Kotem, samoyedami... dlaczego kocur miał jego oczy? Czy wszystko musiało jej o nim przypominać? Wtuliła się z dwa psiaki, atakujące ją z pełną miłością. Chociaż w nich potrafiła odnaleźć szczęście.
Spięła się, słysząc pukanie do drzwi. Czy niewystarczająco go unikała, że postanowił się tu pojawić? Czekałem na Ciebie? Ohh, naprawdę? Czekał? Wziął ślub, zniknął, a przez całe tygodnie się do niej nie odezwał. Oparła się o drzwi. Udawanie też wchodziło w grę. Tyle że psy już zdążyły ją zdradzić, rozpoczynając serenadę szczekania, tak charakterystyczna tylko gdy była w domu.
Spierdalaj Patel — krzyknęła przez drzwi. Jej nie obieca wierności, ale za to kumplowi już tak —leć konsumować swoje małżeństwo — zaśmiała się gorzko. Była żałosna.

:william:
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Na początku się dziwię, ale jak mówi o małżeństwie to bardzo szybko dochodzi do mnie, że ona już wie. Nie mam pojęcia czy z internetu, czy może od baby z warzywniaka, ale chyba po cichu liczyłem na to, że Charlotte będzie jedną z tych osób, które jednak nie dowiedzą się o tym co się zdarzyło w Las Vegas - Co? Poważnie wkurzasz się o to? Przecież to - tylko skrajnie absurdalna pijackonarkomańska akcja - nic - dla mnie może i nic, a dla niej najwidoczniej jednak coś. Znowu ciągnę za klamkę, ale dalej nie puszcza, więc zaczynam się już trochę irytować - No weź - chociaż tłumaczenie się z tamtego aktu bycia totalnym chlorem wcale mi się nie uśmiechało, to jednak czułem jakąś wewnętrzną potrzebę, żeby jej to wyjaśnić. Tylko może nie na klatce. Znowu próbuję dostać się do środka, ale znowu misja zakończona niepowodzeniem, więc w złości, która sprawia, że krew buzuje w żyłach jeszcze bardziej intensywnie, uderzam o drzwi - Dobra, jak chcesz! - rzucam i może usłyszeć moje kroki, jak idę przez korytarz do siebie, tylko wracam dosłownie za chwilę, znowu ciężko podchodząc pod jej drzwi - To sam sobie otworzę! - ja mam w cygańskich genach umiejętność otwierania wszystkich zamków świata i teraz też próbuję rozbroić ten, który mi stanął na drodze, ale coś słabo mi idzie. Może po drugiej stronie jest wepchnięty klucz, a może trzyma zasówkę, żebym za żadne skarby nie mógł dostać się do wewnątrz. Przeklinam pod nosem. Na domiar złego na schodach pojawia się jebany Carl, który staje jak wryty jak widzi co ja właśnie odpierdalam - Co ty robisz?... - pyta durnowato, na co odpowiadam od razu - Włamuję się, kurwa, a co? Nie widać? - Carl unosi wysoko obie brwi, potem je marszczy i mnie informuje, że jak w tym momencie nie przestanę i nie wrócę grzecznie do siebie to on dzwoni na policję, nawet wyjmuje telefon, żeby pokazać, że wcale nie żartuje, a ja na moment zaprzestaję zabawy z zamkiem i wbijam w niego spojrzenie. Przez chwilę po prostu gapimy się na siebie, ale jak zaczyna wybierać numer alarmowy to odpuszczam i unoszę ręce w geście kapitulacji - Dobra, już przestaję, zadowolony? - wzdycham ciężko, odwracając się, żeby zniknąć we wnętrzu własnego mieszkania. Ale nie odpuszczam, bo jakbym teraz odpuścił to nie nazywałbym się William Nicholas Patel-Noriega. Jest jeszcze jeden sposób na to jak się dostać do sąsiedniego mieszkania. I jest trochę szalony. Ale być może skuteczny, w najgorszym wypadku skręcę sobie kark. Dużą kopertę ze zdjęciami chowam sobie od tyłu w spodnie i przykrywam koszulką, żeby na pewno mi nie wypadły, po czym wychodzę na balkon. Wychylam się przez barierkę, przez ułamek sekundy obliczając swoje szanse na powodzenie. Gzyms był szeroki, tak mniej więcej na pół stopy i to takiej w rozmiarze czterdzieści cztery, a dzielił nas przecież tylko kawałek. Potem jeszcze jeden balkon pustego mieszkania między nami, kolejny kawałek gzymsu i już jestem u Kovalski. Jak nie będzie chciała mnie wpuścić od tamtej strony to zawsze mogę zagrozić wybiciem szyby. Albo naprawdę ją wybić, chociaż tego wolałbym jednak uniknąć. W każdym razie wchodzę na barierkę, po czym powoli, ostrożnie wstępuję na gzyms, łapię się każdej najmniejszej wypukłości wystającej ze ściany, albo parapetów, a przede wszystkim nie patrzę w dół i jakimś cudem udaje mi się dostać na pierwszy balkon. Poszło całkiem gładko, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to wcale nie takie trudne. Pełen dobrych myśli wchodzę na gzyms, mając przed sobą ostatni jego kawałek i wtedy zaczyna się wszystko jebać. Z ulicy dochodzi do mnie czyjś głośny krzyk - JEZUS MARIA!! Niech panie nie skacze! Życie jest za piękne żeby kończyć je w taki sposób!! - w tym momencie popełniam największy możliwy błąd bo patrzę w dół i sobie uświadamiam co ja właśnie odpierdalam. A odpierdalam kurewsko zjebaną rzecz. Kręci mi się w głowie i dosłownie w ostatniej chwili łapię się jakiegoś kabla, który biegnie po budynku, ale jeden z moich klapków spada właśnie w dół, na chodnik, na którym zbiera się coraz większy tłum gapiów. Wszyscy krzyczą żebym się jeszcze zastanowił czy aby na pewno chcę umierać w ten sposób? Tylko, że ja w zasadzie wcale nie chcę umierać. Z góry kolejne krzyki, bo któryś z sąsiadów wychyla się przez okno i drze mordę - Panie, co pan! Kabel od internetu mi pan urwiesz! - w duchu się modlę, żeby ten kabel jednak wytrzymał, bo jak spadnę na beton to na bank się zabiję. A to nie jest odpowiedni dzień na umieranie.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przecież to nic. Tylko złożenie sobie obietnicy na całe życie, że będzie się ze sobą na zawsze, w zdrowiu i chorobie, w biedzie i nędzy. Nie mogła mu uwierzyć w takie tłumaczenia. Ba, jeszcze mocniej nie chciała go wpuścić do domu. Miała go serdecznie dosyć. Cokolwiek do niej mówił kłamał. Z mężczyzną był w stanie obiecać sobie wszystko. Pierdoliła fakt, że był on jego kumplem. Może i z nimi też się zabawiał.
Siedziała pod drzwiami, biorąc głęboki oddech.
Zamek w drzwiach, zasuwka, miała dosłownie wszystko, co było potrzebne, by nie zobaczyć go w środku. Siedziała cała obrażona. Nawet to sam sobie otworzę, spłynęło po niej. Nie miał takiej możliwości, a choć chciała go zobaczyć. Musiał mieć dobre wytłumaczenie, prawda? Inaczej by nie walczył, prawda? Już się podnosiła, słysząc o włamaniu, rozmowie z Carlem. Dobrze, że akurat z nim się lubiła. Zawsze się dogadywali. Oboje byli wzorami dobrych sąsiadów. Spokojni, racjonalni i dbający o sąsiedzką atmosferę. Przede wszystkim segregujący śmieci.
Zniknął.
Tyle go było na korytarzu. Czyli miała spokojny wieczór przed sobą, aż westchnęła z ulgi. Chyba powinna dostać niedługo okres. Dawno go nie miała. Ile się spóźniał? Machnęła ręką, przecież nie było to w tym momencie istotne. Weszła do kuchni i zaczęła przygotowywać sobie drinka. Dobra, teraz pora na odchamienie się. Whiskey sour zrobione i już miała siadać na kanapie, kiedy usłyszała krzyki. {i] Nie skacz, każde życie jest wartościowe, nie chcesz tak zginąć?!!![/i] I o ile normalnie totalnie, by to olała, machnęła dłonią, tak teraz nie widziała w tym jakiegokolwiek sensu. Musiała się dowiedzieć, jaka drama pojawiła się na osiedlu. Ze szklanką whiskey wychodzi na balkon, ledwo odkłada go na stoliczek. Odwraca głowę, a tam on. Przy ścianie jej balkonu próbujący wkraść się do jej mieszkania.
Zamarła. Serce zaczęło bić bardzo szybko. Dlaczego zawsze reagowała na niego w ten sposób? Dlaczego był niemożliwy? Wpatrywała się w ciszy kilka dobrych sekund, zanim podleciała do barierki, by podać mu dłoń.
Oszalałeś?! — krzyknęła, a kiedy tylko znalazł się na balkonie, walnęła go prosto w ramię. Męska bokserka — nie możesz narażać siebie, żeby się do mnie włamać? Co ty sobie wyobrażasz?! Że będę szczęśliwa, bo postanowisz zachować się w ten sposób? I że przejdzie mi złość, bo postanowiłeś wziąć ślub z kumplem?! Kiedy mi nie mogłeś obiecać wierności?! — całe osiedle patrzy na czysty atak złości Kovalski. Nie dość, że targnął się na własne życie, to jeszcze zachował się jak totalny kretyn. Złość wychodziła jej bokiem, choć szczerze na dnie serca cieszyła się, że nic mu się nie stało.

:william:
34 y/o
Prepare for the cold
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Ze strony balkonu pojawia się Kovalski i moje modlitwy trochę zmieniają sens - z proszę żeby ten kabel wytrzymał, przechodzą w błagam, żeby nie pogoniła mnie miotłą. Najwidoczniej zostają wysłuchane, bo Charlotte wyciąga do mnie rękę, a ją chwytam ją mocno i wreszcie wbijam do niej na balkon. W jednym klapku i z taką miną jakby właśnie całe życie przeleciało mi przed oczami. Dobrze, że chociaż było niezłe. W pierwszej chwili to się dosłownie rzucam na beton i strzelam kilka Allahów, jakbym właśnie przeszedł na Islam, albo jakbym miał ochotę wycałować grunt, a potem się powoli podnoszę do pionu, chociaż kolana wciąż mam wyjątkowo miękkie. Wspieram się o barierkę żeby utrzymać pion, a Kovalski jak zwykle zaczyna się ze mną wykłócać i bije mnie w ramię. To akurat się należało, więc tylko się krzywię nieznacznie i rozmasowuję miejsce uderzenia jedną dłonią - No to trzeba było mnie wpuścić! - odpowiadam od razu, a potem jej się daje wykrzyczeć, żeby w ogóle wiedzieć o co dokładnie chodzi tym razem - Co?! I serio wkurzasz się o ślub z kumplem? - przecież jak to w ogóle brzmi? Irracjonalnie. Ktoś z dołu krzyczy - Co?! Mówcie głośniej, bo nic nie słychać! - więc wychylam się przez barierkę i wrzeszczę - Pytam czy jest zła o ślub z kumplem! - facet, który pierwszy się odezwał pokazuje mi kciuk uniesiony w górze więc chyba dotarło. Znowu zwracam się do Lotty ale na tyle głośno, żeby na dole też słyszeli, żebym potem nie musiał powtarzać - Jesteśmy już w trakcie rozwodu, bo tak się składa, że mój mąż MA NARZECZONĄ!! - podkreślam ostatnie dwa słowa, a tłum pod balkonem wydaje z siebie przeciągłe aaaahh - A ten ślub to był tylko pijacki wybryk! - dodaję, również podniesionym głosem. Sąsiad z okna opiera się o parapet i odpala papieroska, żeby także obserwować sytuację. Co mnie właściwie nie dziwi, każdy lubił dramy, a tym bardziej osiedlowe - A czy to w ogóle legalne?! - krzyczy ktoś z dołu, a ja patrzę w tłum - Ale co? Pijackie wybryki czy ten ślub? - pytam, dziewczyna drapie się po głowie - No... Bardziej to, że on ma męża i narzeczoną - to jest akurat całkiem niezłe pytanie, więc jej tłumaczę, że owszem, jest to legalne dopóki nie zechce wziąć jej w urzędzie, a potem dodaję - A poza tym, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie pomyślał o tym, żeby wziąć ślub z najlepszym przyjacielem - właściwie teraz to się bardziej zwracam do tłumu niż Charlotte, ale w dole przebiega pomruk pełen zrozumienia, że w sumie to racja, dobrze mieć przyjaciela za żonę lub męża. Odzywa się nawet ten sąsiad z góry, który spokojnie pyka sobie papieroska - Ja właściwie pobrałem się ze swoją najlepszą przyjaciółką, dziesięć lat się czailiśmy i jesteśmy kolejne pięć po ślubie. I jest wspaniale - mówi głośno, a wszyscy, którzy to słyszą wydają z siebie przeciągłe awww, bo w sumie brzmi słodko.

Charlotte Kovalski
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wyglądał niedorzecznie, kiedy postanowił kłaniać się. Mina Lotty pełna zaskoczenia i zdegustowania mówiła sama za siebie. Znowu musiała zadać sobie to pytanie. Dlaczego ona cokolwiek do niego czuła? Był paskudny, dwulicowy i co chwilę zmieniał zdanie. Wkurzasz się o ślub z kumplem? Oczywiście, że tak. Choć mina przez sekundę jej zrzedła. Jak miałaby mu to wytłumaczyć?
To raz jeszcze — zaczęła, biorąc głęboki oddech — przyszło Ci przez głowę, że nie chcę się z Tobą widzieć?! — jeszcze głośniej uniosła głos, by nie miał jakichkolwiek wątpliwości. Była wkurwiona, choć to wręcz lekko powiedziane. Nic jej tak nie irytowało, a gdy słyszy dźwięki z dołu, to cała się wzdryga.
Tak — odpowiada całkiem szczerze, a na kolejne wytłumaczenia parska głośnym śmiechem. Czy Ci ludzie w ogóle się słyszeli? Legalność? Ślub z najlepszym przyjacielem? Nie mogła się powstrzymać. Ludzie na dole byli warci Williama naprawdę. Aż by im zaklaskała, ale zamiast tego chwyta barierkę i patrzy wprost na nich. Teraz sąsiedzi na sto procent ją zapamiętają.
Stanęlibyście po mojej stronie!! — były tam też kobiety, które pokiwały głową. Czyżby kobieca solidarność jajników miała szansę wygrać? Oby, bo zaraz przedstawi kwestię zapomnianą przez Patela — cały czas się kłócimy, a jak już dochodzimy do jakiegoś sensownego rozwiązania, to on mi mówi, że nie może mi obiecać wierności!!! — pomruk tłumu dało się usłyszeć z dołu. Ktoś krzyczy, że ma wariata na balkonie — mogę być zła o kumpla, skoro ja nic dla niego nie znaczę! — przeniosła wzrok na Billy'ego i wtedy zdała sobie sprawę. Spierdoliła całą sprawę.
O kurwa, powiedziałam to — mruknęła, zasłaniając własne usta dłonią. Nie powinna tego mówić, ani komukolwiek komunikować. Wręcz czuła usilny ścisk żołądka, który w żaden sposób nie chciał jej przejść. Wolałaby nie wiedział. Mogłaby znowu wyjechać, by raz a porządnie się od niego wyleczyć. Pierwszy raz zdała sobie sprawę z własnych uczuć.
Poza tym wypierdalać stąd, koniec tej szopki — niemalże robi się czerwona jak burak — i po chuj tu przylazłeś, co? — warknęła, biorąc drinka, by wejść do środka z trzaskiem drzwi. Nie czekała na niego, ale też nie zamykała drzwi na siłę — pijackie wybryki? — dopytała, unosząc jedną ze swoich brwi ku górze. Coś jeszcze było pijackim wybrykiem? — to La Palma była jednym, wielkim, nic nieznaczącym wybrykiem w takim razie — skoro coś tak poważnego jak ślub nim było, to co się zadziało na wyspie też. Inaczej nie byłaby w stanie tego wytłumaczyć. Pierdolony William Patel zabawił się z nią i szukał kolejnej porcji rozrywki, a Lotte coraz poważniej go traktowała — skoro po pijaku nic nie znaczy ślub, to seks, pocałunki i troska tym bardziej — albo wspólne oglądanie waleni, oglądanie razem gwiazd, kąpiel w basenie. Wszystko było kłamstwem — możesz już wracać do siebie? — westchnęła ciężko, bezsilnie. Musiała napić się więcej. Mogła go wpuścić, pośmiać się i wypuścić. Wtedy sprawa byłaby prostsza. Nie odsłoniłaby się.

:william:
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”