ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

III.

Trapped in purgatory
A lifeless object, alive



Piekło od zamierzchłych czasów wzbudzało strach i fascynację. Ludzie, obawiając się potępienia, odsuwali od siebie swoją ciemną stronę, wyrzekając się jej i oszukując samych siebie. Poprzez chodzenie do kościoła, wysłuchiwania kazań księży i spowiedź, wierzyli w odkupienie i zmycie ze swojej duszy grzechów przy pomocy kilku kropel wody święconej i słów boskiego posłańca... Obrazy potępienia, śmierci i diabelskiej obecności przez wieki zatruwały ludzką wyobraźnię, aż piekło przestało być tylko symbolem. Stało się niemal namacalną rzeczywistością. Czeluścią pełną ognia i ciemności, do której trafiają dusze napiętnowane złem. Czasem wystarczy jeden zły wybór, by przypieczętować swój los i do końca życia mierzyć się z konsekwencjami podjętej decyzji. Bóg cię rozliczy za twoje grzechy, za to, co zrobiłaś, zostaniesz potępiona.
Za dużo razy straszono ją piekłem, by zaczęła brać te groźby na poważnie.
Dłużnicy, z którymi obcowała, będąc jeszcze członkinią gangu, lubili zasłaniać się bogiem i spychać swoje niewielkie grzeszki na sam koniec świadomości. Łatwiej rozliczało się czyjeś przewinienia niż swoje własne. W końcu w obliczu większego ⁣zła⁣ to mniejsze nagle przestawało mieć znaczenie — bzdury. Każda podłość zostawiała rysę na duszy i pozbycie się jej było niemożliwe. Słyszała czcze gadanie, coś o odkupieniu zyskanym poprzez przebaczenie samemu sobie. Isobel tak nie uważała. Zdaniem ciemnowłosej dziewczyny droga do odkupienia wiodła przez ogień i zniszczenie. Zmierzenie się z własnym sumieniem i lękami nie miało nic wspólnego z odkupieniem win. Raczej ze świadomością swoich czynów, pogodzeniem się z nimi i odnalezieniem własnej drogi przez pogorzelisko pełne krwi, popiołów i ruin. Odrzucała wiarę w piekło jako w miejsce. Dostrzegała je tutaj, na ziemi, między ludźmi. W miejscu, w którym byli wszyscy, ale każdy toczył batalię ze swoją moralnością. Niewielu wpadło na pomysł, że prawdziwe zło czaiło się w ludzkiej podświadomości, nie w miejscu wymyślonym przez twórców Biblii i zobrazowanym przez malarzy.
Uświadomiła to sobie już dawno temu. Czymkolwiek było to, co czekało na nią po drugiej stronie, będzie musiała się z tym zmierzyć. Własne sumienie potrafiło przytłoczyć. Podobnie jak wspomnienia i przeszłość, którą chciało się zostawić za sobą, ale ona zawsze wracała. Przychodziła pod osłoną nocy, jako sen, albo w ciągu dnia, jako przedmiot działający niczym zapalnik do sumienia. W teorii Isobel zostawiła ten zły czas za sobą. Wyjechała z poprzedniego miasta, by zacząć od nowa. Domknęła wszystkie sprawy i zadbała o to, by zamknąć za sobą ten tragiczny rozdział. Nie odczuwała czegoś takiego jak żal czy tęsknota. Miała to gdzieś. Nie zależało jej na powrocie; właściwie nie zależało jej na niczym. Przeprowadziła się do obcego miasta, które, choć tętniło życiem, było puste. Zupełnie jak Isobel. Miała czystą kartę, choć nie potrafiła cieszyć się tą wolnością — przecież była martwa. Martwi nie odczuwali emocji. Nie znali radości, nie znali smutku — może tylko gniew, jeśli ktoś wierzył w życie pozagrobowe i mściwe duchy.
Stojący na parkingu, stary samochód zmusił ją do refleksji nad tym, co zostawiła za sobą. Złapała głęboki wdech i podeszła do auta, wiedziona w jego stronę przez niewidoczną, nieznaną sobie siłę. Wszędzie rozpoznałaby cechy tego modelu, choć samej nazwy nie potrafiła sobie przypomnieć. Samochód. Zwykły pickup, jakich wiele — a jednak wyróżniający się budową i kolorem. Składając dłonie na klatce piersiowej, obeszła go dookoła. Wiatr szarpał czarnym płaszczem sięgającym do połowy ud, gdy się poruszała, a stukot wojskowych botków w tym samym kolorze, przerywał ciszę. Logika i zdrowy rozsądek, podpowiadały jej, że to niemożliwe, by właściciel przyjechał tutaj za nią — tablica rejestracyjna się nie zgadzała. A jednak poczuła ten nagły zryw złości wewnątrz ciała, bezczelnie przypominający jej o tym mężczyźnie — o swoim porywaczu. Zacisnęła palce na ramieniu, zupełnie niewzruszona bólem — wzburzona natomiast tym, że skoro nawet durny samochód wzbudzał nieprzyjemne wspomnienia, to nie mogła liczyć na spokój ducha. Przyjechała tutaj, by wrócić do normalności, ale normalność okazywała się trudniejsza, niż zakładała.
— Pierdol się. Ty i ten twój samochód. Ciebie tutaj nie ma — fuknęła przez zaciśnięte zęby, odwracając się tyłem do auta.
Unosząc butnie podbródek, zamierzała po prostu o d e j ś ć. I zapewne by tak zrobiła, gdyby nie pogrążyła się w swoim rozgoryczeniu. Oczywiście, że nie zauważyła mężczyzny idącego w jej stronę, na którego omal nie wpadła. Nie była pewna, czy to ona zatrzymała się pierwsza, czy może on. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać.
Naturalnie, zamiast wcześniej pomyśleć, przeszła do ofensywy.
Zmierzyła blondyna zimnym, pretensjonalnym spojrzeniem, jakby to o n zawinił.
— Uważaj, jak łazisz — upomniała nieprzyjemnie, strosząc się, jak rozzłoszczony kot, który nie zamierzał ustąpić z drogi.

Max Korhonen
Ostatnio zmieniony wt kwie 28, 2026 11:37 am przez Isobel Cameron, łącznie zmieniany 1 raz.
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nigdy nie zastanawiał się nad istnieniem Boga, nie podejmował nawet próby takich rozważań. Pojęcia nieba, piekła czy czyśćca pozostawały mu obce i odległe. W dużej mierze wynikało to także z jego fińskiego pochodzenia. Dorastał w kulturze, w której religijność nie była czymś oczywistym ani wszechobecnym, a duchowość częściej miała charakter prywatny, częściej osadzony w naturze niż w dogmatach. W jego domu nie mówiło się o wierze w sposób kategoryczny, raczej o świecie takim, jaki jest, bez potrzeby dopisywania mu metafizycznych wyjaśnień. Dlatego sam również częściej używał słowa „stwórca” niż odwoływał się do imienia Boga. Z tego też powodu nie czuł strachu przed piekłem ani potrzeby „odkupywania” własnej duszy.
Starał się żyć w zgodzie z własnym sumieniem, nie rozprawiając nad wagą swoich decyzji ani nie sprowadzając ich do prostego pytania o zbawienie czy potępienie. Choć będąc w obecnym stanie, czując pulsujący ból głowy i palącą potrzebę ugaszenia pragnienia, potępiał samego siebie. Ilość wypitego poprzedniego wieczoru alkoholu zdecydowanie wykroczyła poza granice umiarkowania, pozostawiając po sobie nieświeży oddech, lekko przekrwione oczy i nieco niepewne ruchy. Nie pomogły nawet dwie tabletki aspiryny, które połknął w akcie desperacji, próbując pozbyć się ciężkości i sprawić, by umysł na nowo odzyskał rozsądek. Ten zdrowy.
Pierwsze, delikatne otrzeźwienie przyszło wraz z lekkim podmuchem porannego chłodu, który wdzierał się pod materiał ubrań, kiedy opuścił mieszkanie Adeline. Jego obecność objawiła się gęsią skórką na ciele, a Max instynktownie schował dłonie do kieszeni, w której spoczywały klucze od starego pickupa zaparkowanego nieopodal. Drugie otrzeźwienie, nieco brutalniejsze, pojawiło się wraz z przekleństwem opuszczającym czyjeś usta, wymierzonym w jego ukochane auto. Zatrzymał się, zaskoczony widokiem, zupełnie nieświadomy tego, że niepozorny samochód może wywołać w kimś tak wiele emocji. Instynktownie przejechał językiem po wewnętrznej stronie policzka, nieco zdenerwowany faktem wyładowywania własnych frustracji na samochodzie, a jednocześnie zaintrygowany tym, co zmusiło dziewczynę do takiej reakcji.
Ruszył dokładnie w tym samym momencie co nieznajoma. Prawdopodobnie nie myślał do końca rozsądnie, kiedy z premedytacją, choć pozornie przypadkiem, trącił rozjuszone „stworzenie” ramieniem, nie czekając długo na jej reakcję. Patrząc na nią z oddali, dostrzegł, że jej postawa i zachowanie przywodzą mu na myśl dziką klacz. Nie był to jednak dla niego widok obcy. Miał już do czynienia z podobnymi „charakterami”, a im większe stanowiły wyzwanie, tym silniej działały na niego jak magnes, zamiast ostrzeżenia.
— Mam nadzieję, że to nie twoja standardowa forma porannej komunikacji — odpowiedział przybierając odrobinę karcący ton głosu, ale nad wyraz spokojny, zupełnie nie pasujący do podstawy jaką przyjęła ciemnowłosa. Przesunął wzrokiem po niej krótko, oceniając sytuację, po czym zrobił krok w przód, stojąc przed nią. Wyraźnie górował nad drobną sylwetką, dzięki czemu mu się lepiej przyjrzeć; chłodne spojrzenie niebieskich oczu, lekko napięta szczęka, z wyraźnie zaznaczonymi rysami. - Jeśli mam się pierdolić, to tylko z tobą - rzucił nagle, z chłodną stanowczością, pozwalając słowom paść bez pełnej kontroli, chociaż w rzeczywistości były czystym odwetem za wcześniejszą sytuację przy samochodzie. Przez ułamek sekundy brzmiało to poważnie, jednak w spojrzeniu Korhonen’a czaiła się wyraźna prowokacja, nie intencja.




Isobel Cameron
wanilia
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdrowy rozsądek był przereklamowany dla kogoś, kto zawsze wybierał chaos i działał zgodnie ze swoimi emocjami. Rozważanie, czy coś było odpowiednie czy właściwe zawsze zostawiała na sam koniec. Zdrowy rozsądek przychodził z reguły po fakcie. Tkwił zawieszony między jednym i drugim oddechem, między krokiem w przód i w tył, gdy stała na krawędzi, patrząc w dół, na rozbijające się skały o ostrych krawędziach. Żyła chwilą, spychając gdzieś w głąb podświadomości moralność i wartości, których prawdopodobnie nie miała. Dawno postawiła na sobie krzyżyk. Zrobiła to, gdy pierwszy raz przekroczyła drzwi siedziby organizacji, która na odmieniła jej życie. Zapomniała gdzieś po drodze o tym, kim była dawniej, kreując na nowo tożsamość, która przeobraziła się w monstrum zamieszkujące jej ciało. Isobel była zlepkiem dwóch różnych osobowości, które prowadziły między sobą zawziętą walkę — żadna z nich nie chciała odpuścić. Obydwie były tak samo zawzięte, jak dziewczyna wyładowująca swoje frustracje nad samochodem. Powtarzała sobie w myślach, że tylko spokój ją uratuje i próbowała podejść do zbiegu okoliczności z chłodnym dystansem. Problem tkwił w tym, że Cameron popadała ze skrajności w skrajność, bo nie potrafiła znaleźć niczego pomiędzy — czyli znów odsuwała od siebie zdrowy rozsądek, przysłaniając go wrzącą pod skórą furią. W takich momentach próbowała rozładować złość — agresywnie zrzucała rzeczy z biurka, tłukła kubki, albo rozcinała poduszkę. Teraz musiała po prostu zacisnąć zęby i wyciszyć natłok emocji.
Obecność właściciela samochodu — jak mogła się domyślić — nie pomogła.
Chłodny wiatr muskał piegowatą twarz Cameron, jakby poprzez zimny dotyk, próbował załagodzić sytuację. Porywał ciemne, niesforne włosy i układał je wedle własnego widzimisię, dając Isobel znać, że powinna odpuścić. Nawet pogoda wystawiała ją na próbę. Drażnił ją chłód, jak i kosmyki łaskoczące jasną skórę. Poprawiała je z każdym podmuchem, niemalże nałogowo i próbowała doprowadzić je do względnego porządku. Dlaczego, do cholery, tutaj było tak zimno? I dlaczego ten mężczyzna próbował nawiązać r o z m o w ę, podczas gdy ona chciała, żeby po prostu przeszedł obok niej i zostawił ją w spokoju. Była pewna, że trącił ją specjalnie — czegokolwiek by nie zrobił, w tym momencie nie uznałaby tego za przypadek. Była na tyle podirytowana, że wszystko odebrałaby jako zamach na swoją osobę. Ciemnowłosa nie emanowała dziewczęcym, ani kobiecym wdziękiem, choć fizycznie niczego jej nie brakowało. Słyszała kiedyś paplaninę, że każda kobieta powinna się uśmiechać, bo to dodawało uroku — jej też, ale uroku psychopatki. Nie potrafiła wdzięczyć się na zawołanie, a jeśli już uśmiechała się sama z siebie, robiła to bezwiednie.

Słysząc ton mężczyzny, przygryzła dość mocno dolną wargę — jego spokojny, karcący ton, przypominał ten ojcowski. Nienawidziła go całym sercem. Zarówno ojca, jak i tonu, jakim się posługiwał, gdy próbował do niej mówić.
— Oczywiście, że nie. Znam jeszcze inne zwroty. Chcesz posłuchać? — tylko spokój nas ocali, tak, Cameron? Miała takie ciche marzenie, żeby wziął ją za ostrzeżenie i najwidoczniej starała się zrobić wszystko, żeby go do siebie zniechęcić. Nie znała tego mężczyzny, ale jeśli pod tą powłoką spokoju, kryła się znajoma zawziętość, zaczęłaby sobie współczuć.
Nie odsunęła się, gdy podszedł bliżej. Stała naprzeciw niego, z tą samą intensywnością. Nawet na chwilę nie spuściła go z oczu, ofiarując mu swoją pełną uwagę. Upór dziewczyny właśnie wgniótł ją w ziemię. Bardziej niż osobę, przypominała stojący w tym miejscu od lat głaz, którego nikt nie usunął, bo najwidoczniej aż tak nie przeszkadzał.
Jeśli mam się pierdolić, to tylko z tobą — prychnęła niegłośno, posyłając w stronę blondyna ostrzegawcze spojrzenie. Jeśli próbował ją sprowokować, albo wciągnąć w słowną przepychankę, mogła dotrzymać mu towarzystwa. Odnajdywała się w słownych gierkach i sprzeczkach — nie odpuściłaby takiej okazji. Złośliwość miała wbudowaną w osobowość, wystarczył zapalnik, by uruchomić cały ten mechanizm.
— Świetnie. Bo ja z tobą nie chcę — odburknęła, unosząc kąciki ust w złośliwym uśmiechu.
— Wyglądasz mi na delikatnego. A ja uwielbiam psuć zabawki — pozwoliła śmiałemu spojrzeniu zsunąć się niżej, wzdłuż jego sylwetki. Gest ten wyróżniał się na tle innych wyraźną bezczelnością i brakiem jakiegokolwiek pośpiechu. Była świadoma swojego zachowania, jak i tego, że gdy wróciła wzrokiem do oczu blondyna, miała już wyrobione zdanie na jego temat.
— Zwłaszcza te, które same się podkładają. Więc jeśli nie chcesz zostać przypadkiem zepsuty, to się odsuń — Mistrzynią dyskrecji nie była, podobnie jak pieszczotliwości.
Preferowała bezpośredniość, dopóki nie musiała mówić o sobie. Jeśli miała komuś nawrzucać albo kogokolwiek obrazić, robiła to bez kiwnięcia palcem. Sytuacja zmieniała się o dwieście stopni, gdy druga osoba próbowała poznać ją bliżej. Naturalnie, wycofanie się było lepszym pomysłem, niż rozmowa na niewygodne tematy. Najbardziej uderzające i drażniące w Isobel była to, że każde słowo wypowiadała z przekonaniem o swojej nieomylności. Emanująca od niej pewność siebie była uderzająca, co często zmuszało innych do odwrotu. Niektórzy po prostu z nią nie wytrzymywali, bo potrafiła kogoś obrazić w mniej niż minutę, a w dwie doprowadzić do płaczu kogoś słabszego psychicznie. Później rozkłada ręce, jakby nie wiedziała, co się właśnie wydarzyło i szła w swoją stronę, ignorując to, że sprawiła komuś ból. Czemu miałaby się nad kimś litować, skoro sama tego nie doświadczyła? Zamiast litości, wybierała przemoc.


Max Korhonen
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zdrowy rozsądek był pojęciem, które dla niego nigdy nie było tylko słowem. Stanowił coś w rodzaju fundamentu, na którym budował każdą decyzję, każdy krok — nigdy się nad nim nie zastanawiając. Tym bardziej nie kwestionował jego istnienia, jak to często działo się w przypadku Boga, Lucyfera czy ogólnie pojętej wiary, w każdym tego słowa znaczeniu. Zdrowy rozsądek po prostu był. Patrząc jednak na stojącą przed nim dziewczynę, odnosił wrażenie, że dla niektórych ludzi zamiast stanowić punkt odniesienia, był raczej przeszkodą. Czymś, co należało odsunąć na bok, żeby móc oddychać swobodniej, działać szybciej, żyć intensywniej — nawet jeśli oznaczało to balansowanie na granicy, której on sam nigdy świadomie by nie przekroczył. Nie rozumiał tego, a przynajmniej tak mu się wydawało. Natomiast uleganie emocjom uważał za przejaw słabości, który prędzej czy później prowadził do błędów. Tych, według ojca, nie można było popełniać. Każdą decyzję należało przemyśleć, przeanalizować, rozważając za i przeciw, ponieważ dopiero wtedy człowiek mógł dostrzec pełen obraz sytuacji. Wychowano go w przekonaniu, że spontaniczność jest luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić, a kontrola stanowi jedyną gwarancję bezpieczeństwa.
Właśnie takim schematem Maximilian kierował się w swoim życiu — nawet jeśli wydawało się, że decyzje podejmuje spontanicznie, pewnym było, że wcześniej przemyślał je co najmniej dwa razy, zanim przeszedł do działania. Nawet teraz, wciąż lekko otumaniony wczorajszym wieczorem i ilością wypitego alkoholu, zastanowił się, zanim wyszedł naprzeciw nieznajomej. Stojąc naprzeciwko siebie, stanowili niemal idealny kontrast. Ciemne włosy dziewczyny układały się w nieładzie, smagane wiatrem, piegowata twarz nabrała rumieńców, które tylko podkreślały jej urodę — tę Max oczywiście dostrzegł — a cięty język, wbrew pozorom, dodawał jej charakteru. On natomiast był jej przeciwieństwem — blond włosy, tym razem nienaruszone, zachowywały porządek, policzki pozostawały jasne, przyzwyczajone do chłodu, a spojrzenie, choć równie uważne, było znacznie bardziej powściągliwe. Tam, gdzie ona pozwalała sobie na chaos, on trzymał się kontroli.
Oczy blondyna na moment zatrzymały się na jej ustach, odruchowo wychwytując drobny gest, jakim było przygryzanie wargi. Ten szczegół nie tylko przykuł jego uwagę, ale też go zaintrygował. Nijak nie pasował ani do następującej po nim odpowiedzi, ani do postawy, która nie zdradzała speszenia czy niepewności. — Bardzo chętnie — odpowiedział, poddając się krótkiej chwili ciszy, jakby w zastanowieniu, zbyt teatralnej, by wziąć ją za autentyczną. Butna postawa dziewczyny, której celem najwyraźniej było zniechęcenie go do dalszej konwersacji, działała wręcz odwrotnie — zachęcała do brnięcia w tę dziwną, niespodziewaną wymianę zdań z nieznajomą.

W swojej ciężkości było w niej coś zaskakująco lekkiego — szczególnie po wczorajszym wieczorze pełnym przytłaczających wyznań, okraszonych dużą ilością alkoholu. Skrzywił się mimowolnie na wspomnienie, które na moment zalało jego umysł.
Głośne prychnięcie spotkało się z automatyczną reakcją blondyna, który uśmiechnął się nieznacznie. Ostrzeżenie malujące się w niebieskich tęczówkach miał zignorować, lecz zamiast tego rzucił jej nieme wyzwanie, unosząc lekko prawą brew. Pokrętna sytuacja, sprowokowana przez dziewczynę, obudziła w Maxie dziwną potrzebę odkrycia, co kryło się za tą agresją wymierzoną w jego samochód oraz złością kierowaną w jego stronę.
— Teraz będzie mi smutno — skwitował, słysząc przeczącą odpowiedź, i niczym mała dziewczynka, której życzenie nie zostało spełnione, tupnął nogą. Było to na tyle kuriozalne zachowanie, że sam w myślach się z tego zaśmiał, wydymając obrażalsko usta, jakby chciał jeszcze bardziej podkreślić swoją postawę.

Poczuł znajomy dreszcz, objawiający się lekkim spięciem karku, kiedy bezwstydnie i bezczelnie przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce. Słowa, które wybrzmiały między nimi, sprawiły, że zaśmiał się na głos. Nie potrafiła oceniać ludzi. — A skąd pewność, że już od dawna nie jestem zepsuty? — zapytał. Nie próbował podważać jej przekonania o nieumyślności, które zdawało się ją charakteryzować. Zamiast tego chciał jedynie pokazać, że nie ocenia się książki po okładce. On sam był dość… ciekawą lekturą. Wyglądał na ułożonego, spokojnego, wręcz cichego chłopaka, który nie wyróżniał się z tłumu. Schowany za maską żartu i uprzejmości, stworzył iluzję, która pozwalała jemu i jego rodzinie pozostać niezauważonymi.
Nie odsunął się - więc co będzie dalej?


Isobel Cameron
wanilia
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Isobel pokonywała przeszkody leżące na swojej drodze z siłą tarana. Cechowała się drobną posturą i wyglądem, który mógł przyciągać uwagę — choć swoim skromnym zdaniem nie była nikim na tyle szczególnym, ani atrakcyjnym, by to robić — lecz brakowało jej tej anielskiej pokory. Znacznie bliżej było jej do szatana ukrytego pod cienką warstwą skóry i ironicznych uśmiechów. Cięty język oraz chorobliwy upór stanowiły jedynie odłamki osobowości dawno wypalonej przez rozczarowania, gniew i wszystko to, co zdążyło w niej powoli obumrzeć. W środku przypominała wyblakły obraz. Zniszczony, popękany, ale wciąż uparcie wiszący na ścianie, jakby sama świadomość przetrwania była formą buntu. Nie pozwalała zdjąć się ze ściany, świadomie narażając innych na obcowanie ze sobą poprzez uprzykrzanie życia na różne, dość kreatywne sposoby. Nie bez powodu widniała w policyjnej kartotece. Za niewinność nie idzie się do ośrodka dla psychicznie chorych, nieprzygotowanych do życia w społeczeństwie osób. Zdawała sobie sprawę z faktu, że była popieprzona i nieszczególnie rozumiała ludzi, którzy usilnie próbowali z nią rozmawiać, choć każda część jej jestestwa krzyczała nie podchodzić. Z reguły butna postawa dziewczyny działała na jej korzyść, ale zdarzali się ci uparci, myślący, że jej niechęć do świata była tylko formą buntu. To nie była forma buntu. Ona naprawdę nie czuła się bezpiecznie w społeczeństwie. I to nie obawa o własne życie nią kierowała.
Chodziło po prostu o obojętność.
O ten dziwny stan całkowitego wyprania z pozytywnych emocji i zdolność do przesuwania granic. W ostatnim czasie musiała sporo nad sobą pracować, by dopuszczono ją do wyjścia na miasto i nie mogła teraz tego spieprzyć. Wciąż była pod obserwacją psychiatrów, a każde przewinienie, mogło wiązać się z deportacją. Walczyła ze sobą o poprawne zachowanie i nieuleganie impulsom. Prawdopodobnie, gdyby wróciła do zakładu, nie zrobiłoby to na niej wrażenia. Przetrwała tam kilka miesięcy i przeżyłaby kolejne, ale po co? Wbrew pozorom nie była głupia. Rozumiała, że każde zachowanie miało swoje konsekwencje i starała się żyć w taki sposób, by nie sprawiać problemów — wprowadzało to w stan udręczenia jej masochistyczno-sadystyczną duszę, która łaknęła adrenaliny i wściekłości tak, jak silnik paliwa. Ale cóż mogła w tym momencie zrobić? Musiała stłumić tę potrzebę i udawać, że patrząc na stojącego naprzeciw mężczyznę, nie miała w głowie drastycznych myśli.
— Wypierdalaj. Nie chcę z tobą rozmawiać. Jak na ciebie patrzę, to mam ochotę zrobić ci krzywdę... — zaczęła wymieniać, wyliczając na palcach każdą poranną obelgę, którą mogłaby się posłużyć, gdyby faktycznie zwracała się do nielubianego współlokatora. Tego mężczyzny nie znała, lecz spojrzenie, które mu posyłała, mogło sugerować, że jego również mogła tak przywitać. Mogła. No właśnie. A jednak nie zrobiła tego, dobierając delikatniejsze słowa, które w brzmieniu nie były zbyt sympatyczne, ale nie można ich było określić nazbyt wulgarnymi.
Ocenianie ludzi? Miała predyspozycję do doszukiwania się w ludziach najgorszych cech, ale również do stawiania siebie w centrum głównego zamieszania. I było to świadome. Gdyby potrafiła zmieniać kolory, jej słowa rozbłysłyby intensywną czerwienią. Zignorowała śmiech blondyna, czekając aż ta salwa po prostu minie. Jej do śmiechu nie było ani trochę. Patrzyła na niego z tą samą powagą, może nawet z mieszaniną pobłażliwości i frustracji. Zdążyła zauważyć, że nie zamierzał się odsunąć. Gdyby miał ochotę to zrobić, już by ją wyminął — ale nie. Isobel natomiast była postacią na tyle tragiczną, że nie planowała ustępować miejsca, choć również mogła to zrobić. Coś w jego uporze drażniło ją w sposób niebezpiecznie interesujący. Przez krótką chwilę przyglądała mu się w ciszy, jak drapieżnik oceniający, czy warto podejść bliżej. Wtedy do głowy wpadł jej impuls — jeden z tych głupich, niepokojących pomysłów, które zwykle kończyły się źle dla wszystkich wokół. Chciała sprawdzić, ile prawdy kryło się w tym jego zepsuciu. Czy był tylko kolejnym człowiekiem próbującym wyglądać na mroczniejszego, niż był w rzeczywistości, czy może faktycznie miał w sobie drugą stronę. Uśmiechnęła się delikatnie, choć nie można było tego porównać do szczerego uśmiechu.
— Jesteś zepsuty, tak? To pewnie masz sporo czasu, bo zepsuci ludzie nie mają żadnego celu w życiu, ani ambicji. Odpal tego swojego grata i zabierz mnie na obrzeża miasta. Tutaj jest zbyt tłoczno — Mówiła poważnie, żartowała, flirtowała? W jej spojrzeniu nie dało się dostrzec rozbawienia, co mogło wydawać się niepokojące. I jakim cudem parking, na którym stał zaparkowany jeden samochód, miał być tłoczny?
Isobel nie miała instynktu samozachowawczego, a czy miał go Max? Czy był w stanie na prośbę zupełnie obcej, w dodatku agresywnie nastawionej do świata kobiety opuścić bezpieczną strefę? Kiedy wspomniała o obrzeżach miasta, nawet nie mrugnęła. Jakby podobne propozycje były dla niej czymś całkowicie normalnym. Zwyczajni ludzie na ogół unikali nieznajomych. Zwłaszcza kobiety. Obawiały się obcych mężczyzn i na pewno nie były na tyle głupie, by wsiadać do samochodu randomowego faceta. Czy Cameron była głupia? Naiwna? Nie powiedziałaby tego o sobie.
Zachowywała się jak osoba, która miała plan.

Max Korhonen
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Max od początku czuł, że dziewczyna nie była normalna. To wrażenie wdarło się pod jego skórę już wtedy, gdy zobaczył, jak pastwiła się nad jego samochodem. Nie chodziło jednak o ten banalny, romantyzowany rodzaj szaleństwa, którym ludzie lubili usprawiedliwiać trudne charaktery, lecz w sposób znacznie bardziej surowy i niepokojący. Widział to w jej spojrzeniu — chłodnym, pustym momentami do tego stopnia, że przypominało bardziej instynkt drapieżnika niż ludzką emocjonalność. Normalni ludzie rzucali groźby, żeby odstraszyć innych. Ona mówiła o robieniu krzywdy tak, jakby opowiadała o pogodzie. Bez emocji. Bez zawahania. I właśnie dlatego zamiast się wycofać, Korhonen poczuł pod skórą znajome ukłucie adrenaliny.
Kiedy wspomniała o zepsuciu, kącik jego ust drgnął minimalnie ku górze. Nie obraziła go, nawet nie była blisko. Od lat zdążył przywyknąć do ludzi, którzy próbowali rozgryźć go na podstawie kilku spojrzeń, milczenia albo sposobu, w jaki trzymał dłonie w kieszeniach. Większość się myliła. Ona prawdopodobnie również, ale jednocześnie jako pierwsza nie próbowała udawać, że widzi w nim coś dobrego. I to było… odświeżające. — Ambicje są przereklamowane. — odpowiedział spokojnie, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. — A cele zwykle kończą się rozczarowaniem. - dodał z tym charakterystycznym dla siebie spokojem człowieka, który brzmiał tak, jakby mówił o czymś dawno sprawdzonym na własnej skórze. Chociaż wcale nie powiedział, że należał do ludzi pozbawionych ambitnych planów. Te mogły mieć różną wagę i wydźwięk — dla Maxa było to wydanie książki, a dla Isobel poprawne zachowanie.
Przez chwilę panowała między nimi cisza, dziwnie ciężka, ale nie niezręczna. Max analizował ją dokładnie tak samo, jak ona analizowała jego. Nie ufał ludziom. Zwłaszcza takim, którzy wyglądali, jakby mogli bez mrugnięcia okiem podpalić komuś samochód tylko po to, żeby sprawdzić kolor płomieni, a jednak nie odszedł. Propozycja wyjazdu na obrzeża miasta powinna była zakończyć tę rozmowę. W innych okolicznościach Max prawdopodobnie zignorowałby podobny pomysł — chłodno, rozsądnie i bez zbędnego analizowania cudzych prowokacji. Problem polegał na tym, że od poprzedniego wieczoru jego myśli pozostawały nieprzyjemnie rozchwiane. Rozmowa z Adeline i ciężar sekretu, który mu powierzyła, wciąż siedziały gdzieś z tyłu głowy, drażniąc go bardziej, niż chciałby przyznać. Może właśnie dlatego zamiast odejść, nadal tam stał i patrzył na Isobel z tym dziwnym poczuciem, że oboje byli dziś o krok od czegoś nierozsądnego.
Uniósł lekko brew, krzyżując ręce na piersi. — Wsiadasz do auta obcego faceta po trzech minutach rozmowy? — zapytał z wyraźnym rozbawieniem, choć w jego głosie pobrzmiewała również ostrożność. — Albo jesteś kompletnie pierdolnięta… albo masz bardzo słaby instynkt samozachowawczy. - przyznał, zawieszając spojrzenie na jej oczach odrobinę dłużej, jakby próbował wyłapać najmniejszy cień zawahania. Nie znalazł go. To właśnie utwierdziło go w przekonaniu, że Isobel nie rzucała słów na wiatr. Dziewczyna wyglądała raczej jak ktoś, kto już dawno przestał bać się konsekwencji.

Max westchnął cicho, po czym wyminął postać brunetki, kierując się w stronę auta. Otworzył drzwi od strony pasażera. — Obrzeża są nudne. — rzucił. — Ale znam jedno miejsce w lesie, gdzie ludzie raczej nie zadają pytań. - nie powiedział nic więcej. Nie musiał. W jego spojrzeniu pojawiło się mieszanina prowokacji i chłodnego spokoju człowieka, który właśnie świadomie podejmował złą decyzję. — Więc albo naprawdę chcesz sprawdzić, czy jestem zepsuty… albo za pięć minut wysiądziesz i uznasz, że to był idiotyczny pomysł. - dodał jeszcze spokojnie.
Gdy zajął miejsce za kierownicą, silnik starego pickupa zamruczał ciężko, rozrywając ciszę parkingu. Max nie odezwał się od razu. Dopiero kiedy wyjechali na pustą o tej porze drogę prowadzącą poza centrum miasta, zerknął na nią kątem oka. — Jeśli planujesz mnie zamordować, uprzedzam, że mam dziś wyjątkowo kiepski humor. — mruknął z suchym rozbawieniem. — A ludzie z kiepskim humorem bywają problematyczni.
Po kilkunastu minutach jazdy skręcił z głównej drogi w wąski, niemal niewidoczny leśny dukt, gdzie asfalt ustępował nierównej, ubitej ziemi. Drzewa zamknęły się nad nimi gęstym sklepieniem, tłumiąc dźwięk silnika i odcinając ich od reszty świata. Max zwolnił, aż w końcu zatrzymał samochód w miejscu, które z zewnątrz wyglądało jak jeden z wielu przypadkowych fragmentów lasu. Dopiero wtedy spojrzał na Isobel, dając jej możliwość wyboru. Nie mówił o nim głośno, wystarczyło, iż wymalowało się w niebieskich tęczówkach. Nie widząc reakcji — Potrafisz strzelać? — zapytał lekko, jakby pytał o coś zupełnie banalnego, jednocześnie sięgając do kieszeni kurtki po mały pęk kluczy.
Nie czekając na odpowiedź, wysiadł i obszedł samochód. Za linią drzew, kilka metrów dalej, ukryta była niska, drewniana konstrukcja przypominająca stary, zapomniany magazyn. Drzwi zabezpieczone były solidnym zamkiem — nie pasującym do miejsca, które z zewnątrz wyglądało na porzucone. Max otworzył je jednym z kluczy.


zt x2

Isobel Cameron
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”