Theo prowadził. Val sam go o to poprosił, nie czując się na siłach żeby po nieprzespanej nocy i w zdenerwowaniu wsiadać dzisiaj za kółko. Siedział więc w fotelu pasażera ze wzrokiem wbitym w boczną szybę i obaj wyglądali tak, jakby właśnie doszło między nimi do kłótni - ściągnięte twarze i cisza pomiędzy, wypełniona jedynie pomrukiem silnika i poszumem miasta za szybami. Atmosferę dało się kroić nożem, ale nie miała nic wspólnego z nimi, nie w takim sensie, na jaki to wyglądało.
Zanim całe szaleństwo nabrało tempa, gasili tęsknotę uzbieraną z dwóch tygodni trasy, robiąc to w sposób właściwy tylko kochankom. Val nadal czuł na sobie jego dłonie, zachłanne usta i to wkurwiające echo frustracji gdy wiadomość kompletnie zepsuła atmosferę, stawiając ich w zupełnie inny rodzaj gotowości. Nie byli więc źli na siebie i tak naprawdę nie byli nawet źli na Fran.
To, co wypełniało kabinę wozu, było zmartwieniem.
Wszystko przez brak informacji i w przypadku Vala, przez zmęczenie. Zawsze źle sypiał w busach i hotelach więc po dwóch tygodniach przypominał zombie. Jedyne o czym marzył, to ramiona kochanków i wygodne łóżko. Tymczasem w cholerę czasu zajęło im obdzwonienie posterunków policji, nadszarpując jego i tak nadwątlone siły, by ostatecznie dostali wiadomość od samego adwokata Fran, z prośbą by ją odebrali. Niestety facet nie pokusił się o żadne wyjaśnienia, pogłębiając jedynie ich niepokój. Bardzo dobrze, że telefon odebrał wtedy Theo, bo Val jak nic posłałby go do wszystkich diabłów. Pieprzone, do niczego nieprzydatne fiuty przyduszane krawatami. Nie ufał adwokatom, a jedyne krawaty jakie tolerował, to te które nosił Theo i to tylko wtedy, gdy naprawdę musiał.
Przez resztę czasu wolał mu je zdejmować.
Gdy zajechali pod futurystyczny gmach posterunku, Val lekko ścisnął udo swojego faceta. Przez większość drogi trzymał na nim dłoń w ramach cichego wsparcia. Teraz dotyk zniknął pozostawiając tylko plamę ciepła, bardzo wyraźną w rześkim powietrzu, które wdarło się do środka po otwarciu drzwi. Val wyciągnął paczkę fajek z kieszeni skórzanej kurtki i wysiadł zanim jeszcze zgasł silnik. Musiał zapalić.
Powietrze było chłodne i w ogóle nie smakowało tak, jak powinno. Wsunął do ust fajkę i pochylił głowę nad starą, benzynową zapalniczką. Metalicznie kliknęło wieczko, potem zachrzęściło krzesiwo. Blask ognia odbił się w jego oczach, gdy osłaniał go dłonią by nie zgasł od wiatru.
Zaciągnął się, a potem wydmuchując dym kątem ust, posłał Theo zamęczony uśmiech. Podsunął mu wymiętoszoną paczkę Belmontów. Ciekawe jak długo będą tu sterczeć jak kołki. Miał nadzieję, że nie zbyt długo, bo im bardziej był zmęczony tym mniejszą miał cierpliwość.
Zaciskając usta na fajce wypatrywał znajomej, zgrabnej sylwetki pośród tych niewielu ludzi, którzy znaleźli się tu mniej lub bardziej przypadkowo.
-
Jak boga kocham, jak zaraz tu nie przyjdzie, to pójdę tam i ją wyniosę - burknął bardziej do siebie niż do Theo. Jego głos, ochrypły po trasie i szlugach brzmiał nawet bardziej szorstko niż zwykle.
Zmrużył oczy, zamierając z papierosem w pół drogi do ust bo oto Fran pojawiła się w drzwiach posterunku w towarzystwie, jak się domyślał, adwokata. Dziękowała mu wylewnie, jak pokorne cielę i nie miało znaczenia, że może i słusznie. Ten widok cholernie go wkurzał. Serio musiała być tak miła? Tak dużo zrobił? Obserwował kolesia z nieukrywaną niechęcią, której on i tak nie mógł dostrzec, ale to bez znaczenia, bo Val nie robił tego na pokaz.
Rozluźnił się dopiero, gdy odszedł a Fran niepewnie podniosła na nich wzrok. Wyglądała jak dziecko, które doskonale wie, że dostanie burę.
I słusznie.
Val wydmuchał dym przez nos i rzucił niedopałek, przygniatając go butem. W przeciwieństwie do statecznego Theodore'a, który przypominał lodową górę o zmierzchu, on miał w sobie niebezpieczny urok trzaskającego ognia.
-
Nie mają w tym pierdolonym grajdołku telefonów? - warknął na przywitanie, rozdarty pomiędzy potrzebą wzięcia ją w ramiona, a sprzedania jej kilku porządnych klapsów za to, że tak cholernie musieli się o nią martwić. -
Chyba przysługiwał ci telefon, co? Dlaczego musimy się dowiadywać gdzie jesteś od jakiegoś złamasa?
Tak, było mu przykro i nie próbował tego ukryć. Ani wkurwienia, ani zmęczenia, ani niepokoju, którym podszyta była cała ta szorstka wypowiedź. Tęsknota z dwóch tygodni też nie była w niczym pomocna, podobnie jak to, że poza domem i kilkoma miejscami wolnymi od wścibskich oczu, nie mogli zachowywać się jak normalni partnerzy. Nie mógł od tak wziąć jej w ramiona i pocałować, tak jak mógł zrobić to Theo, który oficjalnie był przecież jej facetem.
Theodore Tellier Francesca de Villiers