Kto znał Giovanniego ten wiedział, że nie rzucał słów na wiatr. Kto znał go lepiej, ten wiedział, że nie składał obietnic – nigdy. Nie chodziło o te, których
nie mógł dotrzymać, tylko o każdą jedną. On nie obiecywał – bo, jak to kiedyś tłumaczył – obietnice były dla ludzi, którzy zostawiali sobie margines błędu, by mogli powiedzieć, że się starali dotrzymać słowa, ale coś było silniejsze od nich i nie mieli możliwości. On, jeśli rpzychodziło co do czego – postanawiał.
Tak jak w przypadku Navi p o s t a n o w i ł, że taka sytuacja, w której ona ryzykuje własne życie dla niego już nigdy się nie powtórzy.
I kto znał Giovanniego ten wiedział, że przysługa była dla niego walutą cenniejszą niż pieniądz. Chętnie ich udzielał, bo wiedział, że to tworzyło zobowiązanie. Tym chętniej, jeśli w ogólnym rozrachunku miało to być dla niego korzystne. Niechętnie jednak sam o przysługi prosił.
Ale to nie znaczyło, że nigdy do takiej sytuacji nie dochodziło.
O Salvatore należało też wiedzieć jedno – nie przywiązywał się. Nie na tle emocjonalnym, a jeśli już – to korzyściowym. Trzymał i pielęgnował relacje, o ile one były dla niego opłacalne, ale i tak całe to było po prostu ułudą. Na palcach jednej ręki mógłby zliczyć osoby, wobec których był prawdziwie – choć z własnym marginesem ostrożności – lojalny.
Ale takie osoby istniały.
Kiedy po ciężkiej informacji o tym, że dwie z takich osób
zginęły w wypadku, już samo to określenie, którym opisano przyczynę zgonu, sprawiło że coś nieprzyjemnie zawibrowało mu pod czaszką. Obudziło wciąż żywą, piekącą ranę, którą nosił w sobie. Niedomknięty etap własnej przeszłości – w końcu jego rodzice, też mieli zginąć w nieszczęśliwym wypadku. I choć nie chodziło o sentymentalność, to chodziło o sprawiedliwość. A on wiedział, że temu, co spotkało jego rodzinę, daleko było od faktycznego
nieszczęśliwego wypadku.
Zdziwił się jednak, że został wezwany na otwarcie testamentu, bo cała relacja może i była praktyczna, ale nie generowało zobowiązań czy zysków, których mógł się spodziewać. Na otwarciu nie otrzymał majątku. Żadnych nieruchomości, żadnych pieniędzy. Tylko szczelnie zaklejoną kopertę, na której było jego imię i nazwisko.
Treść otrzymanego listu, który odczytał dopiero w domu, upewniła go, że również w przypadku pary
przyjaciół, która zginęła, nie można było tak po prostu mówić o nieszczęśliwym wypadku. Ba, prośba wystosowana do niego zdradzała, że ofiary tego wypadku mogły się nawet spodiewać. A sama prośba wygenerowała zobowiązanie, któremu nie mógł odmówić. Przysługa, którą musiał koniec końców spałcić – bo był to jeden z tych nielicznych elementów życia, w których to on miał dług wobec kogoś, a nie odwrotnie – była bardzo niewygodna i nie na rękę, ale to nie budziło żadnych głębszych emocji, ani też nie sprawiało, że nie zamierzał jej traktować poważnie.
Istotę listu kontemplował dość długo, przechadzając się po gabinecie we własnej posiadłości, pozwalając swoim myślom ułożyć się w jakieś rozwiązanie, które jednocześnie wywiązałoby go ze złożonej obietnicy w najefektywniejszy sposób (bo zawsze po swojej stronie prezentował profesjonalizm), ale i nie utrudniło funkcjonowania.
Aż w końcu zadzwonił.
Niedługo później osoba, do której wybierał numer, pojawiła się w jego gabinecie. Koreańczyk, przez cały ten czas odpowiedzialny za jego bezpieczeństwo i którego mógłby śmiało nazwać przedłużeniem swojej prawej ręki, wydawał się być rozsądnym wyborem. I cenił w nim to, że zawsze przechodził do konkretów.
—
Nigdzie nie wyjeżdżasz — odpowiedział od razu, odwracając się w jego stronę od okna. —
Zostajesz tutaj, w Toronto. — Przeszedł do biurka, na którym spoczywał list. Przesunął nim po blacie, przelotnie zerkając na tekst. Zastanawiał się, a raczej układał sobie w głowie, co i jak chciał mu przekazać. Zwykle wystarczyły koordynaty i nazwisko, czasem dodatkowe zalecenia typu ‘niech poboli’, ale ta kwestia wymagała nieco więcej finezji. I delikatności. Delikatności, której zarówno jednemu i drugiemu pewnie brakowało.
—
Zabito moich dobrych znajomych — odezwał się, przenosząc spojrzenie na Danona.
Przyjaciele byłoby bardziej trafnym określeniem, biorąc pod uwagę, że raczej nie innych miał głębokich relacji tego pokroju, no ale Giovanni unikał tak ciężkich określeń. —
Dwójka archeologów, całkiem znanych, może słyszałeś — dodał. Było to raczej głośne, bo wypadek był ‘nieszczęśliwy’ a małżeństwo było szanowane i rozpoznawalne. I sporo do dobytku ludzkości wniosło. —
W mediach mówią, że to wypadek, ale jestem przekonany, że daleko temu do przypadkowego wypadku. Tym bardziej, że dostałem w spadku list od Lennoxa. A skoro go zdołał napisać, to znaczy, że przeczuwał, że coś się może stać. — No, brzmiało to logicznie. Zwłaszcza, że w danym liście wystosował taką, a nie inną prośbę. —
Zawdzięczam im — zawdzięczałem — naprawdę dużo, więc to istotna dla mnie prośba. Mają córkę i poprosili o jej ochronę. — Tu wymowne spojrzenie przeniósł na Damona. Raczej szybko łączył kropki, więc pewnie domyślał się, do czego zmierzał.
Damon Tae