Other suspect or what to expect
Mouth to mouth resuscitation
Sounding heartbeats - intimidations
Spoiler
Na ten moment nie jest pani formalnie zatrzymana ani oskarżona o popełnienie przestępstwa. Ze względu jednak na charakter prowadzonego śledztwa oraz fakt, iż była pani obecna podczas odkrycia miejsca zbrodni, prosimy o nieopuszczanie terytorium Kanady bez wcześniejszego poinformowania wydziału prowadzącego sprawę.
Możemy potrzebować ponownego kontaktu w każdej chwili — zarówno w celu uzupełnienia zeznań, jak i potwierdzenia określonych informacji dotyczących przebiegu wydarzeń. Prosimy pozostawać dostępnym pod wskazanym numerem telefonu i odbierać połączenia od śledczych lub funkcjonariuszy prowadzących dochodzenie.
Do czasu zakończenia wstępnych czynności dochodzeniowych prosimy również o nieujawnianie szczegółów sprawy osobom postronnym, mediom ani w mediach społecznościowych. Niewykluczone, że zostanie pani ponownie wezwana na przesłuchanie w charakterze świadka.
Czy wszystko jest zrozumiałe?
Drżała.
Żałośnie i mimowolnie, jak osika smagana październikowym wichrem, choć przecież usiłowała zachować twarz, podnieść podbródek, wyglądać na kobietę opanowaną. Nadaremnie. Wciąż miała przed oczami mijane przed chwilą cele — ciasne, cuchnące potem i znużeniem — oraz sylwetki zalegające za kratami z obrzydliwą, leniwą bezczelnością ludzi przekonanych, że spojrzeniem wolno im więcej. Wlepiali w nią wzrok bez skrupułów, ślizgając się nim po sylwetce, po odsłoniętej szyi, po dłoniach zaciskających się nerwowo na rękawie płaszcza; oglądali ją nie jak człowieka, a jak fasadę kobiety — ciało ubrane w strach. Cholera. Jeszcze teraz czuła na skórze lepki ślad tamtego zainteresowania, jakby nie opadł wraz z zamknięciem ciężkich drzwi komisariatu. Ostatnia parafka wyszła niepewnie, odrobinę krzywo; atrament rozlał się przy końcówce nazwiska, bo ręka zadrżała jej dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Potem podpis pod odbiorem prywatnych rzeczy — torebki, biżuterii, telefonu wrzuconego niedbale do płytkiego pudełka — i już. Viola. Tak po prostu. Jakby noc nie wydarzyła się naprawdę. Jakby nie spędziła ostatnich godzin siedząc na twardym krześle pod migoczącym światłem, próbując oddychać ciszej niż własna panika.
Wyszła.
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz z niemal obraźliwą świeżością; pachniało deszczem i brukiem. Zatrzymała się przy schodach tylko na moment, zbyt krótki, by ktokolwiek dostrzegł słabość, lecz wystarczający, by złapać oddech, który przez całą noc więziła pod mostkiem. Adwokat mówił jeszcze coś o terminach, o konieczności pozostawania pod telefonem, o możliwym wezwaniu. Kiwała głową pokornie, wdzięcznie, aż do przesady, dziękując mu z miękkością podszytą wstydem; przepraszała za tę późnonocną eskapadę po policyjnych dołkach, za konieczność wyciągania go z łóżka, za cały ten absurd.
Kiedy odszedł, została sama pod kamiennym gmachem z zaciśniętymi palcami na pasku torebki i spojrzeniem wbitym w mokry bruk. Miasto nie spało. Miasto nie pytało. Miasto nawet nie zauważyło, że właśnie wypuściło ją z gardzieli z powrotem między żywych. — O cholera... — Miała przejebane. Wymsknęło się tak jakoś, zaraz przegryzła wargę, papierosa pozostawiając na wpół niemal zmąconego przez ucisk dłoni. Stali przy samochodzie niczym wyjęci z marnego gangsterskiego kina lat osiemdziesiątych — zbyt nieruchomi, zbyt wystawieni na widok, z papierosem, którego brakowało już chyba tylko dla dopełnienia groteski całej sceny. — Dobry... — wieczór, dzień, doberek? — Witam i o zdrowie pytam? — Spięcie na kantach twarzy panicza Vegi zdradzało wszystko, choć zapewne oddałby wiele, by nie zdradzało niczego. Szczęka zaciśnięta odrobinę zbyt mocno, nozdrza rozszerzone przy spokojnym przecież oddechu, palce stukające krótko o drzwi auta — drobne sygnały zdrady własnego ciała. Wkurw. Zażenowanie. I ta szczególna, piekąca potrzeba, by wyjaśnić światu, sobie, przypadkowym przechodniom i wszystkim świętym naraz, co się właściwie odpierdalało oraz dlaczego — do ciężkiej cholery — znalazł się właśnie tutaj, pod tym samochodem, o tej porze, w tym towarzystwie.
Tyle że nie wyjaśniał.
Milczał, jakby cisza miała większą siłę rażenia niż każde możliwe tłumaczenie. Jakby wypowiedzenie tego na głos uczyniłoby sytuację jeszcze bardziej żenującą.
Najgorzej jednak było z Theo.
Z twarzy Theo można było wyczytać dokładnie tyle, ile z zamkniętych drzwi bez klamki — niby coś za nimi było, ale nie sposób było dostać się do środka. Stał oparty o karoserię z rękami wsuniętymi w kieszenie płaszcza i miną równie neutralną, co niepokojącą; ani zły, ani rozbawiony, ani zirytowany. Jakby wszystko go to zwyczajnie nie dotyczyło, choć przecież dotyczyło bezsprzecznie.
Przejebane.
Theodore Tellier Valentin Vega
