ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

001. | outfit


Nie planował nie wiadomo jakiego świętowania, no cóż nie ma co ukrywać, sukcesu. Dla niego to było wiele, zostać kimś tak szczególnym, bo jednak stanie się kapitanem w jednostce straży pożarnej - i to tej głównej w mieście! - to naprawdę coś wspaniałego. Wyróżniającego. Jakby ktoś go bardziej docenił, niż on sam siebie. Tym bardziej cieszył się, że trafił właśnie tam, mogąc znów codziennie widywać się z Riley - jakby w sumie nie robili takich częstych spotkań w prywatnym życiu, co nie. Mimo wszystko wiele tych spraw nakładało się na jedno - zwyczajnie jest szczęśliwym człowiekiem. I to w dodatku niedługo mającym urodziny, te trzydzieste czwarte, jakie na pewno zapamięta na długo.
Spotkanie z Riley i dwoma kumplami, aby wybrać się do baru i uczcić awans mężczyzny przerodził się wypad o wiele większej grupy osób. No bo jak to nie zaproszą Thomasa? A już nie mówiąc o Maggie, z jego pierwszej jednostki, która swojego czasu też się trzymała z nim i Davis?! A nie mówiąc u Rupercie, który podobno szepnął kiedyś tam słowo w poprzedniej jednostce przełożonemu, żeby dać Jamiemu szansę, a na pewno chłopak się odwdzięczy.
Tak więc - małe wyjście na miasto stało się wielkim wydarzeniem, gdzie od razu ktoś wpadł na pomysł by położyć to z imprezą urodzinową mężczyzny - prosząc, aby nie przynosili żadnych prezentów, bo nie ma żadnych oczekiwań od kogokolwiek. Po prostu chciał się wybawić i dobrze poczuć, bo po weekendzie stawia się w pracy i staje się szanowanym kapitanem. No dobra, nie będzie sztywniakiem i rozstawiał kogokolwiek po kątach, nie wyobrażał siebie w taki sposób. Nie miał zamiaru dopuścić, aby wyższe stanowisko sprawiło, że mu odbije i zacznie się panoszyć jak nie wiadomo kto.
W każdym razie! Umówili się, że wszyscy przyjdą do lokalu na konkretną godzinę, nie ustalając konkretnego miejsca schadzki, żeby razem dotrzeć do lokalu. Docelowym punktem złapania się miał stanowić bar, gdzie James pojawił się, na to wygląda, jako pierwszy. Poprawił jeszcze tylko koszulkę, żeby nie wyglądała na nie wiadomo jak pogniecioną, bo jakoś nie miał czasu na wcześniejsze jej wyprasowanie, zamawiając piwo na czas oczekiwania na przybycie wszystkich.
Najpierw była Maggie, idąca pod rękę z Michaelem, na co aż podniósł brew do góry i uśmiechnął się do ów dwójki. — Nie wiedziałem, że Wy razem… — pokazał palcem to na jedno, to na drugie, po czym się zaśmiał. — No wiesz, to nie wybiera… — odparła Maggie, zerkając na swojego partnera, po czym powróciła do Jamesa spojrzeniem.
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i gratulacje nowego stanowiska — mówiąc to, odsunęła się od Mike’a, po czym przytuliła go delikatnie i wręczyła podarunek. — Co ja mówiłem o prezentach… — wysapał lekko zniesmaczony, ale jednocześnie wdzięczny, wymieniając następnie uścisk dłoni z kumplem. — Przestań, to mały drobiazg. Jesteśmy pierwsi? — zagaiła, rozglądając się po okolicy baru, nie widząc nikogo znajomego — Zaraz pewnie przyjdzie cała reszta. Zamówić Wam coś? — zaczynał się coraz bardziej obawiać faktu, jak wiele ludzi się pojawi.
Tak się odpaliła machina, a ludzie zaczęli się schodzić, z każdym się witając, przyjmując życzenia i gratulacje, niektórzy również pokusili się o małe podarki, na co za każdym razem wzdychał przeciągle. I tak można mówić oraz prosić, żeby nikt się nie wydurniał. Dobrze, że wziął plecak, to te paczuszki chował do środka, żeby nie walały się po lokalu bezpańskie, bo jeszcze by wyszło że nie okazuje przyjaciołom i znajomym szacunku.
W końcu jednak przyszedł - dla niego - gość honorowy, bo to w końcu ona - prócz rodziców - dawała mu najwięcej wsparcia w tym wszystkim. Tej cierpliwości, ale i kopniaków w tyłek, żeby się nie poddawał i zasuwał dalej, gdy ma taką szansę i nie może jej przejść koło nosa. Uśmiechnął się szeroko na widok Riley, przepraszając wszystkich i wychodząc jej naprzeciw. — A już się bałem, że nie przyjdziesz — rzucił z rozbawieniem na powitanie. — Tylko proszę Cię, nie szalej dzisiaj, nie chcę znów spędzić połowy nocy na trzymaniu Ci włosów… — musiał wyskoczyć z małym pstryczkiem w nos, na co się cwanie uśmiechnął. — Co Ci zamówić? Pewnie coś bezalkoholowego, żeby od razu Ci pomóc w tym powstrzymywaniu się — dodał rozbawiony. No dzisiaj miał zdecydowanie szampański wręcz humor, to nie ma się co dziwić, że tak wesoło zagaduje.


riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od początku uważała, że zwyczajne wyjście na piwo z dwójką najbliższych kumpli Jamesa, to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę to, że okazja do świętowania była wyjątkowa - a właściwie to aż dwie okazje, bo były to zbliżające się urodziny mężczyzny oraz jego awans na kapitana.
Cieszyła się jego sukcesem, choć oczywiście równocześnie martwiło ją trochę to, że to do jej jednostki miał trafić. Nie pracowali ze sobą - jak mogło się wydawać - całe wieki i nie miała pojęcia czego może się spodziewać, szczególnie że od teraz miał zajmować wyższe stanowisko. Starała się jednak póki co za dużo o tym nie myśleć. Wiedziała jak ciężko na to wszystko pracował i jako dobra przyjaciółka, chciała by ten wieczór pozostał w jego pamięci na długo. Namówiła go więc na to, by uczcić to w większym gronie osób. Kto jak kto, ale Mccann zasługiwał na imprezę z prawdziwego zdarzenia! Lokal w którym się umówili był niewielki, więc wynajęcie go na ten wieczór na wyłączność nie stanowiło dla Davis większego problemu. Kilka godzin wcześniej dostarczyła też na miejsce tort urodzinowy. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że wszyscy zaproszeni goście się pojawią.
Sama niestety dotarła trochę spóźniona, ale za to - jak to ona bardzo nieskromnie uważała - wyglądając jak milion dolarów. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, widząc jak przyjaciel wychodzi jej naprzeciw, zostawiając resztę towarzystwa przy stolikach.
Nie ominęła bym tego za nic w świecie! Przepraszam, że tak późno — powitała go delikatnym uściskiem i nie odsunęła się od razu. Przechylając lekko głowę w bok, zmrużyła oczy. — Jesteś pewien, że nie chcesz? Ostatnio mogłam odnieść wrażenie, że wręcz uwielbiasz łapać mnie za włosy — mruknęła ciszej, na moment zbliżając się do jego ucha. Co prawda w innych okolicznościach, jednak tego już nie dopowiedziała. Uśmiechnęła się tylko cwaniacko, z tym typowym, niebezpiecznym błyskiem w oku i w końcu wypuściła go z objęć.
Dzięki, poradzę sobie. I nie martw się, postaram się nie popsuć ci wieczoru — odpowiedziała zaraz, ale najpierw nie omieszkała oczywiście wywrócić oczami na to jego pytanie, będące kolejnym pstryczkiem w nos. — Prezenty później, tak? — rzuciła i nie czekając nawet na odpowiedź - bo spodziewała się jego jęków i marudzenia - odeszła, by przywitać się z resztą przybyłej już ekipy Mccanna.
Na pierwszy ogień poszła oczywiście Maggie, która machała do niej już w momencie, gdy brunetka przekroczyła próg lokalu. — Jezu, Ry! Całe wieki cię nie widziałam! — wykrzyknęła obejmując Davis mocno w talii. Thomas, wymijając je, dał Riley buziaka w policzek i oddalił się w stronę baru, by powrócić niedługo potem z drinkiem w dłoni, mimo że sam trzymał już w połowie opróżniony kufel piwa.
Wódka, tonik i limonka. Dobrze pamiętam? — spytał, podając jej szklankę, na co Davis posłała mu najsłodszy uśmiech, jaki tylko była w stanie z siebie wykrzesać. — Idealnie. Dziękuję, Tommy. — odpowiedziała i od razu pociągnęła przez słomkę mały łyk, po czym przywitała się z pozostałymi gośćmi i zajęła jedno z wolnych miejsc przy stoliku. — Czekamy jeszcze na kogoś? Czy to ja jestem tą najbardziej spóźnialską?


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie ma co gadać - nie mógł nie zauważyć, jak szałowo dziś wyglądała, ale czy aby na pewno powinien jej o tym mówić i uświadamiać ją w tym, gdy widział jak pewnie i dumnie wkroczyła do lokalu, przekonana wręcz o swojej zajebistości? Nie mówiąc już o tym, iż nie wiedział ile to już razy zdążył powiedzieć Riley jak świetnie wyglądała w jednej kiecce, drugiej, trzeciej, ewentualnie w zwykłych, dosyć wytartych i wyciągniętych dresach oraz upiętym u samego czubka niechlujnym koku, a już nie mówiąc o chwilach, gdy nie ma na sobie jakichkolwiek ubrań.
Zresztą, nieświadomie pożerał ją wzrokiem w momencie podchodzenia do kobiety, zupełnie jakby w głowie powoli uwijał plan jak zaciągnąć ją na odludzie, aby nikt się nie zorientował o ich nieobecności. Co, szczególnie dzisiaj byłoby nader kłopotliwe, skoro to impreza przygotowana specjalnie dla niego, co dosyć mocno komplikuje… dosłownie wszystko. Ale czyż nie jest Jamesem McCannem - gościem, który potrafi wiele osiągnąć, jeśli tylko tego pragnie?
Bez zawahania odwzajemnił uścisk, mogąc nasycić się chwilowym wdychaniem jej perfum, którymi dzisiaj raczyła się wypsikać. Czy zrobiła to celowo, wybierając te które niejednokrotnie wspominał że to jego ulubione z całej jej kolekcji szklanych flakoników? Jeśli tak, to faktycznie dzisiaj go rozpieszczała już na samym wejściu do klubu. — Tym razem Ci wybaczę — odparł spokojnie, zupełnie jakby normą było, iż się spóźnia, a on wiecznie musi ją za to ochrzaniać. Z tej dwójki, to prędzej jemu się to zdarza, niźli Riley, ale dzisiaj jest jego święto, więc trochę planuje korzystać z okazji. Nie wypuszczając jej nadal z objęć, skoro ona również niezbyt chętnie podejmowała się wypuszczenia go ze swych ramion, miał możliwość dokładniejszego przyjrzenia się trzydziestolatce, jakby nie widzieli się szmat czasu.
Za to ją kochał uwielbiał. Za to, że nie pozostawiała również po nim suchej nitki, gdy ten zaczynał się zgrywać. Uśmiechnął się szeroko na ów uwagę, po czym muskając palcami zaczął przesuwać po jej kręgosłupie ku górze, delikatnie łapiąc za końcówki włosów Davis, pociągając demonstracyjnie, acz subtelnie. — Chyba wypadło mi to z głowy, będę musiał sobie odświeżyć nieco pamięć — szepnął wręcz konspiracyjnie, a gdy odsunęła się, stanął z szerokim uśmiechem na ustach i przyglądał się jej badawczo.
— Byłbym zobowiązany — odparł rozbawiony, wsuwając dłonie w kieszenie spodni, gdzie w sekundę humor mu się wręcz popsuł, unosząc brew w trakcie dalszego obserwowania kobiety. — Co ja mówiłem o… — urwał, widząc że odchodzi i go nawet nie słucha, na co przeklął pod nosem, pokręcił głową i ostatecznie ruszył w ślad za nią, aby ponownie znaleźć się przy wszystkich zgromadzonych znajomych.
Impreza zaczynała się rozkręcać, ludzie zaczynali coraz weselej i żywiej rozmawiać, chociaż na szczęście nie wydarzyło się jeszcze nic krzywego. Zresztą, dopiero się to wszystko zaczęło, więc raczej powinno tak być, prawda? No cóż, wiadomo że różnie to bywa i niektórzy nie potrafią się pohamować, zaczynając zabawę z grubej rury, nie patrząc na innych oraz na konsekwencje. Na szczęście to ich nie dotyczyło.
Zamiast stanąć przy Riley i jeszcze chwilę nasycić się jej przybyciem, postanowił od razu przejść do części lokalu, gdzie znajdował się stół z wyżerką - chciał dać przestrzeń, aby mogła się przywitać choćby z Maggie, która rzuciła jej się wręcz na szyję momentalnie, gdy tylko on sam ją wypuścił z własnych ramion. Usiadł sobie na wyznaczonym dla niego miejscu, rozmawiając z siedzącym obok Casperem o tym, że naprawdę zasłużył sobie na to zostanie kapitanem i wie, iż będzie mu świetnie szło. Słuchał go, odpowiadał, chwilę konwersowali, niemniej w międzyczasie nie spuszczał spojrzenia z Riley, jakby serio nie widzieli się szmat czasu i próbował ją na nowo zapamiętać, utrwalając obraz jej osoby w pamięci.
Po chwili wszyscy zebrali się wokół strategicznego miejsca klubu, w tym i spóźnialska Davis. — Wraz z przybyciem Pani Punktualnej zebraliśmy już wszystkich — odparł z rozbawieniem, po czym odchrząknął i wstał ze swojego miejsca, biorąc w dłoń kieliszek z - prawdopodobnie - szampanem. — Dziękuję Wam wszystkim za przybycie, chociaż naprawdę nie planowałem robić z tego nie wiadomo jak wielkiej hecy. Ale z drugiej strony, gdy tak zacząłem się zastanawiać nad tym wszystkim to faktycznie - każdy z tu siedzących przy tym stole na swój sposób przyczynił się do tego, iż jestem tu, gdzie jestem. Może wszyscy nie mieliście okazji się poznać wcześniej, niemniej myślę, że dzisiaj będzie ta idealna okazja do tego, aby stworzyć fajną paczkę tutejszych strażaków, którzy będą na przestrzeni lat się wspierać i wspólnie działać — cholera, a co mu się tak nagle na jakieś przemowy zebrało? Niemniej uśmiechnął się i przesunął spojrzeniem po wszystkich zebranych. — Dziękuję jeszcze raz za to, że przyszliście i mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Na tym kończę, bo zaczyna mi to kapitowanie powoli wchodzić w krew, bo odwalam jakieś przemówienia — zaśmiał się sam z siebie, po czym uniósł naczynie i zainicjował toast, aby rozpocząć tą imprezę tak oficjalnie. Na koniec zawiesił i nawiązał chwilowy kontakt wzrokowy z siedzącą na wprost Riley, do jakiej posłał ponownie jeden ze swych firmowych uśmiechów.
Wtedy też nagle Maggie wstała ze swojego krzesełka - tuż po tym, gdy James usiadł na swoim. — Mamy za to dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Miało nie być prezentów, jak sam widzisz nie jesteśmy grzeczni i się nie słuchamy. Więc… nie posłuchaliśmy się w czymś jeszcze — mówiąc to, szybkim ruchem ręki pokazała barmanowi znak. Ten zerwał się, by po chwili wejść do sali z tortem (w motywie strażackim, żeby było zabawniej), na jakim są zapalone świeczki. Jamie totalnie zdurniał, patrząc tępo to na ciasto, to na mówiącą kobietę. — Ale chyba oszczędzimy Ci śpiewania sto lat — odparła z uśmiechem, gdy obsługa postawiła tort na przygotowanym wcześniej miejscu na stole, na które jakoś zbytnio nie zwrócił uprzedniej uwagi, że jest taka pustka pozostawiona. Westchnął przeciągle i pokręcił głową rozbawiony. — No i co, mam teraz zdmuchnąć świeczki? — czuł się trochę jak pięciolatek na swoim kinder urodzinowym party, ale nie można powiedzieć iż nie zrobiło mu się miło na serduszku. Za moment rzeczywiście dmuchnął i zgasił płomyczki, a wtedy - no zupełnie jak na tej zabawie dla dzieciaków - wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Boże, co za durnie jednak!

riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”