-
Let me hold you close
Fly this night above the rising moon
Crazy ovеr you, you, baby
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
Parsknął śmiechem, słysząc ripostę, która normalnie powaliła go na kolana - i to prawie dosłownie, bo mało brakowało, a zleciałby z kanapy, ale koniec końców utrzymał równowagę (byłoby inaczej, gdyby był pijany).
- Tak, tak. Ciekawe, czy tak samo powiesz za hm… daje dwa miesiące? No dobra, trzy. - odparł, unosząc trzy palce; dając sobie bezpiecznie jeszcze miesiąc zapasu, ponieważ uważał, że coś WIĘCEJ się zacznie i to była wyłącznie kwestia czasu, aczkolwiek gdyby miało się okazać inaczej, będzie… ZASKOCZONY. A wszystko przez te kanapki. w sensie, Eric po prostu uważał, że po pierwsze, Elsa mogła pozwolić mu spać w samochodzie albo nie uwzględniać przy śniadaniu, a JEDNAK UWZGLĘDNIŁA, więc no, dla Erica sprawa była całkiem jasna. Aż zabawnie poruszył brwiami.
- To sie w sumie szanuje. Kto wie gdzie byś wylądował, gdyby nie zareagowała… - spoważniał na chwilę Stones, bo naprawdę wiele scenariuszy mogło się spełnić a sam Dante mógł wylądować… nawet poza miastem - Ericowi raz czy dwa… no okej, kilka razy tak się zdarzyło, gdy przesadził i był pewien, że taksówkarz wiezie go pod sam dom, a okazywało się, że lądował np w Mississaudze albo Brampton - czuł się tam jak dziecko we mgle, a ludzie też na niego patrzyli z czymś pokroju przerażenia połączonego z zaskoczeniem.
- Hm… trzeba pomyśleć nad czymś, co mógłbyś mieć przy sobie, by było wiadomo, gdzie Cię zawozić albo… musisz mi pisać, gdzie jesteś. - stwierdził, bo przecież aktualizacja miejsca pobytu Dantego, kiedy ten szedł chlać, wysłana SMS-em czy tam przez jakiekolwiek social media, wydawała się Stonesowi jakimś pomysłem - o ile sam nie byłby też na chlaniu lub nie chlaliby razem, to istniało spore prawdopodobieństwo, iż przyjechałby po i do kumpla. Aczkolwiek trochę wiedział jak to jest, kiedy wpadło się w klubowy wir… nagle telefon przestawał być potrzebny, ostatecznie był używany do wykonania foteczki (albo foteczek), które oglądano następnego dnia z komentarzem Co ja odjebałem? lub Co to kurwa jest?
- Dokładnie też tak uważam. Ciekawe, że zamiast się wkurwiać wolała Cię uhm… nakarmić. Pewnie następnym razem Ty nakarmisz ją. - opdpowiedział, uderzając Dantego w ramię. No a tak serio, nie rozumiał też tego zachowania Elsy, no ale cóż, plus był taki, że Levasseur nie słuchał krzyków z rana, tylko zjadł - zapewne całkiem smaczne - śniadaine, dzięki czemu, nie wracał do domu z pustym brzuchem.
- Mhm… za każdym razem, jak wchodzisz do klubu, to powinni puszczać troublemaker. - rzucił, przypominając sobie o istnieniu tej piosenki. Drugą opcją było przyklejenie Dantemu taśmy na usta - albo sam powinien to robić - przed wejściem do klubu, bo może wtedy nikogo by nie wkurwił na tyle, by chciano mu przywalić.
- Obym któregoś dnia nie musiał Cię odwiedzać na sorze. - rzucił nagle, a zaraz po tych słowach odezwał się dzwonek do drzwi, więc Eric, przekonany, iż to dostawca z zamówionym jedzeniem, wstał i poszedł je otworzyć - miał rację. Odebrał zamówienie od dostawcy, a następnie wrócił na swoje miejsce, kładąc pizzę przed sobą i od razu urywając jeden kawałek, by zacząć go konsumować oraz popijać piwkiem.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Jasne, że powiem to samo. Nie wiem, co sobie wyobrażasz w tym durnym łbie, ale tu serio nie ma nic więcej – wywrócił oczami, upijając kolejnych kilka łyków z przyniesionego sobie piwa i dochodząc do wniosku, że z każdym kolejnym wchodziło zdecydowanie lepiej. Na szczęście chwilowy wstręt do alkoholu rzeczywiście musiał więc być chwilowy i być może jednak wcale nie musiał się jeszcze żegnać z tym światem. Choć wciąż najwyraźniej nie zmieniało to jego stanowiska co do tego, że ten przypadkowy nocleg u Elsy naprawdę nie niósł za sobą nic więcej i że Eric stanowczo zbyt dużo sobie dopowiadał. Bo przecież cokolwiek więcej nadal nie miałoby kompletnie żadnego sensu. Ani prawa bytu. I póki co mógł chyba z dość sporą dozą pewności stwierdzić, że za te wspomniane trzy miesiące mógłby co najwyżej wytknąć kumplowi, że to właśnie on miał rację.
– Uspokój się, mamo. Przecież nie będę sobie przypinał jakiejś adresówki… – parsknął krótkim śmiechem na ten… w sumie nie aż tak absurdalny pomysł przyjaciela. – W końcu… zawsze przecież i tak wreszcie trafiam do mieszkania, nie? Czasami może zajmuje to trochę dłużej niż powinno, no ale. Ponoć liczy się efekt…
I jeśli nawet efekt miałby być taki, że zwykłe wyjście do klubu kończyło się czasami kilkudniowym melanżem w różnych – czasami mocno szemranych – miejscach i powrotem do domu znacznie późniejszym niż pierwotne założenia… zwykle przecież było warto. Bo przynajmniej nie było nudno. A najwyraźniej to właśnie nieodmiennie stanowiło dla Dantego priorytet – unikanie nudy na wszelkie możliwe, niekiedy dość ryzykowne lub zwyczajnie głupie sposoby.
– Przecież nie będzie żadnego następnego razu… – może i w jego wypowiedzi zabrakło już tego absolutnego przekonania co do tego, że miał w tej kwestii absolutną rację, ale chyba nie zwrócił na to większej uwagi. Zamiast tego chyba nawet faktycznie rozważał już przez moment, czy powinien na głos wspomnieć o tym, że zastanawiał się, czy powinien zrobić użytek z tej cholernej wizytówki, którą Elsa wręczyła mu na pożegnanie, ale… mniej więcej w tym samym momencie, gdy już chciał się odezwać, rozległ się dzwonek do drzwi. I całe szczęście, że to właśnie Eric zdecydował się je otworzyć, bo może i piwo wchodziło już całkiem nieźle, ale jednak nadal dotarcie do drzwi i przyjęcie od kuriera pizzy, mogłoby okazać się stanowczo ponad siły Dantego.
– Jakbyś już jednak musiał kiedyś wpaść na ten sor, to nie zapomnij przemycić czegoś do picia… – zaśmiał się krótko, sięgając po jeden z kawałków przyniesionej przez Stonesa pizzy. I tak, jasne, może i jeszcze niedawno twierdził, że nie zamierzał jej jeść, ale… tak samo niedawno twierdził też, że alkohol nie był dziś najlepszym pomysłem. Tymczasem zarówno pizza, jak i piwo okazywały się być nieodmiennie całkiem niezłym połączeniem, które w dodatku dość skutecznie pozwalało wrócić do życia. Na tyle przynajmniej, by spędzić dłuższy czas w towarzystwie kumpla – a także kolejnych kilku piw – na dalszych rozmowach, zbaczających w coraz to bardziej absurdalne rejony. A nawet na tyle, by po tym czasie mógł wreszcie zdobyć się na wyjście z Murphym na krótki spacer oraz odprowadzenie Erica do domu. Być może zahaczając przy tym o sklep, by mogli jeszcze przed rozejściem się wypić po jeszcze jednym piwie i spokojnie dokończyć zaczęty po drodze temat…