Karrion nie należał do ludzi, którzy się spóźniali. Zwłaszcza jeśli chodziło o spotkania biznesowe. A to przecież właśnie tym miało być - przynajmniej oficjalnie.
Kiedy wszedł do kawiarni, od razu ją zauważył. Nie dlatego, że jej szukał wzrokiem od progu, chociaż dokładnie to robił. Po prostu Louise zawsze miała w sobie coś, co naturalnie przyciągało uwagę. Dawniej subtelniej, delikatniej. Dziś… chyba jeszcze bardziej. Dojrzała. Spokojniejsza. Piękniejsza niż ją zapamiętał, choć już wtedy potrafiła skutecznie odciągnąć jego myśli od treningów, sponsorów i kolejnych walk. A to nie zdarzało się wielu kobietom.
Na krótką chwilę zatrzymał się przy wejściu, przyglądając jej się zza ciemnych okularów, zanim w końcu ruszył w jej stronę. Miał na sobie ciemny, dopasowany t-shirt podkreślający szerokie barki i masywną sylwetkę, czarną kurtkę typu bomber oraz jasne jeansy. Całość wyglądała casualowo, ale przy jego posturze i tak sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał zlecenie na wyciągnięcie od kogoś haraczu. Nawet po zakończeniu kariery wyglądał bardziej jak zawodnik niż większość aktywnych sportowców.
- Lou - odezwał się niskim, spokojnym głosem, zatrzymując się przy stoliku. Kącik jego ust uniósł się lekko. Zdjął okulary i odsunął sobie krzesło naprzeciwko niej, ale zanim usiadł, pochylił się jeszcze odrobinę, żeby ją przywitać krótkim uściskiem.
- Miło cię widzieć - powiedział szczerze, bez typowej kurtuazji, wyuczonej na potrzeby dobrych pr-owych zagrań. Stifler nie musiał udawać, że ją lubił, bo tak było zawsze. Dość powiedzieć, że był etap, w którym był nawet trochę w niej zauroczony.
Usiadł w końcu naprzeciwko niej i przez moment przyglądał jej się uważnie, jakby próbował znaleźć w niej tamtą dziewczynę sprzed lat. Tę, którą jej rodzice niemal wciskali mu pod nos przy każdej gali i każdym bankiecie, przekonani, że świetnie będą razem wyglądać na zdjęciach. Może mieli rację. Problem polegał tylko na tym, że wtedy był zbyt głupi, zbyt młody i zbyt skupiony na własnej karierze, żeby w ogóle myśleć o czymkolwiek poważniejszym. Co nie zmieniało faktu, że dostrzegał jej urodę.
A potem pojawił się Xavier i paradoksalnie Karrion naprawdę go polubił.
- Dzięki, że znalazłaś czas - powiedział już spokojniej.
- I że zgodziłaś się w ogóle rozważyć ten projekt. Jeśli ktoś ma zrobić z tej rezydencji coś, co nie będzie wyglądało jak miejscówka jakiegoś patoinfluencera, służąca tylko do sprowadzania małolat bez wiedzy żony, to zdecydowanie jesteś to ty - zachichotał lekko i oparł się wygodniej o krzesło.
- Chociaż uczciwie uprzedzam… to może być ciężki przypadek. Dom jest duży, stoi w idealnym miejscu, ale kupowałem go jeszcze w czasach, kiedy uważałem, że im więcej szkła i marmuru, tym człowiek wygląda... bardziej poważnie? - znów zachichotał.
- No i jeszcze kwestia współpracy z urzędasami w Hiszpanii. "Współpraca" - powtórzył i położył nacisk na ostatnie słowo, przypominając sobie, jak wiele musiał się nagimnastykować, by w ogóle nabyć tę nieruchomość mimo swoich pieniędzy, wpływów i reputacji.
Zmrużył lekko oczy, dalej patrząc na nią z zainteresowaniem.
- Ale zanim przejdziemy do pracy… co u ciebie, Lou? - spytał, nie chcąc przechodzić od razu do meritum spotkania. Inną sprawą było natomiast to, że autentycznie ciekawiło go, jak miewa się Beckett i że odkąd tylko ją zobaczył, chciał spędzić z nią jak najwięcej czasu... pytanie więc wydawało się być podwójnie zasadne w tej sytuacji.
Louise Beckett