ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Brutalność to część życia, Isobel. Zobacz, jak zachowują się zwierzęta. Na świecie istnieje hierarchia. Zwierzęta dzielą się na łowców i ofiary — zupełnie jak ludzie. Pamiętaj, że w naszym domu nie ma miejsca dla ofiar. Rozumiesz, co mam na myśli? Jeśli będziesz musiała kogoś zabić, po prostu go zabij. Wycisz emocje, udawaj, że nie istnieją. Tylko wtedy będziesz mogła podjąć najtrudniejsze decyzje.

Słowa ojca i wpajane jej przez lata druzgocące wartości, przyczyniły się do zobojętnienia Isobel. W jej umyśle emocje zaczęły stopniowo tracić status czegoś naturalnego i stawały się raczej słabością, którą należało kontrolować albo całkowicie eliminować. Taki sposób myślenia, choć podszyty pozorną logiką przetrwania, w rzeczywistości wypaczał granice między koniecznością a okrucieństwem. Był to jeden z mechanizmów, które nie rodzą się w człowieku same z siebie, lecz są w nim cierpliwie budowane — zdanie po zdaniu, zakaz po zakazie, egzekucja po egzekucji. W pewnym momencie zaczynało się wierzyć, że brak empatii jest równoznaczny z siłą, choć w rzeczywistości było to przekleństwo czyniące człowieka odrętwiałym na konsekwencje wynikające z podjętych decyzji. Moralność w Isobel nie gasła z dnia na dzień, ona była w niej systematycznie wygaszana, aż stała się czymś odległym, niemal mistycznym. Długi czas tłumiła emocje, próbowała je wyciszyć, lecz to wyciszenie na niewiele się zdało — uczyniło ją bardziej podatną na impulsy. Zwłaszcza na nagłą złość i niechęć. Tłumioną złość przeradzała w makabryczne czyny, często autodestrukcyjne, choć bywały również destrukcyjne dla całego otoczenia.
Isobel nie zamierzała na siłę doszukiwać się dobra w kimś, kto w prowokująco spokojny sposób naginał własne bezpieczeństwo dla adrenaliny.
— Życie samo w sobie jest rozczarowujące, ambicje dodatkowo je komplikują. Tak myślę — wzruszyła ramionami, wygłaszając tę oczywistość tonem tak suchym, jakby każde jej słowo było ziarnem piasku przesypującym się przez gardło, a sama rzeczywistość rozciągała się wokół nich jak bezkresna pustynia, w której wszystko traciło sens. Cameron nie potrafiła wygłaszać motywacyjnych przemów. Swoją ciepłą, przepełnioną wyrozumiałością osobowością, prędzej namówiłaby drugą osobę do popełnienia samobójstwa, niż pomogłaby w odnalezieniu sensu życia.
I nie miałaby obiekcji przed spaleniem czyjegoś mieszkania lub podpalenia samochodu tylko po to, by sprawdzić, jak czyjaś codzienność zaczyna pogrążać się w chaosie.
Brak rozsądku był częścią zamętu. Na szczęście jej to nie dotyczyło, bo w jej słowniku nie istniało pojęcie zdrowego rozsądku. O czym już zdążył przekonać się również Max, gdy zaproponowała wspólną wycieczkę do miejsca o wątpliwym poziomie bezpieczeństwa. Na obrzeżach miast często można było spotkać ciekawe lokale — a przynajmniej takie spotykało się w mieście, z którego pochodziła. Tutaj, w Toronto sytuacja mogła wyglądać nieco inaczej. Rzuciła propozycją obrzeży, ale las... Las był równie intrygującym pomysłem, na który zamierzała przystać. Bo w lesie mogło wydarzyć się dużo więcej niż na obrzeżach.
Słysząc jego pytanie, spojrzała na niego wymownie — jakby nie rozumiała, w czym widział problem. Wsiadłaby z nim do samochodu nawet po dwóch minutach rozmowy, gdyby od razu zaproponował, że wywiezie ją do lasu. Mimo nieprzyjemnych sytuacji wciąż nie nauczyła się, że być może nie powinna była tego robić. Z drugiej strony, chęć doświadczenia czegoś niebezpiecznego była nieodłącznym elementem jej funkcjonowania. Przywykła do intensywności, do adrenaliny, do tej chorej potrzeby, która nie była już emocją, tylko fizycznym przymusem. Coś w jej wnętrzu zaczynało się ruszać, drapać i przeżerać od środka, kiedy świat wokół stawał się zbyt spokojny, a ona nie lubiła walczyć z tym uczuciem. Na ogół brała leki na uspokojenie, które wyciszały fizyczne dolegliwości. W końcu nie bez powodu zostały jej przepisane. Stagnacja nie była dla niej odpoczynkiem, tylko stanem rozkładu.
— Po prostu wszystko mi jedno, co się ze mną stanie. Niczym mnie nie zaskoczysz. Że niby co? Wywieziesz mnie do lasu, zaczniesz torturować i zgwałcisz? — wywróciła oczami, wypowiadając ze znużeniem te słowa. — Spróbujesz mnie zamordować? Nie byłbyś pierwszy. Naćpasz mnie i zakopiesz? Mam to w dupie — mogłaby wymieniać dalej, odsłaniając przed nim kolejne krzywizny swojej osobowości. I tak od dawna była martwa, a tego morderstwa dokonał jej własny ojciec poprzez sprowadzenie jej na świat.

Oczywiście, że się nie zawahała.
Była pewna swoich słów i nie zamierzała rzucać ich na wiatr.
Uniosła z zadowoleniem kąciki ust, gdy jasnowłosy mężczyzna wyminął ją z westchnięciem i otworzył drzwi od strony pasażera. Prawdopodobnie klasnęłaby w dłonie, gdyby była w stanie wykrzesać z siebie odrobinę więcej entuzjazmu. Zamiast tego wsunęła ponownie dłonie do kieszeni i zajęła miejsce obok kierowcy. — Las brzmi jeszcze lepiej — ile razy pytała swojego ulubionego znajomego, czy wybrał już sobie miejsce na dół w lesie, który wcześniej miał sobie sam wykopać? Wielokrotnie. Zdecydowanie lubiła lasy.
Siedziała w milczeniu, wyglądając przez okno na mijane starym pickupem budynki. W stronę Maxa zerkała rzadko. Co jakiś czas zadawała sobie tylko pytanie o to, co siedziało w jego głowie. Czy się jej obawiał? Czy faktycznie rozważał makabryczną zbrodnię? Czy choć przez chwilę się zawahał, ale nie zamierzał jej o tym wahaniu informować? Ona myślała o innych rzeczach. O tym, czy mógłby zrobić jej krzywdę i sprawić, że faktycznie cokolwiek by poczuła. Rozmyślała też o tym miejscu w lesie. Co takiego mógł ukrywać przed światem las? Czym było miejsce, do którego ją zabierał?
Nie wysiadła po pięciu minutach. Nie wysiadłaby nawet po dwudziestu.

— Wiesz... — odchrząknęła, szukając odpowiednich słów, za pomocą których mogłaby udzielić odpowiedzi na temat planowanej zbrodni. — Psychiatrzy ciągle pytali mnie, czy odczuwam empatię. Nigdy nie wiedziałam, co powinnam odpowiedzieć. Mówiłam, że tak. No i kłamałam. Nieważne jak bardzo byłbyś problematyczny ze swoim kiepskim humorem i tak nie zrobiłoby mi to różnicy. Po prostu bym cię zabiła na jakiś chory sposób, gdybym miała taką zachciankę. Jak na razie jej nie mam, więc nie musisz o tym myśleć — rzekła brutalnie szczerze. Wyrządzenie mu krzywdy było naprawdę kuszącą propozycją, ale po to chodziła na terapię, by tłumić w sobie te zabójcze instynkty. Nie traciła nad sobą panowania, choć wewnątrz faktycznie wrzała za każdym razem, gdy wyobraźnia podsuwała jej makabryczne obrazy.

W końcu dojechali na miejsce.
— Strzelać i rzucać nożami do celu. Takie hobby, rozumiesz — i oczywiście nie było w tym n i c z e g o nienormalnego. W końcu wiele kobiet w jej wieku odczuwało dziwną słabość do ostrych przedmiotów. Nie musiała zadawać się z rówieśniczkami, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Z dziesięciu osób może jedna wykazałaby czymś takim zainteresowanie. Nieszczególnie przeszkadzało jej to, że Max odpowiedzi już nie usłyszał. Jeszcze dwa lata temu rozmawiała sama ze sobą, więc mogła wrócić do tamtego stanu.
Z samochodu wysiadła chwilę za nim. Trzasnęła drzwiami, niezbyt mocno, bo nie chciała zniszczyć ani uszkodzić samochodu. Jeszcze musiałaby płacić, a ta wizja przerażała ją bardziej niż spędzenie czasu z obcym człowiekiem wewnątrz podejrzanej, ukrytej za drzewami drewnianej konstrukcji. Z zaciekawieniem przyglądała się pękowi kluczy, chłonąc wygląd i kształt tego, który służył akurat do otwarcia tego zamka. Zabezpieczenie było solidne. Oznaczało to tylko tyle, że wewnątrz musiało kryć się coś ważnego. Musiała przyznać, że miała niezłego farta. Mężczyzna, którego poznała na parkingu, miał klucze do tak specyficznego miejsca. I być może w tym momencie w głowie Isobel powinno pojawić się czerwone światło; i coś faktycznie się pojawiło. Nie było to ostrzeżenie, raczej impuls fascynacji przechwycony przez mózg.
— Miałeś rację. Nie zamierzam o nic pytać — przyznała, nawiązując do jego wcześniejszych słów. Gdy tylko Max otworzył drzwi, odczekała kilka sekund — wpuściła go oczywiście przodem. Była tutaj gościnnie.


Max Korhonen
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Dlaczego to prawie zawsze musi być ojciec? Dlaczego to właśnie oni tak często mieli swój udział w wypaczaniu ludzi, którzy później latami nosili w sobie chaos, gniew albo martwą pustkę? Trudno było uwierzyć, że człowiek rodził się od razu odrętwiały na cierpienie, obojętny wobec przemocy czy własnej destrukcji. Takie rzeczy nie pojawiały się nagle. Były konsekwencją. Efektem lat spędzonych pod wpływem cudzych słów, oczekiwań i błędów. Czasami wystarczała chłodna surowość, czasami ciągła presja, a czasami coś znacznie gorszego — systematyczne odbieranie komuś poczucia bezpieczeństwa, człowieczeństwa albo prawa do własnych emocji. Najbardziej przerażające było jednak to, że granica pomiędzy wychowaniem a psychicznym okrucieństwem bardzo często zacierała się powoli. Niemal niezauważalnie. A później zostawał już tylko człowiek, który nie potrafił funkcjonować inaczej niż poprzez gniew, pustkę albo potrzebę autodestrukcji.
Jego własny również nie należał do łatwych ludzi. Były agent fińskich służb wychowywał syna twardą ręką, wpajając mu zasady przetrwania szybciej niż większość dzieci uczyła się zwykłej ostrożności. Max potrafił rozłożyć broń wcześniej niż dobrze ogarnął szkolną matematykę. Wiedział, jak rozpalić ogień w lesie podczas ulewy, jak czytać ślady, jak oceniać zagrożenie i jak reagować pod presją. Jako nastolatek przechodził treningi, które momentami bardziej przypominały wojskowy obóz niż dzieciństwo, ale nigdy nie było w tym okrucieństwa. Surowość — owszem. Wymagania — zdecydowanie. Ojciec oczekiwał od niego siły, samodzielności i opanowania, czasem aż przesadnie. Bywał chłodny, zbyt zdyscyplinowany, emocjonalnie niedostępny w sposób typowy dla ludzi, którzy większą część życia funkcjonowali w świecie procedur, zagrożeń i ciągłej kontroli. Jednak mimo wszystko Max nigdy nie zwątpił, że był kochany, bo obok zawsze była matka. To ona równoważyła zapędy ojca. Wnosiła do domu ciepło, normalność i coś, czego tamten często nie potrafił okazywać. Potrafiła jednym spojrzeniem przerwać zbyt ostry ton. Jednym dotykiem przypomnieć Maxowi, że nie musiał być ciągle gotowy do walki. Dzięki niej granica nigdy nie została przekroczona.
W przypadku Isobel najwyraźniej nikt tej granicy nie pilnował. I może właśnie dlatego siedziała teraz obok niego, mówiąc o torturach, gwałcie i morderstwie z obojętnością, która powinna go odstraszać bardziej, niż rzeczywiście odstraszała.

Nie patrzył na nią przez chwilę. Skupił wzrok na drodze ciągnącej się przed maską pickupa, mocniej zaciskając dłoń na kierownicy. W jego głowie pojawiło się dziwne, nieprzyjemne uczucie — coś pomiędzy irytacją a ciężarem, którego nie potrafił nazwać. Znał ten schemat aż za dobrze. Ludzie nie rodzą się tacy jak Isobel. Nie budzą się pewnego dnia z obojętnością wobec śmierci i przemocą kłębiącą się pod skórą. Ktoś ich do tego doprowadzał. Krok po kroku. Słowo po słowie. I chyba właśnie to niepokoiło go najbardziej. Bo słuchał jej uważnie, nawet jeśli sprawiała wrażenie, jakby opowiadała o pogodzie, a nie o własnym spaczeniu. Nawet jeśli mówiła o torturach, gwałcie i morderstwie z obojętnością, od której większości ludzi przeszłyby ciarki po plecach - Maxa też powinny.
Mimo to nie kazał jej wysiadać z samochodu. Może dlatego, że pod tą całą brutalnością widział coś jeszcze. Nie pustkę. Nie szaleństwo. Raczej człowieka, którego ktoś przez lata konsekwentnie łamał, aż został po nim tylko chaos i instynkty. Westchnął cicho, kiedy wspomniała o zabiciu go „na jakiś chory sposób”. — Dobrze wiedzieć, że na razie żyję tylko dlatego, że nie masz nastroju— mruknął, zerkając na nią kątem oka. — Cholernie podbudowujące. - komentarz pozbawiony prawdziwego rozbawienia, stanowił próbę rozładowania atmosfery, która momentami robiła się dusząca.

Kiedy w końcu zatrzymał samochód i wysiedli na miejscu, Max przez chwilę obserwował ją w ciszy. Sposób, w jaki patrzyła na klucze. Na kłódkę. Na budynek ukryty między drzewami. W jej spojrzeniu nie było strachu. Była ciekawość. Prawie fascynacja. Kącik jego ust drgnął lekko, gdy wspomniała, że jednak nie będzie zadawać pytań.
To chyba pierwszy rozsądny wybór, jaki dziś podjęłaś — rzucił spokojnie, wsuwając klucz do zamka. Przez umysł Korhonena przemknęło pytanie - czy on także podjął podobny zabierając tu nieznajomą? Metal szczęknął głucho, a Max popchnął ciężkie drzwi, wpuszczając do środka chłodne powietrze przesiąknięte zapachem drewna, starego oleju i charakterystycznej woni prochu, która osiadała w takich miejscach na długo.
Odwrócił lekko głowę w jej stronę. — Ale uprzedzam cię — odezwał się, tym razem już bez śladu ironii. — Jeśli zaczniesz wyglądać, jakbyś naprawdę chciała mnie zabić, to jednak zacznę się martwić.

Wnętrze nie wyglądało jak zwykła leśna szopa. Z zewnątrz przypominała zaniedbany drewniany budynek, jeden z wielu stojących gdzieś pośrodku niczego. W środku jednak panował zaskakujący porządek. Pod jedną ze ścian ustawiono solidny stół roboczy, nad którym wisiały półki z narzędziami, amunicją i środkami do czyszczenia broni. Druga ściana wyglądała znacznie bardziej niepokojąco. Na specjalnych uchwytach zawieszono kilka jednostek broni długiej — dwie strzelby, klasyczny myśliwski repetier, karabin wyborowy oraz czarny półautomat, którego przeciętny człowiek raczej nie trzymałby w leśnym domku. Niżej znajdowały się zamykane skrzynie, a obok nich rząd krótszej broni: pistolety, kabury i magazynki ułożone z niemal wojskową dokładnością.
Ale uwagę przyciągało coś jeszcze - noże. Dużo noży. Różnej długości i przeznaczenia — od niewielkich myśliwskich ostrzy po cięższe, bardziej brutalnie wyglądające egzemplarze przypominające wojskowe combat knife’y. Kilka rzutek wbito nawet w drewnianą tarczę zawieszoną przy przeciwległej ścianie.
Max zauważył niemal natychmiast moment, w którym wzrok Isobel zatrzymał się właśnie tam, a wcześniejsze słowa o nietypowym hobby sprawiły, że nie mógł darować sobie komentarza- Czy coś ci się spodobało? - zawartego w pytaniu, które brzmiało bardziej jak ostrożna prowokacja niż zwykła ciekawość.

Nie czekając na to, czy brunetka podejmie jakieś kroki, Max podszedł do ściany, bez większego zastanowienia sięgając po jeden z mniejszych pistoletów zawieszonych niżej. Kciukiem zwolnił magazynek, sprawdził komorę nabojową, przeciągnął zamek krótkim, płynnym ruchem, po czym jeszcze raz skontrolował broń szybkim spojrzeniem. Metal cicho szczęknął w jego dłoniach. Dopiero wtedy sięgnął po pudełko z amunicją leżące na stole. Jeden po drugim zaczął wciskać naboje do magazynka, metodycznie, bez pośpiechu. Charakterystyczne kliknięcia rozbrzmiewały w drewnianym wnętrzu z niepokojącą regularnością, a sam Max wyglądał przy tym zbyt naturalnie — jakby była to jedna z najbardziej zwyczajnych czynności na świecie. Jak dobrze strzelasz do celu? Może jakiś zakład? - zaproponował, unosząc do góry prawą brew. W zachowaniu Maxa próżno było szukać wczorajszej wersji mężczyzny, który pozwalał sobie na luźniejsze komentarze i swobodny flirt, czy emocjonalny rollercoaster na kanapie przyjaciółki. Tutaj był spokojniejszy. Skupiony. W jego ruchach pojawiła się chłodna pewność siebie, dziwnie współgrająca z miejscem, do którego ją przywiózł. Potrzebował tego rodzaju odskoczni, aby poradzić sobie z ciężarem wczorajszego wieczoru.



Isobel Cameron
wanilia
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Okrucieństwo było częścią życia, choć nie wszyscy mieli w sobie na tyle dużo odwagi, by przyznać, że się go dopuszczają. Łatwiej było skłamać, lub znaleźć argument — często niemający większego sensu — na swoją obronę, niż przyznać się do słabości. Przemoc miała różne formy, nie zawsze wiązała się z brutalnością i rozładowywaniem emocji poprzez fizyczność. Mogła przyjść niezauważalnie. Wtopiona w tło i otulona ciemnością niczym drapieżnik szykujący się do ataku. Słowa potrafiły łamać ducha, wyniszczać go i rozrywać na strzępy. Podpowiadały głośno wyraźnie, że nie pasujesz do tego miejsca, że nie powinno cię tu być, aż w końcu odchodziły — tak samo nagle — i zostawiały po sobie pustkę. Wrak człowieka, cielesną powłokę okradzioną ze zdolności odczuwania ludzkich uczuć. W każdej rodzinie — nawet tej rozbitej — powinna być osoba wspierająca. Taka, do której wracało się w najgorszym momencie. Taka, której bliskość była kojąca i wyciszająca. Niektórzy mieli pecha, bo w ich życiu takiej osoby nie było — a jeśli już się pojawiała, to znikała równie cicho, jak się pojawiła. Pewnego dnia po prostu przestała odbierać telefony, zostawiła po sobie niedopitą herbatę, niedomknięte drzwi i ciszę, której nikt nie potrafił już wypełnić. A potem pozostawało tylko przyzwyczajanie się do pustego miejsca przy stole i do tego dziwnego uczucia, że niektórzy po prostu odchodzą, żegnając się przy pomocy listu. Długiego i napisanego w taki sposób, że każde słowo i zdanie bolało dwa razy mocniej. Niezależnie od sposobu wychowania, rodzice mierzyli się z konsekwencjami swoich czynów. Przeszłość ich piętnowała, przyszłość rozliczała. Zarówno nadmierna kontrola, jak i jej brak potrafiły zniszczyć życie.

Tak po prostu było.
Taka kolej rzeczy.

Siedząc obok Maxa, opowiadając mu o torturach i tych okropnych rzeczach, zdarzało jej się zapytać samej siebie dlaczego jej nie wysadził. To było intrygujące, raczej rzadko spotykała kogoś, kto w tak spokojny sposób znosił jej towarzystwo, podczas gdy ona była... Sobą. Sarkastyczną. Nieprzyjemną. Zdziczałą, jak wywalony na ulicę kot. — Oj nie dziękuj, nie ma za co. Motywowanie innych to moja specjalność — wtrąciła jeszcze, podłapując ten pusty żart.
Czy czuła się rozczarowana? Może trochę. Gdyby kazał jej wysiąść, odczułaby satysfakcję. Wtedy byłby jedną z wielu osób ulegających prowokacjom Cameron. Nie zdarzyło się nic, co mogłoby ją usatysfakcjonować — zderzyła się z rozczarowaniem. Rozczarowanie przeminęło, ustępując miejsca ciekawości, gdy nieznajomy otworzył drzwi do swojego królestwa. Rzuciła w jego stronę pobłażliwe spojrzenie, nie kryjąc cienia rozbawienia, które przemknęło przez piegowatą twarz szatynki. Rozsądny wybór? Brzmiało niemal jak komplement.
— A jakbym zaczęła zadawać pytania? Na przykład... Czy jesteś poszukiwany przez policję? To twoje hobby? Czy może kogoś zabiłeś? — prowokowała go, rzucając tymi pytaniami. Nietrudno było dostrzec zmianę w zachowaniu Cameron; chwilę temu opowiadała mu o śmierci, a teraz patrzyła na niego z niemym wyzwaniem połyskujących w błękitnych oczach. Zmienna natura Isobel bywała uciążliwa; ci, co nazywali ją niestabilną i nieprzewidywalną mieli całkowitą rację. To, że miała skłonności do toksycznych relacji, również było prawdą. Podobnie jak nietypowe zainteresowania — być może dlatego przyglądała się z zainteresowaniem sposobowi, w jaki Max otwierał zamek. Gdyby przypadkiem była tutaj sama, bo uznałaby, że spacer po lesie i oddychanie świeżym powietrzem, to doskonały pomysł i trafiłaby na ten budynek, najprawdopodobniej by się włamała.
Zaintrygowało ją surowe wnętrze, ale największe wrażenie zrobiła na niej zawartość tego budynku. Ten klimat. Zapach. Ciężkie powietrze. Zapach drewnu oleju, prochu dymnego, metalu. Zaciągnęła się tą kompozycją zapachową, jakby testowała cholernie drogie perfumy. Przedmioty, które udało jej się wyłapać spojrzeniem? Istny raj dla psychopatów. Ekscytujące. Słysząc ostrzeżenie Maxa, machnęła tylko dłonią, zbywając go w ten sposób. Dotarło do niej to, co powiedział, nie musiała potwierdzać tego słownie. Stara szopa z zewnątrz wewnątrz przypominała przechowalnie, albo może nawet warsztat zbrojący. Strzelby, repetiery, karabiny... To zignorowała. Uwagę Isobel przyciągnęły noże. Echo ciężkich butów rozniosło się po posadce, gdy podeszła do miejsca ich położenia. Zagryzła wewnętrzną stronę policzka, sięgając do nich dłonią, jakby chciała sprawdzić, czy zaopiekowano się nimi na tyle dobrze, by wciąż pozostawały ostre i nadawały się do użytku. Wpatrywała się w nie z niemałą fascynacją, jakby była oczarowana. Specjalizowała się w nożownictwie. Pierwszy nóż, albo raczej sztylet, jaki dostała w prezencie od ojca, cechował się lekkością i cienkim ostrzem. Ojciec nazwał go viper. Kimkolwiek był jego twórca, w stworzenie tego dzieła włożył całe serce. Zdecydowanie uwielbiała ostrza.
— Mam słabość do noży. I sztyletów. Cienkie ostrze jest precyzyjne — mówiła spokojnym tonem, przenosząc powoli spojrzenie na Maxa.
Sztylet; broń zabójcy. Cienkie, ciche i skuteczne. Na samą myśl o połyskującym ostrzu ogarniała ją fala ciepła. Chore pobudzenie, które musiała stłumić, zanim urośnie do takiego stopnia, że będzie za późno na odwrót. Sięgnęła po jeden z noży, po kształcie wywnioskowała, że był to ka bar. Po oparciu się o pobliski stół warsztatowy wyjęła go bez pośpiechu z kabury, poświęcając mu całą swoją uwagę. Dotykała go delikatnie, przesuwając palcami po każdym fragmencie, począwszy od rękojeści, kończąc na ostrzu. Przesunęła opuszkami po wewnętrznej stronie, sprawdzając ostrość i siłę nacisku. Zdawała sobie sprawę z tego, że może się zaciąć i celowo narażała się na tę krzywdę. Nóż był masywny, nieco cięższy niż sztylet, który znała, ale wciąż wygodnie leżał w dłoni, jakby się do niej dopasowywał.

Odwróciła głowę w stronę Korhonena, zawieszając spojrzenie na broni, którą przygotowywał do użytku.
Opanowanie i wyrachowanie z jakim to robił, przyprawiało ją o subtelne dreszcze. Lubiła pewność siebie, która biła od niego na kilometr. Postawa blondyna, ostrożna prowokacja czająca się w jego głosie i rzucone w jej kierunku wyzwanie, stanowiły pożywkę dla jej chorej fascynacji przemocą. To była ta część jej osobowości, którą musiała trzymać na krótkiej smyczy i dbać o to, by nie wypuszczać jej między ludzi. Tu nie chodziło o samą broń, lecz o świadomość, że potrafił obchodzić się z nią bez zawahania. Fascynowała ją kontrola. Oczywiście, że nie mogła odpuścić zakładu. Odsunęła się od stołu, przy którym stała i odłożyła nóż na miejsce. Podeszła do mężczyzny, przyjmując dość wyzywającą pozycję; stanęła niebezpiecznie blisko, celowo ignorując jego przestrzeń i uniosła lekko podbródek. Skrzyżowała dłonie na piersi.
— Wystarczająco dobrze, żeby trafić, jeśli musiałabym użyć broni palnej. Lubię zakłady i nie lubię przegrywać, więc nawet jeśli lepiej radzę sobie z nożami... To i tak podejmę się wyzwania — oczywiście, bo wyzwania działały na nią jak afrodyzjak. Uwielbiała rywalizację. — O co chcesz się założyć? O jakąś głupotę, pieniądze, niemoralną propozycję? — kolejną, bo już samo to, że przebywał z nią w jednym pomieszczeniu i dawał jej dostęp do broni, było niemoralne.


Max Korhonen
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Maximilian Korhonen od dawna wiedział, że okrucieństwo nie zawsze wyglądało tak, jak ludzie chcieli je przedstawiać. Czasami nie miało zapachu krwi ani widocznych śladów na skórze. Czasami przychodziło cicho; w słowach wypowiadanych z pozorną troską, w spojrzeniach pełnych oceny, w milczeniu przeciąganym tak długo, aż człowiek zaczynał wątpić w samego siebie.
Nie był jednak wychowywany w cieniu emocjonalnego chaosu. Wręcz przeciwnie — dorastał w świecie dyscypliny, kontroli i precyzji. Jego ojciec, ostatni z rodu Korhonenów pracujących w fińskich służbach specjalnych, traktował życie jak system, który trzeba zrozumieć, rozłożyć na czynniki pierwsze i opanować. Dla niego słabość nie była czymś naturalnym — była błędem wymagającym korekty. A Max, od najmłodszych lat szkolony pod jego okiem, nauczył się nie tylko przetrwania, ale też tego, jak nie dać po sobie poznać, że cokolwiek w ogóle może go złamać.

Nie oznaczało to jednak, że był pusty - raczej, że nauczył się funkcjonować w sposób uporządkowany, chłodny i kontrolowany. Emocje istniały, potrafiły targać jego ciałem, wywołując dziwny skurcz czy ukłucie, gdzieś pod żebrami, jednak starał się je trzymane w ryzach tak długo, jak było to konieczne. Dodatkowo wiedział o ciemniejszych stronach ludzkiej natury nie tylko z doświadczenia rodzinnego, ale i z wyboru. Przygotowując swoją powieść kryminalną, zmusił się do wejścia w przestrzenie, których większość ludzi wolałaby nigdy nie dotykać. Tortury, mechanizmy przemocy, profile sprawców — analizował je z chłodną precyzją, nie dla fascynacji, lecz dla zrozumienia. Wiedza stała się dla niego narzędziem, dlatego kiedy słuchał Isobel, rozumiał więcej, niż powinien.
Cameron nie była zwyczajna. W jej słowach, sposobie patrzenia i tym specyficznym chaosie kryło się coś niepokojąco znajomego — nie dlatego, że przypominała mu przeszłość, ale dlatego, że przypominała mu ludzi, którzy nauczyli się żyć z własnymi mrokami, nie pozwalając im przejąć pełnej kontroli.
Patrzył więc na nią w ciszy, obserwując sposób, w jaki poruszała się po przestrzeni, jak dotykała ostrzy, jak bardzo jednocześnie była uważna i niebezpiecznie swobodna w tym, co robiła. Jak przesuwała palcami po nożu, robiła to z niemal absurdalną delikatnością, a jednocześnie było w tym coś brutalnie intymnego. Jakby rozumiała broń lepiej niż większość ludzi rozumiała drugiego człowieka. I cholera… to było fascynujące. Powinno go odrzucać. Powinien uznać ją za problem. Za zagrożenie. Jednak zbyt mocno go fascynowała, mogłaby stać się idealną kreacją dla jego kolejnej książki.
Nie maskowała się normalnością. Była ostra. Świadoma. Zbyt szczera w swojej nieprzewidywalności. Jak zdziczałe zwierzę, które dawno przestało wierzyć, że ktokolwiek będzie próbował je oswoić. A Max… chyba nawet nie chciał tego robić.

Kiedy podeszła bliżej i bezczelnie weszła w jego przestrzeń, nie cofnął się ani o milimetr. Dopiero teraz mógł dostrzec, jak jej błękitne oczy błyszczały wyzwaniem, pokazując, że uwielbia ryzyko. Widział to wyraźnie. Kącik ust Maxa uniósł się minimalnie — Nie wyglądasz jak ktoś, kto boi się niemoralnych propozycji — odezwał się spokojnie, niższym głosem niż wcześniej. Metal cicho stuknął o blat, gdy odłożył przygotowywaną broń. Przez chwilę po prostu się jej przyglądał: była piękna w sposób daleki od delikatności. Bardziej jak burza nad lasem niż spokojny krajobraz. Człowiek rozsądny powinien przed czymś takim uciec. U Maxa dzisiaj z rozsądkiem wygrywała ciekawość. — Ale skoro tak bardzo lubisz wygrywać… — mruknął po chwili. — To ty wybierz stawkę. - oparł dłonie o stół za sobą i pochylił się lekko w jej stronę, nie odrywając wzroku od jej twarzy. — Ciekawi mnie tylko jedno — dodał ciszej. — Czy bardziej kręci cię sam zakład… czy to, że w końcu trafiłaś na kogoś, kto nie zamierza ci odpuszczać.
Przez moment jeszcze patrzył na nią w milczeniu, jakby próbował wyłapać w jej twarzy coś, co zdradzi mu więcej niż słowa. Ten rodzaj ciszy nie był pusty — raczej napięty, gęsty, pełen rzeczy, których żadne z nich nie wypowiedziało na głos. W końcu Max odsunął się od stołu i przesunął spojrzeniem po ścianie z bronią. Nie spieszył się, ostatecznie sięgając po jeden z pistoletów — lżejszy model, wyraźnie prostszy w obsłudze, taki, który wybaczał brak doświadczenia. Sprawdził go odruchowo, metal cicho kliknął, gdy upewnił się, że broń jest gotowa. — Ten będzie odpowiedni — mruknął, bardziej do siebie niż do niej, po czym odwrócił go w jej stronę, nie podając od razu. Zatrzymał go w dłoni jeszcze przez sekundę dłużej, jakby chciał zaznaczyć moment, zanim odda jej kontrolę nad sytuacją. Wreszcie uniósł brew.
Zaczynasz — powiedział, bez presji, bez pośpiechu, dłonią wskazując wyjście. — Celem jest piąta brzoza — oświadczył po chwili, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Brzoza, o której mówił, znajdowała się mniej więcej czterdzieści–pięćdziesiąt metrów od nich. Wyrastała pomiędzy dwiema wysokimi sosnami, które naturalnie zawężały linię widzenia, sprawiając, że cel nie był idealnie „czysty”, choć wciąż wyraźnie odcinający się od tła. Dokładnie tyle, żeby wymagało to skupienia — i odrobiny pewności ręki. Przez moment jeszcze jej się przyglądał, jakby sprawdzał nie tyle czy zrozumiała, co jak zareaguje na wyzwanie. Potem odsunął się pół kroku, robiąc jej miejsce, ale nie spuszczając z niej wzroku ani na sekundę. — Jeden strzał, jedna próba, gramy do dziewięciu — mruknął i wtedy też na twarzy blondyna pojawiła się chwilowa konsekwencja. Przeczesał dłonią włosy, wywołując na nich jeszcze większy nieład niż zwykle. - A żeby podkręcić zabawę proponuje jeden strzał - jedno pytanie wymagające odpowiedzi - dodał, ciekaw jej odpowiedzi.




Przy strzale rzucamy kośćmi: parzysta - trafienie, nieparzysta - pudło




Isobel Cameron
wanilia
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Isobel miała już za sobą najtrudniejszy etap. To był jeden z tych rozdziałów w życiu, o którym chciało się zapomnieć i do niego nie wracać. To nie epizod, nie atak psychotyczny był najgorszy — prawdziwa tragedia rozegrała się wtedy, gdy wracała do rzeczywistości. Po pożarze został tylko popiół i zgliszcza, a wśród nich, ledwo po otworzeniu oczu, dotarło do niej, że ta szkarłatna plama na ziemi nie była wywołana halucynacjami. Obrazy podsuwane przez umysł po zmieszaniu z rzeczywistością stworzyły brutalne dzieło, makabrę, która musiała rozegrać się w momencie, w którym była nieprzytomna. Atak psychotyczny, tak mówił psychiatra, który ją badał po przyjęciu do szpitala. Niepoczytalność i obserwacja. Odpowiednie zachowanie, terapia, leczenie farmakologiczne i poprawa zauważalna przez psychiatrów miała być przepustką, drugą szansą na rozpoczęcie nowego życia. To był beznadziejny czas. Chujowy. W szpitalu było chłodno, nieprzyjemnie, była świadkiem tak wielu wydarzeń przeczących człowieczeństwu, że w pewnym momencie po prostu zaczęła ignorować zarówno krzyki, napady agresji i próby samobójcze — na oddziale zamkniętym było ich dużo. Powiedzenie zaskakująco nijak by tutaj nie pasowało. W końcu było to miejsce dla osób chorych psychicznie. Cóż, nie chwaliła się tą częścią historii — i nie tylko tą. Zatajała mnóstwo rzeczy, których nie chciała wywlekać na powierzchnię. Tak było wygodniej.
Lubiła grać z ogniem.
Chaos był częścią jej życia.
Zupełnie jak prowokacja i złośliwość.
Zachowanie Maxa było na swój sposób imponujące. Wiedziała, że nie trafiła na kolejnego chłopca odważnego wobec kobiet tylko wtedy, gdy te były delikatne i nieśmiałe. Przebywając w jego towarzystwie dłużej niż pięć minut, zaczynała rozumieć, że trafiła na kogoś, kto mógłby być jej równy. Bezpośredniość Isobel go nie zrażała, podobnie jak śmiałość, albo raczej bezczelność, z którą wchodziła mu w drogę, ignorując jego przestrzeń osobistą. Nie odsunął się od niej nawet o milimetr, obserwował ją — zupełnie jak ona jego — być może nawet z odrobiną zaciekawienia. Musiała przyznać, że miała szczęście, trafiła na dość interesującą osobę, której mogła poświęcić więcej swojej uwagi, niż robiła to zazwyczaj. W dodatku zapewnił jej rozrywkę na najbliższe... Ile czasu? Dwadzieścia minut? Isobel z natury dość szybko się nudziła i szukała nowych rozrywek; za każdym razem innych, mniej rozsądnych, intensywniejszych. Nawet nie próbowała kryć się pod maską normalności. Odpowiadała jej ta dzikość i zmienność. I najmniej interesowało zdanie innych. Maxowi najwidoczniej również było wszystko jedno, jak blisko niego stała. Gdyby zaczęła mu przeszkadzać, prawdopodobnie by się od niej odsunął — nie zrobił tego. Dla Isobel było to jednoznaczne z przyzwoleniem na przekroczenie granicy. On również miał błękitne oczy; może w nieco chłodniejszej tonacji. Dostrzegła ten odcień w tym wątpliwym świetle, co nie było trudne, skoro ich spojrzenia krzyżowały się ze sobą w tej gęstej, choć nietrwającej długo, ciszy. Zerknęła kątem oka na broń, gdy odkładał ją na blat zimnego stołu.
— Nie proponowałabym, gdybym się ich bała. A ty nie lubisz wygrywać? — znała tylko jedną osobę, której było wszystko jedno, zupełnie jakby wygrana, przegrana… Czy stawka nie miały żadnego znaczenia. A przecież wszystko miało jakąś stawkę.
Bliskość Maxa nie była rażąca, rzekłaby nawet, że całkiem jej to odpowiadało; rzekłaby nawet, że w tej bliskości było coś ekscytującego, czego nie potrafiła określić słowami. I nawet nie próbowała tego robić. Kręcił ją zarówno zakład, jak i to, że być może Max pomógł znaleźć jej sposób na rozładowanie negatywnych emocji. W ostatnim, rzuconym przez niego zdaniu, również kryła się prawda — nie zamierzał jej odpuszczać, co było najbardziej emocjonujące. — Nie zaspokoję teraz twojej ciekawości — przyznała lekko, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu, i posłała w jego stronę jeden z tych figlarnych, lisich uśmiechów, po których trudno było stwierdzić, czy właśnie z nim flirtowała, czy bezczelnie się droczyła.
Została jeszcze przez chwilę w tym samym miejscu. Czekała, aż Max się odsunie — dopiero, gdy on się odsunął, ona również to zrobiła. Zachowanie Isobel dla niektórych mogło być niezrozumiałe, może nieco przesadzone, ale w jej odczuciu postępowała słusznie. Udowodniała, że nie zamierzała się wycofać i walczyła do samego końca. Nawet jeśli między nimi nie było żadnego sporu, czuła się w ten sposób pewniej. Zmieniła wtedy pozycję; zsunęła ręce klatki piersiowej i wsunęła prawą dłoń do kieszeni spodni. Drugą wyciągnęła w stronę pistoletu, jakby chciała go od razu przejąć — nie dostała jej. Korhonen zatrzymał go jeszcze dla siebie; a ona nie była pewna, czy właśnie się zawahał, czy przedłużał ten moment tylko po to, by przetestować jej cierpliwość. Była spokojna, stała, czekała i tylko wysunięta ponaglająco dłoń świadczyła o jej zniecierpliwieniu. Po przejęciu pistoletu — chłód rozchodzący się po skórze, gdy go odwracała i układała w dłoni, był przyjemny — odwróciła się we wskazanym przez niego kierunku, słuchając uważnie instrukcji.
Potrzebowała chwili, by wyłapać spojrzeniem wspomnianą wcześniej brzozę. Po namierzeniu jej zatrzymała wzrok na jasnej korze. Cel był idealny, nieodsłonięty, co utrudniało zadanie. Oczywiście, że utrudniało — gdyby było za łatwo, a cel byłby wystawiony na ekspozycję, nauka strzelania nie miałaby sensu. Podobnie, jak ten zakład. Odwróciła głowę w stronę Maxa, wyłapując ruch z jego strony — przeczesanie palcami włosów. W nieładzie wyglądały znacznie lepiej aż chciałoby się za nie szarpnąć, by sprawdzić czy bardzo się poplątały.
— Świetnie. Czyli jak trafię, musisz odpowiedzieć na jedno pytanie — nie zamierzała spudłować.
W myślach już układała plan działania, przeliczała odległość i próbowała przypomnieć sobie złote rady ojca. Skup się na celu i nie patrz na broń; panika zabija szybciej niż kula. Ustawiła stopy mocniej w miękkiej ziemi i lekko przechyliła głowę, próbując wyłapać idealną linię pomiędzy sosnami. Brzoza znajdowała się dokładnie tam, gdzie powiedział — jasna, smukła, częściowo przesłonięta cieniem drzew. Niby nieruchoma, a jednak wiatr poruszał gałęziami na tyle, by rozpraszać wzrok. Max milczał. I chyba właśnie to działało najbardziej; świadomość, że patrzył, a ona chciała udowodnić zarówno sobie, jak i jemu, że niezależnie od tego ile minęło czasu od chwili, w której ostatni raz trzymała broń, wciąż potrafiła to zrobić. Uniosła broń wyżej.
Celownik.
Pień.
Oddech.
Nie słyszała już wiatru.
Nie myślała o zakładzie.
Ani o pytaniu, które zamierzała mu zadać.
Oparła palec o spust.
Przymknęła jedno oko i nacisnęła. Strzał przeciął powietrze gwałtownie, odbijając się echem gdzieś pomiędzy drzewami. Odrzut szarpnął jej ramieniem, ale nie opuściła broni od razu. Jeszcze przez moment patrzyła przed siebie, jakby nie była pewna, czy naprawdę chce zobaczyć wynik. A potem fragment jasnej kory odprysnął od pnia brzozy. Trafiła. Kącik ust Isobel drgnął, gdy opuściła broń i odwróciła się ponownie w stronę Maxa.
— Chyba masz problem. Podtrzymujesz poprzednie zdanie i chcesz odpowiadać na pytanie? — zapytała rozbawiona, bo właśnie udowodniła swoją rację i mogła upajać się zwycięstwem.


Max Korhonen
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”