-
With or without you
I'm torn between a deeper desirenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tak, to jest fajne... A jeszcze fajniej jak mruczą i mówią, żeby ich więcej dotykać — pokręciła głową, przeczesując palcami długie włosy. Naprawdę lubiła to w facetach. Trochę ją to kręciło, to domaganie się dotyku — chyba po prostu lubiła mieć kontrolę nad każdą strefą w życiu, co miało najwidoczniej odbicie również w tej seksualnej. Nieszczególnie jej to przeszkadzało.
— Będziemy pracować, serio — obiecała po otworzeniu wina i rozlania go do szklanych naczyń. Wróciła na poprzednie miejsce, podając drugą lampkę w dłonie Jamie.
Skoro miały za sobą oficjalne rozpoczęcie, pozostało tylko zachęcić Jamie do opowiedzenia o tym mężczyźnie, który zajmował jej myśli. Wolała, żeby Jamie powiedziała pierwsza, co ją trapi, bo Shereen potrzebowała chwili, żeby ogarnąć, o czym w ogóle chciała powiedzieć. W ostatnim czasie jej myśli przypominały poplątany zlepek emocji, zarówno złych, jak i dobrych. I nie bardzo wiedziała, od czego powinna zacząć. Najgorsze było to, że wszystko, co przychodziło jej do głowy, zaczynało się od imienia byłego chłopaka — zupełnie jakby Oliver wyrył się na stałe w jej życiu jak trudno do usunięcia tatuaż. A wolała, żeby tak nie było. Popijając spokojnie wino, słuchała słów przyjaciółki. Szczere zainteresowanie wymalowane na jej twarzy było jednoznaczne. Zapamiętywała słowa Jamie, przetrawiając je w głowie. Ten facet, o którym mówiła, zdaniem Winfield powinien się w końcu określić, bo trwanie w relacji opartej na niepewności rzadko kiedy niosło za sobą pozytywne skutki. Spojrzała na przyjaciółkę nieco zmartwiona. Była ostatnią osobą, a przynajmniej jedną z ostatnich, która miała prawo do oceniania Jamie. Shereen sama nie była święta, a potrzeby miał każdy i powinno się z nimi żyć w zgodzie — niezależnie od tego, czy był to seks, czy może potrzeba kupienia biletu na koncert ulubionego zespołu.
— Wiesz, Jamie. Wiem z doświadczenia, że relacje, które nie są... — zawahała się, wykonując dłonią ruch przypominający okrąg zakreślony w powietrzu. — Stabilne, szybko się rozpadają. Nieważne jak dobrze byś się nie czuła w jego towarzystwie i niezależnie od tego, jak nieziemski mielibyście seks, w pewnym momencie zabraknie poczucia bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że typ już od początku daje sprzeczne sygnały. Chyba czułabym się zmęczona, a ty jak się czujesz? — zrozumiałaby, gdyby dla Jamie ten mężczyzna był kimś, kogo mogła nawet kochać. Próbowała przedstawić jej tę gorszą stronę medalu. Wbrew pozorom kobiety dążyły głównie do stabilności emocjonalnej, czego nie można było powiedzieć o każdym mężczyźnie — zdarzały się wyjątki i naprawdę Shereen szanowała tych facetów. Problem tkwił w tym, że ich duża część niestety rzadko myślała o konsekwencjach i przyszłości. Cieszyła się szczęściem przyjaciółki i jej radością, ale nie zapominała o szczerości — nie chciała, żeby Jamie wplątała się w relację, której pożałuje. Martwiła się o nią.
Jamie Park
-
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Dotykalskie mruczki... - zachichotała pod nosem, ciekawie przyglądając się przyjaciółce. - A co jest Twoim językiem miłości?
Zapytała ciekawie, zastanawiając się, czy aby nie właśnie dotyk.
- Yhm... Już to widzę... - mruknęła z przekąsem, wodząc spojrzeniem za krzątającą się Reen.
Jeszcze nigdy otwarta butelka wina nie kończyła się pracą, ale z drugiej strony Jamie miała dzisiaj tak dobry nastrój, że nic się nie stanie, jeśli nie ruszą tematu najbliższych przyjęć. Reen wiedziała, że może na nią liczyć, a same słodycze można było dogadać też przez telefon. To miała być wymówka, by spotkać się z przyjaciółką.
Tak, byli potrafili namieszać w głowach. Byłe zresztą też. Czasem szkoda, że nie ma jakiegoś magicznego czytnika, który łączyłby ze sobą dobrych ludzi.
Nieco spoważniała, słuchając tłumaczenia Sher. Podniosła spojrzenie ze swojego kieliszka na dziewczynę obok siebie, a w jej oczach przez chwilę pobrzmiewał wyraz bólu związanego z trafieniem dokładnie w to miejsce, które było zranione. Za dobrze ją znała...
- Wieeem... - przeciągnęła to słowo, przyznając Reenie rację.
Ciężkie westchnienie miało ukoić rozdarcie w sercu Ji-lin, ale nie miało na to pewnie najmniejszej szansy.
- Nie bardzo umiem w randki... Ani w casualowe spotkania. Umiem w robienie śniadań i mieszkanie razem. Umiem w chodzenie razem do kościoła, organizowanie rodzinnych pikników i tak dalej... - znów westchnęła, chociaż dużo lżej.
Jej brewki układały się w różne fale, odwzorowując fale mózgowe, które tańczyły, przepychając myśli przez jej głowę.
- Wiesz, Jason właściwie był moim jedynym chłopakiem. Tamtego wieczora, kiedy się rozstaliśmy, naprawdę spodziewałam się oświadczyn. - teraz byli przyjaciółmi, w jakiś dziwny sposób dalej się o nią troszczył i starał się nią opiekować, tak od czasu do czasu, w miarę tego, jak pojawiał się w jej życiu. - Zawsze myślałam, że to przez moją pracę i to, że kawiarnia była w centrum. Nawet jeśli tłumaczył mi, że to z nim jest problem i nie chce mnie w przyszłości skrzywdzić.
Przewróciła oczami na ten tekst. Pomyśleć, że nie tak dawno temu w nocy pisała do niego, licząc na to, że przyjdzie i...
- Mike był inny... Pojawił się przez przypadek. Był oschły, ale obecny i też opiekuńczy. To znaczy był, aż przestał. Za drugim razem spotkałam go na lodowisku, bo uznałam, że mogę sama robić to, co lubię. Wpadłam na niego, a on tak naturalnie ze mną został... Jak skręciłam nogę, to przez miesiąc przychodził co kilka dni, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Jest lekarzem, wiesz? - spojrzała pytająco na Shereen, ale skąd niby ona mogła o tym wiedzieć. - A potem przestał się odzywać... Bo praca. Od czasu do czasu coś napisał. Po pożarze w szpitalu jeszcze się odezwał, wróciliśmy do flirtu i nagle cisza. Myślę, że byłam tą drugą, wiesz?
Smutna konkluzja ukuła serduszko Jamie bardziej, niż powinna. Bo nic sobie nie obiecywali.
- Dałam się nabrać... Jak w Walentynki mówił, że boi się mnie dopuścić za blisko, bo to spieprzy, to myślałam, że ma bagaż. A nie, że to wymówka... - i chmurka zasnuła promyk słońca.
Gula w gardle zrobiła się na tyle nieprzyjemna, że Jamie musiała przepchnąć ją łykiem wina.
- Nigdy nie myślałam, że będę przygodą na jedną noc...
Shereen Winfield