ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

#3
trigger warning
wulgaryzmy, używki, przemoc, krew, próba użycia broni
Wijąc się na rurze w VIP-owskiej sali, w podziemiach Emptiness, powinna być w d z i ę c z n a.
Powinna czuć się zaszczycona, bo przecież nie każda z tancerek miała szansę się tam znaleźć. Nie każda schodziła na dół, nie każdej pragnęli ci, którym najbezpieczniej było nie patrzeć w oczy.
A jednak wcale nie czuła, że jej się poszczęściło. Czuła natomiast ból wywołany ciasno zawiązanymi stripami, na których w każdej chwili mogła skręcić sobie kostkę.
Czuła na sobie przeszywający wzrok. Śledził każdy jej ruch, sunąc po drobnym ciele – od piersi, których koronkowy materiał biustonosza praktycznie nie zakrywał, po płaski brzuch i jędrne pośladki.
Początek zawsze wyglądał tak samo. Zanim ściągnęłaby z siebie skąpą bieliznę, zostawiając na skórze wyłącznie błyskotki, musiała najpierw trochę pokokietować. Ale Liz tamtej nocy w ogóle się nie starała. Nie uśmiechała się, nie wdzięczyła – przypominała raczej mechaniczną lalkę, która z miną naburmuszonego kociaka po prostu robiła swoje.
Na czarnej, skórzanej kanapie otaczającej podest siedziało trzech mężczyzn. Dwóch całkiem zwyczajnych jak na to miejsce, niewyróżniających się z tłumu. I trzeci, który między nimi wyglądał jak ten, który miał najwięcej do powiedzenia. Mimo ramion luźno rozpostartych na oparciu sofy, jego mina nie wyrażała rozluźnienia. Ściągnięte, gęste brwi jeżyły się coraz bardziej, a oczy wlepione w Lizzie iskrzyły gniewnie, gdy raz po raz wykonywała obrót.
Kręciło jej się w głowie. Wciągnięta kilka godzin temu kokaina dawno przestała działać. Teraz czuła już tylko męczący zjazd.
Dosyć. — Rozległo się donośnym, ostrym głosem, przebijającym dudniącą muzykę.
Przestała owijać się wokół rury dopiero w momencie, gdy kątem oka zauważyła podniesioną dłoń mężczyzny.
Jazda stąd — powiedział z obcym akcentem, pstryknięciem palcami wskazując drzwi.
Lizzie zareagowała instynktownie; zadziorny charakter zdominował zmęczony i przyćpany umysł. Prychnęła głośno, zanim lekko chwiejnym krokiem zeszła ze sceny, podchodząc tuż pod kanapę. Wygięła się, bezceremonialnie opierając dłońmi o uda głównego z mafiozów.
To po chuj marnujesz mój czas? — rzuciła słodko i uśmiechnęła się pewnie.
Ta pewność szybko zniknęła. Cwany uśmieszek zastąpił grymas bólu, gdy sprowokowany gangus gwałtownym chwytem szarpnął dziewczynę za włosy, z impetem przyciskając jej twarz do ławy przybrudzonej białym proszkiem.
Syknęła, nierównomiernie łapiąc powietrze przez usta. Uderzenie było tak mocne, że na kilkanaście sekund ją zamroczyło. Szum w uszach mieszał się z klubowym basem. Poczuła przystawioną lufę do tyłu głowy.
— Dziwka skacze?!
Leżysz, suko. Powtórz to.
Kilka męskich głosów zlewało się w jeden. I gdzieś w tym całym chaosie usłyszała też wołanie, żeby sprowadzić Madoxa. Albo tylko jej się wydawało?
Jęknęła cicho. Strużka ciepłej krwi spływała Lizzie z nosa na górną wargę.

Madox A. Noriega
Ostatnio zmieniony czw maja 07, 2026 7:28 pm przez Lizzie Bell, łącznie zmieniany 1 raz.
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

047.
She danced like trouble
and talked like she wanted more of it.

trigger warning
przekleństwa
Madox siedział w biurze układając nowe grafiki, ściągnął kilka dodatkowych giwer do ochrony, bo ostatnio w Emptiness robiło się niebezpiecznie, co prawda to za jego sprawą, ale odbijało się to też na reszcie załogi.
Sekcja VIP była niedopilnowana od kiedy on zwolnił Maddie. Chociaż już prowadził negocjacje z Pati wymieniając z nią wiadomości, ale póki co... Dzisiaj. To przecież on był odpowiedzialny za klientów specjalnych, dlatego kiedy Laura nieśmiało zajrzała do jego gabinetu informując go, że jest potrzebny na dole, to zwlókł się ze swojego szefowskiego fotela, okrążył biurko robione na specjalne zamówienie z Lapacho i już schodził metalowymi schodkami na dół zagadując Laurę.
- Kto kurwa tym razem? - rzucił, a latynoska się spięła, obejrzała na niego przez ramię.
- Lizzie - rzuciła krótko. Noriega się skrzywił. Lubił Lizzie, bo była pyskata, nie pozwalała sobie wejść na głowę, ale kurwa... Na palcach obu rąk nie zliczyłby ile razy ten jej cięty język sprawiał mu już problemy. Czy to dzisiaj był ten dzień, kiedy miarka się przebrała?
- A klienci? - zapytał zanim jeszcze ruszył do drzwi prowadzących do podziemia klubu, patrząc przez ramię na Laurę, która została za barem.
- Diego... - odpowiedziała, a Madox przyspieszył kroku.
Tak szybko to on jeszcze chyba nie pokonał tych schodów prowadzących w dół, nigdy.
Wszedł do sali VIP, a kiedy jego ciemnym oczom ukazał się widok Lizzie z głową przyciśniętą do stolika i wycelowaną w nią bronią, to się skrzywił. Ściągnął do siebie brwi, ale to groźne spojrzenie wbił... w tancerkę, bo zaraz przecież podszedł do trzech facetów, Latynosów swoją drogą, najpierw przybił piątkę z jednym, potem z drugim, aż w końcu stanął i przed trzecim, tym, który w dłoni dzierżył spluwę.
- Diego cabron, możesz nie celować w łeb mojej tancerki? Wiesz jak ciężko znaleźć taką, która chce tutaj przed wami kręcić dupą - rzucił a facet przeniósł na niego spojrzenie, ale nie cofnął ręki. Przesunął zimną lufą po karku dziewczyny, odgarniając z niego ciemne kosmyki.
- Madox amigo, pyskate te twoje harapos - drugą rękę wystawił tak, żeby ścisnąć dłoń Noriegi.
- Wiesz... bo ja lubię pyskate, picante, to takie zatrudniam - odpowiedział Madox łapiąc spojrzenie Lizzie. Diego w końcu schował pistolet za pasek. A Bell mogła się podnieść. Ale Madox aż pokręcił głową, kiedy widział wzbierającą w niej złość. I teraz on gotowy był do niej doskoczyć, jak ten dziki kot, gdyby miała zamiar znowu pyskować.
Do jego przyjaciół, jak się okazało.
- Lubię takie zadziorne... Może jeszcze dam jej szansę? - Diego przesunął spojrzeniem po dziewczynie, a potem bezczelnie podniósł palec do swojego nosa - ubrudziłaś się... Doprowadź się do porządku - rzucił, jakby on tutaj wydawał rozkazy.
Noriega skinął głową, liczył na to, że Lizzie tym razem się posłucha...
Ale czy to zrobi?

Lizzie Bell
29 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

trigger warning
wulgaryzmy, używki, przemoc, krew
„Diego cabron, możesz nie celować w łeb mojej tancerki?”.
Przeszedł ją niekontrolowany dreszcz, gdy poczuła na szyi zimną lufę. Pomyślała, że miała szczęście – pojawił się Madox. Co złego mogło się stać? Ale Noriega wcale nie zachowywał się tak, jakby lada moment miał wyrzucić trzech facetów z Emptiness. Kojarzyła parę hiszpańskich słówek, jak większość z pracujących tam dziewczyn. Skoro napakowany Latynos ze spluwą był jego znajomym, właściwie bardziej od szczęścia miała przejebane.
Złapała wzrok Madoxa, patrząc na niego jak zbity pies. Oczy Lizzie zaszły łzami; za wszelką cenę starała się tam nie rozpłakać. Czuła złość i upokorzenie, dlatego gdy w końcu pokracznie się podniosła, z nadmiaru emocji zaczęła się trząść. Wysokie na piętnaście centymetrów szpilki wcale nie pomagały.
„Ubrudziłaś się…”.
Skinięcie Noriegi jedynie bardziej ją wzburzyło. Nie tego się spodziewała, nie tego w tamtym momencie potrzebowała – jakby to była Liz wina, że typ chciał przestrzelić jej głowę!
Oczywiście, że to była jej wina.
Spierdalaj! — wrzasnęła do Diego, następnie wlepiając wkurzone spojrzenie w Madoxa. — Zrobisz coś?!
Nie cofnęła się, nie skuliła pod siebie, zamiast tego wyskoczyła z ręką do tego, który przed chwilą przyciskał ją do blatu.
Jeszcze raz mnie, kurwa, dotknij!
Przesunęła wierzchem dłoni pod nosem, rozmazując spływającą krew. Zrobiło jej się niedobrze. Na prawym policzku Bell odcisnęło się trochę rozsypanego proszku ze stołu.
Cállate la boca! — Diego wskazał na nią palcem. — Żadnej szansy, mierda. Ucisz ją, Noriega, albo ja to zrobię — warknął, znowu przyciągając ją do siebie za włosy. — Za mało przyćpałaś, puta?!
Drugą ręką wyjął z kieszeni spodni woreczek z czymś, co mogło być wszystkim. Kokainą, amfetaminą, mieszanką wybuchową. Przysunął go do nosa Liz, mocno trzymając za kark.
Przestała kalkulować jak bardzo powinna mieć przesrane, ale nie każdy zbijał sobie z Madoxem piątki, prawda?
Puść mnie, kurwa! Puszczaj… — Chciała krzyknąć, a wyszło z tego coś na wzór żałosnego jęku. Nie mogła się wyrwać, chociaż przez chwilę próbowała. — Madox!
Starała się nie myśleć o jego ciemnym spojrzeniu, które powinno być jasnym przekazem: ogarnij się, albo ja będę musiał cię ogarnąć. Każda inna już dawno posłusznie przestałaby się rzucać.

Madox A. Noriega
Ostatnio zmieniony wt maja 12, 2026 2:43 am przez Lizzie Bell, łącznie zmieniany 1 raz.
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i przemoc
Kiedy Bell wbijała w niego spojrzenie, coraz bardziej szklące, to Madox tymi swoimi czarnymi ślepiami strzelił w sufit.
Jeszcze tego kurwa brakowało, żeby się tutaj popłakała. A Noriega nienawidził łez, i to nie dlatego, że na niego działały... Chociaż... niemiłosiernie go to wkurwiało. Taka słabość, kiedy przecież Emptiness było miejscem, gdzie trzeba było być twardym.
I on też taką twardą ręką przecież powinien tutaj rządzić. A nie uginać się pod spojrzeniem tancerek. Nie ta, to inna.
Nawet nie ruszył się z miejsca, kiedy Lizzie dźwigała się do góry na niebotycznie wysokich szpilkach, nie był jej matką, chłopcem, czy kurwa opiekunką. Był jej szefem.
Dlatego skinął głową, żeby poszła się ogarnąć, ale przecież czuł pod skórą, że ona tego nie zrobi. Kurwa. Postawiłby na to stówę.
I kiedy kazała Diego spierdalać, Madox skrzyżował ręce na piersi.
- Mam cię stąd wyjebać Lizz, czy zawołać chłopaków, żeby to zrobili za mnie? - rzucił kiedy zapytała go, czy coś zrobi.
Bo co miał zrobić? Może gdyby to byli makaroniarze, albo ruscy, to by do nich skoczył. Dla rozrywki, dla sportu, dać komuś po gębie. Ale Latynosi...
Jeszcze Diego, jego przyjaciel.
Przecież Madox uczulał cały personel, że nawet wśród klientów VIP są ci ważniejsi.
Nie ruszył się z miejsca, kiedy Bell znowu się wydzierała. I kiedy Diego szarpnął ją za włosy.
Dopiero w momencie, gdy Latynos kazał mu ją uciszyć, to przewrócił oczami, wypuścił ciężko powietrze z płuc. Nienawidził tego robić. Ale przecież Madox Noriega, który stał tutaj pomiędzy swoimi. Jeden kurwa z nich. Kolejny wściekły pies, z tymi tatuażami, złotymi łańcuchami, w kolorowej koszuli. Z ciemnymi już włosami, które odgarnął do tyłu.
Musiał...
I zaraz to on zaciskał wytatuowane palce na ramieniu Lizzie, mocno, na pewno pozostawiając na jej skórze siniaki, szarpnął ją tak, że Diego w momencie zwolnił uścisk. A Noriega już ciagnął ją za ciemne pukle, odchylając jej głowę do tyłu. Czarne już oczy przesunęły się po jej gardle, po ustach, na których ułożyła jego imię.
Madox.
- Mogliśmy to załatwić po dobroci... - warknął, wściekły pies...
Diego i jego towarzysze zawiesili na nich spojrzenie. Jakby czekali, aż to zrobi. Pokaże jej kto tu rządzi.
Nie chciał tego robić, ale jeśli nie da mu wyboru, to będzie musiał. Bo ważniejsze od jej ślicznej buzi było to, żeby Madox nie wychodził z roli. Zawsze w swojej roli. Szarpnął ją mocno w kierunku drzwi...
Chciał ją wyprowadzić. Mogli to jeszcze załatwić delikatnie, prawda?

Lizzie Bell
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”