Jej pytanie zbiło go z tropu.
Odpowiedź była prosta, każdemu - nie, swojej córce - tak. Bo musiał się upewnić, że wszystko jest w porządku, musiał to wiedzieć i koniec. Czy to znaczyło, że nie dbał tak o wszystkich pacjentów, że Sophie była wyjątkowa i musiała być lepiej zaopiekowana, niż inni chorzy?
Prawda była taka, że po prostu spanikował, że jeśli chodziło o jego córkę wolał dmuchać na zimne. Gdyby to była inna pacjentka nie zaleciłby badania, po prostu nie było podstaw. Zachowałby zimną krew, podszedł do tego na spokojnie, ale w tym jednym wypadku nie potrafił. Westchnął ciężko i przejechał dłońmi po twarzy, musiał przyznać, że Virginia Stone miała rację.
-
Nie, nie zleciłbym tomografu, ale to moja córka... - chciał to jeszcze jakoś wyjaśnić, liczył, że kobieta zrozumie. A przecież jako lekarz sam często studził zapał rodziców, którzy wymagali poszerzenia badań, a teraz sam był takim niezdyscyplinowanym rodzicem.
-
Nie, Pani Doktor zrobiła wszystko co powinna, sam inaczej bym tego nie zrobił - dodał w końcu. Jako ordynator musiał być sprawiedliwy, ocenić to z boku, już bez emocji, chociaż wciąż z tyłu głowy cichy głosik powtarzał mu, że musi o tym porozmawiać z dyrektorem. Pewnie i tak odpuści, bo nie było żadnego zaniedbania, wszystko zgodnie z procedurami. On się uniósł, niepotrzebnie, pielęgniarka go zgłosiła, z troski o małą, a teraz Virginia Stone pomogła mu to wszystko ułożyć sobie w głowie.
-
Przepraszam Panią, po prostu... -
nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało, tak jak Rose? -
emocje wzięły górę - Wyatt Ward potrafił przyznać się do błędu, okazać skruchę i przeprosić. Kiedy pracowało się na oddziale ratunkowym tyle lat co on trzeba było się tego nauczyć.
Errare humenu est.
Od razu podniósł się z kanapy, kiedy powiedziała, że mogą iść do Sophie, może znowu zbyt gwałtownie? Chciał już zobaczyć córkę, ale nie chciał budzić kolejnych wątpliwości. Powtarzał sobie w myślach, że musi do tego podejść na chłodno, tak jak zawsze w szpitalu. Bo to przecież szpital, ten sam, w którym dziennie ratował po kilka żyć, który mógłby płonąć, a on i tak zachowałby zimną krew.
-
Dobrze, rozumiem - odpowiedział spokojnie, wiedział dokładnie jak to wygląda, Virginia da jej kredki, czymś ją zajmie, może książeczką, a potem będzie z nią rozmawiać, a on tylko nie może się wtrącać, to tyle. Pierwszy raz poczuł co naprawdę czują ci wszyscy rodzice na jego miejscu. Zawsze tylko próbował się postawić w ich sytuacji, a teraz się w niej znalazł.
Przepuścił przodem Virginię, mimo, że doskonale wiedział gdzie idą. Ruszył za nią korytarzem, może spotkał po drodze kilka znajomych twarzy, ale jakoś w ogóle się tym nie przejmował. Na pewno jutro na oddziale będą gadać o tym co zaszło. Zawsze jakoś tłumił te plotki, zarzucał personelowi, że nie mają nic innego do roboty, ale czy teraz też będzie potrafił?
Już trzymał rękę na klamce i chciał otworzyć przed Virginią drzwi, znowu się pośpieszył? Ale wtedy zapytała o Daisy a Wyatt się zatrzymał i od razu skinął głową. Miał nadzieję, że Daisy nie dotrze prędko, że nie będą musieli rozmawiać we troje, to wiele by komplikowało, już wyobrażał sobie jak mu się od niej dostanie po głowie.
-
Tak, zawiadomiłem ją, już tutaj jedzie - powiedział i zerknął jeszcze raz na blondynkę, czy mogą wejść do środka, a gdy dała mu zezwolenie, to Wyatt wszedł pierwszy. Sophie od razu do niego podbiegła, chociaż jeszcze przed chwilą siedziała przy dziecinnym stoliku i malowała coś kredkami na białej kartce opowiadając przy tym pielęgniarce, która z nią siedziała, niestworzone historie. Ward wziął małą na ręce i obejrzał z bliska, siniak wyglądał źle, ale Sophie zdawała się nic sobie z tego nie robić.
-
No nareszcie... - powiedziała z wyrzutem, ale uściskała ojca -
już narysowałam wszystko co wymyśliłam i teraz ta Pani mi podpowiadała... - wskazała paluszkiem pielęgniarkę -
ale ona za bardzo nie umie - dodała ciszej.
Wyatt ją postawił, pogłaskał jeszcze po włosach, które rano sam splatał w warkocz, bo Sophie go prosiła, teraz się trochę przekrzywił, ale efekt nie był najgorszy, mimo, że robił to pierwszy raz w życiu. Skoro jednak umiał przeprowadzić operację na otwartym sercu, to przecież zrobi też warkocza, za trzecim razem się udało.
-
To może teraz ja Ci coś podpowiem... albo Virginia? - obejrzał się na blondynkę, może jak ją przedstawi to będzie łatwiej?
-
A czy Virginia zna wszystkie kolory? - Sophie uważała, że zna, a oprócz tych podstawowych wymyślała jeszcze z pięćdziesiąt dziwnych, żabowy, cukierkowy, kolor ptasiej głowy, albo ptasich nóżek.
-
Myślę, że zna - odpowiedział Wyatt i usiedli z Sophie z powrotem przy tym stole z kredkami, on trochę z boku, żeby dać Virginii przestrzeń do działania.
-
Dobrze, to co teraz rysować? - zapytała mała sięgając po kredkę, wydawała się całkiem spokojna, zresztą ona uwielbiała rysować, nawet powiedziała kiedyś Wyattowi, że jak dorośnie to może zostać lekarzem, ale tylko jeśli będzie mogła rysować recepty.
-
A może psa sąsiadki? Narysowałaś już Ciapka? - zapytał, a Sophie pokręciła przecząco głową -
oh, zapomniałam - i wzięła się za malowanie. Uwielbiała rysować pieski, chociaż wcale ich nie przypominały, ale Wyatt już wiedział, że to jest piesek, a czerwona obroża sugerowała, że właśnie Ciapek.
Virginia C. Stone