Bez urazy, ale no to był Will.
Jej p r z y j a c i e l Will.
Jednak w jakimś chorym zbiegu okoliczności i w efekcie jej nieposkromionej paniki założyła przyjacielowi ręce na ramię w głowie mając tylko jego wcześniejsze słowa: w razie wpadki udawaj, że się obściskujemy. Cholera, zamiast podejść do sprawy jak przystało na dorosłą i poważną obywatelkę niższej klasy społecznej otoczonej bogackim światem, co zrobiła Gardner?
Spanikowała.
Nie zadarła brody do góry i nie udawała, że zupełnie przypadkiem znalazła się tak blisko nich. Ona zwyczajnie siłą Patelowską pchnięta wywinęła takiego orła, że pociągnęła go razem ze sobą. Oczy zwilżyły się w jednej chwili, jak bolesny prąd przeszedł po jej łokciu wzdłuż ręki, wargę przygryzła, a z jej ust wydobyło się cichutkie i piskliwe — ja pierdole — które mógł usłyszeć jedynie William i o mój boże, ten sam, którego twarz miała milimetry od swojej. Zaraz jak tylko to zobaczyła poderwała się do góry, a przynajmniej próbowała, ale była niczym sarna na lodzie lub żyrafa świeżo po porodzie, w efekcie rozjeżdżała się jak jakaś łamaga i zdążyła jeszcze dwa razy spaść — zapewne boleśnie — na Williama nim w końcu udało się jej podnieść. Od razu zaczęła nerwowo poprawiać sukienkę, a potem wspaniałomyślnie podała w końcu dłoń swojemu przyjacielowi, by pomóc mu wstać na nogi.
— Nie to, to nie tak… — wyrzuciła nagle słysząc o używaniu ogrodu, a wiadomym było, że w takich sytuacjach to strasznie się jej język plątał. Bo przecież to wcale nie tak jak Peter sobie pomyślał! Uwielbiała Williama, ale już pierwsze spotkanie przy butelce naznaczyło ich znajomość, a podbicie oka zamiast pocałunku było chyba najlepszym co mogło się jej przydarzyć wtedy, bo zyskała super przyjaciela. I tak się bujali, a wszelkie potencjalne okazje do zbliżenia, o którym oni sami nawet nie myśleli to był czysty chaos. Jakby los sprawował nad nimi opiekę, by tego nie spaprali w żaden sposób. W innym uniwersum pewnie wymiatali jako para, ale w tym świecie nie miało prawa się przydarzyć.
— Jakoś tak poleciałam, a on poleciał na mnie i tak sobie polecieliśmy — spojrzała na Willa jakby chciała powiedzieć: ratunku?! i zarazem PRZEPRASZAM, bo nie chciała go w żaden sposób uszkodzić. Tylko tak się składało, że Gardner uszkadzała wszystkich wokół i nieliczni okazywali się odporni na jej chaos. A przecież nie chciała uszkodzić żadnego z nich.
Ze smutkiem obserwuje więc jak Peter garnie się do odejścia, ale gdy nagle przystanął to drgnęła. Delikatnie wciskała już pedał gazu, by skierować się w stronę paniki, ale jednak wciąż stała i patrzyła na niego jakby czekała, aż… aż coś zaproponuje. Nawet jeśli nie gadała z nim od ich ostatniej kłótni to wcale nie oznaczało, że tego chciała. Nie lubiła ciszy i nie znosiła się kłócić.
— No jasne, że możemy — chciała dodać, że nawet teraz, już, natychmiast, ale zalatywałoby straszną desperacją, co nie?
William N. Patel Peter Blythe
