ODPOWIEDZ
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego życie ostatnio toczyło się wokół pracy. Popadł w jej wir i z jednego zlecenia od razu szedł w kolejne. Nie chciał siedzieć w domu. Od jakiegoś czasu cisza wyjątkowo mu przeszkadzała, bo chcąc nie chcąc przyzwyczaił się do czyjejś nienachalnej obecności. Do kogoś, kto w jego życiu wykonał wielki przewrót, a potem po prostu zniknął, zostawiając go ponownie samego. Nigdy nie narzekał na samotność. Nie miał problemu z byciem sam dla siebie, bo przecież na tym miało polegać całe jego życie.
Wystarczyła jedna, cholerna kobieta, aby wszystko pozmieniać.
Teraz starał się wrócić do swojej dawnej normalności. Do tego co było i jak funkcjonował zanim pojawiła się ona. Przecież od dawna wiedział, aby do siebie nikogo nie dopuszczać, a jednak zrobił ten jeden wyjątek, nawet nie wiedząc kiedy i teraz musiał zrobić krok wstecz.
Brał na siebie wszystko. Lichwiarstwo, zabójstwa, wyłudzenia, groźby i oczywiście ochronę. Mógł wiele z zadań powierzyć ludziom, którzy znajdowali się pod nim, ale jeśli nie miał niczego lepszego do roboty, to parał się każdą najmniejszą głupotą. Przez to niektórzy ludzie zostali narażeni na jego poirytowanie, które objawiało się nadmierną agresją. Jego twarz jednak wciąż pozostawała niewzruszona, gdy swoją frustrację za niesprawiedliwość losu oraz irytację na władze Ameryki, wylewał na bogu ducha winnych dłużników.
Mieli po prostu pecha.
I tak się jego życie toczyło. Praca, wyjazdy, walka. Pozwalało to skutecznie utrzymać jego myśli w ryzach, dzięki czemu wracał do starego siebie. Do człowieka, który miał postawione szczelne mury dookoła. Którego serce było zatrzaśnięte na cztery spusty, przez co był niezawodny.
Ostatnie misje były wymagające, ale nie było to nic z czym by sobie nie poradził. Do kraju wrócił ledwie kilka dni temu. Z nowymi śladami po przygodach, ale informacjami, które były warte każdej ceny. A także dłońmi człowieka, który miał okradać Giovanniego.
Głowa była zakopana gdzie indziej.
Nie potrzebował odpoczynku, chociaż jego ciało wymagało regeneracji. Te przymusowe kilka dni spokoju były irytujące. Oglądanie tej głupiej telewizji nie przynosiło żadnej rozrywki, nie zajmowało jego głowy. Siłownia i treningi trwały za krótko, a znajomych nie miał i nie chciał mieć, aby się z nimi widywać.
Dlatego, gdy jego szef zadzwonił do niego z informacją, że ma się tego samego dnia wstawić do jego rezydencji, wewnętrznie poczuł dziwną ulgę, że znowu coś go zajmie. Nie czekając więc zbyt długo, wsiadł do swojego służbowego auta i ruszył do wielkiego domu w którym mieszkał, wraz ze swoją świeżą żoną, Włoch.
Wszedł do środka, wcześniej dzwoniąc wideofonem. Był tu już tyle razy, że każdy kąt znał praktycznie na pamięć. Wiedział też którędy się dostać, w razie ewentualności, albo się ewakuować.
Zerknął na Navi, która otworzyła mu drzwi z uśmiechem, pytając czy chce coś do picia. Odmówił, a ta przytaknęła i powiedziała mu gdzie może znaleźć Giovanniego. W końcu tylko do niego mógł tutaj przyjść.
Skierował się we wskazaną stronę. Zapukał do drzwi, a kiedy otrzymał pozwolenie wejścia, otworzył je.
Gdzie tym razem? — spytał, bo spodziewał się kolejnego wyjazdu poza granice Kanady. Ostatnio było ich sporo, więc to było pierwsze co przyszło mu do głowy.
Chociaż każde zadanie było dla niego dobrym zajęciem i odskocznią.


Maelle Lennox
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Kto znał Giovanniego ten wiedział, że nie rzucał słów na wiatr. Kto znał go lepiej, ten wiedział, że nie składał obietnic – nigdy. Nie chodziło o te, których nie mógł dotrzymać, tylko o każdą jedną. On nie obiecywał – bo, jak to kiedyś tłumaczył – obietnice były dla ludzi, którzy zostawiali sobie margines błędu, by mogli powiedzieć, że się starali dotrzymać słowa, ale coś było silniejsze od nich i nie mieli możliwości. On, jeśli rpzychodziło co do czego – postanawiał.
  Tak jak w przypadku Navi p o s t a n o w i ł, że taka sytuacja, w której ona ryzykuje własne życie dla niego już nigdy się nie powtórzy.
  I kto znał Giovanniego ten wiedział, że przysługa była dla niego walutą cenniejszą niż pieniądz. Chętnie ich udzielał, bo wiedział, że to tworzyło zobowiązanie. Tym chętniej, jeśli w ogólnym rozrachunku miało to być dla niego korzystne. Niechętnie jednak sam o przysługi prosił.
  Ale to nie znaczyło, że nigdy do takiej sytuacji nie dochodziło.
  O Salvatore należało też wiedzieć jedno – nie przywiązywał się. Nie na tle emocjonalnym, a jeśli już – to korzyściowym. Trzymał i pielęgnował relacje, o ile one były dla niego opłacalne, ale i tak całe to było po prostu ułudą. Na palcach jednej ręki mógłby zliczyć osoby, wobec których był prawdziwie – choć z własnym marginesem ostrożności – lojalny.
  Ale takie osoby istniały.
  Kiedy po ciężkiej informacji o tym, że dwie z takich osób zginęły w wypadku, już samo to określenie, którym opisano przyczynę zgonu, sprawiło że coś nieprzyjemnie zawibrowało mu pod czaszką. Obudziło wciąż żywą, piekącą ranę, którą nosił w sobie. Niedomknięty etap własnej przeszłości – w końcu jego rodzice, też mieli zginąć w nieszczęśliwym wypadku. I choć nie chodziło o sentymentalność, to chodziło o sprawiedliwość. A on wiedział, że temu, co spotkało jego rodzinę, daleko było od faktycznego nieszczęśliwego wypadku.
  Zdziwił się jednak, że został wezwany na otwarcie testamentu, bo cała relacja może i była praktyczna, ale nie generowało zobowiązań czy zysków, których mógł się spodziewać. Na otwarciu nie otrzymał majątku. Żadnych nieruchomości, żadnych pieniędzy. Tylko szczelnie zaklejoną kopertę, na której było jego imię i nazwisko.
  Treść otrzymanego listu, który odczytał dopiero w domu, upewniła go, że również w przypadku pary przyjaciół, która zginęła, nie można było tak po prostu mówić o nieszczęśliwym wypadku. Ba, prośba wystosowana do niego zdradzała, że ofiary tego wypadku mogły się nawet spodiewać. A sama prośba wygenerowała zobowiązanie, któremu nie mógł odmówić. Przysługa, którą musiał koniec końców spałcić – bo był to jeden z tych nielicznych elementów życia, w których to on miał dług wobec kogoś, a nie odwrotnie – była bardzo niewygodna i nie na rękę, ale to nie budziło żadnych głębszych emocji, ani też nie sprawiało, że nie zamierzał jej traktować poważnie.
  Istotę listu kontemplował dość długo, przechadzając się po gabinecie we własnej posiadłości, pozwalając swoim myślom ułożyć się w jakieś rozwiązanie, które jednocześnie wywiązałoby go ze złożonej obietnicy w najefektywniejszy sposób (bo zawsze po swojej stronie prezentował profesjonalizm), ale i nie utrudniło funkcjonowania.
  Aż w końcu zadzwonił.
  Niedługo później osoba, do której wybierał numer, pojawiła się w jego gabinecie. Koreańczyk, przez cały ten czas odpowiedzialny za jego bezpieczeństwo i którego mógłby śmiało nazwać przedłużeniem swojej prawej ręki, wydawał się być rozsądnym wyborem. I cenił w nim to, że zawsze przechodził do konkretów.
  — Nigdzie nie wyjeżdżasz — odpowiedział od razu, odwracając się w jego stronę od okna. — Zostajesz tutaj, w Toronto. — Przeszedł do biurka, na którym spoczywał list. Przesunął nim po blacie, przelotnie zerkając na tekst. Zastanawiał się, a raczej układał sobie w głowie, co i jak chciał mu przekazać. Zwykle wystarczyły koordynaty i nazwisko, czasem dodatkowe zalecenia typu ‘niech poboli’, ale ta kwestia wymagała nieco więcej finezji. I delikatności. Delikatności, której zarówno jednemu i drugiemu pewnie brakowało.
  — Zabito moich dobrych znajomych — odezwał się, przenosząc spojrzenie na Danona. Przyjaciele byłoby bardziej trafnym określeniem, biorąc pod uwagę, że raczej nie innych miał głębokich relacji tego pokroju, no ale Giovanni unikał tak ciężkich określeń. — Dwójka archeologów, całkiem znanych, może słyszałeś — dodał. Było to raczej głośne, bo wypadek był ‘nieszczęśliwy’ a małżeństwo było szanowane i rozpoznawalne. I sporo do dobytku ludzkości wniosło. — W mediach mówią, że to wypadek, ale jestem przekonany, że daleko temu do przypadkowego wypadku. Tym bardziej, że dostałem w spadku list od Lennoxa. A skoro go zdołał napisać, to znaczy, że przeczuwał, że coś się może stać. — No, brzmiało to logicznie. Zwłaszcza, że w danym liście wystosował taką, a nie inną prośbę. — Zawdzięczam im — zawdzięczałem — naprawdę dużo, więc to istotna dla mnie prośba. Mają córkę i poprosili o jej ochronę. — Tu wymowne spojrzenie przeniósł na Damona. Raczej szybko łączył kropki, więc pewnie domyślał się, do czego zmierzał.

Damon Tae
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, they call me a sin.
But I'm the only one letting you in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było roboty, której miałby nie wykonać. Nie miał zahamowani i w większości też sumienia, więc nawet najczarniejsza i najbrudniejsza robota, była dla niego po prostu kolejnym zleceniem. Nigdy nie wykorzystywał w swojej pracy empatii czy odruchów ludzkich, bo one zwykle przeszkadzały w byciu niezawodnym. Uczucia i emocje wielokrotnie potrafiły przeszkodzić, a w jego przypadku minimalne zawahanie czy odroczona decyzja potrafiły być śmiertelne. Jak nie dla niego, to dla osoby, która miała być chroniona.
Giovanni nie wzywał go do siebie na zwykłe pogawędki przy winie. Wołał go, kiedy była robota do wykonania. Zwykle dawał mu zlecenia poprzez telefon. Rozmowę czy wiadomości, ale kiedy go do siebie zapraszał na rozmowę, to sprawa zwykle była poważniejsza i wymagała większego omówienia. Dlatego gdy Damon przekroczył próg rezydencji, a dokładniej biura, wyczuwał wiszący w powietrzu ciężar.
Dobrze, bo przynajmniej zajmie go to na dłużej.
Nigdzie nie wyjeżdżasz.
Miła zmiana — stwierdził neutralnie, bo tak na dobrą sprawę, to nie obchodziło go czy miał zostać na miejscu czy jednak wyjechać na drugi koniec świata. Jego większość życia opierała się na wyjazdach i nie siedzeniu zbyt długo w jednym miejscu. Nie przywykł do posiadania „swojego domu”. I też się do niczego nie przywiązywał.
Brew mu delikatnie drgnęła na kolejną informację o morderstwie. Spodziewałby się, że po tym, Giovanni zapragnie jakiejś vendetty. Odnalezienia sprawców i pozbawienie ich życia. Ich oraz każdą osobę, która w jakikolwiek sposób byłaby z nimi związana. Mógłby każdego wytropić i sprawić, że żałowaliby każdej swojej decyzji. Że marzyliby o tym, aby umrzeć.
Im dłużej wysłuchiwał mężczyzny, tym większe miał przeświadczenie, że właśnie o to miało chodzić. W końcu od tego też był. Od tego, aby znajdować ludzi, którzy nie chcieli być odnalezieni. I się ich skutecznie pozbywać.
Nie spodziewał się jednak, że jego zadanie będzie zgoła inne.
(…)Mają córkę i poprosili o jej ochronę.
Nie żeby rola bodyguarda miała mu przeszkadzać, ale przywykł do tego, że jedynymi osobami, które miał ochraniać był przede wszystkim Giovanni oraz jego żona.
Przed kim? — spytał krótko.
Był człowiekiem, który lubił konkrety. Chciał wiedzieć jakie były cele oraz ewentualne zagrożenia. Był lojalnym psem, dlatego niezależnie od zadania, zawsze przykładał się do swojej pracy i nie odwalał fuszerki.
A Giovanniemu sprzedał duszę już dawno temu.
Jak długo? Kto to? Jakieś dane, gdzie ją znajdę? — Jego ton był obojętny. Nie rozmawiał o człowieku, tylko o kolejnym zleceniu. A miał to do siebie, że wolał wiedzieć o osobie ochranianej jak najwięcej, aby wiedzieć gdzie chodziła na co dzień, jaką miała rutynę, czego mógł się spodziewać. Zwykle prześwietlał osoby z którymi miał w jakikolwiek sposób współpracować, bo nie lubił niespodzianek. Intuicja to jedno, ale doświadczenie i informacje robiły swoje. A on naprawdę, podobnie jak jego szef, lubił wiedzieć rzeczy.Rozumiem, że od teraz mam się skupiać na niej. — A nie na nim.
Skoro miał ochraniać jakąś osobę, to jego cała uwaga zwykle przechodziła na tego kogoś. Nie mógł być z kilku miejscach jednocześnie, a jeśli miał być dobry, to wolał się niepotrzebnie nie rozpraszać. Nawet jeśli tym rozproszeniem miałby być jego pracodawca.

Giovanni Salvatore
ODPOWIEDZ

Wróć do „#105”