Mieli jechać prosto na imprezę.
Mieli przejechać te kilka kilometrów, złapać wiatr we włosy i cieszyć się niesamowitą prękością, jaką wyciągało
nowe cacko Madoxa. I przez chwilę faktycznie tak było, tylko oczywiście coś po drodze musiało się wypierdolić. I chociaż nie tyczyło to ich bezpośrednio, tak przecież nie mogli przejść obok tego obojetnie. Kurwa, przecież oni jeszcze za dzieciaka wszystkim pomagali. Nigdy nie byli obojętnie na ludzką krzywdę i tutaj Stewart też nie miała zamiaru być. Dlatego pokazała mu miejsce, w którym zaczynał się pożar, a biedna kobieta na kolanach krzyczała o pomoc.
Madox zaparkował z piskiem opon, zarzuciło ich do przodu i oczywiście Pilar musiała się jeszcze bardziej do niego przytulić, żeby nie spaść. Dopiero kiedy maszyna się uspokoiła i silnik zgasł, Stewart zerwała się z miejsca. Odrzuciła kask i ruszyła za Madoxem. Nawet gdyby kazał jej zostać to i tak by poszła. Akurat w tego typu kwestiach nie uznawała czegoś takiego, jak wykonywanie cudzych poleceń.
—
Wszystko dobrze?! — rzuciła dokładnie wtedy, kiedy i on pytał co się stało i kobieta zaraz wszystko im wyjaśniła, chociaż było ciężko ją zrozumieć przez te wszystkie łzy i panikę. —
Trzeba zadzwonić po pomo… — nawet nie dokończyła, widząc, jak Noriega ściąga z siebie skórzaną kurtkę. —
Nie! Madox kurwa, chyba cię popierdoliło — pokręciła głową. Nie powinien tego robić, to było kurewsko niebezpieczne. Chciała go jakoś zatrzymać, ale za nic nie wiedziała jak. Miała złe przeczucia. To mogło się skończyć naprawdę źle, a do tego jej ciało… zwariowało. Serce biło jej jak oszalałe, a klatka piersiowa nie wiedzieć kiedy zaczęła nerwowo unosić się i opadać. Poczuła taki dziwny desperacki strach przed tym, ze jemu faktycznie mogło się coś zadziać. Była gotowa podejść bliżej i szarpnąć go za ciuchy, jakoś odciągnąć, ale wtedy on odwrócił się i złapał jej spojrzenie.
Jeśli tego nie przeżyje, to chcę żebyś wiedziała, że gdyby nie Tio, to ja bym nigdy...
Po pierwsze nawet nie chciała przyjmować do wiadomości scenariusza, w którym on tego nie przeżyje, a po drugie spojrzała na niego kompletnie zbita z tropu. Gdyby nie Tio to co? Co nigdy? Nie dane jej było się dowiedzieć, bo coś w sklepie znowu trzasnęło, a ogień buchnął wraz z szybą, która roztrzaskała się w drobny mak i posypała po podłodze. Madox wleciał do środka bez chwili zawahania, a Pilar w jakimś naturalnym odruchu, odciągnęła kobietę od witryny, szarpiąc za ciuchy. I dobrze, że to zrobiła, bo inaczej większość szkła skończyłaby na jej twarzy.
—
Musi się pani uspokoić — poprosiła spokojnie, próbując skupić się na kobiecie, chociaż jej wzrok non stop uciekał do środku sklepu, autentycznie i szczerze bojąc się o Madoxa. —
Zaraz ją wyciągnie. On… — jest najbardziej odważnym i nieustraszonym człowiekiem, jakie znam, to chciała powiedzieć, ale jakoś w sytuacji, w jakiej się znaleźli to nie mogło przejść przez jej gardło. Albo nie chciało? Bo w momencie tego nagłego zagrożenia jego życia, Pilar naprawdę miała w głowie BARDZO dziwne myśli. Myśli, które normalnie zepchnęłaby w czeluści własnej głowy i nigdy więcej po nie nie sięgała.
Zostawiła kobietę z tyłu, a sama podeszła bliżej do sklepu, próbując wyjrzeć w płomieniach Noriegę wraz z córką kobiety. Widziała gdzieś w oddali cień, który schyla się za ladę, ale wtedy, nie widzieć czemu jedna z belek runęła z hukiem, tym samym zawalając całe wejście do sklepu.
—
NIE! — krzyknęła mimowolnie, tym razem to ona czując, jak oczy zachodzą jej łzami. Nie potrafiła się skupić, myśleć logicznie. W głowie już kurwa przeklinała samą siebie, że w ogóle zwróciła uwagę na ta kobietę, że mu ją pokazała i że się tu zatrzymali. Powinni być w drodze na plaże, cieszyć się z jego zwycięstwa, a nie kurwa walczyć o życie w płonącym sklepie.
Musiała coś zrobić.
Nie mogła tak po prostu stać bezczynnie i czekać aż oni tam utkną na dobre.
Zaczęła rozglądać się za czymś, czym moznaby wyważyć posypane drewno i jakoś utorować im wyjście, ale wtedy nie wiedzieć skąd pojawiła się jakaś dziewczyna i szarpnęła ją na tyły, oznajmiać że było jakieś boczne okno. Pilar nawet się nie zastanawiała — ruszyła za kobietą, przeciskając się przez bramę. Serce waliło jej tak mocno, jakby naprawdę zaraz miało eksplodować. Nie pamiętała, kiedy tak bardzo się o kogoś bała. A może nawet nigdy?
—
Tu jest okno — rzuciła dziewczyna, skazując na normalne, nie za duże okno i od razu zaczęła się z nim szarpać. —
Nie mogę… go... otworzyć — stęknęła, a Pilar już była przy niej i wspólnie próbowały jakoś uwolnić zamek, jednak na marne. Było zamknięte od środka. Stewart nie miała zamiaru się poddać, więc zaraz rozejrzała się za jakimś kamieniem, a następnie cisnęła nim z całej siły w szybę. Ta w sekundę się posypała, a Pilar nawet nie zwracając uwagi na to, że mogła się poranić po prostu wskoczyła do środka, karząc dziewczynie zostać. W pomieszczeniu było już w chuj dymu, więc naturalnie od razu zaczęła kaszleć. Kawałkiem koszulki zasłoniła twarz i spróbowała przejść do głównego pomieszczenia.
—
MADOX! — krzyknęła już ledwo widząc cokolwiek przez płomienie dookoła. Przez moment naprawdę myślała, że to już koniec, ale wtedy usłyszała płacz. Przeszła kilka regałów i wtedy ich zobaczyła. Serce znowu wyrwało się do przodu, ale nie było nawet czasu zwracać na to uwagi. Pilar szarpnęła dziewczynę za sobą, mając nadzieje, że i on idzie prosto za nimi. Kolejna belka jebła na regał tuż obok miejsca, którego przechodzili, ale jakimś cudem udało im się przejść do korytarza i okna, które Pilar rozjebała w drobny mak.
—
Weź tą dziewczynkę — od razu przywołała kobietę, która z nią przyszła i przekazała jej dzieciaka na rękach. —
Jej mama jest z przodu sklepu — wydyszała, a kiedy sama w końcu przeskoczyła przez okno, ciężko łapała powietrze, zanosząc się kaszlem. Podniosła tylko spojrzenie na moment, żeby sprawdzić, czy Madox też wyszedł. Kilka sekund później i korytarz z którego się wydostali zajął się ogniem. Było blisko. Naprawdę kurwa blisko prawdziwej tragedii.
—
Debilu!! — rzuciła, kiedy już odzyskała nieco powietrza w płucach, od razu doskakując do Noriegi, który podpierał się ręką o budynek obok. —
Mogłeś zginąć! — uderzyła go w ramię, spoglądając na jego twarz. Była lekko osmolona, pewnie jak i ta jej, ale ogólnie obyło się bez jakichkolwiek obrażeń czy nawet poparzeń. Nie zmieniało to faktu, że Pilar miała ochotę go rozszarpać. A do tego pocisnąć mu o tym jaki był nieodpowiedzialny, nawet się zamachnęła, ale wtedy… na ciemną uliczkę przy której stali, wyszło zza budynku kilku jak nie kilkunastu nabitych facetów. Każdy z nich miał na głowie kaptur i apaszkę na ustach, niektórzy trzymali kije bejsbolowe i naprawdę niewiele trzeba było, żeby się domyślić, że to oni pewnie stali za częścią zamieszków. Pilar wypatrzyła tam nawet jednego z kumpli Trucizny.
—
Kurwa, ludzie trucizny — tylko tyle zdążyła powiedzieć zanim trzeba było działać. I to szybko. Nie mogli zacząć spierdalalć, bo takie dzikusy od razu by za nimi ruszyli, nie mogli też zobaczyć, że to oni, bo przecież by ich zajebali. Trzeba to było rozegrać jakoś… —
Kurwa chodź tu — szarpnęła go za koszulkę, podczas gdy jej plecy oparły się o chłodną ścianę budynku. —
Dociśnij się, tak żebyś mnie przysłonił — rzuciła nerwowo, widząc kątem oka, gdzieś nad ramieniem Madoxa, jak byli coraz bliżej. W dwójkę w życiu nie mieliby z nimi szans. Tu nawet nie było co zgrywać bohatera i próbować. To trzeba było jakoś
przeżyć. Szczególnie, że już coś zaczęli krzyczeć pod nosem, odbijając kije bejsbolowe o własne dłonie. Serce waliło jej jak oszalałe, a niespokojna klatka piersiowa odbijała się od tej Madoxa, która nagle znalazła się nieznośnie blisko. Dokładnie tak, jak jego twarz i ciepły oddech, który dosłownie otumaniał. Adrenalina mieszała się ze strachem, kiedy unosiła dłonie w górę, żeby otulić jego kark i własnymi przedramionami przysłonić jego twarz.
—
A tamci co kurwa?! — rzucił jeden z nich, a Pilar momentalnie się spięła. Mógł to czuć doskonale na sowim ciele, bo przecież przylegał do niej na całej długości. Jego zapach był chyba jedną rzeczą, która w jakiś popierdolony sposób ją uspokajała. —
Chowają się przed nami? To może trzeba to kurwa wyjaśnić… — nawijali jeden po drugim, podczas gdy głosy robiły się coraz głośniejsze. Byli coraz bliżej, coraz bardziej nimi zainteresowani, a ona poczuła, że nie ma innego wyjścia, że jak tego nie zrobi, to dopiero będzie źle, dlatego w akcie kompletnej desperacji i chęci przeżycia tego starcia z gangusami… wpiła się w jego usta. Bez zastanowienia. Nerwowo. Agresywnie. Dłonie wplotła w jego włosy, szarpiąc za nie energicznie… —
Ty nie, oni się liżą — rzucił jeden z głosów. —
Ej gołąbki!!! — krzyknął jakiś inny. —
Dobra, kurwa, zostaw. Niech sobie zaruchają, jakbyś ty pannę obracał, to byś chciał, żeby ci ktoś chuja do gaci chował? — coś klasnęło, jakby ktoś kogoś uderzył o ramię. —
Patrzcie na tamten sklep. Idziemy tam kurwa zrobić rozpierdol!! Szybko zanim przyjadą suki — nawijali, przesuwając się tuż za ich plecami, ale Pilar nawet nie wiedziała, w którym momencie przestała słuchać tego, co mówili. Odcięło ją, bo… chociaż ten pocałunek był w stu procentach wymuszony i
oczywiście nic nie znaczył
gówno prawda, to nie była w stanie ignorować tego, jak na to zbliżenie zareagowało jej ciało. Może był to efekt adrenaliny i stresu, ale dosłownie cała wrzała. Prądy błądziły po jej ciele, a uścisk w podbrzuszu był tak kruwa nieznośny, że z chwilą, w której głosy zniknęły znowu gdzieś pomiędzy budynkami, ona odepchnęła go od siebie z impetem, a sama poleciała do przodu, ledwo łapiąc powietrze.
—
Ja pierdole — zatoczyła się do przodu, przystawiając rozdrganą rękę do ust, a zaraz potem obie umieściła na kolanach, wyglądając czy na pewno już ich nie było. —
Poszli — wydyszała, próbując łapać powietrze przez rozchylone usta. Chociaż czuła ulgę, że nikt ich nie pobił i wysłał do szpitala, tak czuła podskórnie, że miała jeszcze bardziej przejebane, niż jakby dała się pobić, bo jej głowa fiksowała się na rzeczach, na których zdecydowanie NIE powinna. —
Lo siento, ale kurwa nie było innej opcji — podniosła na niego spojrzenie, ignorując walące w piersi serce. Nie wolno im było tego zrobić. Ale przecież to była sytuacja zagrożenia zdrowia. A poza tym… —
To i tak nic nie znaczyło — dodała, uciekając wzrokiem. Szkoda tylko, że dla niej znaczyło chyba kurwa aż za dużo, powodując w głowie jebany mętlik. Niech już kurwa jadą na tą imprezę.
De todos modos, no significaba nada


