-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
I chociaż zdawało się to być praktyką idealną, tak nie mogła zignorować faktu, że ktoś uiścił z jej konta dość pokaźną opłatę, co wymogło na niej konieczność stawienia się w oddziale banku. Jeszcze tego jej brakowało, żeby straciła oszczędności. Liczyła, że przelew uda się zablokować, mając nadzieję, że nie został ostatecznie zaksięgowany.
Westchnęła, pakując się do samochodu. Uwielbiała prowadzić, jednak myśl, że za kilka minut wpakuje się w korek, który stanie się jej więzieniem na znacznie dłużej, niż planowała, wywoływał w niej drżenie. Była ostatnią osobą lubiącą marnować czas. Tak wiele miała jeszcze do zrobienia! Jasne, jej pacjenci nigdzie nie uciekną, ale nie lubiła odkładać poważnych zadań na później.
Skręciła ostrożnie, w ostatniej chwili hamując przed nieuważnym pieszym.
Czy tak trudno było spojrzeć wokół siebie i upewnić się, że nic nie nadjeżdża?
W taki chwilach zastanawiała się, czy kiedy ona spaceruje po mieście zachowywała się identycznie. Oby nie, bo narażanie się wściekłym kierowcom nie było mądrym pomysłem. Nie w takim mieście jak Toronto, w którym rozpędzony van mógł staranować tłum w każdej sekundzie.
Starając się zapanować nad zniecierpliwieniem (zdecydowanie potrzebowała kawy; bez niej wydawała się inną osobą, mniej przyjemną), w ślimaczym tempie zbliżała się do budynku banku. Mieszkanie w tej okolicy miało swoje plusy - wszędzie było blisko. Niestety blisko nie zawsze oznaczało szybciej, tym bardziej, jeśli było się kierowcą.
Odetchnęła z ulgą, kiedy wężyk pojazdów ruszył przed siebie, trochę się rozładowując. To dało jej możliwość nadrobienia, jak również znalezienie miejsca parkingowego, co stanowiło niemałe wyzwanie w metropolii takiej wielkości. Mogła się założyć, że liczba samochodów przewyższała tu liczbę mieszkańców.
Wolno, nie czując się w tym tak pewnie jakby chciała, zaczęła wykonywać manewry mające ją doprowadzić do jako tako prostego zaparkowania. Kolejny samochód zaopatrzy w większą ilość czujników i kamer. Albo dorobi się samochodu, który zaparkuje sam siebie.
Obróciła głowę sprawdzając, ile ma miejsca z tyłu. Wydawało się, że wystarczająco, jednak krzywizna kół trochę ją irytowała. Ruszyła do przodu - błędnie podjęta decyzja.
Usłyszała głuche uderzenie. Nie z rodzaju tych głośnych, na dźwięk których człowiek niezwłocznie dostaje zawału. Bardziej stłumione, choć oddziałujące z wystarczającą intensywnością na patolożkę.
Nie spodziewała się, toteż z jej ust wydobył się cichy pisk - Myszka Minnie mogłaby brać u niej lekcje.
Cztery sekundy - bo tyle potrzebował jej mózg na przetworzenie sytuacji - oraz jedną deskorolkę wolno sunącą sprzed jej maski w lewą stronę później, wyskoczyła z samochodu. Dotarło do niej, że zwyczajnie w świecie w kogoś uderzyła.
Odetchnęła z nieukrywaną ulgą, kiedy młody mężczyzna leżący na asfalcie się poruszył. Przynajmniej żył.
Jeszcze.
-Na litość Pana, nic ci nie jest? Boli cię gdzieś? Złamałeś którąś kończynę? - Zalała go pytaniami, w pierwszej kolejności dopuszczając do głosu lekarską naturę.
Na tą drugą przyjdzie czas za chwilę.
Ricky O'Hara
-
I've lost my goddamn mind, it happens all the time; I can't believe I'm actually meant to be here; trying to consume, the drug in me is you and I'm so high on misery, can't you see?nieobecnośćniewątki 18+takzaimkijakie chcesztyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zakładał, że jego nuda zmieni się w popołudnie pełne załatwiania dorosłych spraw, których naprawdę nienawidził załatwiać, ale chciał skorzystać z tego, że faktycznie nie musi ostatnio zarywać nocek na komisariacie.
Właśnie wychodził z banku cały rozgorączkowany, bo miał niejasne wrażenie, że nikt nie traktował go tam poważnie. Zablokował sobie ostatnio kartę płatniczą, bo — a jakże by inaczej — zapomniał do niej PINu. Szósty raz. Pracownica, która go przyjęła, popatrywała tylko co chwilę na trzymaną przez niego pod pachą deskorolkę, to znowu na jego twarz, to na jego biały T-shirt z napisem I LOVE MILFS… może faktycznie nie był to najlepszy strój na załatwianie poważnych spraw, ale zapomniał zrobić pranie i zostało mu już tylko to…
Popchnął deskorolkę nogą, by wskoczyć na nią już w ruchu. Nie zostało mu już nic do załatwienia oprócz jakichś szybkich zakupów, ale póki co musiał dostać się do swojej dzielni. Nie przejechał jednak nawet pięciu metrów, kiedy nagle tuż przed nim wyrosła maska zielonego samochodu.
Bardziej usłyszał, niż poczuł uderzenie o metal.
Nie jechał szybko, więc impet nie był zabójczy, ale wystarczył, by Ricky wpadł na maskę i zsunął się po niej dramatycznie. Nie było może slow motion, ale niewiele brakło, by zaliczył glonojada na szybie. Jego poobklejana wlepami deska odjechała kilka metrów dalej, a O’Hara — bardziej zaskoczony niż faktycznie poszkodowany — zjechał po brudnej masce na asfalt.
Kobiecy głos wyrwał go z tego stanu szoku i chyba dopiero, kiedy jego niedoszła morderczyni wspomniała o bólu, to do jego mózgu dotarły sygnały z ciała. Ewidentnie obił sobie kolano, które pulsowało teraz tępo, ale raczej nic poważnego sobie nie zrobił.
Nic, czego nie wyleczyłaby paczka mrożonego groszku i parę buziaczków.
— Chyba nic mi nie jest — wymamrotał, nie otwierając oczu. Słońce jak na złość wyszło zza chmur i raziło go w oczy, dlatego przesłonił je ręką. — Chociaż wydaje mi się, że jestem trochę nieprzytomny…
Zamrugał, próbując mimo ostrego słońca dostrzec, kto to taki mądry próbował popełnić morderstwo na detektywie wydziału zabójstw, o ironio! No i kiedy już dostrzegł, to nawet nie potrafił być jakoś szczególnie zły…
— A ty jesteś cała? — palnął, zapominając o tym, że kobieta była bezpieczna w ważącej kilkaset kilogramów metalowej klatce, która nie uderzyła z impetem w ścianę, a lekko puknęła Bogu ducha winnego przechodnia, więc raczej nic nie mogło jej się stać. No ale Ricky był szarmancki i troskliwy, zwłaszcza w stosunku do ładnych kobiet, dlatego zaczął się powoli gramolić na równe nogi. Niestety, obite kolano załamało się pod nim i klapnął znowu tyłkiem o asfalt. — No, w sumie to i tak chciałem tu sobie chwilę posiedzieć...
-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Prychnęła pod nosem nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy ubolewać, jak zmarniały jej skille.
Dodatkowo była pewna, iż ów poszkodowany wyszedł dzisiaj z domu, ani myśląc, że jakiś czas później znajdzie się na asfalcie, liżąc rany.
A kiedy tak siedziała, analizując - jak miała w zwyczaju - każdy ułamek wypadku, uświadomiła sobie, że to przecież nie była tylko jej wina. Nie mogła jej całkiem przerzucić na blondyna, niemniej gdyby uważał, do niczego by nie doszło.
Co, jeśli jego planem było naciągnięcie ją na ubezpieczenie?
Myśl ta wyjątkowo jej się nie spodobała i miała zamiar wszystko wyjaśnić.
Zakładając, że mężczyźnie faktycznie nie stało się nic poważnego. Przy skomplikowanych obrażeniach ciężko jej będzie przekonać kogokolwiek, że co złe, to nie ona. Ubezpieczalnie tylko zacierały ręce, by składki podnieść, a prawnicy by wywalczyć absurdalnie wysokie odszkodowanie.
A w życiu!
Zerknęła na maskę samochodu, na której odbiła się część sylwetki mężczyzny; reszta była rozmazana za sprawą jego spektakularnego ślizgu.
Uświadomiła sobie, że jej samochód koniecznie wymagał mycia. Szybko dopisała myjnię do listy rzeczy na dzisiaj, i skupiła się na ofierze. Albo naciagaczu, zaraz się przekona.
-Na pewno nie masz złamania? Prędkość może i niewielka, ale czasami wystarczy mały dystans i twarde podłoże, by się poważnie uszkodzić - rzuciła.
Nie przejmując się jego ewentualnymi protestami względem chamskiego wpychania się w strefę komfortu, na szybko sprawdziła jego ręce i żebra, nie wyczuwając niczego, co zwiastowałoby pogłębienie problemu.
Uff, mogła odetchnąć. Przynajmniej nie będzie musiała się z nikim spierać o swoje racje co do zapłaty za spowodowanie uszczerbku na zdrowiu.
-Ja? Siedziałam w samochodzie - zauważyła, lekko brwi unosząc. Nie spodziewała się podobnego pytania. Mężczyzna był zaskakująco miły, co w podobnych okolicznościach było reakcją co najmniej dziwną. Była przyzwyczajona, że ludzie warczą w takich chwilach. - Nie jesteś słoniem, żeby mnie uszkodzić. Ani mojego samochodu - dodała.
Zaraz zmarszczyła brwi.
-Doznałeś szoku? Mogłeś uderzyć się w głowę. Bo nie brzmisz dobrze.
Kto chciałby siedzieć na brudnym asfalcie? Na dodatek pod bankiem, w dość ruchliwej dzielnicy, gdzie człowiek nie mógł zaznać bliskości natury? Jedynie asfaltu?
-A może grasz? Wiesz, tak naprawdę moja ubezpieczalnia i tak wiele ci nie da. Plus nie mam na odszkodowanie; niewiele zdziałasz - zaczęła.
Nie musiał wiedzieć, że jej ojciec był dziany.
Była tak skupiona na chłopaku, że nie zwracała uwagi na jego środek transportu, czego nie można było powiedzieć o przypadkowym osobniku, który zwęszył okazję.
-Hej, to nie twoje! - rzuciła w momencie, gdzie lepka dłoń złodziejaszka spoczęła na deskorolce.
Zdążyła ją automatycznie złapać za tylne kółka, nie ucząc się na błędach przeszłości. Złota zasada - nie ingerować niepotrzebnie w mieście, w którym każdy mógł mieć broń, niekoniecznie z pozwoleniem.
-Oddaj! - poleciła, patrząc dość gniewnie na młodego chłopaka zainteresowanego nie swoim przedmiotem.
-Ani mi się śni, lala.
Widziała ten cwaniacki uśmiech.
A później poczuła szarpnięcie, z którym jej drobne ciało nie mogło wygrać.
Taki z niej marny obrońca.
Ricky O'Hara