Odchylił się lekko na fotelu i przez chwilę patrzył przed siebie - nie na nią, nie przez okno, gdzieś pośrodku niczego. Telefon w dłoni był już właściwie pretekstem. Maile przeglądał od startu, odkąd stewardessa zabrała walizkę i Jamie odwróciła fotel w jego stronę z tym swoim charakterystycznym wyrazem twarzy - ciekawskim, bezpośrednim, kompletnie pozbawionym dystansu, który większość ludzi utrzymywała przy nim automatycznie.
-
Rzadko - odpowiedział spokojnie, odkładając telefon ekranem w dół na konsolę między fotelami. -
Ostatnio głównie siedziałem Toronto.
Powiedział to bez emfazy, jakby stwierdzał fakt pogodowy. Ale przez ułamek sekundy coś w nim się zatrzymało na tym słowie. Rzadko. Dwa tygodnie temu nie pamiętał ostatniego razu, kiedy przez cały dzień nie sprawdził skrzynki. Teraz wiedział, że przez ostatnie czternaście dni sprawdzał ją rzadziej, niż powinien, i że część z niego nie była tym szczególnie poruszona. To było bardziej niepokojące niż same zaległe maile.
Spojrzał na nią przez chwilę, zanim wróciła twarzą do okna i kokpitu.
Przez ostatnie dwa tygodnie zdążył przyzwyczaić się do tego, że zajmuje przestrzeń w jego bezpośrednim polu widzenia. Bez wysiłku, bez strategii, bez tego rodzaju obecności, który miał cel. Po prostu była: głośna przy śniadaniu, cicha przy oceanie, śmiejąca się z rzeczy, które większość ludzi uznałaby za zbyt małe, żeby zasługiwały na uwagę. Claudette zaczęła zostawiać dla niej kawę po lewej stronie stołu, bo zauważyła, że tak jej wygodniej. Hugo zauważył to trzy dni wcześniej niż Claudette, ale nie powiedział niczego.
Toronto czekało. On o tym wiedział. I ona chyba też, bo przez ostatnią dobę jej uśmiech był odrobinę bardziej staranny niż zwykle.
***
Jego dłoń trzymała szczypce kraba z tą samą swobodą, z jaką trzymał wieczne pióro przy podpisywaniu kontraktów. Jamie podała mu kawałek mięsa bez ceremonii, jak gdyby robili to od lat, i Hugo wziął go, nie zwalniając spojrzenia z jej twarzy. Muzyka z plaży zaglądała między stoliki głośniej niż powinna, drewniane ławki były ciasne, a kelner nosił hawajską koszulę zamiast białej marynarki. Różnica między tym miejscem a restauracją z poprzedniego wieczoru była tak duża, że normalnie go by to drażniło. Nie drażniło.
Sos zostawił ślad na jego policzku, zanim zdążył zareagować, a ona wytarła go palcem z tak naturalną bezpośredniością, jakby granice między nimi po prostu przestały istnieć w pewnym momencie. Hugo przez ułamek sekundy zarejestrował własną reakcję: brak reakcji obronnej, brak impulsu, żeby się odsunąć. Żadnej z tych automatycznych korekt, które uruchamiał przy ludziach, którzy podchodzili zbyt blisko bez zaproszenia.
Obserwował, jak oblizuje palec. Odwrócił wzrok w stronę baru, dając sobie sekundę.
- Zatańczę - powiedział spokojnie.
Nie brzmiało to jak obietnica, lecz jak decyzja już podjęta, o której nie miał sensu dyskutować, bo oboje wiedzieli, że i tak skończy się tak samo. Nauczył się przez te dwa tygodnie, że tej konkretnej miny nie opłaca się ignorować. Nie dlatego, że nie potrafił, tylko dlatego, że nie chciał.
To była zupełnie inna kategoria problemu.
***
Kelner cofnął się z kartą win i Hugo skierował na nią spojrzenie ponad krawędzią karty dań. Równe, spokojne, z tym charakterystycznym wyrazem twarzy, który ludzie próbowali rozgryźć latami. Przez sekundę nie powiedział ani słowa i pozwolił, żeby żart o ślubie zawisł między nimi tak długo, ile potrzebował.
-
Za mąż wychodzi się raz - odezwał się w końcu, nie podnosząc wzroku znad karty. -
I raczej z lepszych pobudek niż kwiaty i odsunięte krzesło.
Kącik jego ust drgnął, minimalnie, niemal niezauważalnie, zanim zdążył to schować za szklanką wody.
Kelner wrócił z butelką i Hugo przeszedł przez cały rytuał bez pośpiechu. Obejrzał etykietę. Przyjął próbkę. Nie spieszył się, bo nigdy się nie śpieszył przy rzeczach, które warto zrobić dobrze. To był 2019 - dobry rocznik, a restauracja wiedziała co robi. Kiwnął głową i odczekał, aż kieliszek Jamie zostanie napełniony jako pierwszy, zanim pozwolił napełnić swój.
Na jej pytanie o obrus spojrzał na nią spokojnie ponad stołem.
- Restauracja wlicza to w koszty, nawet jakbyś potłukła kieliszek czy szklankę.
Odłożył kartę dań i oparł się lekko na krześle. Przez chwilę patrzył na nią z tym samym skupieniem, z którym patrzył przez ostatnie kilka dni, ale było w nim coś, czego nie dawał ludziom przy pierwszym spotkaniu. Ani przy dziesiątym. Coś, co nie miało nazwy w języku, którym posługiwał się na co dzień, i właśnie dlatego go irytowało. Hugo Tremblay był człowiekiem, który nazywał rzeczy precyzyjnie, bo nienazwane rzeczy wymykały się spod kontroli. Ta konkretna rzecz opierała mu się od pierwszego poranka na tarasie i kolejne dni nie stała się ani trochę łatwiejsza do zdefiniowania.
Toronto czekało. Maile czekały. Cały układ sił, który przez dwa tygodnie pozwolił sobie zepchnąć na drugi plan, czekał z cierpliwością kogoś, kto wie, że i tak wróci. Zawsze wracał. To była jedyna stała, na której mógł polegać od lat, że niezależnie od tego, co wydarzało się poza pracą, w końcu wracał do stołu, do liczb, do decyzji, które wymagały jego pełnej uwagi i nie interesowały się tym, co działo się po drodze.
Ale obrus był biały. Kieliszek stał przed nią pełny. I ona patrzyła na niego z tym swoim spojrzeniem, otwartym, bez strategii, kompletnie pozbawionym powodów, żeby cokolwiek ukrywać. Po spędzonym z nią czasie wiedział już, że to nie naiwność. To był po prostu sposób, w jaki funkcjonowała, i Hugo nie miał gotowego słowa na to, że kogoś takiego nie spotykał od bardzo dawna, jeśli w ogóle kiedykolwiek spotkał.
Sięgnął po swoją kartę dań z powrotem.
-
Zamów co chcesz - powiedział spokojnie. -
Wieczór jest długi.
Jamie Park