ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Louise nie przypuszczała, że wróci do miasta tak szybko.
Nie po tym jak zdecydowała się została zmuszona do podjęcia decyzji, by porzucić całe swoje dotychczasowe życie w Toronto i przenieść się do Vancouver. Ta przeprowadzka miała być dla nich szansą - nie tylko tą zawodową dla jej męża, ale również kolejną szansą dla ich związku. Dała sobie wmówić, że właśnie tego potrzebowali - wyrwać się na drugi koniec Kanady i z dala od wszystkich “zacząć od nowa”. Xavier nawijał jej makaron na uszy, wzbudzając w niej równocześnie poczucie winy, a przy tym ubierał to wszystko w piękne, przekonujące słówka. Przez lata małżeństwa zdołał dojść do mistrzostwa w swoich manipulacjach, więc wcale nie powinno dziwić to, że Louise - potulna jak baranek - pozwalała na to bez cienia niezadowolenia. To właśnie mąż podejmował najważniejsze decyzje za nich oboje, jak na przykład tę o przeprowadzce do innego miasta. Kontrolował ją na każdym kroku - musiał wiedzieć gdzie wychodzi, z kim i w jakim celu, a tłumaczył to wszystko oczywiście tym, że się o nią po prostu martwił. Sprawiał, że wierzyła, że z tej sytuacji nie ma ucieczki. Nie potrafiła się mu wyrwać ani jakoś specjalnie postawić i nie była to wyłącznie wina samego mężczyzny, ale także jej rodziców i ich metod wychowawczych. Zawsze musiała podporządkowywać się czyjejś woli, czy tego chciała, czy nie i zawsze zazdrościła bratu, że miał nieco bardziej buntowniczą naturę od niej. Wyfrunięcie z rodzinnego gniazda dało jej w pewnym sensie wolność, ale tylko przez chwilę, bo przecież niedługo po tym wpadła w ręce kolejnego tresera.
Wracając do Toronto, po zaledwie trzech miesiącach nieobecności, właściwie to wracać nie bardzo miała już do czego. Przed wyjazdem sprzedała swoją ukochaną firmę i od tamtej pory zarządzał nią już ktoś inny. Był to kolejny “wspaniały” pomysł Xaviera i jej największy błąd, co Lou zrozumiała niestety troszeczkę za późno. Być może już przy załatwianiu formalności z tym związanych przeczuwała, że prędzej czy później tego bardzo pożałuje, ale i tak postąpiła, jak zwykle, dokładnie tak jak sobie tego życzył. Miał przecież tak przekonujące argumenty - jeśli mnie kochasz, to zrobisz to dla mnie. Zawsze na nią działało.
Nie wliczając tego, że znów musiała “na żywo” znosić to jak upierdliwi potrafili być jej rodzice, to niewiele się zmieniło - czuła się dokładnie tak jak w Vancouver. Uwięziona w domu jak księżniczka w wieży, znudzona, odcięta od przyjaciół i rodziny, niepracująca i ograniczona wyłącznie do roli żony. A to wszystko dla ich dobra.
Była wdzięczna Karrionowi, że zadzwonił do niej kilka dni wcześniej z prośbą o spotkanie. Cieszyła się, choć nie była pewna czy bardziej z tego, że miała po długiej przerwie zobaczyć starego znajomego, czy z tego, że w końcu będzie mieć pretekst, by w ogóle wyjść z domu. Stifler już przez telefon zdradził jej, że chodziło o projekt rozbudowy jego letniej rezydencji, a Lou oczywiście od razu zgodziła się mu pomóc, zanim zdążyli cokolwiek omówić.
W umówionym miejscu zjawiła się sporo przed czasem i trzeba przyznać, choć to trochę żałosne, że już dawno nie była czymś tak podekscytowana. Siedząc z kawą przy jednym ze stolików i zerkając co kilka minut na zegarek, czekała na przybycie mężczyzny.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion nie należał do ludzi, którzy się spóźniali. Zwłaszcza jeśli chodziło o spotkania biznesowe. A to przecież właśnie tym miało być - przynajmniej oficjalnie.
Kiedy wszedł do kawiarni, od razu ją zauważył. Nie dlatego, że jej szukał wzrokiem od progu, chociaż dokładnie to robił. Po prostu Louise zawsze miała w sobie coś, co naturalnie przyciągało uwagę. Dawniej subtelniej, delikatniej. Dziś… chyba jeszcze bardziej. Dojrzała. Spokojniejsza. Piękniejsza niż ją zapamiętał, choć już wtedy potrafiła skutecznie odciągnąć jego myśli od treningów, sponsorów i kolejnych walk. A to nie zdarzało się wielu kobietom.
Na krótką chwilę zatrzymał się przy wejściu, przyglądając jej się zza ciemnych okularów, zanim w końcu ruszył w jej stronę. Miał na sobie ciemny, dopasowany t-shirt podkreślający szerokie barki i masywną sylwetkę, czarną kurtkę typu bomber oraz jasne jeansy. Całość wyglądała casualowo, ale przy jego posturze i tak sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał zlecenie na wyciągnięcie od kogoś haraczu. Nawet po zakończeniu kariery wyglądał bardziej jak zawodnik niż większość aktywnych sportowców.
- Lou - odezwał się niskim, spokojnym głosem, zatrzymując się przy stoliku. Kącik jego ust uniósł się lekko. Zdjął okulary i odsunął sobie krzesło naprzeciwko niej, ale zanim usiadł, pochylił się jeszcze odrobinę, żeby ją przywitać krótkim uściskiem.
- Miło cię widzieć - powiedział szczerze, bez typowej kurtuazji, wyuczonej na potrzeby dobrych pr-owych zagrań. Stifler nie musiał udawać, że ją lubił, bo tak było zawsze. Dość powiedzieć, że był etap, w którym był nawet trochę w niej zauroczony.
Usiadł w końcu naprzeciwko niej i przez moment przyglądał jej się uważnie, jakby próbował znaleźć w niej tamtą dziewczynę sprzed lat. Tę, którą jej rodzice niemal wciskali mu pod nos przy każdej gali i każdym bankiecie, przekonani, że świetnie będą razem wyglądać na zdjęciach. Może mieli rację. Problem polegał tylko na tym, że wtedy był zbyt głupi, zbyt młody i zbyt skupiony na własnej karierze, żeby w ogóle myśleć o czymkolwiek poważniejszym. Co nie zmieniało faktu, że dostrzegał jej urodę.
A potem pojawił się Xavier i paradoksalnie Karrion naprawdę go polubił.
- Dzięki, że znalazłaś czas - powiedział już spokojniej. - I że zgodziłaś się w ogóle rozważyć ten projekt. Jeśli ktoś ma zrobić z tej rezydencji coś, co nie będzie wyglądało jak miejscówka jakiegoś patoinfluencera, służąca tylko do sprowadzania małolat bez wiedzy żony, to zdecydowanie jesteś to ty - zachichotał lekko i oparł się wygodniej o krzesło. - Chociaż uczciwie uprzedzam… to może być ciężki przypadek. Dom jest duży, stoi w idealnym miejscu, ale kupowałem go jeszcze w czasach, kiedy uważałem, że im więcej szkła i marmuru, tym człowiek wygląda... bardziej poważnie? - znów zachichotał. - No i jeszcze kwestia współpracy z urzędasami w Hiszpanii. "Współpraca" - powtórzył i położył nacisk na ostatnie słowo, przypominając sobie, jak wiele musiał się nagimnastykować, by w ogóle nabyć tę nieruchomość mimo swoich pieniędzy, wpływów i reputacji.
Zmrużył lekko oczy, dalej patrząc na nią z zainteresowaniem.
- Ale zanim przejdziemy do pracy… co u ciebie, Lou? - spytał, nie chcąc przechodzić od razu do meritum spotkania. Inną sprawą było natomiast to, że autentycznie ciekawiło go, jak miewa się Beckett i że odkąd tylko ją zobaczył, chciał spędzić z nią jak najwięcej czasu... pytanie więc wydawało się być podwójnie zasadne w tej sytuacji.

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”