przekleństwa i boże... co on robi?!
Wiedział, że to jest kiepski pomysł.
Czuł, że to całe zapoznanie z rodzicami Aurelii sprawi im tylko problemy, bo przecież... to wcale nie było
nic poważnego. Nie z punktu widzenia Donniego, bo on na imprezy i do przyjaciół chodził z Lią, na tańce z Rosą, a za modelkę robiła mu Layla. Bo Bowen przecież nigdy się nie angażował, nie budował relacji, bo zanim one eskalowały - to on znikał. A w Toronto został, za długo już może?
Tak długo, że Aurelia naprawdę mogła sobie coś pomyśleć. A kiedy on pod jej prośbami się ugiął i zgodził na tą rodzinną fiestę, to ona już chyba założyła, że to naprawdę
coś poważnego.
Ale jak?
Donnie Bowen nie był poważny, bo kiedy tak zaczynało się robić, to on pakował walizkę i wyjeżdżał, w świat, palcem po mapie, żeby znaleźć nowe miejsce z potencjałem. A teraz został. Rozpakował nawet te kartony, które wiecznie stały u niego w pokoju, w których zapakowane miał całe życie, w przytulnym domku przy The Beaches. Ale to przecież nie ze względu na Lię.
Na pewno nie.
Chociaż kiedy okazało się, że ta ciemnooka dziewczyna, która obok niego stała, która opierała mu rękę na ramieniu w pokrzepiającym geście, to córka Marii. Pięknej, dojrzałej, zniewalającej, o tak samo czarnym spojrzeniu, to zrobiło mu się gorąco.
Przez nią?
Czy przez
nią?
Kiedy pełne wargi Pani Perez powtórzyły jego imię, które przecież tak ładnie brzmiało w jej ustach, to Donnie się zawahał z tą ręką wyciągniętą w jej kierunku, na całe szczęście, teraz...
Trochę późno.
Ale dobrze, że ta piłka walnęła go w klatę, tak ku opamiętaniu. Chociaż ono chyba i tak nie przyszło.
-
Spoko... - machnął tylko ręką do dzieciaka i jego zielone tęczówki nawet powiodły za nim, kiedy tak bez skrępowania oznajmił, że Donnie
wygląda jakby zobaczył ducha, coś w tym było, bo Maria nawiedzała go w snach. A on przecież nigdy się nad takimi rzeczami nie rozwodził, i nie rozczulał, nie łączył seksu z jakimiś większymi uczuciami. Lubił Aurelię i lubił...
z nią.
A jej matka, ona tak zapadła mu w pamięć, namieszała w głowie. Bo była starsza? Bo była niesamowita? Bo była spełnieniem jego marzeń, tamtego wieczoru?
-
A, słoneczniki... - dopiero kiedy Maria znowu zwróciła się do niego, to wrócił do niej spojrzeniem, do jej twarzy i tych pięknych oczu -
pani w kwiaciarni powiedziała, że to symbol pozytywnej energii, wierności i prawdy... - ale
dojebał, aż sam urwał, bo co on właśnie powiedział?
Trzeba było po prostu odpowiedzieć
proszę bardzo, a nie się mądrować. Aż nabrał więcej powietrza w płuca, ale wtedy Lia się uśmiechnęła i rzuciła.
-
Słoneczniki są takie radosne - jak ona, jak Aurelia. Była radosna.
I może na tym Bowen powinien się skupić?
Ale jak?
Nie umiał, bo w jego głowie był teraz istny młyn. Wspomnienia tamtej nocy, która przecież miała być tylko jednonocną przygodą, ale później on myślał o tym, że wcale tego nie chciał. A teraz myślał, że może z Lią powinien też to zakończyć, żeby z jej matką...
Nie. Istny Sajgon, nie rozumiał nic, co teraz siedziała mu w głowie. A kiedy Maria ich przeprosiła, to odprowadził ją spojrzeniem, był jej za to wdzięczny, bo jak tak dalej pójdzie, to co on jeszcze by powiedział? Najlepiej to chyba jakby nie mówił nic. Ale to było do niego niepodobne, bo przecież Donnie gadał dużo.
-
Lia wiesz co... Ja chyba... - już zaczynał i chyba chciał się stąd zmyć, bo mocniej zacisnął palce na ręce Aurelii, tylko, że wtedy już się pojawił jej brat, wypominając, że
przez nich mama musiała wypić jednego ukradkiem w kuchni, a na to
wpadliście, to Donnie aż parsknął.
To on już chyba by wolał, żeby wpadli...
Nie, wcale by nie wolał. Pokręcił głową trochę nerwowo, a Aurelia się roześmiała.
-
Spadaj Xavier, idź lepiej powzdychaj do swoich lasek z komputera - pokazała bratu język, a kiedy chłopak zbił sobie piątkę z Donniem, a zaraz poleciał kopać piłkę, to Bowen znowu zaczynał.
-
Lia, wiesz co... - tylko, że Aurelia już pytała go czy wszystko okej. Bo zapewne było po nim widać, że nie.
Nic nie było okej i chociaż nie chciał, to jego zielone spojrzenie uciekło gdzieś w kierunku wejścia do kuchni -
nie, to znaczy... -
musiał się stąd zmyć. Musiał się stąd zmyć. Musiał się stąd zmyć.
A on kurwa mówi -
wiesz co? Skorzystam z łazienki, dobra? - z łazienki. I będzie musiał przejść przez kuchnię... Gdzie była Maria.
Chyba go pogrzało.
-
Ale dobrze się czujesz? Iść z tobą? - zapytała z troską Aurelia, a Donnie pokręcił energicznie głową, tak, że te włosy, które założyła mu za ucho z powrotem wypadły.
-
Nie, spoko, zaraz wracam, i ci pomogę, i... jestem cały twój - jeszcze się do niej uśmiechnął zaczepnie, jeszcze raz zawieszając zielone spojrzenie na jej ciemnych oczach.
A potem to zrobił.
Czemu on to zrobił?
Miał się stąd zmyć, a on sobie wchodzi do kuchni jakby nigdy nic. I dopiero te drzwi, które się za nim zamknęły z hukiem z powodu przeciągu przecież, bo nie dlatego, że chciał, żeby się do niego odwróciła, zwróciły na niego uwagę.
-
Przepraszam - rzucił odnośnie tych drzwi.
Czy całej tej sytuacji? Ale czy przepraszam to było dobre słowo w tym wypadku?
Czy jakiekolwiek było dobre?
-
Mario... Pani Perez? Trochę niezręczna sytuacja, nie? Ale nie wiedziałem... I może się stąd zmyję? - odzyskał chyba język w gębie, ale czy to dobrze, bo on zaraz przeszedł się po kuchni, żeby stanąć bliżej Marii -
ale nie mogę przestać o tobie myśleć -
nie no kurwa Donnie ty jesteś niemożliwy.
Był niemożliwy, bo miał się stąd zmyć, nie stawiać jej w tej niezręcznej sytuacji, ich oboje. A on co robił?
No co on najlepszego robił?
Opierając rękę o kuchenny blat gdzieś koło jej biodra.
Niezręcznie. Kurewsko niezręcznie.
No puedo dejar de pensar en ti ‧₊˚
⋅♡
༘⋆