ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007.
And they end up never knowing
Other suspect or what to expect
Mouth to mouth resuscitation
Sounding heartbeats - intimidations

Spoiler
Na ten moment nie jest pani formalnie zatrzymana ani oskarżona o popełnienie przestępstwa. Ze względu jednak na charakter prowadzonego śledztwa oraz fakt, iż była pani obecna podczas odkrycia miejsca zbrodni, prosimy o nieopuszczanie terytorium Kanady bez wcześniejszego poinformowania wydziału prowadzącego sprawę.

Możemy potrzebować ponownego kontaktu w każdej chwili — zarówno w celu uzupełnienia zeznań, jak i potwierdzenia określonych informacji dotyczących przebiegu wydarzeń. Prosimy pozostawać dostępnym pod wskazanym numerem telefonu i odbierać połączenia od śledczych lub funkcjonariuszy prowadzących dochodzenie.

Do czasu zakończenia wstępnych czynności dochodzeniowych prosimy również o nieujawnianie szczegółów sprawy osobom postronnym, mediom ani w mediach społecznościowych. Niewykluczone, że zostanie pani ponownie wezwana na przesłuchanie w charakterze świadka.

Czy wszystko jest zrozumiałe?
Była świadkiem zdarzeniajeszcze nie oskarżoną, jeszcze formalnie wolną od ciężaru zarzutów, choć lęk zaciskał się wokół żeber z siłą tak brutalną, jakby wyrok zapadł już dawno i jedynie nikt nie zadał sobie trudu, by powiedzieć jej o tym na głos. Nie odzywała się więc wcale. Szła posłusznie krok za krokiem za plecami znajomego adwokata, kurczowo trzymając się jego obecności niczym ostatniej poręczy zawieszonej nad przepaścią; słuchała jedynie szelestu kartek, stukotu obcasów o kamienną posadzkę i jego krótkich, konkretnych poleceń — nic nie mów, idź.
Drżała.
Żałośnie i mimowolnie, jak osika smagana październikowym wichrem, choć przecież usiłowała zachować twarz, podnieść podbródek, wyglądać na kobietę opanowaną. Nadaremnie. Wciąż miała przed oczami mijane przed chwilą cele — ciasne, cuchnące potem i znużeniem — oraz sylwetki zalegające za kratami z obrzydliwą, leniwą bezczelnością ludzi przekonanych, że spojrzeniem wolno im więcej. Wlepiali w nią wzrok bez skrupułów, ślizgając się nim po sylwetce, po odsłoniętej szyi, po dłoniach zaciskających się nerwowo na rękawie płaszcza; oglądali ją nie jak człowieka, a jak fasadę kobiety — ciało ubrane w strach. Cholera. Jeszcze teraz czuła na skórze lepki ślad tamtego zainteresowania, jakby nie opadł wraz z zamknięciem ciężkich drzwi komisariatu. Ostatnia parafka wyszła niepewnie, odrobinę krzywo; atrament rozlał się przy końcówce nazwiska, bo ręka zadrżała jej dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Potem podpis pod odbiorem prywatnych rzeczy — torebki, biżuterii, telefonu wrzuconego niedbale do płytkiego pudełka — i już. Viola. Tak po prostu. Jakby noc nie wydarzyła się naprawdę. Jakby nie spędziła ostatnich godzin siedząc na twardym krześle pod migoczącym światłem, próbując oddychać ciszej niż własna panika.
Wyszła.
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz z niemal obraźliwą świeżością; pachniało deszczem i brukiem. Zatrzymała się przy schodach tylko na moment, zbyt krótki, by ktokolwiek dostrzegł słabość, lecz wystarczający, by złapać oddech, który przez całą noc więziła pod mostkiem. Adwokat mówił jeszcze coś o terminach, o konieczności pozostawania pod telefonem, o możliwym wezwaniu. Kiwała głową pokornie, wdzięcznie, aż do przesady, dziękując mu z miękkością podszytą wstydem; przepraszała za tę późnonocną eskapadę po policyjnych dołkach, za konieczność wyciągania go z łóżka, za cały ten absurd.
Wstyd palił gorzej niż strach.
Kiedy odszedł, została sama pod kamiennym gmachem z zaciśniętymi palcami na pasku torebki i spojrzeniem wbitym w mokry bruk. Miasto nie spało. Miasto nie pytało. Miasto nawet nie zauważyło, że właśnie wypuściło ją z gardzieli z powrotem między żywych. — O cholera...Miała przejebane. Wymsknęło się tak jakoś, zaraz przegryzła wargę, papierosa pozostawiając na wpół niemal zmąconego przez ucisk dłoni. Stali przy samochodzie niczym wyjęci z marnego gangsterskiego kina lat osiemdziesiątych — zbyt nieruchomi, zbyt wystawieni na widok, z papierosem, którego brakowało już chyba tylko dla dopełnienia groteski całej sceny. — Dobry...wieczór, dzień, doberek?Witam i o zdrowie pytam? — Spięcie na kantach twarzy panicza Vegi zdradzało wszystko, choć zapewne oddałby wiele, by nie zdradzało niczego. Szczęka zaciśnięta odrobinę zbyt mocno, nozdrza rozszerzone przy spokojnym przecież oddechu, palce stukające krótko o drzwi auta — drobne sygnały zdrady własnego ciała. Wkurw. Zażenowanie. I ta szczególna, piekąca potrzeba, by wyjaśnić światu, sobie, przypadkowym przechodniom i wszystkim świętym naraz, co się właściwie odpierdalało oraz dlaczego — do ciężkiej cholery — znalazł się właśnie tutaj, pod tym samochodem, o tej porze, w tym towarzystwie.
Tyle że nie wyjaśniał.
Milczał, jakby cisza miała większą siłę rażenia niż każde możliwe tłumaczenie. Jakby wypowiedzenie tego na głos uczyniłoby sytuację jeszcze bardziej żenującą.
Najgorzej jednak było z Theo.
Z twarzy Theo można było wyczytać dokładnie tyle, ile z zamkniętych drzwi bez klamki — niby coś za nimi było, ale nie sposób było dostać się do środka. Stał oparty o karoserię z rękami wsuniętymi w kieszenie płaszcza i miną równie neutralną, co niepokojącą; ani zły, ani rozbawiony, ani zirytowany. Jakby wszystko go to zwyczajnie nie dotyczyło, choć przecież dotyczyło bezsprzecznie.
Przejebane.

Theodore Tellier Valentin Vega :podrywacz:
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Theo prowadził. Val sam go o to poprosił, nie czując się na siłach żeby po nieprzespanej nocy i w zdenerwowaniu wsiadać dzisiaj za kółko. Siedział więc w fotelu pasażera ze wzrokiem wbitym w boczną szybę i obaj wyglądali tak, jakby właśnie doszło między nimi do kłótni - ściągnięte twarze i cisza pomiędzy, wypełniona jedynie pomrukiem silnika i poszumem miasta za szybami. Atmosferę dało się kroić nożem, ale nie miała nic wspólnego z nimi, nie w takim sensie, na jaki to wyglądało.
Zanim całe szaleństwo nabrało tempa, gasili tęsknotę uzbieraną z dwóch tygodni trasy, robiąc to w sposób właściwy tylko kochankom. Val nadal czuł na sobie jego dłonie, zachłanne usta i to wkurwiające echo frustracji gdy wiadomość kompletnie zepsuła atmosferę, stawiając ich w zupełnie inny rodzaj gotowości. Nie byli więc źli na siebie i tak naprawdę nie byli nawet źli na Fran.
To, co wypełniało kabinę wozu, było zmartwieniem.
Wszystko przez brak informacji i w przypadku Vala, przez zmęczenie. Zawsze źle sypiał w busach i hotelach więc po dwóch tygodniach przypominał zombie. Jedyne o czym marzył, to ramiona kochanków i wygodne łóżko. Tymczasem w cholerę czasu zajęło im obdzwonienie posterunków policji, nadszarpując jego i tak nadwątlone siły, by ostatecznie dostali wiadomość od samego adwokata Fran, z prośbą by ją odebrali. Niestety facet nie pokusił się o żadne wyjaśnienia, pogłębiając jedynie ich niepokój. Bardzo dobrze, że telefon odebrał wtedy Theo, bo Val jak nic posłałby go do wszystkich diabłów. Pieprzone, do niczego nieprzydatne fiuty przyduszane krawatami. Nie ufał adwokatom, a jedyne krawaty jakie tolerował, to te które nosił Theo i to tylko wtedy, gdy naprawdę musiał.
Przez resztę czasu wolał mu je zdejmować.
Gdy zajechali pod futurystyczny gmach posterunku, Val lekko ścisnął udo swojego faceta. Przez większość drogi trzymał na nim dłoń w ramach cichego wsparcia. Teraz dotyk zniknął pozostawiając tylko plamę ciepła, bardzo wyraźną w rześkim powietrzu, które wdarło się do środka po otwarciu drzwi. Val wyciągnął paczkę fajek z kieszeni skórzanej kurtki i wysiadł zanim jeszcze zgasł silnik. Musiał zapalić.
Powietrze było chłodne i w ogóle nie smakowało tak, jak powinno. Wsunął do ust fajkę i pochylił głowę nad starą, benzynową zapalniczką. Metalicznie kliknęło wieczko, potem zachrzęściło krzesiwo. Blask ognia odbił się w jego oczach, gdy osłaniał go dłonią by nie zgasł od wiatru.
Zaciągnął się, a potem wydmuchując dym kątem ust, posłał Theo zamęczony uśmiech. Podsunął mu wymiętoszoną paczkę Belmontów. Ciekawe jak długo będą tu sterczeć jak kołki. Miał nadzieję, że nie zbyt długo, bo im bardziej był zmęczony tym mniejszą miał cierpliwość.
Zaciskając usta na fajce wypatrywał znajomej, zgrabnej sylwetki pośród tych niewielu ludzi, którzy znaleźli się tu mniej lub bardziej przypadkowo.
- Jak boga kocham, jak zaraz tu nie przyjdzie, to pójdę tam i ją wyniosę - burknął bardziej do siebie niż do Theo. Jego głos, ochrypły po trasie i szlugach brzmiał nawet bardziej szorstko niż zwykle.
Zmrużył oczy, zamierając z papierosem w pół drogi do ust bo oto Fran pojawiła się w drzwiach posterunku w towarzystwie, jak się domyślał, adwokata. Dziękowała mu wylewnie, jak pokorne cielę i nie miało znaczenia, że może i słusznie. Ten widok cholernie go wkurzał. Serio musiała być tak miła? Tak dużo zrobił? Obserwował kolesia z nieukrywaną niechęcią, której on i tak nie mógł dostrzec, ale to bez znaczenia, bo Val nie robił tego na pokaz.
Rozluźnił się dopiero, gdy odszedł a Fran niepewnie podniosła na nich wzrok. Wyglądała jak dziecko, które doskonale wie, że dostanie burę.
I słusznie.
Val wydmuchał dym przez nos i rzucił niedopałek, przygniatając go butem. W przeciwieństwie do statecznego Theodore'a, który przypominał lodową górę o zmierzchu, on miał w sobie niebezpieczny urok trzaskającego ognia.
- Nie mają w tym pierdolonym grajdołku telefonów? - warknął na przywitanie, rozdarty pomiędzy potrzebą wzięcia ją w ramiona, a sprzedania jej kilku porządnych klapsów za to, że tak cholernie musieli się o nią martwić. - Chyba przysługiwał ci telefon, co? Dlaczego musimy się dowiadywać gdzie jesteś od jakiegoś złamasa?
Tak, było mu przykro i nie próbował tego ukryć. Ani wkurwienia, ani zmęczenia, ani niepokoju, którym podszyta była cała ta szorstka wypowiedź. Tęsknota z dwóch tygodni też nie była w niczym pomocna, podobnie jak to, że poza domem i kilkoma miejscami wolnymi od wścibskich oczu, nie mogli zachowywać się jak normalni partnerzy. Nie mógł od tak wziąć jej w ramiona i pocałować, tak jak mógł zrobić to Theo, który oficjalnie był przecież jej facetem.

Theodore Tellier Francesca de Villiers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Theodore uwielbiał chwile, w których cała ich trójka znów mogła być razem. Choć jego praca bywała nieprzewidywalna, a ambicja potrafiła popsuć niejedną randkę lub wspólny wyjazd ze względu na niespodziewane pożary, które musiał nagle ugasić, to właśnie wyjazdy Valentina wydawały się wyznaczać tempo ich relacji. Każda dłuższa trasa wydawała się rozstaniem na kilka miesięcy, więc każde pożegnanie było intensywne i emocjonalne, a przywitanie stęsknione, czułe i zachłanne. Wziął więc kilka dni pracy zdalnej, aby móc pracować z domu i cieszyć się samą obecnością Vegi – odgłosem jego kroków na korytarzu, widokiem rzeczy porozrzucanych w mieszkaniu, unoszącym się zapachem piżma i cedru. Ciemne oczy Telliera zdecydowanie za często odrywały się od komputera, by móc śledzić płynne ruchy Vegi krążącego pomiędzy pomieszczeniami, a jego uwagę nieustannie przyciągała smukła linia bioder rysująca się ponad nisko osadzonym pasem spodni. Każdy pozornie zwyczajny ruch zdawał się skuteczniej rozpraszać go niż stos niecierpiących zwłoki wiadomości.
Gdy więc półtoragodzinne spotkanie zostało nagle odwołane Tellier nie rzucił się na swoją listę rzeczy do zrobienia, tak jak miał zwyczaju w podobnych sytuacjach, lecz zamknął laptopa i osaczył swojego chłopaka na kanapie. Usiadł mu na kolanach z pewnością kogoś, kto czuł się tam całkowicie na swoim miejscu, a zaciskając dłoń na jedwabistych włosach Vegi, odchylał jego głowę dokładnie tak, jak chciał, by bez przeszkód odnaleźć miejsca, za którymi tęsknił najbardziej — ciepłą skórę szyi, linię żuchwy i przestrzeń tuż pod uchem. Początkowo pocałunki były powolne i niespieszne, lecz w końcu wkradł się w nie charakterystyczny popłoch i zachłanność, gdy spragnione ciała zaczęły domagać się więcej pieszczoty, starając się zatrzeć wspomnienie dwóch tygodni rozłąki. Theo dostrzegł zmęczenie Valentina – spięte mięśnie, nieco wolniejsze ruchy – więc pozwolił dłoniom masować napięte ciało kochanka, zataczając koliste, silne ruchy wzdłuż jego barku i ramion, podczas gdy usta znęcały się nad wrażliwą skórą w okolicach szyi.
Wiadomości od Francesci nadeszły w momencie, w którym Theo klęczał pomiędzy nogami Vegi. Jego palce walczyły z klamrą paska, a usta obsypywały brzuch drobnymi całusami. Zignoruj, b ł a g a m wyjęczał nie będąc w stanie myśleć trzeźwo, nie podniósł nawet głowy, więc jego głos był przytłumiony, a słowa ledwo przypominały składane zdanie. Ciało Theodora zdawało się palić żywym ogniem, a tęsknota zdawała się znaleźć źródło ujścia.

Kolejne wydarzenia wydawały się wręcz odrealnione. Głupie, wolne, spragnione przyjemności ciało wciąż domagało się uwagi, podczas gdy umysł zdołał przejść w tryb skupienia i działania. Theo zadzwonił do pracy, aby poinformować przełożonego o nagłej, prywatnej sprawie, którą musiał się zająć, podczas gdy Vega kontaktował się z pierwszymi posterunkami policji. Niespodziewany telefon od adwokata okazał się wytchnieniem ulgi i pogłębieniem frustracji jednocześnie, gdy nieznany im mężczyzna podał adres, spod którego należało odebrać dziewczynę, kwotę wyznaczoną na kaucję oraz informację, że nie może udzielić więcej szczegółów.
Podróż na policę przebiegła w dość ponurej atmosferze, lecz Theodore czerpał komfort i otuchę z obecności Vegi. Co prawda wolałby, aby muzyka techno roznosiła się echem w zamkniętej przestrzeni, wierząc, że to pomogłoby nieco w zapełnieniu pustki, którą czuł zarówno w głowie jak i klatce piersiowej, lecz ze względu na zmęczenie i napięte nerwy kochanka nie włączył radia. Zamiast tego nakrył swoją dłonią jego dłoń.
Był wdzięczny zabiegom okoliczności za to, że całe to bagno wydarzyło się, gdy Valentin przebywał akurat w domu a nie trasie. Nie tylko dlatego, że mogli nawzajem wspierać się w tym pełnym chaosu błędzie (bo to musiał być błąd, prawda?), ale także dlatego, że nie wyobrażał sobie jak miałby go nawet powiadomić o tym wydarzeniu i jak miałoby to wyglądać bez niego.
Chłodne powietrze Toronto otrzeźwiało go w brutalny sposób, lecz chyba właśnie tego potrzebował. W milczeniu odmówił papierosa, a jego oczy wędrowały pomiędzy sylwetką Vala a wejściem do komisariatu. Niepokój powodował niewidzialną gulę w gardle, której nie potrafił przełknąć i sztywność w karku.
– Spokojnie, kochanie, z pewnością zaraz się pojawi – rzucił uspokajającym tonem i miał rację. Chwilę później Francesca wyszła z gmachu budynku w towarzystwie nieznajomego jegomościa, a Theo poczuł falę przeszywającej ulgi, gdy przekonał się na własne oczy, że nic jej nie ma. Wydawała się co prawda roztrzęsiona i zagubiona; zupełnie daleka od figury, którą przybierała na co dzień.
– Nie kłóćmy się przed komendą pełną psów może, co? – zaproponował Theo wiedząc jednocześnie, że wybuch złości ze strona Vala pochodził z jego strachu o ukochaną. – Jak się czujesz, Frankie? – dodał bacznie śledząc wzrokiem jej sylwetkę. Otworzył tylne drzwi od samochodu i przytrzymał je dla ich wygody. – Może porozmawiajmy w środku, hm? – zaproponował sądząc, że przytulne wnętrze służbowego BMW okaże się lepszą, prywatniejszą przestrzenią do odbycia rozmowy.

Francesca de Villiers Valentin Vega
gall anonim
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła się jak zmięta koszulka Vala — ta jedna, wyciągnięta później z miejsca w mieszkaniu tak absurdalnego, że nawet nie chciała dociekać, jakim cudem się tam znalazła; zgnieciona na wszystkich możliwych zagięciach, pozbawiona fasonu, z wyraźną pretensją do świata i właściciela jednocześnie. Dokładnie tak się dziś nosiła — wymiętolona przez godziny spędzone w tym parszywym dołku, z głową ciężką od własnych myśli i cierpliwością rozciągniętą do granic estetyki.
Kilka godzin wystarczyło.
Kilka godzin w miejscu, które cuchnęło zmęczeniem, stęchlizną i cudzymi problemami, by zdeptać wszelką ochotę do dalszej egzystencji z godnością. Doprawdy imponujące. Gdyby przyznawano nagrody za odbieranie człowiekowi woli życia przy użyciu czterech ścian i niewygodnego krzesła — ten przybytek zdobywałby złoto rok w rok. Bezkonkurencyjnie. Zwykle działała. W sytuacjach beznadziejnych zwłaszcza. Im bardziej wszystko szło do diabła, tym szybciej zaciskała zęby i szła dalej — z uporem godnym muła i równie wdzięcznym usposobieniem. Tym razem jednak wracała z poczuciem, że ktoś rozbebeszył jej myśli tępym nożem, a potem zostawił je byle jak porzucone pod żebrami. Chciała już tylko zniknąć.
Wcisnąć się pomiędzy partnerów, w swoją prywatną oazę, schować twarz w materiale czyjejś koszuli — oby mniej pogniecionej niż metafora podsuwała — i na kilka długich chwil przestać być potrzebna światu. Oprzeć się o znajome ciało, usłyszeć głos drugiego bez napięcia rozcinającego każde słowo na pół. Mieli przecież świętować powrót Vala do domu. Pić coś mocniejszego niż rozsądek, śmiać się z głupot, rozlać pewnie trochę alkoholu na stół lub podłogę — najlepiej jedno i drugie — i cieszyć się, że wreszcie był. Świętować do białego rana, aż by skończyli bez siły do życia, przygniatając najwygodniejszą poduszkę — Theo na długie godziny.
Błagam, ciszej... Ci ludziePsy i złamasy. Uśmiechnęła się blado do jakiegoś wyglancowanego lalusia, który dziwnie na nich spojrzał. Zazdrość dupę jarała, żeś nie miał takiej obstawy?? Westchnęła, próbując doszukać się sfatygowanej zapalniczki gdzieś po kieszeni. — Wykonują tylko swoją pracę, cynk doszedł do skutku jak widać. Ruszyłeś zacny kuper po mnie, dziękuję — Tyle, że zamiast świętowania dostała pretensje, jednakoż nie dziwiła się. Znała jego usposobienie. Znała aż za dobrze. Wiedziała, jak troska potrafiła wykrzywiać mu głos, jak niepokój obrastał złością niczym kolcami, byle nikt przypadkiem nie zauważył, że pod spodem naprawdę chodziło o strach. Wiedziała to wszystko. — Czuję się brudna... Patrzeli na mnie jak na kawał dupy do obrócenia — mężczyźni z celi obok. — Wiedziała też, że się martwił. Ale, na litość wszelkich sił wyższych i niższych — uniesiony głos muzyka nie pomagał! Nie sklejał zmęczonego człowieka z powrotem. Nie cofał parszywego dnia. Nie koił napięcia rozlanego po karku. Co najwyżej dokładał kolejną cegłę do muru, który i tak rósł między nimi z każdą sekundą. Zacisnęła szczękę, czując jak pod skórą buzują słowa równie ostre, gotowe wyjść z ust w najmniej odpowiednim momencie.
Bo najgorsze było to, że chciała jednocześnie przytulić go i udusić.
Przy drugim zakopać się pod uszy w kołderce i słuchać silnego bicia serca.
Irytująco wielowymiarowe zjawisko, ta miłość.
Nie powiedziałam wam pewnej rzeczy... Trup-człowiek... Trup zanim stracił... Człowiek zanim stał się trupem, tamten... Przydupas firmy sponsorującej teatr mnie nachodził! — gestykulowała jak mokra włoszka zza winka kamienicy, wymachując używką na prawo i lewo. Skup się! Bucior wystukiwał rytm ulubionej piosenki Reliq o asfalt — niecierpliwie, odruchowo, z tą znajomą nerwowością ukrytą pod pozorem całkowitego luzu — nim płuca łaskawie przyjęły to, czego domagały się od dobrych kilku godzin. Dym. Nikotynę. Oddech zastępczy dla zmęczonych ludzi i świętych idiotów. Wciągnęła go głęboko, aż zaszczypało przyjemnie pod mostkiem; aż napięcie, choć odrobinę, odpuściło z barków. —Ostatnie dni miałam spokój... Nie dobijał się na telefon mojej asystentki... — Torebkę wrzuciła do środka auta z rozpędu — wylądowała gdzieś na siedzeniu pasażera z głuchym pacnięciem, pewnie obijając się o coś równie chaotycznie porzuconego. Nie przejęła się. Za to spojrzała na niego — na swojego misiunia-pysiunia Theośka. — Do dnia wczorajszego, nim zadźganego znalazłam go niedaleko teatru... Wywalone bebechy, rybie oczy... Trup.
Potrzebowała ramion, kolan, dłoni, czyjegoś barku pod policzkiem — całego tego miękkiego absurdu bliskości, który pozwalał człowiekowi nie rozsypać się na parkingu między samochodem a niedopałkiem.
Ale nie zasłużyła.
Przynajmniej tak podpowiadał parszywy głosik z tyłu głowy — ten sam, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy miała dość. Gdy emocje wisiały ciężko pod skórą, a zmęczenie robiło z człowieka kogoś nieznośnie dramatycznego. Aż zrobiło się jej od tego smutno. Głupio wręcz. Bo zamiast zwyczajnie wtulić się w Theośka, bądź złapać Valesia za dłoń i zniknąć w ich cieple choćby na pięć minut, musiała jeszcze wyciągnąć z gardła całą tę historię.

Theodore Tellier Valentin Vega
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Stanowili osobliwą kombinację charakterów, na pierwszy rzut oka tak różnych od siebie, że szaleństwem wydawała się ich relacja. A jednak każde z nich uzupełniało drugiego, było brakującym elementem osobowości i gdyby teraz kogoś zabrakło, reszta totalnie by się rozpadła.
Bo już nie potrafili bez siebie żyć.
On nie potrafił.
Dlatego to, co dzisiaj zafundowała im Fran tak kurewsko go ruszyło. Gdyby nie Theo ze swoją świętą cierpliwością, Val na bank zrobiłby coś głupszego niż nawarczenie na bogu ducha winną dziewczynę. Na przykład przyjechałby do tego cholernego komisariatu i tak się ciskał, że to pewnie on siedziałby teraz za kratkami czekając na sprawę za znieważenie i pobicie funkcjonariusza. Zawsze miał gorącą krew, ale najgorzej radził sobie w stresowych sytuacjach wymagających cierpliwości.
Kiedyś, zanim on i Theo się dotarli, Valentina wkurwiał ten cały jego stoicyzm. Dopiero po czasie zaczął go uziemiać i obecnie stanowił niezbędny element rzeczywistości. Spokojny ton działał kojąco w każdej sytuacji, również w tej. Vega ciężko wypuścił dym nosem i przeklął. Każdy kto zwróciłby na niego uwagę w tej chwili, uznałby że wkurza go jego pierdolenie, ale Theo znał go zbyt dobrze. I widział jak napięcie opuszcza jego ramiona, a szczęka przestaje się zaciskać. Gdyby nie byli w miejscu publicznym Vega pewnie wcisnąłby mu twarz w szyję, szukając spokoju nie tylko w jego słowach, ale i bliskości.
Konspiracyjny syk Fran zburzył ledwie odzyskaną równowagę. Val zacisnął szczęki, rzucając ostre spojrzenie przechodzącemu kolesiowi, o którego opinię dziewczyna się martwiła. Facet natychmiast odwrócił wzrok. Val miał w dupie, co myślą o nich randomowi przechodnie i oni dobrze o tym wiedzieli.
- Nie kłócę się - mruknął jak obrażony gówniarz, ale gdy Fran na swój sposób podziękowała, szukając po kieszeniach ognia, on cmoknął i podsunął jej odpaloną zapalniczkę. Wyraz jego twarzy złagodniał tylko na moment, bo słowa o jakichś obleśnych fiutach, którzy obmacywali ją spojrzeniem, skutecznie podniosła mu ciśnienie. Miał już dosyć tego rollercoastera emocji.
- Wsiadaj - rzucił, kiedy Theo otworzył drzwi, proponując żeby porozmawiali wewnątrz. Valentinowi nie zależało na dyskrecji, ale nie był złamanym kutasem, który nie dba o komfort bliskich.
Słuchał tych chaotycznych wyjaśnień czując, że zaraz naprawdę komuś przypierdoli. Najlepiej temu złamasowi, co już nie żył. Miał szczęście, bo jakby żył, to niedługo umierałby jeszcze raz i to w męczarniach. Był zły, nie, był wkurwiony, że Fran mówiła im o tym dopiero teraz, ale widząc jej roztrzęsienie powstrzymał dalsze pretensje. Na nie przyjdzie czas później, teraz potrzebował ją przytulić i sprawić żeby przestała się tak trząść i wyglądać na kompletnie rozbitą.
I żeby zapomniała o tym, co widziała.
Do tej pory myślał, że może znalazła jakiegoś pijaczka, który dokonał żywota gdzieś na okolicznej ławce, ale "wywalone bebechy"?
- Ja pierdole - westchnął, przecierając oczy palcami. Rzucił zaniepokojone, odrobinę zszokowane spojrzenie partnerowi. To było jakieś szaleństwo. Potem jeszcze raz zwrócił się do Fran. - Wsiadaj - powtórzył twardo, chociaż teraz w jego głosie dominowała troska. Jeśli nie zareagowała, chwycił ją za nadgarstek, lekko pociągnął i dodał miękko. - No już, laleczko, wracajmy do domu.
Kiedy Theo zatrzasnął za nimi drzwi, natychmiast przyciągnął ją do siebie, zaborczo obejmując ramieniem i pozwalając na każdą formę bliskości, której teraz potrzebowała. Z ulgą wcisnął nos w jej włosy, głęboko oddychając znajomą wonią. Nienawidził każdej sekundy, którą musiał spędzić przed autem nie mogąc zrobić tego, co teraz.
- To pojebane - zamruczał, dużą dłonią opiekuńczo pocierając jej plecy. - Tak kurewsko mi przykro, że musiałaś przez to przejść.

Theodore Tellier Francesca de Villiers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Francesca była kobietą pełną uroku.
Z niesamowicie piękną twarzą o wysokich kościach policzkowych podkreślających jej elegancję i wyraźnych krawędziach żuchwy, po których Theodore kochał przejeżdżać językiem, nadających jej pewien niebezpiecznie pociągający wyraz, wobec którego nie sposób było przejść obojętnie. Jej oczy o migdałowym kształcie miały ciepły, głęboki odcień brązu. Patrzyła na świat pewnie, bez zawahania, z błyskiem, przyciągającym uwagę silniej niż jej uśmiech, a mężczyźni milkli pod jej ciężarem spojrzenia, gubiąc wątek i własne myśli. Zdołała jednak zachować w sobie dziewczęcy urok, który sprawiał, że wyglądała o wiele młodziej niż inne koleżanki w jej wieku.
Lecz jej ciało wydawało się stworzone do grzechu. Szczupłe, silne, z wyraźnie zarysowaną talią, okrągłymi pośladkami i jędrnymi piersiami. Miękka, jedwabista skóra, na której łatwo było docisnąć ślady po zbyt długo zaciśniętych ustach lub zębach. Korzystała z niego, tak jak wirtuoz z dobrze nastrojonego instrumentu, grając nim z naturalną swobodą i wyczuciem. Każdy ruch i gest wydawał się częścią melodii w odgrywanym przez nią przedstawieniu.
Aparycja Franceski potrafiła pozbawiać go zdrowego rozsądku. Lecz nader wszystko pociągał go jej umysł. Elokwencja, ostry jak brzytwa żart, cięte riposty. Determinacja i oddania z jakim oddawała się teatrowi. To z jaką wrażliwością postrzegała świat i otaczających ją ludzi, z jaką uwagą obserwowała jego i Valentina wyłapując te wszystkie niewypowiedziane potrzeby, marzenia i obawy oraz to, jak na nie odpowiadała.
Telier najchętniej przytuliłby Frankie. Przyciągnął do swojej piersi, objął ciasno ramionami, zanurzył twarz w jej włosy wdychając głęboko jej zapach, nawet jeżeli wciąż nosiła na sobie woń komisariatu i znajdujących się tam ludzi. Potrzebował jej ciepła i bliskości, a także ramion Valentina zaciśniętych wokół nich.
Nie poddał się jednak temu pragnieniu. Nie ze względu na to, że wolał trzymać niski profil, jeżeli chodziło o ich relację, lecz z powodu otoczenia. Nie chciał przyciągać wzroku policji ani dawać im ewentualnych tematów do plotek. Nie w momencie, w którym jego dziewczyna spędziła na dołku wiele godzin, w otoczeniu psów i pozostałych typów urodzonych pod jedną i tą samą czarną gwiazdą. Nie chciał, aby Francesca spędziła w pobliżu tego miejsca choćby jeszcze jedną, zbędną chwilę. Pragnął zabrać ją daleko stąd. Najlepiej do domu; ich łóżka; ramion jego i Vegi.
– Koleś cię nachodził, a my dowiadujemy się tego po jego śmierci? – Niedowierzanie, które czuł Theodre nie pojawiło się w jego tonie, który był przesiąknięty bardziej irytacją i złością. Nie na Frankie. Wiedział doskonale, że nie powiedziała im o swoim wielbicielu zapewne spodziewając się ich wściekłej reakcji, lecz nie potrafił stłamsić w sobie uczuć, które buzowały mu pod skórą niczym rozgrzane węgliki. Spojrzał na Vegę, który podobnie jak on, wydawał się słyszeć tę informację po raz pierwszy.
Złagodniał jednak, gdy usłyszał chaotyczną relację ze znalezieniem trupa. Współczucie ścisnęło jego twarz, gdy oczy jego i Frankie spotkały się. Nie pojmował jak w ogóle ich dziewczyna mogła znaleźć się w takiej sytuacji. Czy nie mogła zostać tego dnia w domu? namawiali ją przecież rano, gdy stojąc nadzy przed lustrem po wspólnym prysznicu przyssali się do jej szyi – Val z lewej strony, Theo z prawej – obiecując, że nie pożałuje. Kurwa.
– Wygodnie? – Upewnił się zanim zatrzasnął za nimi drzwi, po czym szybkim krokiem obszedł samochód i wsiadł na miejsce kierowcy. Zanim uruchomił silnik przekręcił lusterko tak, aby móc obserwować ich na tylnej kanapie, a słaby uśmiech wypłynął na jego twarz, gdy zobaczył, jak Val oferuje jej swoją osobę w ramach komfortu. Sprawnie włączył się do ruchu i mocno naginając przepisy ruchu drogowego (przekraczając prędkość i łamią nakaz skrętu w prawo) skierował się w stronę ciasnych uliczek, pomiędzy którymi ulokowały się małe sklepiki i restauracje, poruszał się głównie pomiędzy samochodami dostarczającymi zapasy i dostawy, by znaleźć odpowiednie, ustronne miejsce do rozmowy. W końcu znalazł ślepy zaułek, który pomimo swoje obskurności, oferował całkiem sporo prywatności. Potrzeba wyjaśnienia całej tej sytuacji i ukojenia ich zszarpanych nerwów była silniejsza niż chęć znalezienia się w domu i łóżku, więc gdy zaparkował, przesunął fotel maksymalnie do przodu, by zrobić sobie więcej miejsca na nogi, po czym wysiadł i przesiadł się na tylną kanapę. Gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi jego ramię objęło dziewczynę, a usta znalazły jej niemal miażdżąc je w gorliwym, zachłannym pocałunku nie mającym w sobie nic z pożądania, a tylko pierwotną potrzebę bliskości i bezpieczeństwa. Jego lewa dłoń automatycznie sięgnęła do kolana Valentina, a następnie przesunęła się w górę jego uda, po to by zacisnąć się w jego połowie.
– Odchodziliśmy od zmysłów nie wiedząc, co się dzieje – szepnął, gdy oderwał się od ust kobiety. Przycisnął brodę do jej czubka głowy i spojrzał na swojego chłopaka. – Nigdy więcej tak nie rób, proszę. Jeżeli czujesz, że dzieje się coś niedobrego i będziesz miała kłopoty pisz od razu, gdzie jesteś i co się stało, nie żartuj o tym, że mamy nakarmić Twojego kota i że nie wracasz do domu na noc. – Złożył delikatny pocałunek na czubku jej głowy, a jego prawa dłoń powędrowała do jej karku, gdzie palce zaczęły masować napięte mięśnie.
– A teraz opowiedz nam wszystko od początku. Co to za facet, ile Cię nachodził, dlaczego, jak go znalazłaś i o co właściwie zostałaś oskarżona. –

Francesca de Villiers Valentin Vega
gall anonim
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez lata wmawiała sobie, że wyrosła już z tamtej dziewczynki.
Nie można się załamywać — jak potrafił gadać jej ojciec niekiedy, nęcąc drżące z nerwów palisady dłoni zawieszone nad połyskującymi klawiszami pianina, mając się chwalić nowymi umiejętnościami. Gdy kolejne strony umów rozrastały się na ekranie niczym pasożytnicze pnącza, oplatające dzień roboczy coraz ciaśniejszym splotem paragrafów. Pieprzone zawahanie. Pieprzone wątpliwości. Pieprzone momenty, w których człowiek stawał naprzeciw własnego odbicia i odkrywał, że pod warstwą nowych doświadczeń wciąż mieszka ten sam przestraszony dzieciak. Ojciec zawsze mówił dużo. Za dużo. Dywagował głośno nad każdym aneksem, każdą zmianą warunków współpracy, każdą decyzją, jakby świat był wielką machiną złożoną wyłącznie z zasad, które wystarczyło odpowiednio zrozumieć, by nigdy więcej nie dać się skrzywdzić. Zasady nie chroniły przed wszystkim. Nie chroniły przed samotnością. Nie chroniły przed strachem. Nie chroniły przed tym paskudnym uczuciem, że niezależnie od przebytych kilometrów nadal pozostaje się więźniem własnej skóry.
Przecież zostawiła to za sobą.
Tamten dom. Tamte przywary. Tamte wieczory spędzane na przeżuwaniu każdej porażki do krwi. Była przekonana, że wyrosła z tamtej dziewczynki, że zakopała ją głęboko pod warstwami nowych doświadczeń, sukcesów, blizn i zwycięstw. Że nie istnieje już mała Fran, skulona pod ciężarem własnych oczekiwań.
Mieliście ważniejsze kwestie na głowie... Theo... Mylnie żyłam w przekonaniu, że nadzwyczaj musiał posiadać nudne życie — wytłumaczyła pokracznie, dementując motywy własnej konspiracji, która była żenująca w jej wykonaniu. Cholernie zła, dewastująca — bała się spojrzeć w oczy Theośka, mimo, że nigdy nie warczał głośno na świat, który strzępił kłody pod nogi. — Nie uczyniłam... — Urwała własny tok myśli w połowie zdania, kiedy Vega niemal siłą wciągnął ją do samochodu. Zdążyła jedynie wyrzucić niedopałek gdzieś w bok, pewnie fundując sobie mandat za zaśmiecanie miejsca publicznego. Nieważne. Niech wystawią nawet dwa. Drzwi zatrzasnęły się głucho, odcinając świat od środka pojazdu, a ona nagle znalazła się w jego ramionach. Wtedy wszystko pękło: — Mon Dieu, Val... Wypatroszyli go niemalże jak śmiecia...
Czując kojące ramiona partnera, czując ciepło i bliskość, jego zapach — znajomy, głęboko osadzony w pamięci aromat człowieka, przy którym organizm wreszcie pozwalał sobie przestać walczyć — poczuła, jak łzy napływają jej do oczu z niemal obraźliwą łatwością. Jakby przez cały ten czas czaiły się gdzieś pod powierzchnią. Nie musisz być wiecznie silna, Fran, wiesz? Musisz. Załkała cicho, jakby te dwa słowa potrafiły rozedrzeć coś głęboko pod żebrami. Dłonie same odnalazły drogę wokół pasa ukochanego, zaciskając się na materiale ubrania z desperacją tonącego, który właśnie odnalazł fragment stabilnego lądu. Nie mogła powstrzymać drżenia. Ani głosu. Ani własnego ciała, które nagle przestało słuchać wyuczonych przez lata komend. Przez moment nienawidziła tej słabości. Żałosnego rozedrgania mięśni, które zawsze uważała za dowód przegranej. Potem wtuliła się mocniej, zachłannie wciągając powietrze do płuc z wolna sponiewieranych używkami, stresem i zmęczeniem, i pozwoliła sobie o tej nienawiści zapomnieć. Jak dobrze, że ich miała.
Kochała ich bardzo. Każdego osobno. Każdego inaczej. Widziała w nich coś, czego nigdy nie potrafiła ubrać w wystarczająco trafne słowa — upodlone twórczo ideały, piękni właśnie przez własną nieidealność. Istoty niedokończone, pełne rys i absurdów, które zamiast odbierać im wartość, czyniły ich bardziej prawdziwymi. Kiedyś próbowała im to tłumaczyć. Tłumaczyć, dlaczego nie potrafi kochać według prostych schematów, dlaczego uczucie nie zachowuje się jak równanie, które można rozpisać na czynniki pierwsze i podzielić sprawiedliwie między uczestników. W końcu dała sobie spokój. Nie wszystko wymagało definicji.
Jej Valeś i jej Theoś.
Dwaj mężczyźni tak różni od siebie, że zdrowy rozsądek powinien zabraniać umieszczania ich w jednym zdaniu, a jednak los uparcie splatał ich ścieżki wokół niej niczym korzenie dwóch odmiennych drzew czerpiących wodę z tego samego źródła. Każdy nosił własne blizny. Własne przywary. Własne demony. Każdy potrafił doprowadzić ją do furii równie skutecznie, jak do śmiechu. I może właśnie dlatego byli tak nieznośnie ważni. Nie byli pomnikami. Nie byli bohaterami z tanich opowieści. Byli ludźmi. Cudownie, boleśnie ludzkimi.
Désolé, Theo... — Nie dokończyła. Słowa rozpadły się gdzieś pomiędzy oddechami, nim zdążyły przybrać pełniejszą formę, nim zdołały przedrzeć się przez ściśnięte gardło. Dotychczas kierujący samochodem Tellier znalazł się nagle tuż obok; nareszcie razem. W komplecie. Jak organizm, któremu zwrócono utraconą część, przez długie godziny odczuwaną jako nieustanny, drażniący brak. Nie zdołała powiedzieć ani słowa; zachłanność pocałunku skutecznie uciszyła wszystko, co próbowało wydostać się z wnętrza. Nie było w nim jednak gwałtowności. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego — ulga. — M-mieliście dużo własnych spraw — Val niedawno wrócił, Ty zaliczałeś ostatnie sprawy z tym beznadziejnym projektem! — Och, to się rozgorączkowała. Westchnęła, przybierając lekkość rumieńców na policzku, niedobrze, naskoczyła na swojego kochanie, jednego i drugiego — cholera.
Jedna dłoń nadal kurczowo trzymała materiał koszulki Vala, jakby podświadomie obawiała się, że wystarczy moment nieuwagi, by rzeczywistość ponownie odebrała jej to, co odzyskała. Drugą uniosła ku twarzy Theo, muskając jego policzek z ostrożnością niemal niepasującą do własnego charakteru. Kciuk przesunął się po skórze w krótkim, czułym geście, próbując zagłuszyć niepokój, który widziała w jego oczach jeszcze zanim zdążył go ukryć. — Zaczęło się cztery miesiące temu, bo głośnej sprawie z praniem brudnych pieniędzy przez poprzedniego inwestora... Władza chcąc uciąć powiązania, zabrała połowę dofinansowania nakładu na rozpoczęte prace nad spektaklami autorskimi, moimi! — szepnęła zawstydzona swoim brakiem kontroli. Przesunęła dłoń raz jeszcze po jego policzku, potem po karku, zatrzymując ją tam na moment. — Pewnego dnia wpadł ten tru... CZŁOWIEK...! Człowiek i zaczął nagabywać mnie i kilka innych dziewczyn. Wzięłam sprawę na siebie i postawiłam ultimatum — Z dwojga złego, najbardziej unikała spojrzenia w kierunku Vala, znając doszczętnie roszady jego niekonwencjonalnych podsumowania sytuacji patowych i zwyczajnych. Koniuszkiem języka przejechała po dolnej wardze, doprowadzając się do stateczności oddechu. Co dalej im mówić? — Oskarżona jeszcze nie, bardziej główna podejrzana... Jestem na kilku nagraniach z teatru i przed nim. Tak powiedział mi kolega z wydziału zabójstw... — mruknęła niczym kotka, lgnąć do delikatnego rozmasowania spiętych jak diabli mięśni karku i pleców. — Mam zakaz opuszczania kraju, ciągle być pod telefonem — za kilka dni pewnie sprawa trafi do mediów.Jeśli już nie rozeszły się plotki.

Valentin Vega Theodore Tellier
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Był zły, naprawdę. Miał ochotę przetrącić komuś szczękę za to, co się działo, chociaż ani tu ani tym bardziej za zamkniętymi drzwiami auta, nie było nikogo winnego. Mógł kurwić jedynie na system, zbiegi okoliczności czy chuj wie co jeszcze, ale to nie dawało żadnej satysfakcji, budując tylko frustracje i poczucie bezsilności. Tej ostatniej nienawidził najbardziej, a czuł ją wyraźnie, kiedy Fran pochlipując wtuliła się w jego pierś. Rzadko widział ją tak kruchą i bezbronną, tak totalnie rozpieprzoną i odkrytą. Ten widok łamał mu serce, ale paradoksalnie również go uspokajał. Nie dlatego, że był szaleńcem dyszącym z podniecenia nad babskimi łzami ani nawet nie przez fakt jej zaufania. Chodziło o autentyczność. Zmywanie płaczem trudów i problemów okropnej nocy; łamanie tych popieprzonych, krzywdzących schematów, które wpajano jej od dziecka. Bo na wszystko był czas, na śmiech i łzy. Wszystko przychodziło i odchodziło, wszystko miało swoje miejsce i moment. Więc dobrze, że nie ukrywała przed nimi emocji, że była jego biedną, zapłakaną dziewczynką, którą mógł tulić do piersi szepcząc "wszystko będzie dobrze" z mocą, w którą mogła wierzyć. Bo będzie dobrze. Zadbają o to, choćby mieli spalić cały świat.
Trzymając ją w ramionach mruczał słowa czułości i pocieszenia. Przesuwał dłonią po drżących ramionach i po prostu pozwalał jej się wypłakać, rozpaść na kawałeczki, które, gdy przyjdzie czas, pozbiera i znów uczyni ją kompletną. Gdyby Theo nie zatrzymał samochodu gdzieś w pustej uliczce, pewnie nie odezwałby się przez resztę drogi. Nie chciał wyciągać z niej informacji gdy moczyła mu koszulkę swoimi łzami i tak desperacko zaciskała drobne dłonie wokół jego talii.
- Dlaczego stoimy? - mruknął, podnosząc wzrok żeby zorientować się w sytuacji. Ale Theo już zatrzaskiwał za sobą przednie drzwi i szarpnięciem otwierał tylne. Wypełnił sobą resztę przestrzeni na samochodowej kanapie i z gniewną zaborczością wziął w posiadanie smakujące łzami usta dziewczyny. Wyglądał na wzburzonego i było w tym coś jednocześnie pięknego i smutnego. Val zmarszczył brwi, dochodząc do wniosku, że przez zmęczenie i martwienie się o Fran nie zauważył jak cholernie źle wpływało to na niego. Theo jeszcze rzadziej i mniej wyraźnie niż ona okazywał negatywne emocje, a choć Val znał go już jakiś czas, to najwyraźniej wciąż niewystarczająco. Wkurwiał się o to w duchu. O tę jego beznadziejną skrytość. O to, że odbierała mu dostęp do jego serca.
Sapnął przez nos i kiedy ich spojrzenia spotkały się ponad głową Fran, w oczach Valentina był ten szczególny rodzaj szorstkiej troski, którą zwykł karmić ich gdy był jednocześnie zirytowany i zmartwiony. Tym razem nie o nią, ale właśnie o niego.
Oderwał dłoń zaciśniętą w połowie swojego uda i przyciągnął do swoich ust. Kiedy Theo bardzo słusznie strofował Fran, on czule całował kostki jego palców.
Dziewczyna próbowała się jeszcze bronić, ale ostatecznie zrozumiała najwyraźniej, że takie wymówki są bez sensu. Zjebała, taka była prawda, więc teraz powinna przestać już owijać w bawełnę. Val chciał co prawda dać jej więcej czasu i wolał rozbierać tę sprawę (a najlepiej samą Fran) w zaciszu domu, ale skoro Theo podjął inną decyzję, nie zamierzał się z nim sprzeczać.
- To żadne wytłumaczenie - mruknął do niej. - Już sobie wyobrażam jak ojebałabyś nas, gdyby któryś zrobił taki numer tobie - skwitował, uśmiechając się krzywo.
Puścił dłoń Theo i odchylił się, opierając głowę o zagłówek. Rozluźnił ramię, którym do tej pory obejmował dziewczynę, pozwalając by w całości zwróciła się ku Tellierowi. Sam patrzył na nich zmęczonym wzrokiem człowieka, który najchętniej położyłby się do łóżka. Kiedy Fran była już bezpieczna i mogli zabrać ją do domu, adrenalina odpuszczała zostawiając po sobie znużenie. Co nie znaczy, że puszczał wyjaśnienia mimo uszu.
Słuchał bardzo uważnie.
- Od czterech miesięcy gość cię nachodził, a ty milczałaś? - Pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie musiał mówić, że jest mu przykro i jak jest wkurwiony, bo nawet w spokojnym tonie mogła wyczuć ostre nuty negatywnych uczuć. - Co to właściwie znaczy, że was na nagabywał i wzięłaś sprawę na siebie? I co to za kolega z wydziału zabójstw? Nie mówiłaś, że masz znajomych w policji. Chyba, że tobie. - Przeniósł wzrok na Theo, spojrzeniem zadając mu pytanie. Już pominął fakt, że zamiast z nimi, najpierw skontaktowała się z jakimiś kolegami. Trochę usprawiedliwiało ją, że byli z policji i mogli po prostu bardziej się przydać. Niestety rozsądek nie chciał współpracować z sercem, które marudziło, że to nie fair.
Jeśli chodziło o plotki i rozgłos, to miał to gdzieś. Dopóki niczego jej nie udowodnią, była niewinna. Grunt, żeby tak pozostało.
- Jest jeden plus tej zasranej sytuacji. Skoro nie żyje, to już nie będzie was nachodził - uśmiechnął się ponuro.

Theodore Tellier Francesca de Villiers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Służbowy samochód nigdy nie wydawał mu się specjalnie przytulny. Był pozbawiony wszelkich osobistych akcentów, które mogłyby zdradzać charakter właściciela. W prywatnym aucie zdjęcie ich trójki – zrobione za kulisami podczas koncertu Vala, gdy Vega i Frankie siedzieli na kolanach Thedora – znajdowało się w daszku przeciwsłonecznym, breloczek wykonany przez brunetkę zwisał z lusterka i pełnił rolę amuletu ochronnego, a ulubione płyty, w tym wszystkie krążki Reliq, wylewały się ze schowka. Obok lewarka zawsze leżała ich ulubiona paczka gum do żucia, w bagażniku koc, z którego korzystali, gdy spontanicznie kierowali się na obrzeża miasta, by pobyć z dala od cywilizacji, lecz we własnym, miłym towarzystwie. BMW należące do korporacji nie przesiąkło zapachem perfum Valentina, nie posiadało plamy po kawie rozlanej przez Francescę, lecz gdy gnieździli się w trójkę na tylnej kanapie, Tellier poczuł się w nim wyjątkowo bezpiecznie i komfortowo. Zapach jego kochanków mieszał się w ten cudowny sposób, który obezwładniał i czynił go kompletnie bezbronnym wobec nich. I choć był człowiekiem skrytym i zwykł trzymać nerwy na wodzy, tłamsząc w sobie te wszystkie gorące fale, które zdradliwie przyjmowały górę nad rozsądkiem, poczuł kruszące się w nim bariery zwykłego opanowania. Było coś naturalistycznie pięknego w tej sytuacji – w łzach Franceski, we wzburzeniu Vegi – co napawało go pewnością, że wspólnie są w stanie pokonać wszystko, co jeszcze kilka godzin temu wydawało się niemożliwe do udźwignięcia. Jego palce z determinacją zataczały kręgi na szyi dziewczyny chcąc rozbić napięcie skumulowane w jej ciele, a usta co chwilę opadały na jej policzki, by złapać wymykające się w oczu łzy i Theodore pozwolił, by ich słony posmak osadzał się na wargach.
– Mon Dieu, Francesca. Mon amour, comment as-tu seulement pu penser ça? – wyszeptał ze szczerym zdumieniem i bólem. – Ja zawsze mam jakieś problemy w projekcie, a Valentin nie może opuszczać tras, tak wygląda nasze życie, lecz na miłość boską, nie ma dla mnie nic ważniejszego niż bezpieczeństwo moich bliskich. Jeżeli dzieje się coś niedobrego, to musisz nas o tym informować – jego głos wibrował czułością i mocą, którą zdawał się absorbować od Vegi — tej, którą muzyk emanował w życiu i która czyniła go nieustraszonym nawet wtedy, gdy świat wokół niego płonął.
Długie palce głaszczące jego twarz i drobne pocałunki składane na jego dłoni koiły jego nerwy i zdawały się nieco łagodzić falę goryczy, złości i zmartwienia, która osiadała na jego barkach, gdy Francesca relacjonowała wydarzenia ostatnich czterech miesięcy. Rany boskie. Jak to wszystko mogło mu umknąć? Czy naprawdę był aż tak zakopany w pracy, że nie zauważył żadnych znaków zwiastujących katastrofę? Nie dostrzegł żadnego zmęczenia, zaniepokojenia, czy nerwowości ze strony ukochanej? Spojrzał na Valentina, który przyglądał się mu z tą charakterystyczną dla siebie szorstką czułością i pozwolił, by na jego twarzy pojawiło się nieme pytanie wiedziałeś coś o tym?
– Frankie, nie mogę uwierzyć w to, że nic nam nie powiedziałaś! Ani o cięciach, ani o tym palancie, który Cię nachodził! – jego ton przepełniony był niedowierzeniem, lecz nie był ostry. Nie chciał się kłócić, miał ochotę pluć sobie w brodę za to, że nie dostrzegł w porę, że coś było nie tak. Valentin znajdował się w podobnym stanie, Theodore przyglądał mu się z troską w oczach, gdy Vega w końcu puścił jego dłoń i pozwolił sobie na to, by zmęczenie wypłynęło na lica. W milczeniu pokręcił głową na zadane nieme pytanie, które wyczytał z jego twarzy. – To są bardzo dobre pytania, Val. Tłumacz się, Francesca! I czym było do cholery to ultimatum? Nie wciskaj nam tutaj okrojonej, ocenzurowanej wersji, tylko opowiedz wszystko. – Ostatnie słowo zaakcentował z siłą, by nie miała wątpliwości, że każdy szczegół był dla nich ważny. Jego dłoń opuściła jej kark i spoczęła na plecach, gdzie palce zataczały drobne, nierówne wzory.
– Cóż, ta sytuacja ma jeszcze jeden plus, choć nie wiem, czy w tej chwili będziesz chciała to tak dostrzegać – mruknął, a uśmiech, który pojawił się na jego twarzy był raczej suchy i pozbawiony wesołości. – Ludzie będą walić drzwiami i oknami na Twoje spektakle, jeżeli wypłynie, że to właśnie Ty go znalazłaś. Takie rzeczy zawsze przyciągają uwagę i budzą ciekawość. – Wiedział, że wiele osób zechce pojawić się w tatarze tylko po to, by z nadzieją doszukać się jakiegoś drugiego dnia w jej sztuce. Wskazówki, która mogłaby podpowiedzieć im czy Francesca była winna, czy nie. Takiego rodzaju plotki i interpretacje z pewnością nie były czymś czego dziewczyna w tej chwili potrzebowała, lecz rozgłos z pewnością dobrze zrobi spektaklowi i wywoła zainteresowanie sponsorów oraz opinii publicznej, która niechętnie słuchała historii o kolejnych cięciach kosztów na sztukę.
Pozwolił, by palce ostatni raz przebyły trasę po jej plecach, przejeżdżając wzdłuż jej kręgosłupa, sunąc po długich, lśniących włosach, a następnie zabrał dłoń i usiadł prosto z dłońmi usadzonymi na kolanach – swoim i Franceski.
– Mon amour a l'air tellement fatigué. – westchnął zerkając na swojego chłopaka. – A przed wyjściem z domu miał w sobie tyle zapału… – ostatnie słowa wymówił miękko i mruczącą, a na jego twarzy pojawił się uśmiech wywołany wspomnieniem dłoni Vegi. – No dobrze, zabieram swoje kochania do domu. Nie ma sensu tutaj kwitnąć. –

Francesca de Villiers Valentin Vega
gall anonim
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żałowała.
Powinna była powiedzieć wcześniej. Jednemu kochanie, drugiemu kochanie, komukolwiek, kto potraktowałby sprawę wystarczająco poważnie, zanim rzeczywistość postanowiła rozkwitnąć trupem na mokrym bruku. Przecież to nie zaczęło się dziś. Nie zaczęło się nawet miesiąc temu. Pojawiał się regularnie, jak zwierzę przywiązane do wydeptanej ścieżki. Czasem znikał na tydzień lub dwa, by zaraz wrócić, jakby kierowany wewnętrznym kompasem obsesji. Innym razem przychodził dzień po dniu. Bywały momenty, gdy stał tylko i patrzył, a spojrzenie ślizgało się po niej z lepkością ślimaczego śladu, zatrzymując na sukienkach, na ruchu bioder, na drobnych gestach wykonywanych bezwiednie podczas pracy. Pamiętała szczególnie jedną kreację, zszytą z różnych kawałków materiału niczym patchwork cudzych historii. Wpatrywał się wtedy w nią tak długo, że zaczęła odczuwać niepokój, choć jeszcze nie potrafiła go nazwać. A później przysiadał się obok z filiżanką kawy. Milczał. Obserwował. Uznała to za ekscentryzm — bogacze byli osobliwi. Ewolucja społeczna stworzyła osobny gatunek ludzi, którym nadmiar zasobów odbierał zdolność rozumienia granic. Widziała takich wcześniej. Mężczyzn przekonanych, że świat należy do nich, bo mogli go kupić; że cudza uwaga stanowi walutę, którą wystarczy odpowiednio opłacić. Myślała, że i on jest jednym z nich. Kolejnym rozkapryszonym drapieżnikiem, który bardziej szczekał, niż gryzł.
Jakże gorzko się pomyliła.
Je ne peux pas être un problème constant pour vous deux! — Sam dźwięk głosu Vala potrafił nieść ciężar burzowego frontu. Chropowata chrypa zdawała się powstawać gdzieś głęboko, w przestrzeni bliższej warczeniu niż mowie, jakby natura pozostawiła w nim echo dawnych drapieżników. Nie musiał podnosić tonu. Nie musiał grozić. Wystarczało kilka słów, by organizm reagował instynktownie, jak zwierzę odczytujące sygnał dominacji. — Je n'ai pas à... — wbiła ślepia w pana nabuzowanego, panicza namaszczonego wszędzie kleksami jak w brudnopisie z liceum — cholera, nakręcała się. Znowu... — Miałam z kity pisać do Ciebie, Theo, ten facet się pojawił i majaczy sugestie zmian w scenariuszu — brzmi to żenująco, Theo! Albo gorzej, miałam słać wiadomość na drugi koniec świata Valowi, że się boję?! Żenujące — strach rzadko bywał sprawiedliwy. Strach nie analizował faktów. Rozrastał się pomiędzy neuronami jak grzybnia, oplatał racjonalne myśli i zmieniał ich kształt. Dlatego gestykulowała tak gwałtownie. Dlatego słowa wysypywały się z ust nierówno, zderzając ze sobą w panicznym pośpiechu. Dłonie przecinały powietrze, próbując rozszarpać niewidzialną sieć zaciskającą się wokół jej klatki piersiowej. — Dostał raz w twarz, ale... NIE ŻYCZYŁAM MU ŚMIERCI!
Kojący ruch dłoni spłynął po jej karku niczym ciepły nurt, który na moment próbował zagłuszyć rwący potok irytacji. Wdech. Spokojnie. Teoretycznie. W praktyce zaś wzruszenie, rozleniwione przez znajomy dotyk, zderzyło się gwałtownie z bezczelnym żądaniem wyjaśnień, wywołując reakcję równie naturalną, co syk osaczonego kota. Prychnęła więc podwójnie, najpierw w myślach, potem już całkiem jawnie, jakby sama siła niezadowolenia mogła odgonić od niej kolejne problemy, które tego dnia mnożyły się z uporem wyjątkowo zjadliwej kolonii pasożytów. Tłumacz się! — zaprawdę powiadam, nie mogli tego zrobić po cichu w mieszkaniu; pogadać jak ludzie?!
To nic nie ma do rzeczy, ostatnie tygodnie obfitowały w nędzną namiastkę spokoju, biegaliśmy jak kurczaki bez łbów... Napisałam mu wiadomość, że ma się nie zbliżać, inaczej zakończę pracę nad j e g o projektem i zgłoszę wszelkie dowody do adwokata — Palce zanurkowały do kieszeni płaszcza niemal na ślepo. Telefon odnalazł się pomiędzy zagięciem materiału a jakimś zagubionym paragonem, który prawdopodobnie przeżył więcej niż połowa jej ostatnich planów. Zmarszczyła nos, przewijając wiadomości i usiłując przypomnieć sobie, co dokładnie napisała tamtemu trupowi. Określenie było zresztą coraz mniej metaforyczne, a coraz bardziej adekwatne do poziomu kontaktu, jaki raczył utrzymywać ze światem żywych. Jest!:

"To ostatni raz, kiedy rozmawiamy o czymkolwiek poza teatrem. Jeśli jeszcze raz wyśle pan kwiaty, prezenty albo zaczepi którąkolwiek z moich pracownic poza sprawami zawodowymi, złożę oficjalną skargę do zarządu i wycofam swoje nazwisko z projektu. Nie będę firmować swoim dorobkiem miejsca, w którym kobiety muszą chować się przed inwestorem"


Rozumiała jeszcze argumentację Vegi. W pewnym stopniu nawet ją doceniała. Brak nachodzenia, brak wiszenia nad głową, brak kolejnych pytań zadawanych tonem urzędnika przesłuchującego świadka katastrofy. To było rozsądne. Problem polegał na tym, że świat najwyraźniej postanowił zrekompensować sobie ten jeden brak zwiększonym zainteresowaniem wszystkim innym. Zwłaszcza wystawionymi przez nią sztukami. Sama idea rozgłosu nie była przecież zła. Każdy twórca, nawet najbardziej zakłamany w swojej skromności, żywił się cudzą uwagą niczym roślina światłem. Istniała jednak zasadnicza różnica pomiędzy ciepłem słonecznego dnia a płomieniem, który nagle zaczynał lizać ściany własnego domu. To pierwsze pozwalało rosnąć. To drugie kończyło się zazwyczaj bieganiem z wiadrem.
Nie taką sławę mi chodzi... Jesteście okrutni, może wrócę do pana policjanta... — zgłosiła zażalenie, mlaszcząc sugestywnie jak miewała to w zwyczaju. Zaraz jednak się zamknęła, przywołując na odpowiednie tory twarz pana A., który ją solidnie wybronił z patowej sytuacji. Och, zazdrosny?Przyjaciel z dawny lat, który NIE MIAŁ MNIE W DUPIE, bo byłam świętoszką w spódnicy za kolano — uśmiechnęła się mimowolnie, niczym najsłodszy boa dusiciel owijając dłonie wokół ramienia Vala. Totalna katastrofa, dodatkowo... Uśmiechnęła się pod nosem, dwojako zdziwiła na ostatnie słowa swojego kochanie, mhm... — Och, kobieta w potrzebie przerwała wam zabawę... Chyba mogłam zostać w tym mieszkaniu...Dobre wyczucie czasu, grzesznicy.

Valentin Vega Theodore Tellier
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”