ODPOWIEDZ
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Miała zadanie domowe. Czy byłaby gotowa opowiedzieć mi o niej na naszym kolejnym spotkaniu? Nie była. Za to podskórnie wyczuwała przedziwny przymus, by to zrobić. Wystarczyło, by wyszła z gabinetu, a pięć minut później dzierżyła w siatce butelkę prosecco. W apartamencie wypiła sama butelkę. Czwarte spotkanie. Matthew ją słuchał, nie oceniał, a im dłużej się nad tym zastanawiała, to widziała plusy. Najbliżsi znali całą historię, ale nikomu nie opowiadała jej w całości. To ona sprawiła, że zamknęła się w sobie. Wpierw w laboratorium szpitalnym, a po pierwszej śmierci w rodzinie w prosektorium. Dlatego wybrała pracę ze zmarłymi, ale żałowała tej decyzji.
Wszystko przez Cassiana.
Nie spóźniła się. Idealnie co do minuty czekała przed gabinetem. Na skórze pojawiły się dreszcze. Marzyła o ucieczce. W głębi duszy Cynthia wierzyła, że Matthew dostanie jakiejś niespodziewanej choroby, albo zniknie jak każdy. Zamiast tego otworzył drzwi, a ona mimowolnie się wyprostowała, czując spięcie w praktycznie każdym mięśniu. Krokiem przypominała robota. Usiadła, nie odzywając się ani jednym słowem. Wzrok od razu padł na zegar. Tik-tak, czas już leciał, będzie miała więcej czasu... Tik-tak, irytowało ją coraz bardziej.
W gabinecie panowała cisza.
Poza irytującym tykaniem zegara. Głowa parowała. Przegryzła dolną wargę. O ile mogła zacząć od pracy, przypadku zatrucia powodującego halucynację, to nic nie mówiła. Sama siebie postawiła pod ścianą. Jeśli Goodman cokolwiek mówił, jej głowa wciąż wracała do ich poprzedniej sesji. Nerwowo przejeżdżała palcami po własnych dłoniach. Odliczanie zegara irytowało ją jeszcze bardziej. Słyszała jedynie tik-tak, tik-tak, niczym odliczanie do wybuchu bomby, która... właśnie wybuchnęła.
Cassian — spojrzała wprost w oczy Matthew, pierwszy raz od początku sesji czuła dreszcze przechodzące po jej ciele. Ile miesięcy nie wypowiadała tego imienia? Mieszało ono przeszłość z teraźniejszością. Znów zniknął, ale pierwszy raz cieszyła się całym sercem — tak nazywa się mężczyzna, o którym chciałabym panu opowiedzieć — i po zaledwie kilku sekundach zdążyła dodać — od niego wszystko się zaczęło — i jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmiało o nim najbardziej obawiała się opowiadać. Był blizną, która stale jest zdzierana.
Zaręczyłam się z nim i czułam, że był osobą, będącą w stanie mnie zrozumieć — o ironio, wtedy była zupełnie inną osobą. Uśmiechającą się, czerpiącą radość z interakcji z ludźmi, a przede wszystkim otwartą na innych ludzi — myślałam, że tworzyliśmy szczęśliwą relację — spuściła wzrok. Chciała móc wierzyć w to, że on ją kiedykolwiek kochał. Z perspektywy czasu wydawało się to wręcz niemożliwe.
Po ukończeniu studiów medycznych miałam nowotwór — pierwszy raz Cynthia straciła grunt pod nogami. Przez sekundę na jej twarzy wymalował się delikatny uśmiech — dzięki Marze, Willowi i Cassianowi byłam w stanie go przeżyć — imię ex-narzeczonego niemalże od razu wymalowało na jej twarzy grymas — ale to była tylko farsa — zaśmiała się gorzko pod nosem. Był przy niej, wspierał ją, ale już wtedy nie chciał z nią być. Udawał, a ona mu wierzyła. Walczyła o życie, by stać się jego żoną, a on po wszystkim zerwał zaręczyny.
Dwa lata leczenia, chemii i radioterapii, które były iluzją relacji. — tyle była w stanie z siebie wydusić. Każde wypowiedziane słowo brzmiało niczym walka, a odgłos tykania w końcu zamilknął. Czekała na słowa Goodmana.

dr. Goodman
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy tylko drzwi gabinetu się otworzyły, Matthew wychwycił jakąś zmianę. Cynthia nie weszła do środka. Nie, ona wmaszerowała; sztywna, napięta do granic możliwości, przypominając zdyscyplinowanego żołnierza idącego na rzeź pod wpływem bezwzględnego rozkazu dowódcy. Usiadła na kanapie, a jej wzrok od razu wystrzelił w tarczę zegara. Matthew czuł to napięcie, oplatało jego trzewia i próbowało wyciągnąć je na zewnątrz, mimo iż nie dotyczyło go bezpośrednio.
Wydał z siebie krótkie mruknięcie, będące ni to ponagleniem, ni wyrazem własnego zamyślenia, kiedy cisza się przedłużała. Mimo iż Cynthia milczała, podskórnie wyczuwał, że przyszła z czymś dużym. Roztaczała to coraz szerszym kręgiem wokół siebie, niczym promieniowanie po wybuchu bomby. Matthew nie spodziewał się nawet, jak blisko był z tym porównaniem od prawdy…
Cassian.
Wraz z tym słowem zeszło pewne napięcie, a spojrzenie Cynthii przywołało nieprzyjemne prześlizgnięcie się prądu wzdłuż kręgosłupa Goodmana. Nie udało mu się powstrzymać niewielkiego poruszenia w fotelu, które zamaskował ostrożnym skinieniem głowy.
Matthew nie przerywał jej, kiedy opowiadała o relacji z Cassianem, o nowotworze, leczeniu oraz iluzji relacji. Poczuł, jak mimowolnie zaciska mu się gardło. Zmusił się, by nie pokręcić głową i unieść brwi w wyrazie rozgoryczenia postawą Cassiana. Nie jego rolą było ocenianie mężczyzny, ale… dla Cynthii to musiała być potworna, wielopoziomowa trauma. Zdrada emocjonalna w stanie najwyższej bezbronności. Cassian nie zniknął z jej życia w zwykłym momencie. Zrobił to po okresie, w którym kobieta prawdopodobnie musiała całkowicie oprzeć się na innych, żeby przetrwać fizycznie i psychicznie.
Nic dziwnego, że później zaczęła traktować bliskość jak coś potencjalnie śmiertelnie niebezpiecznego…
Nie chciał jednak wrzucać tego wszystkiego w przestrzeń między nimi zbyt szybko. Nie teraz. Nie po tym, jak wiele kosztowało ją już samo dojście do tego miejsca.
- Brzmi to tak, jakby w tamtym czasie Cassian stał się dla pani symbolem bezpieczeństwa - odezwał się w końcu ostrożnie, w formie obserwacji. Minimalnie pochylił się do przodu, ale jego głos pozostał spokojny, równy. - Kimś, przy kim mogła pani wierzyć, że uda się przejść przez chorobę, wrócić do życia i odzyskać przyszłość. - Przez chwilę utrzymywał ciszę, pozwalając jej odetchnąć po własnych słowach, zanim kontynuował:
- A potem, kiedy leczenie się skończyło, on zniknął. - Świadomie wrócił do słowa, którego Cynthia używała podczas ich ostatniej sesji. Ugryzł się w język, żeby nie nawiązać do “zdrady”, choć przemknęło mu przez myśl. Nie chciał narzucać jej interpretacji. To Cynthia musiała sama dojść do tego, czym naprawdę było dla niej tamto doświadczenie.
Matthew obserwował ją uważnie, ale bez nacisku. Widział już wyraźnie, że weszli na teren, którego wcześniej pilnowała niemal obsesyjnie. I właśnie dlatego musiał teraz szczególnie uważać na tempo rozmowy. Zbyt szybkie rozbrajanie tej “bomby” mogłoby sprawić, że przy następnej sesji wróciłaby znowu za grubym murem kontroli.
- Powiedziała pani wcześniej, że od niego wszystko się “zaczęło” - powiedział po chwili ciszej. Uniósł na nią łagodne spojrzenie. - Chciałbym lepiej zrozumieć, co dokładnie ma pani na myśli, kiedy mówi pani o tym, że coś się “zaczęło” - zamilkł na chwilę, zbierając myśli jak człowiek, który bardzo ostrożnie składa rozsypane fragmenty historii w coś, co zaczyna mieć sens.
- Czy to wtedy poczuła pani, że bezpieczniej będzie przenieść się tam, gdzie nikt już niczego nie udaje? Do prosektorium? - dopytał po chwili, na chwilę schodząc na temat przez nią oswojony, aby dać jej chwilę oddechu.
Chciał, żeby Cynthia poczuła, że jej sekret został przez niego przyjęty, pomieszczony i nie wywołał ucieczki. Siedział naprzeciwko niej spokojny, nieco poruszony jej historią, ale wciąż stabilny jak głaz, gotowy udźwignąć każdą minutę tej sesji.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

dr. Goodman

Cassian był największą zagadką, której nie była w stanie w jakikolwiek sposób rozgryźć. Przypominał kamień rzucony wprost do spokojnej wody, by wywołać w niej wir. Wiele rzeczy nauczyła się się dzięki niemu. Co oznacza prawdziwa miłość? Tego się nie dowiedziała. Momentami jej życie przypominało iluzję. Wszystko wydawało się być idealne, a jednak istniała rysa, której nie dało się zasłonić pod żadnym pozorem.
Nawet próba ucieczki przed Lennoxem nią była. Nerwowo spojrzała na zegarek, odliczając sekundy do końca ciszy, która trwała w najlepsze. Już sama nie wiedziała, czego chciała od życia. Przyszła tu, by móc nad sobą pracować. Wszystko przez mężczyznę, który złamał jej serce. W jednej chwili potrafił być kochający, a w drugiej złamał ją. Wystarczyła doba, aby zmienił się całkowicie, by nie przypominał tej samej osoby. Czy w przypadku Goodmana czeka ją to samo? Patrzyła mu w oczy i nie mogła przewidzieć, co jej powie. Przez jej głowę przeszła jedna nieznośna myśl. W jaki sposób powinna wyglądać relacja z terapeutą? Czy byłby w stanie się załamać jej słowami? Nie znała na żadne z tych pytań odpowiedzi.
Za to wyprostowała się wręcz mechanicznie, słysząc o bezpieczeństwie w zestawieniu z Cassianem.
Był miłością mojego życia — stwierdziła niezwykle chłodnym tonem, unosząc wzrok. Cynthia nie przepadała za kontaktem wzrokowym, ale wręcz musiała widzieć minę Matthew przy kolejnych słowach — a stał się największym koszmarem — westchnęła cicho, opuszczając wzrok. Przypomniała sobie przesłuchanie. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna pracować z Lennoxem, a jednak robiła to. Sama nie wiedziała, czy na coś liczyła, czy jego widok potrafił działać na nią uspokajająco.
Kiedy zaczynam przed kimś się otwierać, on znika — to właśnie zaczął Cassian. Wpierw był on, a później kilku następnych. Kiedy Ward miewa nadzieję na bliskość drugiej osoby, coś od razu pryska — tak było też ze Scottem — zastępca komendanta policji, kumpel od picia. Idealnie by się dobrali, oboje przypominali mruki i niewiele mówili do kogokolwiek, a jednak gdy potrzebowała, to mogła znaleźć w jego ramionach odrobinę spokoju — to mój przyjaciel, a właściwie był — dłonią chwyciła poduszkę, by móc wbić w nią paznokcie. O ironio, Lennox zdaniem Cynthii zaczął całą serię nieszczęść miłosnych, które ją spotkały — bo wyjechał po romantycznym wyjeździe i nie wrócił — ciężko mierzyło się jej z wydarzeniami z ostatniego roku. Wśród wielu osób widziała chęć zajęcia się nią, ale na koniec dnia to były jedynie słowa — nie był jedyny. — przełknęła gorzko ślinę. O innych wolała nie mówić. Nie była na to gotowa. Samo przyznanie się do tego, że kosz spowodował jej pojawienie się tutaj, brzmiałby jak żart. Czy Goodman by się z tego śmiał? Nie mogło jej to wyjść z głowy, przegryzła delikatnie dolną wargę.
Nie, wtedy poczułam, że nie chcę pracować z ludźmi — zamiast chirurgiem została patologiem — w prosektorium zaczęłam pracę po śmierci mojej bratowej — wróciła wzrokiem do Matthew. Kwestię tej śmierci zdążyła przepracować, a przynajmniej długo tak myślała.
Umarła w wypadku samochodowym — sama Cynthia ostatnio go przeżyła. Myślami wracała do bratowej, zastanawiała się, czy była tak samo przerażona jak ona. Czy walczyła, czy była skłonna się poddać jak Cynthia? — a ja nie potrafiłam znieść wzroku pełnego współczucia — tego pełnego troski, ciągłych kondolencji, zagadywania, czy wszystko u Ciebie w porządku. Za każdym razem gdy to słyszała, od razu żołądek się jej cały skręcał — to obrzydliwe — o ironio, chciała tego tylko od jednej osoby. Nie od wielu ludzi, którzy za każdym spoglądali na nią jak na obcą.
Prosektorium też nie okazało się takie dobre — a przynajmniej było idealnym miejscem do czasu — po paru latach musiałam widywać się z Cassianem — głos jej zadrżał pierwszy raz od dawna — jest... a właściwie był prokuratorem — i przegrał sprawę przez konflikt interesów. Mogli nie być ze sobą od dawna, ale Cynthia nie mogłaby dopuścić do tego, że przez nią przegrałby jakąś sprawę.
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wzdłuż kręgosłupa Matthew przebiegł lodowaty dreszcz, kiedy Cynthia z taką łatwością przeszła od miłości życia do największego koszmaru. Jednocześnie miał wrażenie, jakby razem z nią osuwał się coraz głębiej, w nieprzebraną ciemność, dopóki nie zderzył się boleśnie z równie zimnym i mrocznym dnem, całkowicie pozbawionym stabilności. Nigdy nie przeżył niczego podobnego, a mimo to sposób, w jaki Cynthia mówiła o swoich doświadczeniach, przenikał go na wskroś.
Nie wytrzymał napięcia i poprawił okulary, wciskając je głębiej na nos ruchem równie odruchowym, co nerwowym. To on pierwszy przerwał kontakt wzrokowy, uciekając spojrzeniem gdzieś obok, jakby bał się, że jeśli będzie patrzył na nią zbyt długo, przejmie od niej cały ciężar tej historii.
A im dłużej rozmawiali, tym bardziej Matthew zagłębiał się w gęstą i lepką czeluść cierpienia Cynthii. Z każdym odkrywanym fragmentem, pod płaszczykiem profesjonalizmu, pojawiało się w nim coraz więcej… różnych emocji. Zamiast jednak je nazwać, Matthew skrzętnie zamiatał je pod dywan. W tym gabinecie, na fotelu terapeuty, nie miał prawa dopuszczać ich do głosu.
Zamiast tego notował w głowie imiona i powiązania. Cassian, Scott, bezimienna bratowa. Każdy kolejny fragment historii był jak kamień dorzucony do przygniatającej hałdy, odbierającej przestrzeń na najmniejszy swobodny oddech.
Tak bardzo, że milczenie po stronie Goodmana przeciągnęło się nieco za długo. Jej słowa coś w nim uruchomiły. Niemal widział oczami wyobraźni, jak jakieś koło zębate we własnym pojmowaniu ze zgrzytaniem wpada w inny tryb i nie pracuje już tak płynnie, jak do tej pory.
- Wiesz, co mnie w tej opowieści najbardziej uderza? - zapytał zanurzony w osobistej immersji tak głęboko, że na moment zapomniał o regułach, zwracając się do niej zbyt bezpośrednio. Lekkomyślnie obdarł relację terapeutyczną z profesjonalnego dystansu oficjalnych zwrotów.
Odchrząknął i udał, że lekko zarumienione zawstydzeniem policzki tak naprawdę nie istnieją i są tylko wytworem jego wyobraźni.
- Że opowiada pani o ludziach, którzy znikali, ale ani razu nie powiedziała pani, że była pani zła na ludzi, którzy tak bardzo panią zawiedli. - Wrócił do oficjalnej formy mniej płynnie, niż przebicie bariery zwróceniem się na “ty”.
Żeby zamaskować niezręczność i uspokoić szybko bijące serce, Matthew nabrał powoli powietrza przez nos licząc do czterech, przez kolejne cztery sekundy zatrzymał powietrze w płucach, aby licząc po raz trzeci do czterech zrobić spokojny, głęboki wydech.
Nie pomogło.
Pani w ogóle nie mówi o sobie jak o kimś wartym zostania... Cisnęło mu się na usta, ale powstrzymał się. Nie był bowiem pewny, na ile jest to obiektywny wniosek, a na ile własna projekcja na jej problemy.
I tak zagalopował się za bardzo w swojej poprzedniej wypowiedzi. Musiał odzyskać równowagę i wrócić na bardziej profesjonalny grunt, aby nie stracić tego, co mozolnymi staraniami udało mu się rozplątać.
- Brzmi to trochę tak, jakby dla pani bliskość i utrata bardzo mocno się ze sobą połączyły. Jakby moment, w którym ktoś staje się ważny, był jednocześnie początkiem odliczania do jego zniknięcia. - Jego słowa brzmiały dość sztywno, wręcz akademicko, ale po pierwszej wpadce musiał wrócić na “właściwe”, terapeutyczne tory. Pomógł sobie gestykulacją rąk, ustawiając “ciężar” wypowiedzi przy słowie “ważny” na lewą stronę, aby przenieść go przy słowie “zniknięcie” do prawej strony.
- Jak pani - położył nacisk na to słowo i wskazał dłońmi w jej stronę - rozpoznaje, że zaczyna komuś ufać? - Splótł palce ze sobą i położył złączone ręce na brzuchu. - Czy dzisiaj zdarza się pani odsuwać ludzi wcześniej, zanim ci sami zdążą odejść? - zapytał, ściszając nieco głos. Pochylił się ku Cynthii, wbijając w nią skupione, spokojne na powrót spojrzenie, bo tyle już słyszał o niej przez pryzmat innych, że chciał wreszcie usłyszeć coś o Cynthii od Cynthii.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

dr. Goodman

Obserwowanie otoczenia przychodziło jej z łatwością. Przyszła na sesję z prawdziwą bombą, obok której nie dało przejść się obojętnie. Właściwie jeden krok wystarczyłby, żeby zakopać się wraz z Cynthią w ciemności. Dla niej sprawa wydawała się być banalna. Żyła z nią całe życie. Zdołała do niej przywyknąć. Choć życie nigdy jej nie rozpieszczało, to miała dobrych przyjaciół, ale nigdy nie dzieliła się z nimi w całości. W głowie zdążyła pojawić się jedna krótka wątpliwość. Czy terapeuta będzie w stanie znieść wszystko, co miała w sercu?
Dla Ward cisza była swego rodzaju przyjemnością. Tylko ta wywołana w gabinecie zaczęła jej powoli przeszkadzać. Aż musiała zacisnąć dłonie, próbując ochłonąć z myśli, które same kotłowały się w jej głowie. Wystarczyło jedno pytanie. Co najbardziej uderzało go w historii? Uniosła do góry własne brwi. Czy powinna tak właściwie o tym słyszeć? Przecież na terapii mieli rozmawiać o niej. Wyłapała to krótkie przejście na ty. Niemalże od razu zwróciła uwagę na policzki Matthew. Czerwone. Podobnie jak krew płynąca w żyłach. Tylko w reakcji terapeuty nie było nic normalnego. Odchrząknęła, słysząc jego kolejne słowa.
Nigdy nie byłam — stwierdziła spokojnym tonem, przechylając delikatnie głowę. Złość. Miewała ją na ludzi przerywających ciszę w prosektorium, czy na zbyt głośnych sąsiadów, ale nigdy w stosunku do bliskich. O ironio, w ten sposób mogłaby nazwać ludzi, którzy pojawiali się i znikali. Bliscy. Znali ją przecież dużo lepiej niż inni — jakbym mogła... — głos z każdą chwilą coraz mocniej się jej łamał z każdym wypowiedzianym słowem — samą siebie bym zostawiła — przełknęła nerwowo ślinę, unosząc ku górze brodę. Ile można było żyć w ciągłym mroku? Patrzeć na świat jedynie w barwach czerni. Sama Cynthia zdawała sobie sprawę z własnego obrazu. Specjalnie wyglądała jak czarna wdowa. Zawsze włosy wysoko spięte w kucyk, ubrania w czerni lub szarościach. Radość, uśmiech i śmiech istniał jedynie przy najbliższych dla niej osobach. O ich odejście bała się równie mocno.
Serce biło jej coraz szybciej.
Z każdą sekundą czuła się coraz bardziej obnażona. Miała opowiedzieć jedynie o Cassianie, a czuła, jakby całe życie zwalało się jej na głowę. Pierwszy raz usilnie czekała na jakąkolwiek reakcję Goodmana, na komentarz, czy wypowiedzenie mądrych słów, które byłyby w stanie rozjaśnić jej odrobinę w głowie. Zegar znów tykał niemiłosiernie głośno, ale jego tykanie na całe szczęście zostało zagłuszone.
Ile razy mogę znieść czyjeś odejście? — spytała, unosząc, ku własnemu przerażeniu, kącik ust ku górze — raz? Dwa? Trzy? — uniosła ku górze dłonie. Czasami stawiała przed samą sobą jedno pytanie. Ile byłaby w stanie jeszcze wytrzymać? I nigdy nie była w stanie poznać odpowiedzi na to pytanie — aż do momentu w którym ktoś powiedział mi, że sama wiąże własne nieszczęście — nie wypowiedziała imienia Theo, ale wystarczyło samo wspomnienie, by po jej ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz — i że on nie jest terapeutą i nie może dać mi zrozumienia — to był ostatni raz, kiedy postanowiła się do kogoś zbliżyć. To właśnie Theo uświadomił ją, że... nie miała szans na szczęście, póki nie wyjdzie z własnych myśli.
Chociaż... — cicho się zaśmiała — twierdził, że mnie nie zostawi — zniszczyło ją to. Na tyle że postanowiła po raz drugi wziąć sprawy w swoje ręce i trafić ponownie na kanapę do terapeuty. Zlustrowała ją na nowo wzrokiem. Była wygodna, ale nigdy nie potrafiła znaleźć sobie na niej miejsca. Przejechała dłońmi po niej. Zdecydowanie zbyt kolorowa. Już miała wyliczać kolejne szczegóły, kiedy Matthew zadał pytanie. Otworzyła na moment usta. Czy właściwie komukolwiek zaufała w pełni? Nie. Zbyt często odrzucała ludzi, którzy znajdowali się blisko niej, tylko niewielu docierało do podskórnego muru, a jeszcze mniej osób się przez niego przebijało.
Nie rozpoznaję — samą siebie okłamała i doskonale zdawała sobie z tego sprawę — odpycham każdego, kto próbuje — nabrała głębokiego oddechu. Matthew nie próbował, wydobywał z niej myśli, które od dawna krążyły po jej głowie — a jeśli jest osoba, która przebija się przez to... — zawahała się przez moment — to po moim otwarciu się znika — wbiła spojrzenie w Goodmana. Skoro mu o wszystkim powiedziała, to czy powinna odliczać dni do zmiany miejsca jego gabinetu? Nawet by się nie zdziwiła, gdyby postanowił to zrobić — coraz częściej zastanawiam się, czy problem nie leży we mnie — spuściła głowę, próbując nabrać głębokiego oddechu. Nic jej nie wychodziło. Chcąc, czy nie, sama przed sobą przyznawała, że działała jak magnes na nieszczęście. Tam gdzie pojawiał się uśmiech, później działa się katastrofa, wymazująca dobre wspomnienia.
Powinnam przyzwyczaić się do chłodu kostnicy i ciszy, ale... — przegryzła na moment wargę. Sama nie wierzyła w to, co miała zaraz powiedzieć — momentami nie jestem w stanie znieść samotności — świadomie budowała barierę, odrzucała ludzi próbujących się do niej zbliżyć, ale im dłużej myślała o tym, to po prostu chciała chronić samą siebie.
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakbym mogła… samą siebie bym zostawiła.
Na tamie opanowania Matthew pojawiało się coraz więcej rys. Pierwszą z nich było niekontrolowane przejście na “ty”. Drugą - równie bezwiedne uniesienie brwi, kiedy Cynthia tak spokojnie zaprzeczała złości i z lekkością wyrzekała się siebie. Patrzył na nią i z przeszywającym bólem serca widział kogoś, kto tak bardzo bał się zranienia, że sam zamknął się w wykutej własnoręcznie klatce z lęku i odrzucenia. Kogoś zamykającego się w sobie tak bardzo, że chciałby stopić się z otoczeniem. Najlepiej zniknąć. 
Im więcej Cynthia mówiła, tym właśnie w Matthew gotowało się coraz więcej złości, jaką kobieta starannie w sobie tłumiła. Klasycznie, zgodnie ze schematem, przekierowywała ją na coś innego - lęk, napięcie, ucieczkę, wycofanie. A złość Goodmana nie była bynajmniej ukierunkowana na nią! Na ludzi, którzy w swojej niedojrzałości doprowadzili ją do tego stanu, wykorzystując jej słabości, bez próby zrozumienia. W dodatku coraz bardziej nabierał przekonania, że Cynthia szuka problemu przede wszystkim w sobie, nawet tam, gdzie odpowiedzialność należała do innych.
Matthew musiał wziąć głęboki, powolny oddech, zaciskając dłonie na brzegach fotela, jakby chciał się fizycznie zakotwiczyć w rzeczywistości. Kiedy spojrzał na nią ponownie, w jego oczach nie było już dystansu. Była w nich czysta, niemal przeszywająca determinacja.
- Samotność ma paskudną właściwość, że im dłużej człowiek w niej siedzi, tym bardziej zaczyna wierzyć, że została mu przydzielona na stałe. To oczywiście nieprawda. - Powiedział to tak stanowczym tonem, że znów na chwilę zagubił granicę, którą wyznaczył sobie pomiędzy Matthew-sobą, a Matthew-terapeutą. 
- Przez ostatnie kilka spotkań widziałem kobietę, która była zdradzana, porzucana, zostawiana sama sobie w najtrudniejszych momentach - wyliczał po kolei na palcach poszczególne elementy - a mimo to przetrwała. Myślę, że to inni ludzie nauczyli panią, że problem może tkwić w pani. Choć po tym, co pani przeszła, to zrozumiałe, że jest pani ostrożna i nieufna, a przez to czuje się samotna, nawet wśród przyjaciół. Jest to coś, nad czym możemy wspólnie popracować. - Ostatnie zdanie powiedział już spokojniej. Nie pozwolił sobie na uśmiech, lecz jego wyraz twarzy wyraźnie złagodniał, jakby tym samym chciał jej przekazać, że rozumie to, co do tej pory mu powiedziała, bierze ten ciężar na swoje barki, będzie towarzyszył jej w tej drodze i… po prostu nie odejdzie. Bez słownych zapewnień, które mogłyby zamknąć ją w sobie. 
Miała już przecież doświadczenie z zapewnieniami, ale to czyny ją zawodziły. Matthew tym bardziej czuł na sobie odpowiedzialność pokazania jej, że nie wszystkie relacje tak wyglądają. Z jakiegoś powodu istniało w nim przekonanie, że jest w stanie sobie z tym poradzić, a ta myśl obudziła w nim nowe pokłady spokoju. 
- Kiedy powiedziała pani, że sama by się pani zostawiła, miałem wrażenie, że słucham nie tego, co mówią o pani inni, tylko tego, co od lat mówi pani sama do siebie… - Przez chwilę milczał, zastanawiając się, gdzie pokierować rozmowę dalej, biorąc pod uwagę czas, jaki pozostał im do końca spotkania. Nie chciał zostawiać Cynthii zatopionej w mroku na następny tydzień, musiał więc uderzyć w temat, który pomoże wynurzyć ją choć trochę bliżej powierzchni. 
Dla lepszego skupienia Matthew pochylił się tak głęboko, że oparł łokcie o kolana i złączył dłonie, pocierając jedną o drugą powolnymi, ale jednostajnymi ruchami. Cynthia cały czas mówiła dużo o innych, a tak mało o sobie. A jeśli już, to przedstawiała siebie w tak negatywnym, mrocznym świetle, że Goodman nie dziwił się, dlaczego tak głęboko zapadała się w siebie z każdą kolejną “porażką”. 
- Przyjrzyjmy się temu. Czy naprawdę uważa pani, że jest w pani coś tak strasznego, że każdy miałby odejść? - zapytał, na chwilę zatrzymując ruch rąk. Głowę miał zadartą ku górze i cały czas obserwował Cynthię. - Jeśli tak - co to jest? Trudne doświadczenia, jakie postawiło przed panią życie? Niewłaściwi ludzie na pani drodze? Wycofany charakter? Nieufność? - Z premedytacją wymienił te cechy, które Cynthia przypisywała sobie oraz jej doświadczenia widziane z boku, aby mogła usłyszeć je na głos i sama zdecydować, czy naprawdę są wystarczającym powodem, by ktoś odszedł. 

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Sama wybrała samotność. Doskonale pamiętała rozczarowanie wymalowane na twarzy ordynatora chirurgii, kiedy oświadczyła mu sucho, że wybiera patologię. Miejsce w szpitalu względnie pozbawione pacjentów. Pracujesz z próbkami, materiałem biologicznym i na tej podstawie stwierdzasz chorobę. Z pozoru wybrała opcję, gdzie nie pracowała z ludźmi. Ba, spodobała się jej ta praca. Wszystko się zmieniło przez śmierć bratową.
Wtedy postawiła jeszcze mocniej na samotność. Prosektorium było chłodne, surowe i względnie mało osób chciało tam przebywać. Nie spodziewała się tego po samej sobie, ale polubiła zapach śmierci. Detergenty pomieszane z wonią rozkładającego się ciała oraz cisza dawały jej spokój, którego potrzebowała. Tylko... sama nie wiedziała, kiedy zaczęła potrzebować innych ludzi. To stało się po prostu samo.
Musiała się wyprostować. Samotność nie na zawsze? Trudno było jej w to uwierzyć. Kto zechciałby kogoś tak pesymistycznego, chłodnego i dystansującego się? Choćby słowa Matthew były najpiękniejszym marzeniem, to nie miały powodu się spełnić. Tak długo myślała, dopóki nie usłyszała kolejnych słów. Możemy wspólnie popracować? Aż uniosła obie brwi ku górze, a usta otworzyła, ale nic nie powiedziała. Razem. Był jej cholernym terapeutą, ale z irracjonalnego powodu poczuła się nagle ważna i całkiem szczerze nie była w stanie w to uwierzyć. Brał jej ciężar na barki? Czy naprawdę byłby w stanie się z nią wytrzymać?
Wiele razy słyszała już takie zapewnienia, a później ludzie znikali, jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Wyprostowała się. Tego co mówią o pani inni? Jasne, miała przeróżne pseudonimy. Królowa lodu, kochanka śmierci, smoczyca... Wszystkie wynikały z dystansu, który tworzyła między samą sobą, a innymi. To nie było o niej. To myślała o samej sobie. Może wysysała z innych tak naprawdę pokłady szczęścia?
Nie wiem — mruknęła cicho na pytanie Matthew. Czy było? Smutna, chłodna, wiecznie ubrana na czarno, pozbawiona jakiejkolwiek radości — fakty są takie, że ludzie odchodzą — ale ona sama też nie robiła nic, żeby to się zmieniło — nie jestem najprzyjemniejsza. Raczej spoglądam na innych z wyrzutem, zamykam się — westchnęła ciężko — może po prostu nie są w stanie wytrzymać mojego chłodu? — w myślach powędrowała do ostatnich wspólnych chwil z Theo. Wtedy potrafiła się śmiać, uśmiechać. Próbowała dotrzymać mu kroku.
Lubię samotność — piękne oświadczenie. Pierwszy raz przez jej głowę przechodziła inna myśl — ale czasem nie jestem w stanie jej znieść — bywały takie momenty, w których chciała wrócić do domu i posłuchać czyjąś historię dnia — chodzę prawie cały czas na czarno, mało kiedy się odzywam — zaczęła wyliczanie. Tych dystansujących się zagrywek miała całą garść — nie uważam, że się nad sobą użalam — mówiła o własnych bólach. Fakty były też takie, że może faktycznie była pechową osobistością — Tylko samej trudno znaleźć jest światło — mruknęła ciszej, zawieszając wzrok na Matthew — jak miałabym być dla innych miła, albo otwarta? — przełknęła nerwowo ślinę i wzięła głęboki oddech — to przecież jest niemożliwe... — łzy powoli napływały jej do oczu, powodując ich przeszklenie.
Im dłużej trwała sesja, tym bardziej tykanie zegara znikało. Nabrała powietrza głęboko do płuc. Musiała zadać jedno, najważniejsze dla niej pytanie.
A pan... — zaczęła odrobinę ciszej, patrząc mu prosto w oczy. Każdy mięsień spiął się, bo nie spodziewała się sama po sobie tego, o co chciała zapytać — nie uważa, że to ja jestem problemem? — spytała ciszej, czekając na wyrok. O ironio, przychodząc tu za pierwszym razem, nie spodziewała się, że zdanie Goodmana mogłoby coś dla niej przesądzić, a właśnie to się działo.

dr. Goodman
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ First Canadian Place”