Kochała Madoxa.
Wierzyła w niego jak nikt inny na tym jebanym świecie.
Ale za nic, ale to kurwa za nic, nie byłaby w stanie uwierzyć, że on
kazałby mu się przyznać rozmową. Madox Noriega może i potrafił manipulować, nakręcać i przekręcać fakty na własną korzyść, zagadać, ale po pierwsze nie kiedy był emocjonalnie związany ze sprawą, a po drugie należało dać nacisk na słowo
rozmową. Dałaby sobie rękę uciąć, że wystarczyłyby z dwa, trzy zdania od Daltona o tym, jak to Pilar była mu pisana, jak chciałby ją
mieć, a Noriega rzuciłaby się na Nicka bez najmniejszego problemu. Był niesamowity i troskliwy, ale był też przede wszystkim dziki i nieokiełznany. Narwany. Płynęła w nim latynoska krew, prawdziwa caliente sangre. Tego nie dało się wyzbyć — to było w nim. Dlatego kiedy opowiadał o tym, jak
s p o k o j n i e by porozmawiał z Daltonem, Pilar miała prawo mieć wątpliwości.
Słuszne zresztą, bo już w następnym zdaniu jawnie mówił, że
jak będzie musiał, to go zabije.
Rozumiała jego punkt widzenia, ale nie mogła się z nim tak po prostu zgodzić. Nie, kiedy wiedziała, jakie konsekwencje by to za sobą pociągnęło. I on mógł mówić, że
przecież jego nie wsadzają za kraty, ale to wcale nie było już takie proste, jak chociażby zabicie Marco. Dalton był zamknięty w zakładzie. Strzeżonym. W miejscu, gdzie na każdym kroku były kamery i od groma strażników. Tam Noriega nie zrobiłby
nic, co przeszłoby niezauwaznie. A z tego co
widać wyciągało się konsekwencje. Grube. Podeszły siedzieć. To nawet nie podlegało możliwości. Wiedziała, że to nie byłaby spokojna rozmowa. Widziała to nawet teraz, kiedy Madox już cały chodził, żeby coś z tym zrobić, wyrywał się…
Dopiero kiedy zatrzymała go na chwile, kiedy posadziła na kanapie i
przygniotła go własnym ciałem, zatapiając się w jego bliskości, była w stanie chociaż w minimalnym stopniu go jakoś uspokoić.
Uziemić. Sprawić, żeby przestał biegać i na moment się zatrzymał.
Pomyślał. A przede wszystkim, to żeby się wyciszył. Zresztą nie tylko on. Pilar zrobiła to również — i chyba
przede wszystkim — dla siebie.
Tylko on umiał ją uspokoić.
Tylko i wyłącznie jego bliskość sprawiała, że mięśnie się rozluźniały. Że oddech choć wciąż nierówny, wydawał się bardziej stonowany, a dłonie, które czuła we włosach i na udzie koiły nerwy. Zaciągnęła się jego zapachem. Docisnęła się do niego jeszcze mocniej. O ile to kurwa w ogóle było jeszcze możliwe. Po prostu go
przytuliła. Tylko tyle i AŻ tyle. A dało kurewsko dużo. Jej, jak i jemu.
Spojrzała mu głęboko w oczy, kiedy znowu się odezwał. Kiedy jego pełne usta układały kolejne
obietnice bez pokrycia o tym, jak tylko sobie pogadają.
—
Ty nie umiesz tylko rozmawiać — rzuciła gdzieś między jego słowami, gładząc szorstki policzek, a następnie przesuwając dłoń na kark i włosy, w które wplotła palce, bawiąc się kosmykami. —
Każdy wie, że ty rozmawiasz przez czyny — wyznała, szarpiąc go delikatnie za końcówki. Nie za mocno, jednak na tyle pewnie, że musiał delikatnie odrzucić głowę do tyłu. Mógł się z tym nie zgadzać, ale taka była prawda, że Madox był osobą
fizyczną. Jego językiem miłości był
dotyk. Sposób, w jaki wyrażał rosnącą w sercu miłość. Świadczył o tym chociażby sposób, w jaki na samym początku chaotycznie się z nią obnosił, jak błądził po jej ciele nerwowo, chcąc wszystko na raz, już, tu i teraz, a jak z czasem nigdzie się nie śpieszył, jak celebrował jej ciało, jak każde muśnięcie pałcy o gorącą skórę miało
znaczenie. To jak poświęcał się dla niej, jak rzucał do każdego, kto ją obraził. Bo przecież agresje i irytacje również wyrażał przez
czyny. Nie bawił się w elokwentne rozmówki. On rozmawiał na
pięści. I może nie było w tym nic złego, ale świadczyło o tym, że nie można było mówić o czymś takim jak
tylko sobie pogadamy.
Spięła się, gdy oznajmił, że nie może iść do paki, bo go tam zapierdolą. Westchnęła głośno, znowu się do niego dociskając i przy okazji bawiąc jednym z łańcuszków, które zwisały z jego szyi.
—
To zrób wszystko, żebyś nigdy tam nie trafił. Por favor — mruknęła, skupiając swój wzrok na niewielkiej literce
P na łańcuszku. Przerzucała ją w palcach, uśmiechając się nieznacznie. —
Huśtawka z opony sama się nie zrobi — potworzyła po nim i dopiero wtedy podniosa spojrzenie, łapiąc jego niesamowicie czekoladowe oczy. Przepada w nich za każdym razem. Bez wyjątków. Niesamowite było to, jak na nią działał. A kiedy kazał jej słuchać… słuchała. Dokładnie i dogłębnie, wtulając policzek w jego dłoń, którą muskał wypieki na skórze.
—
Ja też myśle — przytaknęła mu. —
Mam tak, że jak kiedyś jadąc na jakaś misje, robiąc coś skrajnie durnego w robocie nigdy nie myślałam o konsekwencjach, tylko wiesz o tym, żeby osiągnąć cel, tak teraz… myśle o tobie. O tym, że mam do kogo wracać. Że ktoś na mnie czeka — wyznała równie szczerze co on, gdzieś prosto z serca. Pilar rzadko kiedy dzieliła się z nim takimi przemyśleniami, na takim poziomie. Raczej swoje uczucia przekazywali w
gestach, a teraz? Teraz budowali wszystko na słowach i to płynących z czeluści duszy. Zwierzali się sobie. I to było kurewsko poważne ale również takie… nie umiała tego nawet wyjaśnić, ale jej serce bio mocno w piersi. Wyrywało się do niego. Czuło
coraz więcej, każdego jebanego dnia, z każdą pieprzoną chwilą. —
I że MOŻE byś tęsknił, gdybym nie wróciła — zaczepiła go. Ostatnie zdanie było czystą i bezczelną zaczepką z jej strony. Oczywiście, że by tęsknił. Co do tego nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, ale przecież nie byłaby sobą, gdyby tego nie powiedziała. Gdyby patrząc mu głęboko w oczy nie uśmiechnęła się delikatnie, a potem nie przusnynęła twarzy do tej jego, zwisając milimetry nad jego ustami. —
¿Me echarías de menos, cariño? —
tęskniłbyś za mną, kochanie? Wyszeptała powoli, nachylając się, łasząc i
wiercąc na jego nogach, by po chwili musnąć jego usta. Zaczepnie. Pierwsze powoli, z wyczuciem, króciutko, a potem coraz dłużej, coraz
głębiej, aż do zawrotów głowy. Nawet naparła na niego mocniej, żeby opadł plecami na poduszki, kiedy podkręcała tempo. Był to piękny lecz chwilowy
zwryw zapomnienia, z którego bardzo szybko została sprowadzona na ziemie w momencie, gdy jej kolano nie trąciło przez przypadek
pudełka z prezentem. Aż głośne jęknięcie opuściło jej usta i zniknęło gdzieś pomiędzy gorącymi wargami Madoxa. Przykleiła skroń do jego czoła i spojrzała do środka kartonu. Na tą pierdoloną, czerwoną bieliznę.
Bieliznę, którą zaraz złapała w dłonie i nim Madox zdążył jakkolwiek zareagować, Pilar skierowała się z nią do kuchni.
—
Nie mogę na to kurwa patrzeć — rzuciła z obrzydzeniem, po czym odkręciła kran w zlewie, a wolną dłonią sięgnęła po zapalniczkę do szafki, następnie nawet nie czekając na cokolwiek innego, wprawiła krzesiwo w ruch i przedstawiła płomień do krwiście czerwonego materiału, który momentalnie zajął się ogniem. Przesunęła stanik nad zlew, obserwując jak zaczyna palić jej palce. Z początku nic z tym nie zrobiła, ślepo wpatrzona w ogień. Dopiero kiedy palce autentycznie zaczęły ją piec i prawie się poparzyły, wrzuciła resztki materiału do zlewu pod wodę. To samo tyczyło się koronkowych majtek. W zamyśle chciała jeszcze sięgnąć po bilety do opery, ale… —
To jeszcze może się przydać — rzuciła i zamiast je palić, wcisnęła je do pierwsze szuflady do komody. Planowała się tam wybrać? Może to nie był wcale taki głupi pomysł.
¿Me echarías de menos, cariño?