41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Z pełnym szacunku i wdzięczności przyjął jej rozbawiony uśmiech na trafiony sztych. Miło było dla odmiany nie gryźć się po kostkach. Może to zawieszenie broni wcale nie będzie tymczasowe.
- Miło mi Cię poznać, Iris. - odpowiedział, uśmiechając się pod nosem. - Lucky me!
Dodał, komentując fakt, że uzbierało się bardzo dużo czynników, żeby go wtedy zaczepiła. Najbardziej bolesne było w tym wszystkim to, że tak dobrze trafiła. Bo miał problem. Tylko miał go pod kontrolą... A tak przynajmniej mu się wydawało, bo nikt poza nią w ogóle nie zauważył niecodziennych gestów rozciągania się albo dyskretnie zażywanych tabletek. Przy czym te ostatnie często zażywał zupełnie niedyskretnie, jakby to była zupełna norma. Może dlatego nikt nie zwracał uwagi?
Na wspomnienie o dzieciakach jego uśmiech poszerzył się, a wzrok powędrował gdzieś w dal, w poszukiwaniu podopiecznych.
- Jestem trenerem... I nasza drużyna ma program szkółki. Wierzymy, że nasi wychowankowie od małego mają szansę zrobić sporą karierę, zaczynając od naszej drużyny. - wyjaśnił, powoli wracając spojrzeniem do Iris. - Generalnie nie zajmuję się szkółkami, ale mieliśmy taki obóz rozruchowy i tradycyjnie biorę w nim udział na tyle, na ile pozwalają mi inne obowiązki. Taki sposób na wyróżnienie i motywowanie młodzieży.
Sięgnął po szklankę lemoniady i upił z niej łyk, żeby zwilżyć gardło. Czujnie sprawdził, czy jego nowa koleżanka jest ciągle z nim, czy już znudziła się jego gadką - miał świadomość, że jak wchodził na te tematy, to zaczynał się rozgadywać.
- No i zdecydowanie lepsze jest trenowanie baseballu niż przesiadywanie na ulicach albo włóczenie się po podejrzanych miejscach. - zauważył, czując, że i tak za dużo gada, ale chyba pierwszy raz od dawna słuchał go ktoś, kto nie musiał.
Zmarszczył nieco brwi, patrząc na nią.
- Ok... To teraz Ty... O co chodzi z ratowaniem nieznajomych? Mam wrażenie, że zależy Ci na tym bardziej, niż chcesz przyznać...

Iris Valentine
Żejmi
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie znała się na sporcie, ani trochę… nawet w najmniejszym stopniu. Była aktywna. Właściwie od dziecka zawsze była w ruchu, a później trochę wymagała od niej tego droga, którą sobie wybrała. Moment w jej życiu, gdy nie mogła sobie na ten ruch pozwolić w takim stopniu w jakiim by chciała i do jakiego się przyzwyczaiła – był prawdopodobnie najgorszym momentem w jej życiu. No… albo powiedzmy, że znajdował się w czołówce, ale wtedy po prostu dużo rzeczy się zbiegło w czasie. Nigdy jednak nie trenowała czegokolwiek, co trenera wymagało. Jednocześnie moment, w którym mówił o tych dzieciakach, treningach i całej reszcie ułożył jej w głowie to, o czym wspomniał jej przy poprzednim spotkaniu – kontuzja z dawnych czasów. Był sportowcem. Nawet jeśli nie powiedział jej tego wprost to dość łatwo było dojść do tego wniosku. Zapewne dużo łatwiej niż do tego dlaczego ona lubiła wpieprzać się w cudze życia…
- Naprawdę ładnie to nazywasz. Ratowanie nieznajomych zamiast wpieprzanie się w nieswoje sprawy… naprawdę doceniam. – rzuciła pół żartem pół serio i uśmiechnęła się pod nosem, a zanim jakkolwiek mu na to odpowiedziała… spojrzała jeszcze w kierunku swoich znajomych przy jednym z torów. Specyficzna mieszanka, męskie towarzystwo, które na pierwszy rzut oka do niej nie pasowało, ale w rezultacie? Bardzo – Ci ludzie… – wróciła spojrzeniem do Robbiego, ale ruchem głowy wskazała na odpowiedni tor – Poznałam ich na grupie wsparcia dla weteranów. Bo chociaż sama nie ucierpiałam bezpośrednio w trakcie pracy to mój onkolog stwierdził, że dobrze mi to zrobi… bo bardzo chciałam wrócić do pracy, a nie mogłam. – wzruszyła lekko ramionami – Tych kilka spotkań trochę wyczuliło mnie na ludzi… i trochę na życie, że jednak szkoda je sobie spierdolić skoro już się je ma. – przyznała, wzruszyła lekko ramionami i zrobiła przerwę, żeby upić niewielki łyk swojego drinka – Pracowałam jako pielęgniarka na misji do czasu, gdy się nie rozłożyłam. Miałam białaczkę. – wyjaśniła, żeby nie było żadnych wątpliwości, nie chciała, żeby musiał sobie dopowiadać – Może dlatego jestem taka zgorzkniała. – dodała przekornie i zaśmiała się, bo co zrobisz jak nic nie zrobisz – I dlatego tak bardzo mnie rozbawiło, gdy stwierdziłeś, że muszę być bardzo młoda


Robbie Cole
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pokiwał głową ze zrozumieniem i po raz pierwszy od początku tej znajomości spojrzał na nią ciepło. Nie nachalnie, nie protekcjonalnie, bez kpiny czy zaczepki. Spojrzał na drugiego człowieka, który mógł być poraniony bardziej niż on. Uśmiechnął się ciepło do niej, nie do dziewczyny, która go zaczepiła i dociskała jego guziki.
- Now I get it... - powiedział szczerze i zmarszczył brwi, kiedy otworzyła się jeszcze bardziej, opowiadając o swojej chorobie.
Na jego twarzy odbił się na chwilę wyraz szczerego bólu i troski, ale chwilę potem wróciła serdeczność. Słuchał.
- Czaję... To dlatego czuję się, jakbym był pod obserwacją czterech starszych braci gotowych mi połamać nogi, jak zobaczą u Ciebie jedną łzę... - zauważył i uniósł dłoń, by pomachać jednemu z weteranów, który patrzył na niego wilkiem.
Z jakiegoś powodu go to rozbawiło. Ale takie rzeczy naprawdę potrafiły poukładać głowę, serce i duszę.
- Nie brzmisz jak ktoś zgorzkniały... - zauważył, sięgając po swoją lemoniadę.
Upił z niej potężnego łyka i wrócił spojrzeniem do tej buzi, która dalej wyglądała na znacznie młodszą, niż była. Buzi, która kryła doświadczenia, którymi można było obdarzyć dwa życia.
- Tak... Młodość to pojęcie względne. Sam nie czuję się na czterdzieści lat. W swojej głowie dalej jestem tym szczeniakiem, który myślał, że doprowadzi Blue Jays do mistrzostwa.
Szklanka stuknęła o ladę baru, a on jeszcze przez chwilę obracał nią po mokrej od skroplonej pary powierzchni.
Między nimi na moment zawisła cisza, która nie była ciężka i chyba żadne z nich nie chciało jej przerywać. On mierzył w myślach wagę jej słów, ale co ważniejsze, tego, co zauważyła wcześniej. Przecież nie miał problemu, po prostu chciał, żeby przestało boleć... Chyba że...
- Gdybyś chciała tę historię opowiedzieć kiedyś moim zawodnikom, to mogłabyś zrobić dużo dobrego dla tych chłopaków. Ale nie czuj presji. - dodał po chwili namysłu.

Iris Valentine
Żejmi
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rzadko wspominała o swojej chorobie bardzo z prostego powodu… kto miał wiedzieć ten wiedział, a przypadkowe nawiązania zazwyczaj powodowały lawinę pytań oraz to nieszczęsne uczucie współczucia, na które Valentine miała uczulenie już w dzieciństwie i na długo przed swoją diagnozą. Teraz jednak czuła, że jest mu coś winna. Dość mocno wchodziła w jego życie, wpieprzała się i nie gryzła się w język, więc jakiś cichy głosik z tyłu głowy podpowiedział jej, że powinna… powinna chociaż częściowo spróbować wyjaśnić mu dlaczego nie lubiła, gdy ktoś marnował całkiem porządne życie!
- Wydaje ci się. – zaśmiała się, ale obejrzała się przez ramię raz jeszcze i tym razem przyłapała jak któryś z chłopaków zerkał w ich kierunku. Więc może? Nigdy jednak nie miała starszego brata, żeby miała w tym temacie jakiekolwiek doświadczenie – Na szczęście nie jest tak łatwo wywołać u mnie łzy, więc bez stresu. Nie grozi ci to. – zapewniła. Tym bardziej, że po prostu byli na drinku, nic więcej. Nic takiego się nie działo, nie było mowy nawet o jakimś większym flircie, a przynajmniej nie odniosła wrażenia, żeby mężczyzna się na jakiś wysilał. Ona flirtować nie umiała w ogóle, więc problem był absolutnie z głowy.
Upiła kolejny niewielki łyk swojego drinka, gdy z ust mężczyzny padła propozycja, której się absolutnie nie spodziewała. Aż się zakrztusiła….
- Historię? W sensie, że moją historię? – zaśmiała się i pokręciła energicznie głową – Absolutnie nie. Chyba, że szukasz antybohatera, który zrobił absolutnie wszystko nie tak, bo jestem ostatnią osobą, która mogłaby robić za przykład. – poszła do wojska, żeby uciec z patologicznego domu, z wojska uciekła, gdy zachorowała, a o samej chorobie nie powiedziała praktycznie nikomu dopóki nie miała pewności, że nie będzie tak źle jak się mogło wydawać. Wszystko kisiła w sobie, więc opowiadanie o własnych doświadczeniach było nie do przeskoczenia – Ale możesz wpaść kiedyś na spotkanie grupy chłopaków. Już w niej nie uczestniczę, ale od czasu do czasu wpadam towarzysko… znajdziesz tam całe mnóstwo osób, które się do tego nadają. Myślę, że których z nich by się zgodził i rzucił wam taką gadkę motywacyjną, że dzieciaki przez kolejny tydzień będą zbierać szczękę z podłogi.


Robbie Cole
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No proszę... Najtwardsza dziewczyna na świecie.
Robbie uśmiechnął się pod nosem, kiedy wspomniała o tym, że trudno wywołać u niej łzy. Taka podobna... Pokiwał głową, a potem z niekrytą troską nachylił się nad nią, odruchowo kładąc dłoń na jej ramieniu, kiedy zaczęła się krztusić.
- Żyjesz? - zapytał, nieco rozbawiony tym, że jedną propozycją te łezki w końcu wywołał.
Co prawda były związane z zupełnie innym odruchem, a nie ze zranieniem, ale mimo wszystko. Czy była jakaś nagroda za taki sukces?
Zajrzał jej w oczy, nachylając się, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, po czym złapał się na tym, że ten kontakt fizyczny trwa stanowczo za długo, jak na dwie, nieznające się osoby. Cofnął szybko rękę, dodając:
- Przepraszam...
Odprowadził wzrokiem jej dłoń odstawiającą szklankę po kolejnym łyku, jakby chciał sprawdzić, czy winowajca znowu zaatakuje, ale na szczęście obyło się już bez utraty oddechu.
Pokiwał głową, potwierdzając jej wątpliwość. Tak, zależało mu dokładnie na jej historii.
- Widzisz, dzieciaki to swoją drogą... Myślałem o drużynie. W sporcie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że działasz pomimo bólu. Codziennie przekraczamy własne ograniczenia, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. W pewnym momencie naprawdę zaczynasz wierzyć w to, że jesteś niezniszczalny.
Jego oczy na moment straciły ostrość, kiedy w uszach odbiła się fala ryku kibiców, cieszących się na jego powrót na boisko. Ten szczenięcy, szelmowski uśmiech, który teraz starłby sobie z twarzy jednym celnym plaskaczem. Beztrosko podrzucana piłka i strach w oczach pałkarza, który stawał naprzeciwko niego.
- Myślę, że takie przypomnienie mogłoby uratować kilka gorących łbów. - skoncentrował się na niej i widząc jej niepewną twarz, dodał. - Ale naprawdę nie czuj presji. Jeśli kiedyś poczujesz, że chcesz zrobić coś dobrego, poza tym, co i tak już świetnie robisz, to daj znać...
I odruchowo sięgnął po serwetkę i długopis z własnej kieszeni, by zapisać jej swój numer telefonu. Retro... Analogowy facet w cyfrowym świecie.
Zachichotał pod nosem, słysząc jej propozycję.
- Już widzę, jak zgraja weteranów i bohaterów przyjmuje do swojego grona błazna, z piłką i kijem. - oj, stary, chyba troszkę przesadzasz z samokrytyką.
Podniósł spojrzenie na nią, przesuwając serwetkę w jej stronę.
- Pójdę, ale tylko jeśli nie zostawisz mnie samego ze "starszymi braćmi".
Przez ułamek sekundy na jego twarzy odbiło się zaskoczenie tym, co właśnie powiedział. Ale szybko uciekł spojrzeniem, udając, że ktoś go woła.
- Będę musiał lecieć... Przy trzecim wpadnięciu na siebie, zaczniemy od uśmiechów?

Iris Valentine
Żejmi
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego dotyk jej nie przeszkadzał. Nie wydawał się być ani natrętny ani szczególnie mocno przekraczający jakiekolwiek granice. Jednocześnie bardzo szybko zdała sobie sprawę, że on to widział zupełnie inaczej. Speszył się… ewidentnie się speszył i chociaż na końcu języka miała pytanie, dlaczego i co się stało – nie zrobiła tego. W odpowiednim momencie się w ten język ugryzła i nie sprawiła, żeby ta rozmowa była jeszcze bardziej krępująca.
Ściągnęła też mocniej brwi, gdy mówił o tym, że jednak miałaby się spotkać z drużyną, a nie z dzieciakami… o rany. To wydawało jej się jeszcze bardziej absurdalne, bo gdzie ona? Co ona miałaby im powiedzieć? Dzieciakom jako pielęgniarka to jeszcze mogłaby chociaż poopowiadać o pierwszej pomocy, żeby nie umarły z nudów, ale dorosłym facetom? Sportowcom na dodatek? Ona? Nawet nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
- Oh, że miałabym być przykładem, że jestem zniszczalna? – aż się zaśmiała, kręcąc lekko głową. Nie wiedziała tylko, czy bardziej z rozbawienia, czy niedowierzania, że naprawdę to zaproponował. Ona opowiadająca bandzie chłopaków o tym, że życie potrafi być kruche… - Naprawdę nie mam o czym opowiadać, Robbie. – zaczęła, ale wzięła jego numer telefonu, przez chwilę przyglądając się serwetce i bawiąc się nią w dłoniach – Możliwe, że jestem dobra tylko w czepianiu się tych z problemem do leków przeciwbólowych, a takich tam przecież nie macie. – uśmiechnęła się pod nosem i podniosła lekko tyłek z krzesełka, żeby serwetkę od niego wcisnąć do tylnej kieszeni jeansów. Jednocześnie wiedziała, że cóż… nie jest dobra w robieniu pierwszych kroków, więc sięgnęła po długopis, którego nie zdążył jeszcze schować i na drugiej zapisała swój numer, podając go mężczyźnie – Bo pewnie nie zadzwonię, żeby robić za mówcę motywacyjnego… więc tak na wszelki wypadek jakbyś potrzebował go w innych okolicznościach. – dodała uśmiechając się pod nosem – Może na przykład, żeby uniknąć kolejnego przypadkowego spotkania. – dodała, przekornie, a kącik ust drgnął jej wymownie w rozbawieniu – I nie bój się weteranów, nie są tacy straszni jak się wydaje, a wielu z nich wyszło z naprawdę dużego bagna… – a skoro im się udało to może wszystkim może się udać – Do zobaczenia. – rzuciła swobodnie, bo nie trzeba było jej dwa razy sugerować, że to koniec. Jednocześnie nie bała się wcale powiedzieć do zobaczenia, jakby wiedziała, że prędzej czy później się spotkają. Nawet jeśli tylko przyjdzie po kolejną receptę! Uśmiechnęła się do niego ładnie na pożegnanie i zabierając swojego niedopitego drinka wróciła do przyjaciół, żeby wreszcie dokończyć swoją grę!



/koniec
Robbie Cole
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”