Zajebiście
—
Nie potrafię zdecydować, czy ta twoja buta bardziej mi się podoba czy jednak mnie denerwuje — powiedziała, uśmiechając się nieznacznie pod nosem i przenosząc spojrzenie na jego ramię.
Spokojnie, Senna, zwolnij. Bo jeszcze pomyśli, że go podrywasz.
—
Nie będę tego wyciągała. Mam rozwaloną rękę, brakuje mi narzędzi, a nie widzę też, jak ten pocisk tam siedzi. Może się okazać, że jak go wyciągnę, to się po prostu wykrwawisz więc… Jedyne co ci mogę zaproponować, to zatamowanie krwawienia. I temblak. Z tego, co zostało z twojej koszulki. Abyś machał tą łapą jak najmniej. — Odwróciła się do rozłożonej apteczki, aby wybrać z niej sól fizjologiczną. Bez słowa ostrzeżenia przemyła jego ranę solidnie. Nie uprzedzała go, bo raczej już wiedział, co będzie robiła. I nie był tym zaskoczony. Przyłożyła do rany odpakowaną gazę. Jedną, drugą, trzecią, a potem nawet czwartą. A potem wyciągnęła elastyczny bandaż, aby sprawnie go poowijać. Tak, by był nacisk na miejsce.
Otarła swoje czoło dłonią, zostawiając za sobą smugę z jego krwi. Ale biorąc pod uwagę, że oboje byli cali umorusani, nie przejmowało jej to. Już pomijając w tym wszystkim fakt, że trudno było stwierdzić kto gdzie miał swoją krew, a gdzie była krew partnera.
Zamknęła z kliknięciem apteczkę.
—
Oszczędź mi tylko tym razem atrakcji i nie miej wstrząsu, dobra? — rzuciła, odkładając przedmiot za siebie. Wróciła na fotel ze świeżym zawiniątkiem z bandaża i zaczęła owijać swoją rękę. —
Możesz spróbować zasnąć na chwilę. Raczej ciężko o kanibala z nożem do chleba tutaj, a jak jakimś cudem znajdzie samolot i będzie chciał podlecieć, to pewnie go usłyszysz na radarze. — Który, notabene, miał być wyłączony, ale zamierzała go włączyć, kiedy już się oddalą odpowiednio. —
Jak już znajdziemy się nad Arktykiem, to będzie chwila spokoju.
Chwila, która się skończy, kiedy zaczną zbliżać się do wybrzeża Alaski.
Upchnęła na nim tę jego kurtkę, wicskając mu tym samym prowizoryczną kołderkę, ażeby nie świecił gołą klatą. Sama jej już nieszczególnie potrzebowała. Zarzuciła nogi na jedno z niewielu wolnych od przycisków i przełączników miejsce na dece rozdzielczej i skrzyżowała ramiona na piersi.
Dopóki był autopilot, a ten klekot nie wydawał z siebie podejrzanych dźwięków, też mogła spróbować zasnąć.
Bo była wykończona.
A mieli niecałe trzy godziny spokoju, zanim radar Iła nie odezwał się. Ciche, narastające pikanie, które wybudziło ją skutecznie z drzemki. To był dźwięk zbyt znajomy. I taki, którego mogła się spodziewać.
Najpierw na horyzoncie przed nimi pojawiły się dwie kropki, szybko skracające dystans między nimi i równie szybko nabierając kształtu charakterystycznego dla myśliwców. Sprawnie odwróciły się tak, że jeden leciał równolegle do Iljuszyna przy jednym skrzydle, a drugii przy drugim. Najpierw jeden z nich zakołysał się w sposób charakteystyczny i dobrze jej znany, bo sygnalizował, że będzie podejmował próbę kontaktu.
A potem odezwał się głos w radio.
— Niezidentyfikowany rosyjski transportowiec. Tu Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. Wchodzisz w przestrzeń powietrzną Stanów Zjednoczonych Ameryki. — Welcome home, Senna. — Zidentyfikuj się natychmiast.
—
Valkyrae Callahan, callsign Senna. Były pilot US Navy. Maszyna została przejęta awaryjnie do celów operacji ratunkowej na terytorium Rosji. Na pokładzie jest dwóch rannych. — Bo przecież i ona i Danon. —
Nie mamy wrogich zamiarów.
— Powtórz callsign i podaj numer służbowy.
— S
enna, trzy osiem siedem lima, ostatnia jednostka Top Gun, NAS Falcon.
Zapanowała cisza. Radio trzaskało, ale nikt po drugiej stronie się nie odzywał. Nie pozostało jej nic innego, niż trzymać kciuki za weryfikację. Ale obawiała się jednego.
— Callaghan, challenge: iron.
Westchnęła ciężko.
—
Nie znam obecnych haseł. Koniec służby ponad rok temu.
— Potwierdzam niezgodność challenge'u. Zachowaj kurs, Iljuszyn, NORAD weryfikuje twoje dane.
Senna znów westchnęła. Nie opierała nawet dłoni na wolancie. Ani nie sięgała do przepustnicy. Teraz to mogli trzymać kciuki, że Amerykanie jednak mają ją dalej w bazie i przejdzie pomyślnie sprawdzenie danych.
W końcu radio znów zatrzeszczało a głos, który odezwał się po drugiej stronie, zabrzmiał o ton łagodniej.
— Potwierdzam dane historyczne, status i autentyczność ID. — Kamień z serca. — Senna, przejmujemy cię w eskortę. Bierzemy kurs trzy-pięć-zero i wprowadzimy was do Elmendorf, Alaska. Trzymaj się kursu i nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów.
Sąsiedni Raptor przechylił skrzydła, dając tym samym sygnał, więc sięgnęła do przepustnicy, aby nabrać kurs.
—
Patrz, jeszcze nas nie zestrzelą. Ale pewnie będą przesłuchiwać. — No, to brzmiało super. Oby Damon poczuł się jeszcze słabiej, to może chociaż jemu wstępnie tego oszczędzą, ale pewnie warto by było ustalić zezznania.
Ale zanim w ogóle mieli okazję do tego przejść, radar znów zaczął intensywnie pikać, niosąc informację o kolejnym, a raczej – kolejnych zbliżających się obiektach. A radio znów zatrzeszczało.
— Iljuszyn siedem sześć, tu Siły Powietrzne Federacji Rosyjskiej. — No, to troszkę przejebane. Pan, który komunikował się angielskim z mocnym rosyjskim akcentem nie brzmiał zbyt sympatycznie. — Natychmiast zmieniacie kurs na dwa-siedem-jeden. Podejmujemy eskortę powrotną.
—
Nasi koledzy nas znaleźli. — Senna powiedziała to dziwnie, podejrzanie spokojnie. Równie podejrzanie się uśmiechając pod nosem.
— SU-35, tu Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wchodzicie w zakazaną strefę powietrzną Stanów Zjednoczonych Ameryki. Natychmiast zawróćcie, pod rygorem otwarcia ognia. — To powiedział ich kolega, z którym chwilę temu oni sami mieli pogadankę przez radio. Jak się okazywało – Amerykanie nie zamierzali teraz oddać eskortowanego Iljuszyna. I to pewnie dlatego Senna była taka wyczilowana, kiedy podjął ich rosyjski myśliwiec.
Nastąpiła krótka wymiana przez radio między Rosją a Ameryką, podczas której jeden z myśliwców Ameryki ustawił się za Iljuszynem, co było widoczne na radarze, a co znaczyło dla niej tyle, że faktycznie szykowali się do obrony transportowca przed rakietami.
A Senna patrzyła wyczekująco na radio, przekręcając nieco pokrętło od głośności.
W końcu rozbrzmiał inny, nowy głos.
— NORAD, autoryzacja użycia broni. — Uśmiechnęła się na samo brzmienie nazwy. — Utrzymujecie Iljuszyna w formacji, priorytet: ochrona transportowca. Elmendorf wysyła dwa patrole.
Na jaśniejącym niebie, daleko od nich, faktycznie pojawiły się cztery kolejne kropki. Mogli się spodziewać, że to wspomniane dwie pary myśliwców.
— SU-35, to ostatnie ostrzeżenie. Zawracajcie kurs. Jesteście namierzeni, ostatnia szansa.
—
Chyba nie są aż tak głupi — mruknęła pod nosem. Bo gdyby jednak Rosjanie zdecydowali się podjąć walkę, to wyciągnęłoby to znacznie większe konsekwencje polityczne, bo w zasadzie można byłoby tu mówić o otwartym ataku. W końcu to oni weszli w przestrzeń powetrzną Ameryki. To, że ktoś jumnął im samolot to już inna sprawa. I ich problem, którego nie mogli rozwiązywać wlatywaniem w amerykańską przestrzeń powietrzną bojowymi myśliwcami bez autoryzacji.
Wrogie myśliwce złamały swój szyk, zmieniając kurs i faktycznie zawracając. Zdało się słyszeć groźby po rosyjsku. Nieszczególnie je rozumiała.
—
Jeden problem z głowy.
No, pozbyli się jednego wojska, to teraz czekała ich przeprawa z drugim. To drugie przynajmniej nie chciało ich zestrzelić. Na razie.
Damon Tae