ODPOWIEDZ
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

So kiss me and smile for me
Tell me that you'll wait for me
Hold me like you'll never let me go
'Cause I'm leaving on a jet plane
Don't know when I'll be back again
Oh babe, I hate to go



Ji - po koreańsku znaczy mądrość albo determinacja... Pytanie, jakiego zapisu użyła jej mama, kiedy nadawała jej imię. Lin - znaczy tyle, co coś pięknego albo połysk fal. Jamie chyba najbardziej lubiła interpretację swojego imienia mówiącą: "łagodny blask". Takim starała się obdarowywać Hugo przez te dwa tygodnie. Zmienił pierwszy wyjazd w coś, czego pewnie nie zapomni nigdy. Uratował ją, potem się nią zaopiekował i sprawił, że przez całe dwa tygodnie w ogóle nie musiała być tą silną Jamie, która ma własny biznes - tak, wiem, że to zabawnie brzmi w perspektywie biznesów Tremblayów...
Przez kilkanaście dni żyła we własnej bajce, której wcześniej nawet nie mogła sobie wyobrazić. A teraz siadała w prywatnym, wyczarterowanym odrzutowcu, czując się trochę, jakby tańcząc i śpiewając, wparowała do katedry, w której właśnie był koncert gregoriańskich chórów. Ale przytłaczało ją coś innego niż sytuacja niebycia na swoim miejscu.
- Dziękuję... - powiedziała do stewardessy, która przejęła od niej podręczną walizkę i zabrała ją na tył samolotu.
Zaskoczona spojrzała nad swoją głowę, ale tam nie znalazła żadnego schowka na bagaże.
- Wow... Latasz tak na co dzień? - zapytała, obracając nieco swój fotel tak, by być przodem do niego.
Dzisiaj Hugo był trochę inny. Nie to, że był chłodny albo nie zwracał na nią uwagi, ale myślami już był pochłonięty pracą i tym, co działo się w Toronto. Uśmiechnęła się smutno pod nosem, kiedy milczenie z jego strony przedłużało się, bo akurat przeglądał maile w telefonie.
Na szczęście jej uwagę rozproszył kapitan, który właśnie wyjrzał z kabiny.
- Dzień dobry Państwu... Mam nadzieję, że siedzicie wygodnie. Dostaliśmy zgodę na kołowanie, więc jak tylko skończymy tutaj procedury, to będziemy startowali.
Pokiwała głową w odpowiedzi, siadając jak grzeczna dziewczynka w swoim fotelu. Ale tutaj koło jej twarzy pojawił się kieliszek szampana, przyniesiony przez stewardessę, który przyjęła z zaskoczeniem, ale też wdzięcznością. Może nie bała się latania, ale i tak przeżywała ten lot intensywnie.
Upijając łyk, rzuciła okiem na swojego... chłopaka... przynajmniej na Bahamach.
- Proszę zapiąć pasy. - dziewczyna w zgrabnym mundurku poprosiła oboje pasażerów i chwilę potem całą maszyną szarpnął pierwszy ruch, a kapitan schował się z powrotem za sterami.
Jamie ciekawie zaglądała przez otwarte przejście, totalnie nie rozumiejąc potrzeby tych wszystkich zegarów. Ale z drugiej strony ona nawet nie potrafiła prowadzić samochodu... Ciche stukanie jakiegoś urządzenia zaczęło ją kołysać.
outfit

***


Głośne stukanie młoteczka do otwierania skorup krabów i innych owoców morza prawie całkowicie niknęło w głośnej muzyce, którą DJ puszczał właściwie na plażę. Zadziwiająca była ilość agresji, jaką rozbawieni ludzie wkładali w otwarcie szczypiec kraba... Jamie podniosła fragment skorupy i zbliżyła go do ust Hugo, żeby ten mógł spróbować, jak inaczej smakują takie rzeczy tutaj w porównaniu do eleganckiej restauracji, do jakiej zabrał ją wczoraj. Oblizała wargi z rozbawieniem i błyskiem w oczach, patrząc jak on wysysa mięso. A potem odrzuciła pusty pancerz i sięgnęła dłonią do jego ust, by wytrzeć sos z jego policzka i oblizać swój palec.
- Mam nadzieję, że dzisiaj ze mną zatańczysz? - poprosiła, przywołując na twarz tę minę, której on nie bardzo potrafił odmówić.
Całkiem szybko się tego nauczyła. Tak jak i tego, jaką kawę lubił wypić rano albo kiedy dać mu przestrzeń, żeby mógł popracować. Claudette nawet zaczęła uczyć jej jakichś podstawowych zwrotów po francusku, bo przecież nie wypada, żeby Kanadyjka nie znała drugiego oficjalnego języka swojego kraju!
Obok stuknęły szklanki pewnej pary, która świętowała tutaj swoją podróż poślubną. Dźwięk szkła przyjemnie zagrał w uszach, kiedy...
outfit

***


...naczynia wylądowały na stole naprędce przygotowywanym dla tak ważnych gości, jak pan Tremblay i jego urocza towarzyszka. Szef sali uprzejmie zagadywał na tematy, których Jamie w ogóle nie ogarniała, prócz tego, że dawno Hugo tutaj nie było i bardzo jest im miło, że przyprowadził tutaj swoją NOWĄ znajomą. Z jakiegoś powodu to słowo zabrzmiało w jej uszach troszkę dziwnie i kłująco. Bo jak to nową? To ktoś był przede mną?
Już chciała usiąść na swoim miejscu, ale Hugo ją powstrzymał gestem, po czym sam odsunął jej krzesło i pomógł zająć miejsce przy stole.
- No ładnie... - mruknęła pod nosem, nie mogąc przestać podążać za nim wzrokiem, kiedy z tym swoim królewskim spokojem siadał naprzeciwko niej. - Jeśli jeszcze dajesz kwiaty bez okazji, to jestem gotowa za Ciebie wyjść za mąż!
Dodała, na co kelner, który właśnie podawał im karty, uśmiechnął się delikatnie pod nosem, wychodząc ze swojej roli profesjonalnej elegancji. Sama Jamie lekko zachichotała, kiedy kelner odsunął się od niej, żeby odczekać na jakieś pytania i wybór wina na dzisiejszy wieczór.
- Fancy that! - dodała z uznaniem, kiedy Hugo przeszedł przez cały rytuał wyboru wina, nalania tej odrobiny, by mógł je ocenić, i wreszcie jego zgody na to, by to jej kieliszek mógł zostać napełniony jako pierwszy.
- A co się stanie, jak poplamię obrus? - zapytała żartobliwym tonem.
outfit

Hugo Tremblay
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

#3
Odchylił się lekko na fotelu i przez chwilę patrzył przed siebie - nie na nią, nie przez okno, gdzieś pośrodku niczego. Telefon w dłoni był już właściwie pretekstem. Maile przeglądał od startu, odkąd stewardessa zabrała walizkę i Jamie odwróciła fotel w jego stronę z tym swoim charakterystycznym wyrazem twarzy - ciekawskim, bezpośrednim, kompletnie pozbawionym dystansu, który większość ludzi utrzymywała przy nim automatycznie.
- Rzadko - odpowiedział spokojnie, odkładając telefon ekranem w dół na konsolę między fotelami. - Ostatnio głównie siedziałem Toronto.
Powiedział to bez emfazy, jakby stwierdzał fakt pogodowy. Ale przez ułamek sekundy coś w nim się zatrzymało na tym słowie. Rzadko. Dwa tygodnie temu nie pamiętał ostatniego razu, kiedy przez cały dzień nie sprawdził skrzynki. Teraz wiedział, że przez ostatnie czternaście dni sprawdzał ją rzadziej, niż powinien, i że część z niego nie była tym szczególnie poruszona. To było bardziej niepokojące niż same zaległe maile.
Spojrzał na nią przez chwilę, zanim wróciła twarzą do okna i kokpitu.
Przez ostatnie dwa tygodnie zdążył przyzwyczaić się do tego, że zajmuje przestrzeń w jego bezpośrednim polu widzenia. Bez wysiłku, bez strategii, bez tego rodzaju obecności, który miał cel. Po prostu była: głośna przy śniadaniu, cicha przy oceanie, śmiejąca się z rzeczy, które większość ludzi uznałaby za zbyt małe, żeby zasługiwały na uwagę. Claudette zaczęła zostawiać dla niej kawę po lewej stronie stołu, bo zauważyła, że tak jej wygodniej. Hugo zauważył to trzy dni wcześniej niż Claudette, ale nie powiedział niczego.
Toronto czekało. On o tym wiedział. I ona chyba też, bo przez ostatnią dobę jej uśmiech był odrobinę bardziej staranny niż zwykle.

***


Jego dłoń trzymała szczypce kraba z tą samą swobodą, z jaką trzymał wieczne pióro przy podpisywaniu kontraktów. Jamie podała mu kawałek mięsa bez ceremonii, jak gdyby robili to od lat, i Hugo wziął go, nie zwalniając spojrzenia z jej twarzy. Muzyka z plaży zaglądała między stoliki głośniej niż powinna, drewniane ławki były ciasne, a kelner nosił hawajską koszulę zamiast białej marynarki. Różnica między tym miejscem a restauracją z poprzedniego wieczoru była tak duża, że normalnie go by to drażniło. Nie drażniło.
Sos zostawił ślad na jego policzku, zanim zdążył zareagować, a ona wytarła go palcem z tak naturalną bezpośredniością, jakby granice między nimi po prostu przestały istnieć w pewnym momencie. Hugo przez ułamek sekundy zarejestrował własną reakcję: brak reakcji obronnej, brak impulsu, żeby się odsunąć. Żadnej z tych automatycznych korekt, które uruchamiał przy ludziach, którzy podchodzili zbyt blisko bez zaproszenia.
Obserwował, jak oblizuje palec. Odwrócił wzrok w stronę baru, dając sobie sekundę.
- Zatańczę - powiedział spokojnie.
Nie brzmiało to jak obietnica, lecz jak decyzja już podjęta, o której nie miał sensu dyskutować, bo oboje wiedzieli, że i tak skończy się tak samo. Nauczył się przez te dwa tygodnie, że tej konkretnej miny nie opłaca się ignorować. Nie dlatego, że nie potrafił, tylko dlatego, że nie chciał.
To była zupełnie inna kategoria problemu.

***


Kelner cofnął się z kartą win i Hugo skierował na nią spojrzenie ponad krawędzią karty dań. Równe, spokojne, z tym charakterystycznym wyrazem twarzy, który ludzie próbowali rozgryźć latami. Przez sekundę nie powiedział ani słowa i pozwolił, żeby żart o ślubie zawisł między nimi tak długo, ile potrzebował.
- Za mąż wychodzi się raz - odezwał się w końcu, nie podnosząc wzroku znad karty. - I raczej z lepszych pobudek niż kwiaty i odsunięte krzesło.
Kącik jego ust drgnął, minimalnie, niemal niezauważalnie, zanim zdążył to schować za szklanką wody.
Kelner wrócił z butelką i Hugo przeszedł przez cały rytuał bez pośpiechu. Obejrzał etykietę. Przyjął próbkę. Nie spieszył się, bo nigdy się nie śpieszył przy rzeczach, które warto zrobić dobrze. To był 2019 - dobry rocznik, a restauracja wiedziała co robi. Kiwnął głową i odczekał, aż kieliszek Jamie zostanie napełniony jako pierwszy, zanim pozwolił napełnić swój.
Na jej pytanie o obrus spojrzał na nią spokojnie ponad stołem.
- Restauracja wlicza to w koszty, nawet jakbyś potłukła kieliszek czy szklankę.
Odłożył kartę dań i oparł się lekko na krześle. Przez chwilę patrzył na nią z tym samym skupieniem, z którym patrzył przez ostatnie kilka dni, ale było w nim coś, czego nie dawał ludziom przy pierwszym spotkaniu. Ani przy dziesiątym. Coś, co nie miało nazwy w języku, którym posługiwał się na co dzień, i właśnie dlatego go irytowało. Hugo Tremblay był człowiekiem, który nazywał rzeczy precyzyjnie, bo nienazwane rzeczy wymykały się spod kontroli. Ta konkretna rzecz opierała mu się od pierwszego poranka na tarasie i kolejne dni nie stała się ani trochę łatwiejsza do zdefiniowania.
Toronto czekało. Maile czekały. Cały układ sił, który przez dwa tygodnie pozwolił sobie zepchnąć na drugi plan, czekał z cierpliwością kogoś, kto wie, że i tak wróci. Zawsze wracał. To była jedyna stała, na której mógł polegać od lat, że niezależnie od tego, co wydarzało się poza pracą, w końcu wracał do stołu, do liczb, do decyzji, które wymagały jego pełnej uwagi i nie interesowały się tym, co działo się po drodze.
Ale obrus był biały. Kieliszek stał przed nią pełny. I ona patrzyła na niego z tym swoim spojrzeniem, otwartym, bez strategii, kompletnie pozbawionym powodów, żeby cokolwiek ukrywać. Po spędzonym z nią czasie wiedział już, że to nie naiwność. To był po prostu sposób, w jaki funkcjonowała, i Hugo nie miał gotowego słowa na to, że kogoś takiego nie spotykał od bardzo dawna, jeśli w ogóle kiedykolwiek spotkał.
Sięgnął po swoją kartę dań z powrotem.
- Zamów co chcesz - powiedział spokojnie. - Wieczór jest długi.

Jamie Park
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Samolot powoli ustawił się na pasie startowym. Jamie cały czas patrzyła przez okno. Od tego ostatniego słowa, które Hugo powiedział: „Toronto”. Z jakiegoś dziwnego powodu nie brzmiało teraz jak dom. Z domu właśnie wyjeżdżała.
Silniki samolotu zabuczały głośniej, niż się spodziewała po prywatnym samolocie. Wyprostowała się i na moment rzuciła uśmiechem do Hugo. Właśnie odrobinkę mniej spontanicznym niż do tej pory. Odrobinę bardziej zapewniającym, że wszystko przecież gra.
Najwyraźniej pilot wywodził się z wojska, bo szarpnięcie małej maszyny sprawiło, że Jamie spięła się i odruchowo sięgnęła po dłoń Hugo, kiedy pęd samolotu zaczął wciskać ją w fotel. Koła podwozia podskakiwały na delikatnych nierównościach, ale w małym samolocie było to dla niej znacznie bardziej odczuwalne. Aż wreszcie oderwali się od ziemi i zaczęli unosić się w powietrze. A jej serce tłukło się w piersi, nie bardzo wiedząc, czy z powodu startu, czy z powodu tego, że ten nieubłaganie zbliżał ich do lądowania.

***


Huknięcie grzmotu sprawiło, że Jamie mało nie upuściła szklanki wody, którą starała się po cichu odstawić na blat kuchenny wakacyjnego domku Tremblayów. Odruchowo spojrzała w kierunku łóżka, na którym spał Hugo. Chciała sprawdzić, czy aby go nie zbudziła, chociaż burza miała na to większą szansę niż ona wymykająca się z drugiej sypialni, żeby napić się czegoś. Podeszła do otwartego okna tarasowego, czując, jak deszcz zmienia powietrze na chłodniejsze i świeższe. Lubiła upał i wilgotność, jaka tutaj panowała, tym bardziej ten niby chłód był dla niej bardziej przejmujący. Objęła się ramionami, znów ubrana w jego koszulę. Tę samą z pierwszego dnia, którą Claudette chciała koniecznie wyprać, ale Jamie jej na to nie pozwoliła. Oparła się o framugę, patrząc na rzęsisty deszcz.
Ale kolejne uderzenie pioruna i głośny grzmot zaraz za nim sprawiły, że aż podskoczyła. Przestraszona niczym mała dziewczynka odruchowo podreptała w kierunku łóżka i wgramoliła się na nie niepewnie, orientując się, że Hugo też się obudził.
- Mogę zostać? - zapytała, a kiedy otworzył swoje prześcieradło i ramiona, po prostu wsunęła się w nie, chowając się przed światem.

***


Zamknięta w jego ramionach oparła tył głowy o jego klatkę piersiową, rozsiewając zapach wanilii, karmelu i brązowego cukru wokół siebie. Kropelki potu spływały po jej szyi i dekolcie, kiedy w kolejnym gwałtownym ruchu oderwała się od niego i dała się obrócić w miarę tego, jak prowadził ich taniec. Latynoskie rytmy zdecydowanie jej służyły i do niej pasowały. Spontaniczność jej reakcji i potrzeba dotyku pasowały do tego, że właściwie nic nie ukrywała. Śmiech i radość, jaką dawały jej kolejne piruety, były zaraźliwe. A momenty, kiedy byli blisko, sklejeni ciałami, spoceni, kręcący biodrami w tym samym rytmie, były chwilami bardziej intymnymi niż sama intymność.
Jej policzek i nos ocierały się o jego pierś i szyję. Jego dłonie obejmowały jej talię i brzuch, czasem udo lub pośladek. Oddechy krzyżowały się, same pieszcząc siebie nawzajem, wirując w swoim własnym, niewidzialnym tańcu. I ten nieskrępowany, szczery śmiech dziewczyny...

***


Tak bardzo nie na miejscu w tej restauracji. Zawstydzona szybko się uspokoiła, zezując na okoliczne stoliki. Spojrzenia były różne — od tych pełnych oburzenia, przez pełne sympatii i ciepła, po kilka pełnych uznania dla Hugo. Chyba w tutejszym klubie dżentelmena jej towarzysz zyskał kilka punktów za to, jak młodą znalazł sobie towarzyszkę. Zabawne było to, że przecież przed momentem skończyła trzydzieści jeden lat, a po raz pierwszy w życiu zachowywała się trochę jak nastolatka.
Wreszcie spojrzała mu w oczy spod rzęs, które w makijażu wreszcie były wyraźnie widoczne, ładnie podkreślone kreską.
- To bardzo ładne, co powiedziałeś... - powiedziała szczerze, ciszej, nachylając się nad stołem, jakby chciała, żeby on też się do niej zbliżył.
Zmrużyła oczy, jednak wyłapując ten uśmieszek, zanim schował go za kartą.
- Ma Pan absolutną rację, Panie Tremblay. Zachowuję się infantylnie. - jej buzia spoważniała w przerysowanej formie dystyngowanej elegancji, kiedy zaczęła przeglądać z odgrywaną powagą menu.
Ale nie była w stanie utrzymać tego zbyt długo, bo jej oczy zaświeciły się na jedną z pozycji.
- Wiesz, że nigdy nie jadłam homara? - zapytała, chociaż tak naprawdę pytanie miało zabrzmieć zupełnie inaczej...
Czy mogę zamówić homara?
- Co to jest surf and turf? - dodała jeszcze ciszej, bojąc się, że ktoś obcy usłyszy jej pytanie.

Hugo Tremblay
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Poczuł jej dłoń na swojej, a jego palce zamknęły się spokojnie wokół jej palców. Patrzył przez okno na pas startowy przesuwający się za oknem coraz szybciej, i czekał, aż pilot zrobi swoje. Kiedy koła oderwały się od ziemi, poczuł lekkie zwolnienie jej uścisku, co było dla niego sygnałem, że najgorsze dla niej minęło. Nie wypuścił jednak jej dłoni, gładził ją kciukiem ciągle wpatrzony w Nassau, które zaczęło się kurczyć za oknem. Linia plaży, błękit wody, białe dachy rozrzucone między palmami. Patrzył na to przez chwilę dłużej, niż planował. Potem odwrócił wzrok i sięgnął po telefon. Praca i Toronto czekało.

***


Grzmot przyszedł nagle i był wystarczająco głośny, żeby go obudzić. Hugo leżał przez chwilę bez ruchu, orientując się w ciemności. Deszcz bił o taras równomiernie i mocno. Przez otwarte okno wpadało chłodniejsze powietrze, które zmieniło temperaturę pokoju.
Usłyszał jej kroki zanim ją zobaczył.
Nie powiedział nic, kiedy weszła. Uniósł prześcieradło i odsunął się minimalnie, robiąc jej miejsce. Kiedy się wsunęła i oparła plecami o jego klatkę piersiową, jego ramię opadło wzdłuż jej pasa spokojnie przysunął ją bliżej siebie.
Burza trwała, a on leżał bez ruchu z zamkniętymi powiekami. Za oknem uderzył kolejny piorun, a jej oddech wyrównał się szybciej niż się spodziewał.

***


Muzyka była za głośna jak na jego standardy i parkiet zbyt ciasny jak na kogoś, kto wolał mieć nad sytuacją pełną kontrolę przestrzenną. Mimo to bujał się do rytmu od dwudziestu minut i nie miał najmniejszej ochoty stąd wychodzić.
Jamie obróciła się w jego dłoniach i śmiała się z czegoś, co powiedziała do niego przez ramię, zanim rytm zabrał ją z powrotem. Jej plecy były gorące pod jego dłonią. Ciała poruszały się w tym samym rytmie z tą samą naturalnością, z jaką rozmawiała przy śniadaniu, bez wysiłku.
Hugo prowadził pewnie i bez zbędnych gestów, ale gdzieś w połowie obrotu zauważył, że przestał myśleć o tym, jak prowadzi. To było wystarczająco niepokojące, żeby to odnotować.
Jej policzek przy jego szyi. Jej śmiech przy jego uchu. Dłonie na jej talii, które nie szukały dystansu.
Nie wiedział, jak to nazwać, więc nie nazywał. Zarejestrował i zostawił bez etykiety, bo etykieta wymagałaby decyzji, a on nie był jeszcze gotowy jej podejmować.
Zamiast tego obrócił ją jeszcze raz, bo muzyka na to pozwalała, i patrzył, jak się śmieje.

***


Spojrzał na nią spokojnie ponad kartą dań, kiedy mówiła o homar­ze i surf and turf z tym charakterystycznym ściszonym głosem kogoś, kto boi się, że pytanie zdradzi zbyt dużo. W jego twarzy nie było rozbawienia ani wyższości. Po prostu odłożył kartę.
- Mięso z ogona homara jest delikatne, trochę słodkie. Najbezpieczniej zamówić z masłem na początku, żebyś wiedziała, jaki jest sam w sobie - urwał na sekundę. - Surf and turf to połączenie owoców morza i mięsa. Tutaj najczęściej homar albo krewetki z polędwicą. Dobre miejsce na pierwsze podejście do obu naraz, jeśli nie wiesz, od czego zacząć.
Wrócił do karty bo sam ciągle nie zdecydował na co właściwie ma ochotę.
Kelner pojawił się po chwili i Hugo zamknął kartę.
- Daj jej chwilę - powiedział spokojnie do kelnera, nie podnosząc wzroku.

Jamie Park
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Wpatrywała się w niego chwilę za długo, przeskakując spojrzeniem z dłoni gładzonej kciukiem na zamyśloną twarz, tak bardzo przypominającą tę z pierwszego dnia. Twarz, która nie była dla niej. Uparcie czekała, aż na nią spojrzy i coś powie, ale ten moment nie nadszedł. Więc przygryzła dolną wargę i z niechęcią uwolniła dłoń z jego uścisku. Podniosła się z fotela, kiedy skupił się na swoim telefonie, a kapitan poinformował ich, że mogą rozpiąć pasy i, dotknąwszy jego ramienia, przeszła nieśmiało na tył samolotu, by na chwilę schować się w toalecie.

***


Lekkie szarpnięcie ciała kogoś, kto zasypiał, ale nie był przyzwyczajony do oddawania kontroli, sprawiło, że sama siebie rozbudziła. Ale tylko na chwilkę, bo ziewnąwszy, obróciła się do niego przodem, przytulając policzek do jego piersi. Dłoń wylądowała na jego brzuchu, a kolano na udzie. Spała, zanim zdążył domknąć ramiona.

***


Rant sukienki uniósł się za wysoko przy kolejnym wirowaniu, które przez moment wyglądało, jakby było totalnie niekontrolowane. Ale wraz z ostatnimi taktami muzyki Jamie sama przeżywała kulminację emocji związanych z tańcem. Wpadła w jego ramiona z ostatnim wybrzmieniem trąbki. Ich spojrzenia skrzyżowały się, usta były tak blisko, oddechy krzyżowały się. W czarnych tęczówkach odbijały się światła baru, teraz przypominające trochę gwiazdy. W jego jasnych odbijała się ona. Jakby zaskoczona intensywnością spojrzenia.
Jakaś inna para, tracąca równowagę, wpadła na nich w śmiechu. Chwila przyjaznych przeprosin, pasujących tylko do ludzi, którzy zupełnie się nie znają, ale na ten moment są najlepszymi przyjaciółmi. Magia karaibskiego rumu i latynoskiej muzyki. Jutro nawet nie będą pamiętali, że wieczorem myśleli, że to przyjaźń na całe życie.
Dlatego Hugo i Jamie wymknęli się z zabawy niedługo potem, by znaleźć spokojniejsze, ciche miejsce, w którym oboje będą mogli odpocząć. W którym on będzie mógł odpocząć. Poprowadziła go z dala od zgiełku i znalazła miejsce na cyplu, niedaleko pirsu rozbijającego fale. Siadła na piasku koło niego, poprawiając materiał sukienki niczym dobrze wychowana dziewczynka. Westchnęła z zadowoleniem, ale nieco orzeźwiona chłodniejszym powietrzem, przysunęła się bliżej, opierając się ramieniem o jego ramię.
- Mamy w domu piekarnik? - zapytała, jakby to było najnaturalniejsze pytanie na świecie. - Upiekę nam jutro tort urodzinowy...
Jej głowa oparła się na jego ramieniu.

***


Podniosła nieco spłoszone spojrzenie na kelnera, po czym uśmiechnęła się w podzięce do Hugo i wypuściła powietrze z ust, dając sobie tę krótką chwilkę na dokonanie wyboru.
- Z masłem, tak? - znów spojrzała na Hugo, po czym dodała: - To poproszę...
Nie przeniosła spojrzenia na kelnera, dobrze wiedząc, że w takich miejscach to on powinien złożyć zamówienie. Za to z niekrytą przyjemnością patrzyła, jak idealnie pasował do tego wystawnego świata. Tak innego od jej małej cukierni gdzieś w Parkdale w Toronto. Wszystkie niuanse dobrego wychowania były dla niego tak naturalne, że powoli dziwnym stawało się życie bez tego. Bez odsuwanego krzesła, bez bycia pod czyjąś opieką i przewodnictwem. Jednocześnie, mimo że tak bardzo nie pasowała do tego świata, Hugo ani razu nie dał jej tego odczuć.
Uśmiechnęła się trochę zalotnie, kiedy kelner odszedł z przyjętym zamówieniem.
- This is nice... - wypowiedziała cicho, głębszym głosem i sięgnęła po kieliszek, obserwując jego usta, jabłko Adama ruszające się w rytm upijanych łyków.
Potem dłonie odstawiające kieliszek na śnieżny materiał obrusu i chwilę później delikatnie przesuwające szkło w odpowiednie miejsce.
Po raz pierwszy cisza między nimi nie była tak lekka jak do tej pory. Dla Jamie wisiała w niej chęć pogłębienia tematu, zmieszana z samokrytyką odnośnie prawa do zadawania takich pytań. A jednocześnie, kiedy jej spojrzenie wróciło na rozpięty guzik koszuli, który...

***


...zapięła tuż przed wyjściem z domku.
- Ten pasuje do Twoich oczu. - powiedziała spokojnymi, chociaż trochę niewprawnymi ruchami, wiążąc mu krawat. - Żebym Ci tylko nie zadarła jedwabiu...
Uśmiechnęła się pod nosem, przerywając czynność po to, by złapać go za ramiona i przestawić koło dużej pufy, na którą mogła się wspiąć bosymi stopami i dokończyć dzieła.
- Chociaż i tak wolałabym Cię bez krawata... Dzisiaj.
Dodała, poprawiając kołnierzyk, kiedy węzeł był już dociągnięty zaskakująco dobrze, chociaż nie idealnie. Zajrzała mu w oczy, wygładzając ramiona koszuli dłużej, niż tego wymagały. Dużo dłużej.

Hugo Tremblay
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Muzyka wybrzmiała i ona wpadła w jego ramiona całym ciałem, bez uprzedzenia. Hugo złapał ją odruchowo i przez sekundę nie wypuścił. Jej oczy patrzyły na niego z tym czymś, czego wciąż nie nazwał i czego ona najwyraźniej nie próbowała ukrywać.
Inna para wpadła na nich, zanim ta sekunda zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Wymknęli się niedługo potem.
Kiedy ona przycisnęła do niego ramię on zdecydował się na to, żeby objąć ją w pasie i wtulić w swój bok. Hugo wpatrywał się w wodę, gdzie morze rozbijało się o pale w regularnym rytmie.
- Mamy piekarnik - odpowiedział spokojnie.
Cisza, która po tym nastąpiła, była ciepła i zwykła. Jej głowa oparła się na jego ramieniu i coś w nim zwolniło bez jego zgody.
Odwrócił głowę i spojrzał na nią przez chwilę z bliska. Profil twarzy, zamknięte oczy, spokojny oddech kogoś, kto jest tu zupełnie obecny.
Pochylił się powoli, bez pośpiechu, i dotknął jej ust swoimi lekko, zaledwie muśnięciem, jakby dawał sobie i jej ostatnią sekundę na zmianę zdania. On zdania nie zmienił.
Jej usta były miękkie i ciepłe i odpowiedziały natychmiast, bez wahania. Hugo poczuł, jak jej oddech urwał się na moment, zanim jej głowa uniosła się minimalnie w jego stronę. Pogłębił pocałunek powoli, jego dłoń przesunęła się z ramienia na jej twarz, kciuk przy kości policzkowej, i trzymał ją pewnie, z tym samym skupieniem, które wnosił do rzeczy, na których mu zależało.
Smakował rumem i czymś słodszym..
Morze biło o pale w regularnym rytmie i Hugo przez chwilę nie słyszał niczego poza tym i cichym dźwiękiem, który wydała, kiedy jego usta przesunęły się leniwie, zmieniając kąt.

***


Powietrze na zewnątrz było gęste i ciepłe, ale po hałasie baru cisza wydawała się niemal fizyczna. Hugo szedł obok niej przez chwilę bez słowa. Latarnie przy ścieżce rzucały żółte plamy światła na piasek, a muzyka z baru dochodziła już tylko jako odległy bas.
Nie planował się zatrzymywać, ale zrobił to.
Odwrócił ją spokojnie, jedną dłonią na jej ramieniu, i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pochylił się i pocałował ją nie tak jak przy wodzie. Teraz zrobił to bardziej świadomie i pewnie. Jej plecy oparły się o pień palmy i Hugo nie odsunął się, tylko pogłębił pocałunek powoli, bez pośpiechu, z tą samą kontrolą, którą wnosił do wszystkiego.
Jego dłoń przesunęła się po jej boku, po materiale sukienki, wzdłuż uda i wsunęła się pod niego, obejmując pewnie jej pośladek, przyciągając ją bliżej bez pytania o zgodę, bo pytanie było zbędne i oboje o tym wiedzieli.
Przez chwilę nie było Nassau, nie było Toronto, nie było niczego poza ciepłem jej skóry pod jego dłonią i jej oddechem przy jego ustach.

***


Stał przy oknie i czekał, aż skończy. Jej palce poruszały się sprawnie jak na kogoś, kto robi to pierwszy raz na kimś innym. Kiedy wspięła się wyżej na pufie, jego dłonie oparły się spokojnie na jej biodrach. Nie powiedział nic.
Pokiwał głową w odpowiedzi na kolor krawata, nie odrywając od niej wzroku.
Jej dłonie zostały na ramionach jego koszuli odrobinę za długo. On trzymał jej biodra odrobinę za pewnie jak na kogoś, kto tylko podtrzymuje jej równowagę. Żadne z nich tego nie skomentowało.

***


Kelner odszedł i Hugo obserwował przez chwilę, jak patrzy na talerz z mieszanką skupienia i niepewności.
Posłał jej ciepły uśmiech
- Zacznij od ogona - powiedział cicho.
Odchylił się na krześle i patrzył, jak bierze pierwsze podejście do szczypiec. Kiedy materiał serwetki wylądował nie tam gdzie powinien, przesunął ją spokojnie bez komentarza.
- Widelec pod spód, obróć - poinstruował ją rzeczowo. - Mięso samo wyjdzie.
Podniósł swój kieliszek i czekał. Kiedy w końcu jej się udało i spojrzała na niego z tym charakterystycznym błyskiem w oku, kącik jego ust drgnął minimalnie.
- Masło - przypomniał spokojnie, zanim zdążyła zapytać.
Przez chwilę jedli w ciszy. Dobrej ciszy, bez potrzeby wypełniania jej czymkolwiek. Hugo obserwował ją znad kieliszka. Podobał mu sie sposób, w jaki skupiała się na talerzu z językiem lekko wysuniętym między zęby, kiedy coś wymagało precyzji.
- Szczypce zostaw - odezwał się spokojnie, kiedy zaczęła się z nimi zmagać. - Nie warto, za mało mięsa.
Odstawił kieliszek i przez moment przyglądał się jej poczynaniom. Finalnie wrócił do swojego talerza i skupił się na swoim posiłku.

Jamie Park
gall anonim
Mało co mnie rusza.
30 y/o
SPRING TIME
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Zamarła dokładnie na jedno uderzenie serca, kiedy poczuła jego ruch, a potem oddech na swojej twarzy. Nie otworzyła oczu, trochę bojąc się, że czar pryśnie, ale ona też nie zmieniła zdania. Ciche westchnienie, które wybrzmiało przy zmianie kąta i tuż przed pogłębieniem pocałunku, dla całego świata zabrzmiało jak: "wreszcie!". Dla niego było sygnałem, by pogłębić pocałunek. Dla niej dźwiękiem znikającej obawy o przyszłość. Otoczyła go ramionami i pociągnęła za sobą ze śmiechem, lądując na plecach na piasku. Odnalazła dłońmi jego buzię i przytrzymała ją tak, by spojrzeć mu w oczy. Na chwilę, bo zaraz potem skupiła uwagę na ustach i przyciągnęła go do siebie łapczywie, żądając kolejnych pocałunków...

***


Szła za nim, dając się prowadzić, trzymając go za rękę, jakby bała się, że za moment go zgubi. Od czasu do czasu musiała zrobić kilka szybszych kroków, żeby się z nim zrównać. Dalej nieco zawstydzona pocałunkami na plaży, od czasu do czasu rzucała okiem na niego. Na tyle dyskretnie, na ile się dało, badała to, co on czuje. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe. Ale tak dobrze było iść za nim tam, gdzie on prowadził.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, kiedy ją obrócił, ale widząc jego wilcze spojrzenie, cofnęła się o pół kroczku, kryjąc zaskoczenie i pragnienie za zalotnym uśmiechem. Przyjęła kolejny pocałunek. Całkowicie uległa jego gestom i ruchom, odpowiadając na nie śmiało, aż jej plecy oparły się o palmę.
- Au! - syknęła, odsuwając lędźwie od drzewa, tym samym przyciskając biodra do niego.
Na moment przerwała napiętą atmosferę, analizując spojrzeniem, na co się nadziała, ale jego dłonie szybko sprawiły, że przestało mieć to znaczenie. Głośne westchnienie było na granicy cichego jęku, kiedy poczuła jego dłoń na pośladku, a przyjemny dreszcz rozlał się po całym jej ciele. Odruchowo uniosła kolano, obejmując w ten sposób jego udo, zawstydzona swoją śmiałością. Oddawała kolejne pocałunki łapczywie, jakby była wygłodniała.

***


- Mhm... - mruknęła, skupiona na walce z pancerzem tej przerośniętej krewety.
Język między zębami zdecydowanie pomagał w precyzyjnych ruchach, jakie były tutaj potrzebne. Chrapki nosa delikatnie się rozszerzały, a jej oczy płonęły ekscytacją. O mały włos powstrzymała triumfalne "Ha!", kiedy udało jej się uwolnić mięso. Zacisnęła wargi, żeby nie pozwolić radości wyrwać się w śmiechu, ale nie patrzyła już na innych gości restauracji. Tylko na niego.
Masło
Przywołało ją do porządku i pozwoliło znów się skupić na uczcie życia, której smaku jeszcze nie znała. Ale świat na moment zamarł, kiedy poczuła go w ustach. Zmarszczyła nieco nosek, czując jędrność mięsa pod zębami. Z przesadnym skupieniem przeżuła pierwszy kęs.
- O nie... - jęknęła, jak ofiara czegoś nieuniknionego, ale tak rozkosznego. - Zakochałam się...
Spojrzała przy tym w oczy Hugo z mieszaniną rozczulenia i wdzięczności. I czymś jeszcze pod spodem. Czymś, co oboje zaczynali rozumieć, ale bali się nazwać. Więc trwali w ciszy, zupełnie niewymuszonej, zupełnie naturalnej i przyjaznej dla obojga. Każdy kęs był zaskakujący. Słodkawy, prawie kremowy, trochę morski i świeży. Zupełnie jak... Uniosła spojrzenie na niego. Jak ten czas...

***


Kiedy Jamie usiadła na kanapie z tyłu samolotu, Claudette nawet nie próbowała ukrywać przewrócenia oczami i frustracji kryjącej się za tym gestem. Spojrzała znad okularów najpierw na dziewczynę, potem na mężczyznę. Coś chrząknęła, poprawiła okulary i wróciła do swojej lektury.
- Mon Dieu... ces enfants...
Minuty dzielące ich od Toronto upływały zaskakująco szybko. Za szybko...

Hugo Tremblay
Żejmi
znęcania się i bezsensownej przemocy, przejmowania kontroli nad postacią.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”