-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
Scott siedział za biurkiem z odłożonym na bok raportem, który technicznie rzecz biorąc rzeczywiście należało omówić. Tyle, że od dobrych kilku minut nawet do niego nie zaglądał. Zamiast tego opierał łokieć o podłokietnik fotela i bez większego entuzjazmu obracał w dłoni długopis, patrząc gdzieś w stronę drzwi gabinetu.
Kiedy usłyszał krótkie pukanie, uniósł wzrok.
- Wejdź - rzucił spokojnie, jednak na tyle wyraźnie, by osoba po drugiej stronie była w stanie to usłyszeć.
Drzwi otworzyły się po chwili, a Letexier od razu skinął głową w stronę krzesła naprzeciwko biurka.
- Harrison - rzucił chłodno i zbyt poważnie jak na fakt, że od jakiegoś czasu zbliżyli się do siebie i przeszli na stopę prywatną.
Sięgnął po dokumenty tylko po to, żeby rzucić je delikatnie na stół, przysuwając je tym samym do blondynki.
- Twój raport jest w porządku, June. Kilka drobiazgów do poprawy w końcowej części, ale to nie dlatego cię tu wezwałem - rzekł już znacznie spokojniejszym i cieplejszym tonem, darując sobie dalszą zgrywę, która miała być chyba jakimś rodzajem żartu na powitanie z jego strony.
Scott oparł się wygodniej o fotel, przez moment przyglądając jej się uważnie, jakby oceniał, ile dokładnie powinien powiedzieć.
- Baker prawdopodobnie zostanie przeniesiony - powiedział to spokojnie i rzeczowo, bez zbędnego budowania napięcia. Ale wzrok miał dalej twardy - lata bycia zastępcą komendanta robiły swoje. - Oficjalnie ma to wyglądać jak "restrukturyzacja kadrowa" - odezwał się po chwili. - Nieoficjalnie… nadepnął na odcisk nieodpowiedniej osobie - dodał już nieco ciszej, bo rzeczywiście nie powinien się tym dzielić z Harrison.
Kącik jego ust drgnął minimalnie.
- Problem polega na tym, że tamten facet też ma swoich ludzi wysoko. Bardzo wysoko - rzucił, dając June do zrozumienia, że chodziło tu o bardzo mocne plecy. Zresztą śledcza sama mogła się domyślić, że skoro nawet Scott nie był w stanie przenieść Bakera przez jego konotacje polityczne, to trzeba było mieć naprawdę potężnych przyjaciół, by do tego doprowadzić.
Brunet odwrócił na chwilę wzrok w stronę okna gabinetu, po czym znów spojrzał na Harrison.
- I zanim zapytasz, nie. Baker nie dostał nawet szansy, żeby się z tego wybronić. Decyzja praktycznie już zapadła. Teraz wszyscy tylko udają, że trwa jeszcze jakaś procedura - przez moment bębnił palcami o blat biurka, wyraźnie zirytowany bardziej, niż chciał pokazać. - Pomyślałem, że powinnaś dowiedzieć się wcześniej. Zanim plotki zaczną żyć własnym życiem po całym komisariacie - przyznał, po czym mimowolnie uśmiechnął się do June, bo jakby nie patrzeć, dokonało się to, czego oboje chcieli. June dla świętego spokoju, Scott dlatego, by ułatwić życie w pracy Harrison.
Zapomniał tylko wspomnieć o jednym... że też dołożył swoją cegiełkę do tej decyzji. Wszak jego też pytano o opinię dotyczącą przeniesienia Bakera i zamiast dyplomatycznie odpowiedzieć, że jeśli jest potrzeba transferów kadrowych, to on jest za, Letexier wprost stwierdził, że przeniesienie Bakera będzie dobrą decyzją, biorąc pod uwagę jego pewne braki w rzemiośle oraz relacje z innymi pracownikami. Co prawda poza June nikt na niego nie narzekał, przynajmniej nie tak otwarcie, ale vice trochę podkoloryzował, by wzmocnić przekaz.
Inną sprawą było natomiast to, że w tej sprawie nadużywał swojej władzy, co nie zdarzało mu się zbyt często. A dodatkowo robiąc to dla Harrison... nie czuł nawet ani grama wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie, był kurewsko zadowolony z siebie, że June będzie w lepszym nastroju. Tylko od kiedy jej dobry nastrój jest motorem napędowym jego działań?
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dość często zdarzało jej się zostawać do późna. Papierkowa robota, nad którą nadal się tego wieczoru męczyła, zwykle nie była dla niej problemem, a wręcz ją lubiła - nie przyznawała tego nigdy otwarcie, ale miała takiego bzika, że przecież już w dzieciństwie sporządzanie raportów - o ile w ogóle można tak nazwać jej nieskładne jeszcze wtedy notatki - było dla niej jedną z lepszych zabaw (nikt nie powiedział, że jest zdrowa na umyśle).
W tamtym momencie jednak miała już dość. Nie potrafiła się skupić na tym co robiła, wyrazy powoli zaczynały się ze sobą zlewać w jej oczach, a ona myślała już tylko o tym, by jak najszybciej uciec do domu. Widocznie nawet totalni pracoholicy mieli swoje limity, potrzebowali snu i czasu na regenerację. Harrison nie była więc zadowolona, widząc tajemniczą wiadomość od wicekomendanta, w której treści było jedynie jedno słowo - gabinet. Z ciężkim westchnieniem ruszyła w stronę biura Letexiera, zastanawiając się co takiego mógł o tej porze od niej chcieć i co było na tyle ważne, by nie mogło poczekać do rana.
Gdy tylko weszła do środka, Scott wskazał na krzesło naprzeciwko siebie, witając się w dość chłodny sposób, co tym razem nie zrobiło na niej większego wrażenia - może to przez to zmęczenie było jej już wszystko jedno. Uniosła brew, zerkając na dokumenty, które przesunął po stole w jej stronę. Już miała po nie sięgnąć, ciekawa jakie uwagi mógł mieć przełożony, ale wtedy uświadomił ją, że to nie w tej sprawie ją do siebie wezwał. Wpatrywała się więc już w niego pytająco, opierając się wygodnie na krześle i gdy tylko pierwsze słowa wyszły z jego ust, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Informacja o przeniesieniu Bakera ucieszyła ją, choć może nie powinna, ale nie próbowała nawet tego ukrywać. W jednym, krótkim momencie znacznie się ożywiła i chyba zapomniała o swoim zmęczeniu.
— Ciekawa jestem co znów odwalił, ale tego już mi pewnie nie zdradzisz, co? — siedząc wygodnie, skrzyżowała ręce na piersiach z cwaniackim uśmiechem. Cokolwiek to nie było - June była absolutnie przekonana, że Paul zasłużył sobie na tę karę.
— Gdzie go przenoszą? — spytała, pewnie nieco zbyt radośnie, ale czuła wielką ulgę. I choć ta afera nie miała nic wspólnego z nią, to cieszyła się, że Baker w końcu poniesie za coś konsekwencje, nawet jeśli do tej pory pozostawał bezkarny za to jak utrudniał jej życie na komisariacie. To też oczywiście dlatego, że nigdy oficjalnie nie złożyła na niego skargi, bo teoretycznie nie miała za co. Bo niby co miałaby napisać? „Paul Baker jest upierdliwy”? Mimo tego jak się zachowywał i że sam nieraz nagadał głupot na jej temat, wliczając w to jego już-nie-tak-anonimowy donos, to nie zamierzała złamać mu życia, ingerując w jego karierę.
— Pomyślisz, że jestem straszną suką, ale się cieszę — przyznała, choć wcale nie musiała wypowiadać tego na głos, bo wyraz jej twarzy mówił w tamtym momencie wszystko.
Odetchnęła głęboko, rozluźniając się, jakby właśnie pozbyła się ciężaru ze swoich barków. Przeszło jej przez myśl to, że jej życie musiało być naprawdę smutne, skoro pierwszy raz od czasu awansu, poczuła się czymś tak usatysfakcjonowana. Praca co prawda przynosiła jej radość, ale perspektywa tego, że już nie będzie musiała więcej znosić Bakera ani nawet patrzeć na jego mordę, przebijała wszystko.
Milcząc i zastanawiając się nad czymś przez chwilę, przygryzła dolną wargę. Nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać.
— I pewnie nie miałeś z tym nic wspólnego?
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Baker był wrzodem na dupie praktycznie całego wydziału - mruknął, opierając się wygodniej o fotel i trochę wyolbrzymiając jego rolę tutaj. - Ty po prostu miałaś pecha. Niestety, ale nie dożyliśmy jeszcze czasów, gdy najładniejsza policjantka w wydziale, będzie mogła w całości skupić się na pracy bez podrywów ze strony innych - wzruszył ramionami, mówiąc to całkiem lekko, jak na fakt, że właśnie uznał ją za miss wydziału.
Przez chwilę obserwował ją w milczeniu, zauważając nagłe ożywienie, ten wyraźnie lżejszy oddech i sposób, w jaki napięcie praktycznie zeszło z jej ramion w przeciągu kilku sekund. I, ku własnemu zaskoczeniu, naprawdę dawało mu to satysfakcję. Może nawet trochę większą, niż powinno.
- Przenoszą go na mały komisariat na obrzeżach miasta - odpowiedział po chwili. - Głównie papierologia, raporty, odbębnianie zmian za biurkiem. Mało terenu, mało większych spraw i praktycznie zerowe szanse na szybki powrót tutaj - kącik jego ust drgnął minimalnie. - Bezpieczna opcja bez adrenaliny. Czyli coś, czego Baker raczej nie lubi.
Gdy Harrison zasugerowała, że pomyśli o niej jak o suce, Letexier prychnął lekko rozbawiony.
- Miałem do czynienia z mnóstwem prawdziwych suk i uwierz mi... - zaczął. - Satysfakcja z przeniesienia naprzykrzającego się pajaca stosującego mobbing w pracy jest daleka od nazywania cię suką - przyznał wprost i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. - Przy mnie możesz być swobodna w tej kwestii, jednak proponuję wstrzemięźliwość poza tym gabinetem - przypomniał jej, choć tak naprawdę nie musiał tego robić, bo wiedział, że blondynka należy do tych ogarniętych i wie doskonale, co to znaczy takt, ogłada oraz profesjonalizm. Przynajmniej pokazowy.
Na jej ostatnie pytanie uniósł brew, a potem powoli odchylił się w fotelu, przyglądając jej się z wyraźnym rozbawieniem.
- June… - zaczął spokojnie. - Oficjalnie jestem obiektywnym zastępcą komendanta policji i absolutnie nie ingeruję w podobne decyzje personalne - powiedział to aż nazbyt profesjonalnie, co na pewno wzbudziło jej podejrzliwość.
Po chwili spojrzał jednak gdzieś obok niej i pokręcił lekko głową, jakby sam siebie właśnie rozliczał z własnego braku rozsądku.
- Powiedzmy, że kiedy poproszono mnie o opinię… wyraziłem swoje zdanie, poparłem je kilkoma źle poprowadzonymi sprawami i... - wrócił spojrzeniem do niej. - ... najwyraźniej kilka osób uznało moje argumenty za wyjątkowo przekonujące - przyznał i znów zmienił pozycję, tym razem biorąc do ręki długopis, którym przez moment bawił się między palcami. W końcu westchnął cicho.
- Jako profesjonalista powinienem zachować się neutralnie - zrobił krótką pauzę. - Ale nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy najlepsze psy w tej komendzie odrywane są swojej pracy, bo jakiś cymbał ma skurcz jąder i nie akceptuje odrzucenia - dodał. - Baker sam sobie na to zapracował - zakończył i przytaknął, po czym spojrzał na godzinę na zegarze wywieszonym nad drzwiami wejściowymi.
- Myślę, że to odpowiedni czas na zakończenie twojej zmiany, June - rzekł spokojnie i oparł się wygodniej o fotel. - Leć świętować, bo naprawdę jest co - uśmiechnął się lekko i przyciągnął do siebie z powrotem raport, który był pretekstem do zainicjowania tego spotkania. - Chyba, że masz ochotę na drinka ze swoim szefem, to może uda się coś wymyślić - rzucił rozbawiony, starając się nadać temu ton zwykłej, koleżeńskiej propozycji, aniżeli obligować ją do czegokolwiek. Miał wszakże schowaną w szafce butelkę całkiem dobrej whisky i kilka szklanek, do których mógłby ją rozlać. Harrison mogła naprawdę czuć się wyjątkowo, że jej to zaproponował, bo dotąd w tym gabinecie piły z nim tylko dwie osoby: Evina Swanson oraz świętej pamięci Steve Ward.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie sądziła, że po tym jak powiadomił ją o przeniesieniu Bakera, coś będzie w stanie ucieszyć ją jeszcze bardziej, a tu takie zaskoczenie - nie dość, że „kolega” w końcu miał ponieść za swoje wybryki karę, to w dodatku prawie najsurowszą z możliwych, bo gorsze byłoby już tylko wywalenie go z policji na zbity pysk.
— Przecież to brzmi jak jego osobista wersja piekła — nie potrafiła się nie zaśmiać na tę myśl. Nigdy nie miała siebie za osobę mściwą, ale w tym przypadku nie mogła kryć się z tym, że już od dawna marzyła o tym, by w końcu ten cham dostał za swoje.
Scott rzadko kiedy pewnie mógł zobaczyć ją tak rozpromienioną. Sam wyglądał na szczerze rozbawionego jej reakcją, co tym bardziej utwierdzało ją w przekonaniu, że radość z takiego obrotu spraw była jak najbardziej uzasadniona. W pewnym momencie, po jego słowach, w których starał się ją ostrzec przed przesadną swobodą w towarzystwie innych osób, spojrzała na niego tak jakby cisnęło się jej na usta „Ty masz mnie za głupią dzikuskę”. Oboje dobrze wiedzieli, że umiała zachować się odpowiednio do sytuacji i tego z kim akurat przebywała. Oczywistym było przecież to, że to tylko przy nim mogła pozwolić sobie na zupełny brak filtra, wypowiadając się o Bakerze.
— Przysięgam, że nie będę skakać z radości pod sufit, ale nie oczekuj ode mnie, że będę udawać, że jest mi przykro — zastrzegła i przez chwilę nieco spoważniała. Miała nadzieję, że Paul już nigdy do nich nie wróci i nie będzie zmuszona z nim więcej pracować.
— Jasne — powiedziała to bez cienia ironii, potwierdzając po prostu, że przyjmuje do wiadomości tę jego oficjalną wersję w kwestii zaangażowania w sprawę.
— A nieoficjalnie? — wtrąciła, gdy akurat uciekł gdzieś spojrzeniem. Jeden z kącików jej ust delikatnie się uniósł, bo biorąc pod uwagę to czego był świadkiem zaraz po swoim powrocie z urlopu, mogła się spodziewać jaka była odpowiedź.
Uśmiechała się znów ciepło, słuchając go, z wdzięcznością w oczach, bo po raz kolejny się za nią wstawił.
— Dziękuję, Scott — odezwała się w końcu, gdy skończył mówić. Miał rację co do wszystkiego, więc tym bardziej doceniała jego gest. Gdyby jednak pozostał w tej sytuacji neutralny, tak jak rzekomo powinien, to Baker pewnie nadal cieszyłby się swoją posadką. Frustrowało ją to, że był bezkarny tylko ze względu na znajomości. Była przekonana, że zwykli śmiertelnicy, nie posiadający takich pleców, już dawno ponieśliby konsekwencje prezentując podobną postawę.
Zaśmiała się krótko, gdy zasugerował, że nadszedł czas, by opuściła komisariat i poszła świętować. W tamtym momencie jednak miała zapewne zupełnie inną wizję „świętowania” niż on. Ciało Harrison chyba zaczęło sobie znów przypominać o zmęczeniu. Zakryła usta, ziewając, po czym powoli potarła twarz dłońmi. Automatycznie jej wzrok powędrował w stronę zegarka, gdy Letexier zaproponował jej drinka.
— Cóż… teoretycznie jestem po pracy. — wzruszyła lekko ramionami, mówiąc to, choć gdzieś z tyłu głowy czaiła się myśl, że może nie powinna tego robić. Rozejrzała się po pomieszczeniu — Możemy się napić, ale… chyba nie tutaj? — być może przebywając tu z nim nie powinna się niczego obawiać, ale oczami wyobraźni już widziała to jak ktoś przyłapuje ją w jego gabinecie ze szklanką alkoholu w dłoni. Baker jej już co prawda nie zagrażał, ale i tak nie chciała nikomu dawać powodu do domysłów i plotek. Ale jeśli nie tutaj, to gdzie? Naprawdę nie miała ochoty przesiadywać w barze po tak wykańczającym dniu, a zaproszenie go do siebie chyba byłoby jeszcze bardziej nieprzyzwoite, niż drink na komisariacie?
Spojrzała na dokumenty, które zgarnął z biurka i z uśmieszkiem wskazała na nie brodą. — Miał pan chyba jakieś uwagi, komendancie?
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Jest prawie noc - rzucił spokojnie. - Większość ludzi na tym piętrze albo już wyszła, albo udaje, że pracuje, oglądając głupoty na telefonie - dodał. - Posiadanie własnego gabinetu ma więcej profitów niż tylko wygodny fotel - rzucił rozbawiony.
Letexier cenił prywatność oraz spokój, więc jego gabinet był dobrze wygłuszony, w dodatku nie był oszklony, jak miało to miejsce w wielu biurach i tym samym nikt nie widział, co się dzieje wewnątrz. To dawało pewien komfort i powodowało, że plotkarze czy gapie mieli relatywnie mało informacji do wynoszenia stąd, ponieważ Scott musiałby naprawdę wydrzeć się na kogoś, by cokolwiek było słyszalne na zewnątrz. Nie mówiąc już o tym, że jego gabinet znajdował się w korytarzu budynku, nie będąc przy tym jakąś wydzieloną strefą przy open space, jak miało to często miejsce na mniejszych posterunkach.
Kącik jego ust drgnął lekko.
- Poza tym, gdyby ktoś chciał siać plotki o tobie i o mnie, to już dawno by je robił. Baker na przykład? - rzekł znów z rozbawieniem, wspominając o wiadomej sytuacji. Powiedział to zaskakująco lekko jak na temat, który teoretycznie powinien być niewygodny. Bo prawda była taka, że nie przejmował się tym zanadto. Po pierwsze dlatego, że autorytet Bakera znikał w oczach innych policjantów, a po drugie dlatego, że spikanie go z taką seksbombą jak June łechtało jego ego. Nawet jeśli było to jedynie w celach podstępnych i szyderczych ze strony Bakera.
Dopiero po chwili spojrzał na raport, który przyciągnął z powrotem na swoją stronę biurka, kiedy wspomniała o jego rzekomych uwagach. Westchnął teatralnie, zerkając w niego nieco uważniej.
- Cholera, faktycznie. Prawie zapomniałem udawać profesjonalistę - sięgnął do szuflady po czerwony długopis i przez kilka sekund przewracał kartki z miną człowieka wykonującego niezwykle odpowiedzialne zadanie. - Strona szósta. Za dużo przecinków - zaczął i przerzucił kolejną kartkę. - Strona dziewiąta... za mało przecinków - kącik ust drgnął w rozbawieniu, po czym przewrócił następną kartkę. - A tutaj? Spójrz - przysunął znów raport do niej. - Tutaj po prostu brzydko wygląda akapit - w końcu odłożył dokumenty na blat i spojrzał na nią już z wyraźnym rozbawieniem.
- Myślę, że jesteś w stanie z tym żyć do jutra - zakończył.
Wstał zza biurka i podszedł do jednej z zamkniętych szafek stojących pod ścianą. Otworzył ją kluczem, po czym wyjął z wnętrza butelkę whisky i dwie ciężkie szklanki.
- Oficjalnie tego nie widziałaś - rzucił przez ramię.
Gabinet momentalnie wydał się mniej formalny, kiedy odstawił wszystko na niski stolik przy kanapie pod oknem. Scott poluzował jeszcze trochę krawat, ewidentnie mając już dość bycia zastępcą komendanta przynajmniej na ten wieczór. Pozwolił sobie nawet na rozpięcie jednego guzika.
Nalał alkohol do szklanek i kątem oka zerknął na Harrison z pytaniem w oczach.
- Jeśli chcesz czymś rozcieńczyć, musisz pójść po coś do automatu, mam tu tylko wodę - przyznał, przypominając sobie, że ostatnie drinki June piła dość słabo, z grymasem na twarzy wręcz. Ale nie dziwiło go to, bo nie każdy musiał lubić alkohol, zwłaszcza tak specyficzny jak whisky. Nieważne jak dobra i droga by ona nie była.
Jeśli śledcza zdecydowała się pójść po jakiś napój, Letexier cierpliwie na nią poczekał. Jeśli została, usiadł od razu na kanapie i odchylił głowę do tyłu, spoglądając w sufit.
- Ward pił tutaj ze mną regularnie - rzekł z cichym westchnieniem. - A Evina raz zasnęła na tej kanapie po czternastogodzinnej zmianie - kącik ust drgnął w rozbawieniu. - Groziła, że spuści mi wpierdol, jeśli ją obudzę - parsknął śmiechem. - Standardy tego gabinetu już dawno upadły - dodał z rozbawieniem, jednak nie zaśmiał się.
Wyprostował się i opuścił głowę, jednocześnie spoglądając na June. Uniósł lekko swoją szklankę.
- Za koniec ery Bakera? - zaproponował całkiem poważnie, obserwując ją z uwagą. Naprawdę dawno nie widział jej w tak dobrym humorze na komisariacie. I coraz bardziej dochodził do wniosku, że cholernie podoba mu się bycie jednym z powodów tego stanu.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Naopowiadał już o mnie wystarczająco dużo kłamstw. Nie chcę powtórki… — wyjaśniła, ściszając na koniec głos. Spiknięcie ich razem w wyssanych z palca historiach Bakera być może łechtało przyjemnie ego wicekomendanta, jednak June odbierała to wszystko inaczej. To pewnie dlatego, że była przekonana, że gdyby pogłoski o romansie były prawdziwe i gadałby o tym cały komisariat, to nie Scott byłby demonizowany za sypianie z podwładną, ale oberwałoby się głównie jej. To ona zostałaby potraktowana jak trędowata i to ją nazwaliby dziwką.
Odetchnęła głęboko i tylko pokiwała głową twierdząco, na znak, że przyjmuje zaproszenie i wypije z nim drinka. Rozpogodziła się znów, gdy oderwał jej myśli od Bakera i lęków, powracając do raportu. Śmiejąc się cicho, wywróciła oczami na jego uwagi, bo celowo wymienił rzeczy, które i tak większego wpływu na raport nie miały.
— Pieprzyć przecinki — mruknęła, kiedy już zakończył swoje przedstawienie i wstał zza biurka. Jej wzrok automatycznie powiódł za nim i jeszcze zanim wyjął ze swojej sekretnej skrytki butelkę, wiedziała już co takiego przyjdzie jej pić. Zdecydowanie daleko jej było do wielbiciela whisky, jakim był Scott, dlatego skorzystała z jego rady i wyszła na moment na korytarz, by poratować się czymś z automatu z napojami. Wróciła z dwoma puszkami coli i jedną z nich na wszelki wypadek postawiła na stoliku przed nim. Drugą od razu otworzyła i dolała do swojej szklanki.
Uśmiechnęła się, zauważając że już trochę się rozluźnił i słuchając jego wspomnień o tym kto zwykł gościć w jego gabinecie. Oczywiście, że poczuła się w tamtym momencie wyróżniona, bo przecież daleko jej było do Swanson czy Warda, którzy kumplowali się z nim przez lata.
— Zapraszając mnie na drinka tutaj, sprawiłeś że upadają jeszcze niżej — wtrąciła żartobliwie, bo nie myślała o sobie aż tak źle. Spojrzała znów na zegarek i głośno wypuściła powietrze z płuc, nawiązując zaraz do tego co powiedział chwilę wcześniej — Mi też stuknęło dziś czternaście godzin, więc nie zdziw się, jeśli też ci tutaj zaraz padnę.
Uniosła szklankę, gdy tylko zobaczyła, że mężczyzna zrobił to samo, po czym lekko zagryzła wargę, ale nie udało jej się powstrzymać cisnącego się na jej twarz szerokiego, pełnego satysfakcji uśmiechu.
— Wybacz, ale mam dziś ochotę wypić to ohydztwo za zdrowie kogoś wyjątkowego — zaczęła, trochę tajemniczo, choć na pewno od razu domyślał się o kim mówiła. Po co miałaby w takiej chwili poświęcać jeszcze więcej uwagi temu idiocie Bakerowi? — Za kogoś, komu dużo zawdzięczam i kogo bardzo cenię. Za kogoś kto nie pozostał neutralny, choć powinien. Za kogoś, kto mógł siedzieć bezczynnie, ale zamiast tego, zdecydował się mi pomóc — patrzyła mu w oczy i pewnie jeszcze długo mogłaby tak wymieniać wszystkie jego zalety, ale w końcu się opamiętała. Chciała po prostu, by poczuł się doceniony, a w niektórych sytuacjach zwykłe „dziękuję” nie wystarczało. — Twoje zdrowie, Scott.
Scott Letexier