ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

008.
Some people bring flowers when meeting the parents.
Donnie brought chaos and suspicious confidence.


Donnie nie był zachwycony, kiedy Aurelia zaprosiła go do siebie, żeby poznał jej rodziców. Dla niego to nie było aż na tyle poważne. W ogóle właściwie. Spotykali się już jakiś czas, chodzili razem na imprezy, albo do wspólnych znajomych, a czasem Aurelia pozowała mu do zdjęć, ale...
Chociaż Lia była śliczna, te jej ciemne oczy i burza czarnych loków, to jednak czegoś w tych zdjęciach brakowało.
Było w nich dużo radości, jakiegoś szaleństwa, które sobie przekazywali w tych szybkich, niedbałych pocałunkach. W spojrzeniach w oczy, takich, które łaskotały tylko delikatnie. Bo taka była ich relacja, szybka, żywa, łaskotała pod skórą.
A Bowen i tak przecież myślami był gdzieś zupełnie indziej.
Przy innej kobiecie nawet i gdyby Lia wiedziała, że takiej, która wiekowo mogłaby być jej matką, to może by się obraziła?
O ironio...
Mogłaby być jej matką.
- Lia, ale myślisz, że kwiaty dla twojej mamy to odpowiedni prezent? A dla ojca kawa? Serio? - zapytał przytrzymując ramieniem telefon przy uchu - dobra, nie chcę się narażać twojej matce, skoro kawa będzie w porządku, to coś kupię. A dla ciebie? - stał już przy regale z kawami ze wszystkich stron świata, ale Donnie za bardzo się na tym nie znał - przestań, jestem w spożywczaku - parsknął do telefonu - zresztą, to nie jest tego rodzaju telefon... - dodał czytając jakąś etykietę - co? No taki się zaczyna od wiesz... co masz na sobie? - te słowa wypowiedział stając akurat na przeciwko jakiejś staruszki, która zmierzyła go spojrzeniem, więc złapał pierwszą lepszą kawę i ruszył do samoobsługowej kasy - weź, jakaś babcia się napaliła, bo myślała, że to do niej - zapłacił telefonem odsuwając go od ucha. A zaraz już wyszedł przed sklep, przełożył smartfon do drugiego ucha - dobra, idę jeszcze po kwiatki i zaraz będę, wyślij mi adres...

Donnie nie miał problemu z trafieniem pod podany adres, bo dom, w którym mieszkała Lia, znajdował się w tej samej dzielnicy co jego chata. Dziwne, że wcześniej na siebie na trafili, chociaż z drugiej strony Bowen urzędował tu od niedawna. Biorąc pod uwagę, że to impreza na powietrzu, to zarzucił na siebie koszulkę z jakimś zespołem, ciemne, porwane jeansy i trampki. Dla Pana domu miał kawę, bo nie chciał się narażać Pani domu czymś mocniejszym. Dla niej miał bukiet słoneczników.
Sam tak strzelił. Chociaż Lia mówiła mu o różach. Ale przecież one były oklepane, a zresztą kto daje róże mamie swojej dziewczyny?
Bowen postawił na coś radośniejszego, bardziej luźnego.
Nie miał też dzisiaj ze sobą aparatu, to miał być dzień bez zdjęć, sam odpoczynek. Chillout na świeżym powietrzu.
Stanął na progu domku z numerem trzynaście i w pierwszej kolejności on pomyślał o zupełnie innej trzynastce... Takiej złotej, na drzwiach pewnego pokoju hotelowego.
Ale kiedy zadzwonił dzwonkiem, to zaraz otworzyła mu Aurelia, wciągnęła go do środka zaciskając palce na jego koszulce, ale po chwili wpiła się w jego usta na powitanie. Dziko.
I to Donnie się pierwszy od niej odsunął.
- Ej, jak twoi rodzice to zobaczą, to mnie wyproszą zanim się przedstawię - rzucił łapiąc dystans od dziewczyny, ale zielone tęczówki zawiesił na jej ciemnych oczach.
- Nie ma ich - odpowiedziała Aurelia patrząc na zegarek na nadgarstku, delikatny, złoty - mamy jakieś pół godziny zanim mama wróci z bratem, a ojciec to na pewno jeszcze później - wyjaśniła z zadziornym uśmiechem.
- Pół godziny to trochę mało - rzucił Donnie, ale Aurelia już szarpała go na górę, żeby pokazać mu swój pokój. Zostawił słoneczniki i kawę na kuchennym blacie, między jedzeniem, które Lia naszykowała na dzisiejszą imprezę. A może to jej mama?
I kiedy wchodzili po schodach, mignęło mu zdjęcie jej rodziców...
Ale się nie przyjrzał, bo Aurelia znowu pociągnęła go za sobą. A zresztą i tak miał... ich dzisiaj poznać. Osobiście.


poznaj moją mamę Donnie °❀⋆.ೃ࿔*:・
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek
Jeśli ktoś zastanawiał się jak wyglądała jej podróż powrotna z kina, to właśnie tak wyglądała… a raczej przy akompaniamencie takich dźwięków upływała jej jazda, ponieważ Mateo upodobał sobie szczególnie ten fragment bajki. — AYEYAEYAEYAEYAE — zabawne to było — fakt, ale ten jeden raz na ekranie. Z każdym kolejnym powtórzeniem przestawało być zabawne, a stawało się i-ry-tu-ją-ce. Już oczami wyobraźni widziała minę Rafaela, gdyby to na niego wypadła podróż do kina. W zasadzie to wypadła, ale oczywiście — jak zwykle — miał coś ważnego do zrobienia. Na tyle ważnego, że nawet na ustalone z Aurelią spotkanie się spóźni, o czym świadczyła jego głosówka na rodzinnym czacie. Maria miała o wiele więcej cierpliwości do dzieci i energii jaka je rozpierała. Może poniekąd dlatego, że kiedyś sama była takim dzieckiem. Inna sprawa, że jeszcze odpokutuje całą podróż wieczornym bólem głowy, teraz jednak zadowolona z wyprawy wypuściła dziesięcioletniego krzykacza z samochodu, który pod pachą niósł wielkiego pluszowego Toma Lizarda, a w drugiej ręce kubek z motywem bobra i w swojej kolorowej czapce ze śmigiełkiem wkroczył właśnie do domu. Mateo był pogodnym dzieckiem, a przekraczając próg domu łaskawie postanowił zmienić płytę i cytować inny fragment bajki. Chodził więc w kółko i powtarzał: Bóbr, bóbr, jaszczurka, jaszczurka, czerwone serce, różowe serce, cięte drewno, cięte drewno. Kartofel.
Wchodząc do kuchni w oczy rzuciły się jej żółte słoneczniki pozostawione na blacie, a ona szybko domyśliła się co tu jest grane. — Aurelia! Wróciliśmy. Mateo idzie na górę, więc jeśli masz otwarte drzwi albo coś innego to z łaski swojej zamknij! — zawołała, ale tak naprawdę nie musiała jej wcale tego uświadamiać, bo Mateo głośno stąpał po schodach, w kółko cytując bajkę. — Bóbr, bóbr, jaszczurka, jaszczurka, czerwone serce, różowe serce, cięte drewno, cięte drewno — i ktoś teraz mógłby jej zarzucić zbyt luźne podejście do tematu, ale co ona tak naprawdę mogła? Aurelia była dorosła, jakby nie było. Mieszkała z nimi pod jednym dachem i była jej córką, ale wciąż… była już dorosła. Poza tym nie Marii oceniać takie wybryki, bo przecież sama urodziła dziecko w wieku osiemnastu lat i wiedziała jakimi prawami rządzi się młodość. Pewnie zareagowałaby zupełnie inaczej, gdyby odkryła z kim tak tą młodość celebruje, ale nie wiedziała. — Kartoffff……FUUUUUJ — dziesięciolatek nie szanował zbytnio prywatności rodzeństwa, więc Maria była przekonana, że właśnie wbił do jej pokoju, kiedy usłyszała zniesmaczone fuj, ale z drugiej strony Mateo reagował tak nawet na przytulasy, więc nie wnikając zawołała tylko. — Mateo! Zmykaj do ogródka i NIE, nie wolno ci nintendo. Piłka i proszę kopać, byle nie w kwiatki — a gdy zbiegł oznajmił jej ze skwaszoną miną. — Widziałem siusiaka ś w i e t n i e, pomyślała — Xavieradzięki bogu, odetchnęła. — Kto się myje w ciągu dnia?! — zajęczał jeszcze, ale ona poklepała go tylko po ramionach i pogoniła do ogrodu. — Wiesz ile razy on widział twojego? Jesteście kwita — stwierdziła zazdroszcząc swojemu nastolatkowi. Sama teraz najchętniej zaszyłaby się w łazience i odpłynęła w wannie gorącej wody. Zamiast tego nalewała chłodnej wody serwując kąpiel pięknym słonecznikom, które zostały porzucone na kuchennym blacie. Ułożyła je ładnie i wyniosła na stolik w ogrodzie rozglądając się wokół. Czy zdziwił ją fakt, że Xavier nie przygotował paleniska, choć prosiła go kilkukrotnie? Nieszczególnie. Sama się za to zabrała krzątając gdzieś pomiędzy niewielką przydomową drewutnią, a paleniskiem, by koniec końców zacząć wzniecać… ogień. Wzniecała jeden, ale myślała o zupełnie innym... i nagle zrobiło się jej za gorąco... Płomień w końcu chwycił się suchego drewna, a ona wyprostowała się ocierając wierzchem dłoni swoje czoło. Czuła na skórze popołudniowe słońce oraz zapach dymu i przez chwilę napawała się ciszą; Mateo w końcu zajął się piłką, Xavier jeszcze nie zdążył nawet zejść na dół, a Rafael… pewnie udowadniał światu jak bardzo jest niezastąpiony albo robił coś, o czym wolała nie myśleć. — Mamo! — głos Aureli dobiegł z tarasu wyrywając ją z zamyślenia. Zaczyna się, pomyślała poprawiając swoją koszulę i czując lekki niepokój na myśl o nowym wybranku córki. Miała nadzieję, że tym razem to ktoś bardziej poukładany niż ten ostatni perkusista, który nie potrafił złożyć pełnego zdania.

Miło poznać...? Donnie, tak? (·•᷄‎ࡇ•᷅ )
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
jakieś przekleństwo, przepraszam
Może usłyszeli jakiś ruch na podjeździe, ale byli... trochę zajęci sobą. Za bardzo, żeby to zauważyć. Bo akurat Aurelia już ściągnęła z Donniego koszulkę, całowała go namiętnie wplatając palce w czarne kosmyki, siedząc na nim, na tym łóżku na którym jeszcze wciąż leżał jej ulubiony pluszak. I Bowen spojrzał na niego krytycznie, bo jakiś misio-stworek wpatrywał się w nich brokatowymi ślepiami. Oceniająco...
Dopiero te głosy na schodach sprawiły, że się od siebie oderwali, Lia skoczyła jak oparzona, a Donnie zaraz wciągał na siebie koszulkę, co prawda... założył ją tył na przód, ale kiedy Mateo zajrzał do nich do pokoju, to oni już grzecznie siedzieli sobie na łóżeczku i udawali, że nic tutaj nie zaszło. A zaraz i oni usłyszeli to głośne FUUUJ, które na szczęście ich nie dotyczyło.
- Myślisz, że twój brat później podkablowałby ojcu, że się całowaliśmy? - zapytał Donnie, kiedy już zbierali się z Lią z jej pokoju. Aurelia roześmiała się głośno i oznajmiła, że na pewno, bo to mały donosiciel, a jej tatuś nie byłby zadowolony, że jakiś chłopak dobiera się do jego jedynej córeczki.
Jeszcze zanim wyszli z pokoju, to Aurelia zarzuciła mu ręce na szyję i skradła z jego ust buziaka.
- To weź, proszę cię... Nie chcę sobie od razu na starcie przewalić u twojego ojca - jeszcze kiedy schodzili po schodach, to Bowen przekręcał na sobie koszulkę, którą założył tył na przód, żeby jednak nie było żadnych dowodów zbrodni. A potem już stanęli w kuchni, sami. Słoneczników nie było na blacie, więc Donnie uznał, że już teraz wystarczy się tylko pouśmiechać ładnie do mamy Aurelii, skoro przyjęła prezent i może pochwalić jakąś jej sałatkę?
- To robiła twoja mama? - pochyliła się nad jakimś pięknie ułożonym talerzem z warzywami i złapał kawałek ogórka z sosem, żeby wsadzić go sobie do buzi - powiem jej, że pyszne, to może mnie polubi... - rzucił z pełnymi ustami, ale kiedy przeżuł, to zaraz pokiwał głową z uznaniem - ale serio zajebiste - dodał. A Aurelia znowu się uśmiechnęła.
- Na pewno cię polubi, ale pomóż mi z tym - i zaraz pakowała mu w ręce dwie miski z sałatkami, a na wierzch jeszcze talerze. Dobrze, że Donnie miał jako taką koordynację, bo kiedy wyszedł z nimi na ganek, a potem po kilku schodkach do ogródka, to nawet się nie potknął.
Chciał to odłożyć, ale Aurelia już wołała swoją mamę, więc chyba wypadało by się chociaż przywitać?
Tylko, że kiedy stanęła przed nim matka jego dziewczyny, to prawie wypadły mu te wszystkie miski i talerze. Zielone spojrzenie od razu zatrzymało się na twarzy Marii. Tej samej twarzy, która wciąż stawała mu przed oczami, o której wciąż myślał i nie umiał zapomnieć. Zamurowało go. Nawet nie umiał wydusić tego dzień dobry, ale czy tak powinien rzeczywiście się z nią witać?
Na ratunek przyszła Aurelia, która zabrała mu te talerze, a potem miski i układała je na stole. Donnie nawet tego nie załapał, bo on teraz zastanawiał się jak bardzo musiał nagrzeszyć w poprzednim wcieleniu, że teraz stał przed matką swojej dziewczyny, która była też kobietą, która przecież... zawróciła mu w głowie?
Niewyobrażalne to było, jakie los czasem potrafił płatać figle. Tylko dlaczego akurat jemu? I akurat w ten sposób?
Myślał o Marii, o tym, że chciałby się z nią jeszcze spotkać, a oni przecież nawet nie wymienili się numerami. Ale może wpadliby na siebie znowu, w tym klubie?
A oni wpadali na siebie w jej ogródku. I ogródku jego dziewczyny, jak się okazało.
Dopiero Lia ułożyła mu rękę na ramieniu, a Donnie ruszył się z miejsca.
- Dzień dobry... Jestem Donnie - przywitał się i przedstawił, ale przecież Maria doskonale znała jego imię, bo jej pełne wargi układały się w nie te kilka nocy wcześniej. W pokoju numer trzynaście.
Zrobił krok do przodu i wyciągnął rękę.
Kurwa.
A może to był jakiś żart? Od losu chyba. I dopiero teraz zaczęło do niego docierać, że te piękne, ciemne oczy Aurelii, mogły mu się kojarzyć z nią. Powinny.
Ale przecież w najbardziej surrealistycznym scenariuszu, on na coś takiego by nie wpadł.
- Piękny... - ogród? Dom? Dzień? Zbieg jebanej okoliczności? Czy może żart od losu właśnie? - bardzo tu ładnie - wydusił w końcu z siebie, a Aurelia popatrzyła na niego z uśmiechem, a może jakoś podejrzliwie?
Bo przecież Bowen był... gadułą, a tu proszę zabrakło mu języka w gębie przy jej mamie. Sięgnęła ręką do swojego chłopaka, żeby spleść jego palce ze swoimi i trochę go wesprzeć. Ale Donnie chyba jeszcze bardziej się spiął, uśmiechnął do Lii jakoś blado. Ale jego zielone tęczówki zaraz znowu uciekły do jej mamy.

my się... chyba... znamy? ˚ ༘♡ ⋆。˚ ❀
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dzień dobry… Jestem Donnie.

Zamarła na moment, a świat zawirował jej przed oczami, gdy cała lawina nieprzyzwoitych wspomnień zalała ją na dźwięk tego imienia… a jednak to nie był kolejny flashback, choć te zdarzały się jej niebywale często od tamtej pamiętnej nocy. On tutaj stał. W jej ogrodzie, w porwanych jeansach i trampkach, tylko że teraz... teraz palce jej rodzonej córki splatały się z jego palcami.
Poczuła jak żołądek podchodzi jej do gardła, gdy eksplodowała w niej bomba sprzecznych emocji tworząc chaos, nad którym nie potrafiła zapanować. Początkowo był to szok, jakby za wszelką cenę nie chciała przyjąć do wiadomości tego co się właśnie wydarzyło. To się po prostu nie dzieje! I gdy pierwszy szok ustąpił poczuła niespodziewane ukłucie, coś potwornego… czego szybko się powstydziła — bolesne, fizyczne ukłucie zazdrości na widok dłoni Aurelii na jego ramieniu.

Jak ona mogła?! Jak on mógł?!
I nagle przyszła pora na matczyną złość, bo na myśl o tym, że spotykał się z jej córką, jednocześnie mając świadomość tego co działo się w pokoju numer trzynaście czuła po prostu w ś c i e k ł o ś ć. Lia była oszukiwana, a najgorsze, najbardziej destrukcyjne było to, że to ona — jej własna matka — brała w tym udział.

Spojrzała na jego wyciągniętą dłoń z niedowierzaniem. Ile nocy? Kilka, kilkanaście nocy wcześniej ta dłoń była wplątana w jej włosy, a teraz? Zamiast podać mu dłoń chciała go w pierwszej chwili pogonić. Czuła jak w środku zaczyna szaleć temperamenty ogień i jak czegoś zaraz nie zrobi to córka połapie się, że coś tutaj nie gra… a przecież stała tuż obok, niczym szalenie zauroczona dziewczyna, patrząc na niego z tym swoim ufnym, nieco rozbawionym uśmiechem.
Wyciągnęła więc dłoń w jego stronę. — Dzień dobry, Donnie — wykrztusiła, ale nim zdążyła podać mu rękę Mateo wykonał podkręcone kopnięcie, a piłka z zaskakującą prędkością poleciała w ich stronę zatrzymując się na torsie Donniego. — Sooooooraski! — zmachany dziesięciolatek podbiegł zgarniając toczącą się po trawie piłkę po czym uniósł wzrok na chłopaka siostry. — Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył — zaśmiał się lekko i wzruszył luzacko ramionami — ale nie martw się, mama onieśmiela wszyyyyyystkich jej chłopaków — a przeciągnął to tak, jakby Aurelia przyprowadzała do domu pielgrzymki, choć wcale tak nie było. Po wszystkim odbiegł dalej grać, a Maria tkwiąc wciąż w głębokim szoku wyznała. — Przepraszam i miło mi, słoneczniki są piękne. Dziękuję — choć brzmiało to jakoś tak chłodno i bez ładu i składu, nie była w stanie zdobyć się na nic więcej.
Najbardziej przerażające w tym wszystkim nie było wcale to, że Donnie stał teraz w jej ogrodzie, ale to co działo się w jej własnej glowie. Nawet teraz, kiedy jej rodzona córka kładła mu dłoń na ramieniu, do niej wracały migawki z tamtej nocy, gdy jego ramiona dociskały ją do hotelowego materaca…

Boże, jakie to było popieprzone.

Czuła potworny wstyd w tej chwili, bo dobrze wiedziała, że powinna myśleć tylko o ochronie córki, o matczynej solidarności, o tym jak odsunąć go od niej, a zarazem jej ciało i pamięć wbrew jej woli przypominały jej tamte wspomnienia.
Przepraszam was na chwilę — niemal weszła mu w słowo, gdy próbował wykrztusić coś o …ogrodzie? — Zapomniałam przynieść wino — oznajmiła i wymijając ich weszła do chłodnej kuchni czując jak krew pulsuje jej w skroniach, a oddech w panice przyspiesza. Ukryła twarz w dłoniach i choć bardzo próbowała sobie to ułożyć w głowie to nie potrafiła. — Puta locura — mruknęła do siebie i sięgnęła do szafki po whisky Rafaela nalewając sobie i opróżniając szklankę na raz. W tym czasie Xavier zbiegł do towarzystwa i stanął w drzwiach tarasowych wyraźnie rozbawiony. — Czym tak poruszyliście mamę, że sobie musiała jednego wypić ukradkiem w kuchni. Wpadliście?! — zagaił żartobliwie i podszedł do chłopaka witając się z nim, przedstawiając i równie szybko opuszczając towarzystwo, by pokopać z młodym w piłkę.
Dla Marii sprawa była oczywista. Musiała przetrwać ten dzień, bo nie chciała robić sceny przy pierwszym poznaniu szczególnie, że lada moment miał wrócić Rafael, ale później cóż… nie wyobrażała sobie, by Aurelia w dalszym ciągu się z nim spotykała. Nie była pewna jak to rozwiązać, ale dla niej nie była to jakaś kwestia kompromisu i przeczekania. To była konieczność.

Aurelia nie mogła się z nim umawiać.

Koniec.
Kropka.
Kiedy Maria przeszukiwała kuchenny regał próbując znaleźć odpowiednie wino na tą popieprzoną sytuację, Aurelia spojrzała w twarz swojego chłopaka z tym swoim uroczym i troskliwym uśmiechem. — Donnie, wszystko okej? — spytała sięgając dłońmi do jego włosów, jakby chciała zagarnąć poskręcane kosmyki za uszy. — Mama bywa trochę zdystansowana z początku, a teraz pewnie frustruje się, że ojca jeszcze nie ma. Wyluzuj... — wymruczała otrzepując ręką jego koszulkę, która miała na sobie kilka zakurzonych śladów piłki.

well, look who's back... twenty-five years of pure trouble, again ( ˶°ㅁ°) !!
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i boże... co on robi?!
Wiedział, że to jest kiepski pomysł.
Czuł, że to całe zapoznanie z rodzicami Aurelii sprawi im tylko problemy, bo przecież... to wcale nie było nic poważnego. Nie z punktu widzenia Donniego, bo on na imprezy i do przyjaciół chodził z Lią, na tańce z Rosą, a za modelkę robiła mu Layla. Bo Bowen przecież nigdy się nie angażował, nie budował relacji, bo zanim one eskalowały - to on znikał. A w Toronto został, za długo już może?
Tak długo, że Aurelia naprawdę mogła sobie coś pomyśleć. A kiedy on pod jej prośbami się ugiął i zgodził na tą rodzinną fiestę, to ona już chyba założyła, że to naprawdę coś poważnego.
Ale jak?
Donnie Bowen nie był poważny, bo kiedy tak zaczynało się robić, to on pakował walizkę i wyjeżdżał, w świat, palcem po mapie, żeby znaleźć nowe miejsce z potencjałem. A teraz został. Rozpakował nawet te kartony, które wiecznie stały u niego w pokoju, w których zapakowane miał całe życie, w przytulnym domku przy The Beaches. Ale to przecież nie ze względu na Lię.
Na pewno nie.
Chociaż kiedy okazało się, że ta ciemnooka dziewczyna, która obok niego stała, która opierała mu rękę na ramieniu w pokrzepiającym geście, to córka Marii. Pięknej, dojrzałej, zniewalającej, o tak samo czarnym spojrzeniu, to zrobiło mu się gorąco.
Przez nią?
Czy przez nią?
Kiedy pełne wargi Pani Perez powtórzyły jego imię, które przecież tak ładnie brzmiało w jej ustach, to Donnie się zawahał z tą ręką wyciągniętą w jej kierunku, na całe szczęście, teraz... Trochę późno.
Ale dobrze, że ta piłka walnęła go w klatę, tak ku opamiętaniu. Chociaż ono chyba i tak nie przyszło.
- Spoko... - machnął tylko ręką do dzieciaka i jego zielone tęczówki nawet powiodły za nim, kiedy tak bez skrępowania oznajmił, że Donnie wygląda jakby zobaczył ducha, coś w tym było, bo Maria nawiedzała go w snach. A on przecież nigdy się nad takimi rzeczami nie rozwodził, i nie rozczulał, nie łączył seksu z jakimiś większymi uczuciami. Lubił Aurelię i lubił... z nią.
A jej matka, ona tak zapadła mu w pamięć, namieszała w głowie. Bo była starsza? Bo była niesamowita? Bo była spełnieniem jego marzeń, tamtego wieczoru?
- A, słoneczniki... - dopiero kiedy Maria znowu zwróciła się do niego, to wrócił do niej spojrzeniem, do jej twarzy i tych pięknych oczu - pani w kwiaciarni powiedziała, że to symbol pozytywnej energii, wierności i prawdy... - ale dojebał, aż sam urwał, bo co on właśnie powiedział?
Trzeba było po prostu odpowiedzieć proszę bardzo, a nie się mądrować. Aż nabrał więcej powietrza w płuca, ale wtedy Lia się uśmiechnęła i rzuciła.
- Słoneczniki są takie radosne - jak ona, jak Aurelia. Była radosna.
I może na tym Bowen powinien się skupić?
Ale jak?
Nie umiał, bo w jego głowie był teraz istny młyn. Wspomnienia tamtej nocy, która przecież miała być tylko jednonocną przygodą, ale później on myślał o tym, że wcale tego nie chciał. A teraz myślał, że może z Lią powinien też to zakończyć, żeby z jej matką...
Nie. Istny Sajgon, nie rozumiał nic, co teraz siedziała mu w głowie. A kiedy Maria ich przeprosiła, to odprowadził ją spojrzeniem, był jej za to wdzięczny, bo jak tak dalej pójdzie, to co on jeszcze by powiedział? Najlepiej to chyba jakby nie mówił nic. Ale to było do niego niepodobne, bo przecież Donnie gadał dużo.
- Lia wiesz co... Ja chyba... - już zaczynał i chyba chciał się stąd zmyć, bo mocniej zacisnął palce na ręce Aurelii, tylko, że wtedy już się pojawił jej brat, wypominając, że przez nich mama musiała wypić jednego ukradkiem w kuchni, a na to wpadliście, to Donnie aż parsknął. To on już chyba by wolał, żeby wpadli...
Nie, wcale by nie wolał.
Pokręcił głową trochę nerwowo, a Aurelia się roześmiała.
- Spadaj Xavier, idź lepiej powzdychaj do swoich lasek z komputera - pokazała bratu język, a kiedy chłopak zbił sobie piątkę z Donniem, a zaraz poleciał kopać piłkę, to Bowen znowu zaczynał.
- Lia, wiesz co... - tylko, że Aurelia już pytała go czy wszystko okej. Bo zapewne było po nim widać, że nie.
Nic nie było okej i chociaż nie chciał, to jego zielone spojrzenie uciekło gdzieś w kierunku wejścia do kuchni - nie, to znaczy... - musiał się stąd zmyć. Musiał się stąd zmyć. Musiał się stąd zmyć.
A on kurwa mówi - wiesz co? Skorzystam z łazienki, dobra? - z łazienki. I będzie musiał przejść przez kuchnię... Gdzie była Maria. Chyba go pogrzało.
- Ale dobrze się czujesz? Iść z tobą? - zapytała z troską Aurelia, a Donnie pokręcił energicznie głową, tak, że te włosy, które założyła mu za ucho z powrotem wypadły.
- Nie, spoko, zaraz wracam, i ci pomogę, i... jestem cały twój - jeszcze się do niej uśmiechnął zaczepnie, jeszcze raz zawieszając zielone spojrzenie na jej ciemnych oczach.
A potem to zrobił.
Czemu on to zrobił?
Miał się stąd zmyć, a on sobie wchodzi do kuchni jakby nigdy nic. I dopiero te drzwi, które się za nim zamknęły z hukiem z powodu przeciągu przecież, bo nie dlatego, że chciał, żeby się do niego odwróciła, zwróciły na niego uwagę.
- Przepraszam - rzucił odnośnie tych drzwi. Czy całej tej sytuacji? Ale czy przepraszam to było dobre słowo w tym wypadku?
Czy jakiekolwiek było dobre?
- Mario... Pani Perez? Trochę niezręczna sytuacja, nie? Ale nie wiedziałem... I może się stąd zmyję? - odzyskał chyba język w gębie, ale czy to dobrze, bo on zaraz przeszedł się po kuchni, żeby stanąć bliżej Marii - ale nie mogę przestać o tobie myśleć - nie no kurwa Donnie ty jesteś niemożliwy.
Był niemożliwy, bo miał się stąd zmyć, nie stawiać jej w tej niezręcznej sytuacji, ich oboje. A on co robił?
No co on najlepszego robił?
Opierając rękę o kuchenny blat gdzieś koło jej biodra.
Niezręcznie. Kurewsko niezręcznie.

No puedo dejar de pensar en ti ‧₊˚ ☁️⋅♡🪐༘⋆
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pani w kwiaciarni powiedziała, że to symbol pozytywnej energii, wierności i prawdy…

A więc to tak!
Rozejrzała się nerwowo, jakby szukała ukrytych obiektów w ogrodzie, bo przecież to był jakiś pieprzony żart. A b s u r d! Na pewno brała udział w jakimś reality show dla znudzonych życiem bogaczy, co to demaskują małżeńskie zdrady w najbardziej upokarzający i widowiskowy sposób. No bez jaj, ten tekst o słonecznikach, wierności i prawdzie nie mógł być przypadkowy! Tak jak i to całe pokręcone spotkanie, podczas którego facet, z którym spędziła noc w hotelu nagle stał w jej domu i gada o symbolu wierności.
Musiała wyjść.
Potrzebowała tych kilku chwil dla siebie. Tego mocniejszego drinka, tego krótkiego ukrycia twarzy w dłoniach, momentu rozsypania się i chwili na poskładania się dla dobra ogółu. Tak jak miała to zawsze w zwyczaju.
Prawie całe dorosłe życie dwie role definiowały każdy jej dzień — Maria była żoną i matką. To temu poświęciła się bez reszty, to w tym zatraciła dawną siebie. Pogodziła się z tym, bo choć brak tamtej cząstki niekiedy doskwierał, to pozostałe role dawały jej pewnego rodzaju spełnienie. Bycie matką na pewno, a z byciem żoną bywało różnie, bo z Rafaelem nie układało się im najlepiej już długi czas, choć pozory potrafili sprawiać inne.
To co wydarzyło się tamtej nocy w pokoju z numerem trzynaście nie powinno przydarzyć się kobiecie z jej stażem małżeńskim, a jednak tamtej nocy wszystko wydawało się tak cholernie właściwe. Donnie przywołał cudowną cząstkę ukrytą w głębi niej, tę dawną i pełną życia dziewczynę, spontanicznią i w końcu dostrzeganą we właściwy sposób.
I to było piękne.
Oczywiście przekonana była, że gdy emocje opadną, a ona wróci do domu to zaleje ją fala wyrzutów sumienia, że będzie żałować, że będzie się karać w myślach za chwilę słabości.
Nic takiego nie miało miejsca.
Donnie stał się jej sekretem, bezwstydnie pięknym. Wszystkie te flashbacki z hotelowego pokoju często powracały w najbardziej niepożądanych momentach, ale były dla niej cichą i grzeszną przyjemnością w tej szarej codzienności.
Aż do dziś.
W jednej krótkiej chwili wszystko się rozsypało.
Piękny sekret stał się jej koszmarem.
Nagły trzask zamykanych przez przeciąg drzwi sprawił, że poderwała się na równe nogi niemal upuszczając butelkę wina. Obróciła się nagle opierając o szafki i już miała zrugać Xaviera lub Mateo za to trzaskanie, ale zamarła.
Patrzyła na niego próbując zachować się jak na dojrzałą i niedostępną kobietę przystało, ale jej serce waliło jak oszalałe, kiedy przechadzał się po kuchni w jej kierunku. Jego słowa nie docierały do niej, nie w pierwszej chwili. Zbyt wiele myśli przemknęło jej teraz przez głowę. Powinna go pogonić? Powinna zabronić mu zbliżania się do niej? Do jej córki? Do tego domu? Powinien wyjść?

...ale nie mogę przestać o tobie myśleć.

Jego nagłe wyznanie wydawało się nierealne do tego stopnia, że przez krótką chwilę spoglądała na niego wyraźnie zaskoczona. I wtedy oparł dłoń o blat. tuż obok jej biodra. I czuła… znów czuła ciepło.
Tak, to było kurewsko niezręczne. Niebezpieczne, a jednak przez ułamek sekundy, gdy jego zielone oczy znów lśniły tym bezczelnym blaskiem co tamtej nocy, poczuła jak miękną jej kolana i to było silniejsze od niej.
Puta locura.
Była wściekła na niego… ale jeszcze bardziej na samą siebie, że jej ciało zareagowało na niego w taki sposób. Przez ułamek sekundy miała ochotę zamknąć oczy i zniknąć w tym obłędzie. Jednak widok córki, która przemknęła za oknem był niczym kubeł zimnej wody.
Wstyd.
Poczuła ogromny wstyd i wyprostowała się gwałtownie odsuwając od jego dłoni, choć wciąż stojąc gdzieś pomiędzy nim, a blatem. Spojrzenie nagle zmieniło się, a w oczach strach mieszał się z chłodem. — Oszalałeś? — syknęła zerkając nerwowo w stronę okna, a potem ponownie na jego dłoń. — Zabierz tę rękę. Aurelia jest pięć metrów dalej — skarciła go nagle, gdy pozbierała się z chwilowej słabości. Przynajmniej pozornie, bo w środku wciąż czuła piekący żal i poczucie winy.
I była zła. Cholernie zła, ale… kim była, żeby go teraz potępiać? Kto ponosi większą odpowiedzialność? On spotykał się z jej córką, ale to ona miała męża. Hipokryzja w tej sytuacji zabierała jej prawo do czystego gniewu, a jako matka miała przecież prawo go czuć.
Co to ma znaczyć? Jak długo to trwa? — zapytała, choć głos drżał od tłumionych emocji i wściekłości. — Spałeś z nią? Nie. Nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć. To zresztą nie ma już żadnego znaczenia — próbowała jakoś niefortunnie posklejać myśli, ale Aurelia od jakiegoś czasu wspominała o takim jednym chłopaku, więc to musiał być on. To musiało już chwilę trwać.
Wolną dłonią przetarła czoło, by chwile później przenieść ją bliżej ust i zaczęła nerwowo przygryzać paznokieć kciuka, bo nie wiedziała jak to zakończyć. Gdyby wyszedł nagle Lia zaczęłaby pytać, a Rafael… mogłaby przysiąc, że właśnie słyszała samochód wjeżdżający na podjazd. Zacząłby węszyć.
Nie zmyjesz się stąd — poinformowała chłodno po tej swojej krótkiej i intensywnej analizie. — Przetrwasz ten wieczór, wrócisz na taras i będziemy udawać, że się nie znamy — nie rozumiała czemu Aurelii tak zależało na tym spotkaniu i choć nie miała wpływu na jego decyzję to nie chciała dzisiaj burzyć jej świata i musiała spróbować. — A po wszystkim… po wszystkim masz zniknąć z życia Aurelii.
Zabawne, z życia Aurelii. Nie z naszego życia. Nie z mojego.
Z Aurelii.
Zerwiesz z nią — i nawet jeśli gdzieś w najbardziej potępionym zakątku jej serca czuła, że choć powinien zniknąć całkowicie z życia jej rodziny, to jednak wcale nie chciała by zniknął z jej życia, ale przecież nigdy mu tego nie powie. Czekając na jego reakcję ściskała butelkę wina nie wiedząc co właściwie zamierza.
Fuiste un secreto hermoso, pero se acabó ꨄ︎
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie wiedział dlaczego wypalił z tym tekstem o słonecznikach… może dlatego, że donnie czasem, często właściwie, za dużo mówił? Nawijał co mu ślina na język przyniesie. I chociaż w pierwszej chwili stracił przy niej całkowicie rezon, to teraz... Gadał od rzeczy.
Nie wiedział też kiedy jego zielone tęczówki podążyły za Marią na ganek, a potem na drzwi, za którymi zniknęła.
I nie wiedział dlaczego dotyk Aurelii był w tym momencie jakiś taki nienaturalny, dziwny, to jak strzepywała kurz z jego koszulki.
Ale wiedział doskonale dlaczego ruszył do domu i wcale nie do łazienki, tak jak powiedział Lii.
Tylko do kuchni, prosto do niej. Gdzie światło popołudniowego słońca igrało na jej twarzy.
Nie mógł przestać o niej myśleć, o jej oczach, ciemnych i błyszczących, a w tamtym momencie, kiedy pod nim dochodziła - zamglonych. O włosach, które rozsypane na poduszce otaczały jej piękną twarz, a dzisiaj taki niesforny kosmyk spływał po jej policzku. A Donnie nie dość, że oparł rękę koło jej biodra, to jeszcze... sięgnął do tego kosmyka, do jej policzka, żeby założyć jej go za ucho, b e z c z e l n i e.
Za co zaraz dostał reprymendę zabierz tę rękę. Aurelia jest pięć metrów dalej. Obejrzał się w kierunku ogrodu, gdzie Lia bawiła się z braćmi, bo przecież czy ona kiedykolwiek podejrzewałaby, że jej chłopak i jej matka...
Że ich mogłoby łączyć coś więcej niż to co ona im zaplanowała. Miał kupić jej kwiatki, pochwalić jej sałatkę, a ona by go polubiła. Ale czy nie polubiła go za bardzo tamtego jednego wieczoru w pokoju numer trzynaście?
- Chyba wtedy oszalałem... na twoim punkcie Mario - i znowu spojrzał w jej ciemne oczy nie przejmując się tym wcale, że tam w ogródku była jego druga. A może jedna z wielu? Donnie był młody i miał bardzo luźne podejście do związków, czego zresztą nie ukrywał przed Aurelią. A z Marią to przecież nie był nawet związek... Ale co to było, skoro nie mógł o niej zapomnieć?
Jego zielone ślepia wisiały na jej twarzy, a kiedy zaczęła to co to ma znaczyć..., to Bowen parsknął śmiechem.
- Robisz mi wyrzuty? Jesteś zazdrosna? Nie możesz znieść, że mógłbym dotykać inną? - bezczelnie Donnie, ale Bowen taki trochę był, lubił prowokować. I teraz też zrobił w jej kierunku krok, prowokując ją do tego, że musiała się cofnąć, oprzeć o chłodny kuchenny blat, kiedy spojrzał na nią z góry - jesteśmy dorośli, ja... ty... ona - oczywiście, że spał z Aurelią, pewnie gdyby Maria się nie zjawiła, to zrobili by to na górze w jej pokoju, dzisiaj. Dziwne tylko było to, że chociaż Aurelia była śliczna, to jednak w głowie mu siedziała... jej matka. Pojebane jakieś.
A jeszcze bardziej dziwne wydało mu się to, że Maria zadecydowała, że on ma tu dzisiaj zostać, na tej niezręcznej kolacji - ale się znamy - wypalił od razu - i będziemy się katować swoją obecnością? Ja będę sobie przypominał jak smakowały twoje usta, a ty jak drżałaś kiedy... - nie dokończył, bo jego spojrzenie zaraz znowu odszukało to jej, a Maria nawijała o tym, jak to po wszystkim ma zniknąć z życia Aurelii, zerwać z nią. Bowen wywrócił zielonymi ślepiami - i co jej powiem, że to koniec, bo nie mogę oderwać spojrzenia od jej mamy? My się tylko bawimy Mario, to nie jest coś super poważnego - bo dla niego nie było, ale może dla Lii bardziej, skoro chciała go przedstawić rodzicom? - a my? To jest poważniejsze? Spotkasz się jeszcze ze mną? A może pokażesz mi... - przysunął się już do niej tak blisko, że mogła czuć na policzku jego ciepły, coraz szybszy oddech, ale nie dokończył bo...
O zgrozo! Do kuchni wszedł Pan domu we własnej osobie. Groźny Rafael, a Donnie odsunął się od Marii gwałtownie, nie na tyle jednak, żeby jej mąż zauważył tutaj coś niestosownego, jeszcze - Pani Perez, Aurelia przysłała mnie po szklanki - rzucił wesoło do Marii, jakby rzeczywiście po to tutaj przyszedł, a zaraz zauważył jej męża - dzień dobry, Pan Perez - i już stał przed nim wyciągając rękę - Donnie Bowen, jestem chłopakiem Aurelii - jak się ładnie przedstawił. Pan domu najpierw spojrzał na żonę, potem na wyciągniętą rękę, ale w końcu ją uścisnął, mocno. Ale Donnie odpowiedział tak samo. Tak mocno... zaciskał palce na gorącym ciele żony Rafael, bez żadnego skrepowania, zupełnie tak, jak patrzył mu w oczy. Zgarnął z blatu szklanki i ruszył do ogrodu, do Aurelii, udawać, że z Marią się wcale nie znają.
- Twoja mama dała mi szklanki Lia - powiedział od razu, a zaraz odkładał je na stół i szedł do swojej dziewczyny i jej braci, żeby też pokopać z nimi piłkę.
- Aurelia jest bardzo kiepska w piłkę, mama jest lepsza, może ona stanie na bramce? - proponował Matteo, ale zaraz Xavier wykopał mu piłkę mówiąc, że Lia jest lepsza od niego. Nawet podali do Donniego, a on do swojej dziewczyny, chociaż zerknął jeszcze w kierunku kuchni, bo Rafael coś nie wychodził do ogródka.
- Przedstawiłem się twojemu tacie - rzucił jeszcze kiedy już kopali sobie piłkę między sobą, a Aurelia zaraz go pytała no i?, ale Donnie wzruszył ramionami, bo naprawdę nie wiedział jakie zrobił wrażenie, ale na pewno nie takie, jak na jej mamie.

¿Volveremos a vernos? °❀⋆.ೃ࿔*:・
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Mieszał jej w głowie.
Przywoływał piękne niechciane wspomnienia, obrazy tamtej nocy wraz z całą gamą uczuć, które wtedy jej towarzyszyły. Próbowała trzymać gardę, ale gdy sięgnął do jej zagubionego kosmyka włosów drgnęła lekko, a jej policzek tęsknie otarł się o jego dłoń. Jakby jej ciało wbrew rozsądkowi lgnęło do tego co przyjemne zakazane. Musiał to widzieć. Ona też o s z a l a ł a i choć przyznać tego nie chciała to ciało wyrywało się do wspomnień tamtej nocy.
Głębszy wdech, drżący wydech.
Cięte spojrzenie.
Skarcenie.
Bo przecież Aurelia krzątała się po ogrodzie niczego nieświadoma, niewinna i beztroska, a ona stała tutaj i co? Co sobie myślała? Miała bałagan w głowie, a on w tym całym swoim bezczelnym zachowaniu niczego nie ułatwiał.
Chyba wtedy oszalałem... na twoim punkcie Mario.
Na moim punkcie? Przestań, ani słowa więcej — rzuciła stłumionym głosem, choć jej serce na moment zabiło szybciej na to bezczelne wyznanie. Opanowała się jednak szybko, bo w tym wszystkim wcale nie chodziło o nią. Nie powinno chodzić o nią. — Nie masz o mnie zielonego pojęcia, Donnie — za to masz pięknie zielone oczy — to tylko chwila słabości, przejdzie ci — był młody, chciał się zabawić, najwyraźniej miał dość luźne podejście do związków biorąc pod uwagę, że spotykał się z jej córką w tym samym czasie, gdy spotkali się w klubie.
Gdy parsknął śmiechem i zbombardował ją pytaniami poczuła jak ciepło uderza do jej twarzy, ale nie mogła sobie pozwolić na wybuch. — Nie jestem — zaprzeczyła, bo co miała powiedzieć? Chciała się wycofać, a zamiast tego poczuła za plecami blat. Znalazła się w pułapce, bezczelnej i zielonookiej. Jesteśmy dorośli, ja... ty... ona wypowiedziane przez niego brzmiało jak policzek. — A ona to moja córka, więc mam prawo się denerwować, bo to jest popierdolone — czego nie rozumiał? Dla niego pewnie nie miało to żadnego znaczenia, bo dlaczego miałoby mieć. Co za różnica czy przypadkowa dziewczyna, czy matka z córką!? Jednak dla niej… kurwa, zżerały ją wyrzuty sumienia po tym co zrobili, podobnie teraz gdy tkwili w tej gęstej atmosferze ukryci w kuchni. I gdy tak przedstawił okoliczności dzisiejszego przetrwania w swojej obecności żałowała. Żałowała, nalegając by został. Szczególnie teraz, gdy po raz kolejny zmniejszył dzielącą ich odległość, a jej dłoń odruchowo zatrzymała się na jego brzuchu, jakby chciała utrzymać dystans. Pamiętała jak paznokciami przecierała tam szlaki pewnej chłodnej nocy. Zadrżała. Czuła na policzku jego ciepły oddech, a później wyrzucił z siebie kolejne bezczelne pytania. Miał ich dzisiaj wiele w zanadrzu. Pogrywał sobie z nią.
A my? To jest poważniejsze? Spotkasz się jeszcze ze mną?
Na moment straciła grunt pod nogami, ale na ziemię przywróciła ją złość.
Zamknij się, do diabła! — uniosła podbródek wbijając w niego wściekłe spojrzenie, a serce waliło jej jak oszalałe. — Nie ma nas. Wy macie swoje nas, które ona najwyraźniej traktuje inaczej niż ty, skoro chciała cię przedstawić rodzinie. Ona myśli, że traktujesz ją poważnie, a ty stoisz w mojej kuchni bezczelnie pytasz, czy znowu się z tobą prześpię?! — no bo jak miała zrozumieć jego pytania?
A może pokażesz mi...
To był moment. Rafael wszedł do kuchni tuż po tym, jak zdążyła osunąć dłoń z brzucha Donniego
Pokażę ci gdzie są szklanki — odparła uśmiechając się przy tym lekko, jakby wcale przed chwilą nie rzucała mu karcącego spojrzenia, jakby wcale nie traciła gruntu pod nogami, jakby wcale nie czuła wściekłości zmieszanego z żalem.
Była pod wrażeniem tego, jak głos Donniego brzmiał wesoło, lekko i naturalnie i na moment zabrakło jej tchu. Bezczelny gówniarz z niebywałym talentem aktorskim. Może jakoś przetrwają ten wieczór?
Przyglądała się zapoznaniu Rafaela i Donniego bez słowa. Ta scena była tak… niewiarygodna, że zwyczajnie nie była w stanie niczego wtrącić. Obserwowała ich splecione dłonie, męski uścisk, pokaz siły. — Miły chłopak — powiedział, gdy Donnie zniknął z zasięgu ich wzroku, a Maria słysząc podsumowanie męża zaśmiała się lekko pod nosem. — Wszystko w porządku? — aż tak widać? No jej aktorstwo nawet nie leżało obok tego Bowena najwyraźniej, a może to kwestia tego, że znali się już prawie ćwierć wieku? — W porządku, przeciąg trzasnął drzwiami i mnie wystraszył — skłamała gładko ujmując wino w jednej dłoni, a do drugiej zgarniając kieliszki. — Weź kilka rzeczy na stół — poleciła ruchem głowy wskazując na przyrządzone jedzenie po czym odprowadziła go wzrokiem zostając na chwilę w tyle.
Przez chwilę przez szybę obserwowała ten cały absurd. Donniego rozmawiającego z Aurelią, Rafaela odkładającego posiłek na stół i Matteo, który dalej upierał się, by grać. — To co, mecz na zaostrzenie apetytu? — spojrzenie Rafaela skupiło się na Bowenie, bo to, że jego dzieci były chętne to dobrze wiedział. Lia najmniej, ale jednak teraz radośnie podbiegła do chłopaka łapiąc go za rękę i obwieszczając, że są razem w drużynie.
Wychodząc na taras nie wiedziała, że w powietrzu wisi jakaś rozgrywka, ale na ziemię szybko sprowadził ja Rafael. — Ven aquí, cariño… zabawmy się — nie wybawił się wystarczająco poza domem? Zabawne, ale taki właśnie był Perez.
Pomimo tych swoich zdradzieckich wyskoków i chłodu, jaki od lat gościł w ich małżeńskiej bliskości potrafił być bardzo… magnetyczny? Jako głowa rodziny i ojciec trojga dzieci potrafił być nieskazitelny, idealny wręcz. Dlatego tak pewnie przyciągał ją teraz do siebie dłonią i składając czuły pocałunek na jej rozgrzane czoło, rzucając jednocześnie Bowenowi wyzwanie do rozgrywki.
Miała taką myśl żeby się jakoś z tego wymigać, ale widząc podekscytowanego Matteo i Xaviera, a później przenosząc wzrok na złączone dłonie Aurelii i Donniego poczuła jak wzbiera w niej chęć walki. Nie było sensu się wzbraniać i stań bezczynnie z boku. — Będzie trzy na trzy, idealnie! — zawołał Mateo, jakby wreszcie mieli rozsądny podział graczy. — Skoro tak… Mateo, Xavier, gram z wami — stanęła po stronie swoich synów, naprzeciw Lii, Rafaela i Donniego. Maria kontra zdradziecki mąż, zakochana córka i kochanek, co to niby oszalał na jej punkcie.
Ale się kurwa trafiło.

⚽︎ Juguemos, Tal vez el premio sea un encuentro ⚽︎
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”